Mroczna prawdaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pan Morgan powiedział, że zajście miało miejsce w domu profesor Fisher zeszłej nocy.

Reynolds unosi brew.

– Tak… to właśnie twierdzi.

Dostrzegam niuans słowa „twierdzi” i zastanawiam się przelotnie, czy przypadkiem ta jego fasada skrupulatnej obiektywności nie zaczyna trochę się kruszyć.

– W takim razie co Morgan tam robił?

Reynolds marszczy czoło. Wykorzystuję chwilową przewagę.

– Przed chwilą powiedział mi pan, że profesor Fisher była na obiedzie uniwersyteckim, więc musiała wrócić do domu dość późno. Zapytam więc jeszcze raz: co Morgan robił w jej domu o tej porze w nocy?

Brwi Reynoldsa ściągają się jeszcze bardziej.

– Obawiam się, że nie wiem. Pana oficerowie będą o to musieli zapytać pana Morgana. Ja osobiście nie widzę żadnego powodu, dla którego miałby się tam znaleźć.

– Czy profesor Fisher ma zwyczaj zapraszać studentów do siebie?

– Wątpię w to, zwłaszcza że jest to stanowczo zabronione w przepisach college’u i profesor Fisher jest tego świadoma. Oczywiście robimy wyjątki na różne okazje towarzyskie, na przykład drinki przed Gwiazdką, ale poza tym adiunktom nie wolno organizować spotkań lub korepetycji sam na sam ze studentami w prywatnych domach, również, a może nawet przede wszystkim, ze względu na ich własne bezpieczeństwo w tych agresywnych czasach. – Wygląda teraz na dość wytrąconego z równowagi, zupełnie jakby dopiero zdał sobie sprawę, jak bardzo niepokojąca jest ta cała historia Morgana.

– Kto jeszcze mieszka w domu profesor Fisher? Czy ona ma jakąś rodzinę?

Reynolds poprawia się na fotelu, aż trzeszczy skóra, którą obite jest siedzenie.

– Muszę mieć wzgląd na kwestię prywatności, inspektorze. Ochrona danych osobowych i tym podobne. Jestem pewien, że ktoś o pańskiej pozycji zdaje sobie sprawę, jak to jest. Tym niemniej powszechnie jest wiadomo, że Marina mieszka ze swoim synem.

– Ile ten chłopiec ma lat?

– Chyba osiem, może teraz już dziewięć?

Odchylam się na oparcie i pozwalam, żeby cisza nieco się przedłużyła.

– Adres, który podał pan posterunkowemu Quinnowi, jest w bardzo popularnej części miasta.

To niedopowiedzenie. Gregoriańskie kamienice, złoty kamień, otwierane pionowo okna, balkony z kutego żelaza – nawet Pevsner[6] był pod wrażeniem. W wielu z nich znajdują się obecnie biura firm albo mieszkania, ale sądząc z adresu, Marina Fisher zajmuje całe trzy piętra. To naprawdę niezły kawałek posiadłości.

Reynolds sięga po dzbanek z herbatą. Chce zyskać na czasie.

– Były mąż Mariny był finansistą – mówi wreszcie, unosząc swoją filiżankę. – Po rozwodzie wrócił do Bostonu. O ile wiem, Marina dostała dom w Oksfordzie w ramach ugody rozwodowej. – Spogląda na zegarek. – Proszę mi wybaczyć, ale obiecałem żonie, że będę w domu godzinę temu.

Widzę, że czegoś mi nie mówi – i nie chodzi tutaj wyłącznie o kłopotliwą ustawę o ochronie danych osobowych.

Nie będę jednak dopytywał. Na razie.

Drzwi do gabinetu otwierają się i staje w nich znów wierna sekretarka, z zamiarem wyprowadzenia mnie z budynku.

– Rozumiem, że mogę liczyć na to, że będzie mnie pan informował na bieżąco, inspektorze? – pyta Reynolds, kiedy wstaję. – To wystarczająco skomplikowana sprawa i nie chciałbym być niemile zaskoczony rozwojem wydarzeń.

– Zrobię, co w mojej mocy, sir, ale z pewnością zdaje pan sobie sprawę, że nie będę w stanie powiedzieć panu wszystkiego. – Pozwalam sobie na oszczędny uśmiech. – Ochrona danych osobowych i tym podobne. Ktoś na pańskim stanowisku powinien doskonale wiedzieć, jak to jest.

* * *

[4] Tłum. Andrzej Jakubowicz.

[5] Z Ewangelii wg św. Mateusza 6,34, Biblia Tysiąclecia.

[6] Nikolaus Pevsner, brytyjski historyk sztuki, znany z cenionych opracowań, zwłaszcza historii architektury angielskiej.

POLICJA THAMES VALLEY

WSTĘPNY RAPORT DOCHODZENIOWY

Gwałt i przestępstwa seksualne


Miejsce i tożsamość osoby składającej zeznanieProfesor Hilary Reynolds, Dyrektor, Edith Launceleve College, Oksford, OX2
Dokładne miejsce (jeśli możliwe) i czas zajściaMonmouth House, St Luke Street, Oksford, OX106.07.2018, godz. 23.30
Relacje osoby składającej doniesienie z ofiarą (ofiara, osoba poboczna, świadek) i rodzaj uprawnień do złożenia raportuOsoba trzecia (dyrektor college’u, u którego została początkowo złożona skarga)
Rodzaj incydentuNAPAŚĆ SEKSUALNAPodejrzana czyniła awanse seksualne wobec ofiary, które ofiara odrzuciła. Podejrzana nalegała, co doprowadziło do drobnej kłótni i powierzchownych zadrapań u ofiary. Ofiara była dotykana w okolicy krocza. Nie jest jeszcze wiadome, czy podejrzana odniosła jakieś obrażenia. Po sprzeczce ofiara była w stanie opuścić miejsce zdarzenia.
Tożsamość i miejsce pobytu ofiary (jeżeli jest znane)Caleb Owen Morgan, ur. 09.11.1995Adres: Hotel akademicki, Edith Launceleve College, mieszkanie nr 34, Oksford, OX2
Tożsamość i miejsce pobytu podejrzanego/nej (jeżeli jest znane)Marina Imogen Fisher, ur. 17.01.1976Adres: Monmouth House, St Luke Street, Oksford, OX1
Wezwanie służb medycznych i szczegóły obrażeńNie dotyczy.Powierzchowne zadrapania
Opis podejrzanego/nejIC1, kobieta, l. 42, wzrost 168 cm, waga 68 kg
Jeśli podejrzany/na jest znana ofierze, to czy istnieje między nimi historia przestępstw seksualnych i/lub przemocyNie.
Czy zostały podjęte kroki w celu ukrycia dowodówOfiara została poinformowana, żeby się nie myć, i nadal ma na sobie ubranie z czasu zajścia.Miejsce napaści to dom podejrzanej i zostanie zabezpieczone podczas aresztowania.Podejrzana niedostępna w tej chwili.
Czy istnieją jakiekolwiek szczególne okoliczności, np. Upośledzenie, bariera językowa i czy konieczna jest obecność tłumaczaNie dotyczy.
Szczegółowy opis zachowania się ofiary lub składającego raportOfiara była spokojna, jasno się wysławiająca i nie wydawała się być pod wpływem alkoholu ani żadnych innych używek.
Preferowany punkt kontaktu, jeśli nieobecny na miejscu zdarzeniaNie ma.
Jeżeli osoba składająca raport pragnie pozostać anonimowa, proszę podać powódNie dotyczy.

[7]


Oficerowie prowadzącyInsp. A. FawleyPost. G. QuinnPost. V. EverettData i godzina07.07.201815.45

* * *

Odwiezienie Morgana do Centrum Pomocy Ofiarom Napaści Seksualnych samochodem policyjnym podgrzałoby jedynie plotki, więc Ev pojechała do St Aldate’s i wypożyczyła wóz z prywatnymi numerami z puli wydziału kryminalistycznego. To tylko corsa, w dodatku z siadającą klimatyzacją, więc atmosfera w małym wnętrzu jest przytłaczająca. Ev jest nieprzyjemnie świadoma rozmiarów Morgana, wciśniętego w fotel za nimi – tak blisko, że czuje jego oddech na karku.

Nikt się specjalnie nie odzywa. Doświadczenie nauczyło Ev, że w takich okolicznościach najlepiej jest oszczędzać słowa, nawet jeśli „podmiot” jest w rozmownym nastroju. Morgan jednak nie wykazuje najmniejszej ochoty na konwersację. Siedzi, gapiąc się w okno na turystów, rodziny i wozy z lodami; milczący, niewidzący, zatopiony w myślach. Wydaje się całkowicie niepocieszony.

* * *



* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 16.35

W drodze na St Luke Street zadzwoniłem do Tony’ego Asante i chociaż to tylko dziesięć minut drogi stąd, i tak był na miejscu przede mną. Jego nowe mieszkanie znajduje się jakiś kilometr stąd. Nikogo innego w zespole nie byłoby stać na zamieszkanie w centrum Oksfordu, ale fakt, że twoja matka ma pracę, dzięki której ląduje na okładce „Forbesa”, zapewne pomaga.

Kiedy parkuję, Asante jest już po drugiej stronie ulicy. Opiera się o ścianę, przeglądając coś na komórce. Wybrał miejsce ukryte przed ewentualnymi obserwatorami w domu, ale myślę, że nawet jeśli ktoś wyglądałby przez okno, nie zwróciłby na niego specjalnej uwagi. Biały podkoszulek i ray-bany sprawiają, że mógłby być każdym – turystą, doktorantem. Agentem CIA…

Najwyraźniej nie jest aż tak pochłonięty przeglądaniem telefonu, bo podchodzi do samochodu, zanim udaje mi się wysiąść.

– Dzień dobry, sir.

Zastanawiam się, czy zdążył się przebrać przed wyjściem. Jest tak cholernie gorąco, że nie mogę się ruszyć bez spocenia się, ale Asante wygląda, jakby przed chwilą wyszedł spod chłodnego prysznica. Na jego podkoszulku nadal widać zagniecenia materiału po złożeniu po praniu.

Gestykuluje w stronę domu.

– Nie widziałem, żeby ktokolwiek wchodził lub wychodził od chwili pojawienia się tutaj, ale okna są otwarte, więc zakładam, że ktoś tam jednak jest.

– Wiesz już, co jest grane?

– Posterunkowa Everett wysłała mi e-mailem raport wstępny, chociaż nie było tam zbyt wielu detali.

 

– Razem z Quinnem zabrali Morgana do SARC-u, więc dowiemy się więcej w swoim czasie.

Kiwa głową.

– To co, idziemy?

Dzwonimy do drzwi i czekamy, potem dzwonimy znowu. Wreszcie drzwi otwiera mały chłopiec – najwyraźniej syn Mariny Fisher. Jest dość mały jak na prawie dziewięciolatka. Ma czerwone szorty i koszulkę z Kubusiem Puchatkiem, a jego miękkim jasnym włosom moim zdaniem przydałby się fryzjer. Spogląda na nas.

– Kim jesteście?

Dopiero teraz dostrzegam kobietę stojącą w korytarzu za jego plecami. Jest szczupła i piękna, ale wygląda na nieśmiałą, jakby nie przynależała tutaj. Potem przesuwa się i dostrzegam w jej dłoni miotełkę do kurzu.

Uśmiecham się do chłopca i pokazuję mu legitymację policyjną.

– Jesteśmy policjantami. Chcieliśmy zamienić kilka słów z twoją mamą.

Chłopiec potrząsa głową nieco zbyt żywiołowo, tak jak wszystkie maluchy.

– Mamy nie ma w domu.

– Rozumiem. A wiesz, gdzie poszła?

Odwraca się do kobiety, która wystukuje coś na komórce i wyciąga ją w moją stronę. Widzę tłumaczenie Googli: Faculdadae najwyraźniej jest portugalskim określeniem „college’u”.

Staram się przybrać uśmiech w stylu „to tylko rutynowa sprawa”.

– W takim razie zakładam, że wkrótce wróci. Czy możemy zaczekać w środku, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu?

Kobieta waha się, ale potem kiwa głową. Wchodzimy za nimi obojgiem do środka, a potem schodami na pierwsze piętro. Na ścianach wiszą czarno-białe fotografie w ramkach – coś w rodzaju dokumentalnych zdjęć o Downing Street nr 10, z całym panelem premierów na ścianie klatki schodowej. Tylko że tutaj zdjęcia przedstawiają jedną i tę samą osobę. Marina Fisher nie jest nieskromna – jest czystą megalomanką. Widzę jej dwa portrety w todze doktoranckiej (zakładam, że jeden z nich jest z nadania honorowego tytułu, ale co ja mogę o tym wiedzieć), jedno zdjęcie z „Newsnight”, drugie chyba z TED Talk i kolejne, na którym stoi na scenie z wicerektorem i Theresą May. Każde kolejne zdjęcie podwyższa próg – i to nie tylko dla niej.

Salon rozciąga się na całe pierwsze piętro. Wysokie pionowo otwierane okna zasłonięte są muślinowymi firankami, poruszającymi się lekko na wietrze. Klepka na podłogach, aksamitne sofy w kolorze ochry, a na jednej ścianie ogromny półabstrakcyjny obraz przedstawiający wirującego karpia koi – migotliwe błękity, pomarańcze i żółte spirale. Niemal można dostrzec ruch wody. Okna w głębi wyglądają na mały, lecz wypielęgnowany ogród na tyłach domu, z kwitnącymi krzewami w eleganckich terakotowych donicach. Chłopiec musi mieć pokój w innym miejscu, bo nie widzę tutaj ani jednej zabawki i panuje nieskazitelny porządek. W całym domu panuje atmosfera spokoju, wdzięku i ładu. Wszystko to kosztowało dużo pieniędzy. Naprawdę bardzo dużo.

Asante nadal wpatruje się w obraz.

– Alan Hydes – mówi, wskazując na podpis. – Znam go. To znaczy nie znam, ale moi rodzice mają jedno z jego dzieł. Spotkali go na Majorce. Ma studio malarskie w tej samej wiosce.

Nagle wydaje się zażenowany. Odwraca się szybko, jakby powiedział za wiele. Może to przez „w tej samej”, co sugeruje istnienie domku letniskowego rodziny Asante. Podchodzi do stolika pod oknem i zaczyna przeglądać stosik żurnali. Sam je przyuważyłem – zważywszy na wystrój, człowiek spodziewałby się „Domu i Ogrodów” albo „Piękna Domu”, a tymczasem widzę granatowe okładki i tytuły w stylu „Journal of AI Research” i „Neural Transfer Learning for Natural Language Processing”.

– Fascynująca dziedzina, nie sądzi pan? – mówi Asante, przeglądając jeden z magazynów. – Podobno IBM uważa, że do 2023 roku będą w stanie zreplikować w pełni funkcjonalny ludzki mózg.

Zerkam na niego.

– Zapewniam cię, że są takie rzeczy, których maszyny nie potrafią zrobić.

Spogląda na mnie.

– Tak pan mówi, ale technologia rozwija się bardzo szybko. Podobno w którymś momencie będzie można zautomatyzować 80 procent stanowisk urzędowych. Osiemdziesiąt procent. Całe armie pracowników, którzy mogą funkcjonować 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, nie potrzebują pensji, nie popełniają błędów i nigdy nie skarżą się w kadrach. Dodać do tego rozpoznawanie głosu, postrzeganie wizualne, zdolność podejmowania decyzji i planowania…

– Jasne, jasne. – Unoszę brew.

Asante kiwa głową.

– Nie, ja mówię poważnie. Wiem, że w tej chwili brzmi to jak jakaś szalona fantastyka naukowa, ale maszyny, które teraz budują, naprawdę mają zdolności uczenia się. Im częściej coś robią, tym lepsze się w tym stają. Dochodzi wreszcie do punktu, kiedy maszyny poprawiają oryginalne parametry. I nie chodzi o oczywiste dziedziny, jak wytwórczość przemysłowa. Sztuczna inteligencja zrewolucjonizuje sposób, w jaki firmy farmaceutyczne będą opracowywać nowe leki. Poza tym są jeszcze usługi finansowe, system opieki medycznej, edukacja…

Nagle dociera do mnie, że Asante raczy mnie wykładem w stylu „AI dla idiotów” i to tak, żebym się specjalnie w tym nie zorientował. Nie mam pewności, czy jestem mu za to wdzięczny, czy bardziej zirytowany.

– Ale nie pracę policyjną – odpowiadam półgłosem. – Nie widzę jakoś tego, żeby roboty prowadziły przesłuchania. Na pewno jeszcze długo nie.

– Ach, i tutaj właśnie się pan myli… – odpowiada szybko, podchodząc do mnie. Rzucam mu ostre spojrzenie i Asante nieco się opanowuje. – Przepraszam, sir. Nie chciałem… po prostu czytałem nader interesujący artykuł o…

Nigdy jednak nie dowiaduję się o czym, ponieważ słyszymy odgłosy na parterze, w korytarzu, i domyślamy się, że ktoś właśnie wszedł do środka.

* * *

Centrum Pomocy Ofiarom Napaści Seksualnych SARC znajduje się przy cichej uliczce z dala od miasta. Jeśli człowiek nie wie, co to jest, pewnie nigdy by się nie domyślił. Nie ma tam żadnych afiszów, tylko obowiązkowy parking i nijaki znak firmowy z logo w postaci drzewa. Równie dobrze mogłaby to być przychodnia lekarska, ośrodek społeczny albo szkoła podstawowa. W środku jest w zasadzie podobnie: poczekalnia z fotelami, automat do kawy i kojec z zabawkami dla małych dzieci. A za poczekalnią – korytarz pełen zamkniętych drzwi, za którymi odbywa się właściwa robota.

Ev zadzwoniła przed przyjazdem, więc dyplomowana pielęgniarka wita ich w recepcji, ale poza nią nie ma tu nikogo. Ev pamięta ją mgliście z kursu, ale obie starają się nie witać zbyt wylewnie. W końcu nie chodzi tu o nie.

– Panie Morgan? – Kobieta wyciąga dłoń na przywitanie. – Nazywam się Eileen Channon. Jeśli się pan zgodzi, zbadam pana dzisiaj. Oczywiście jeśli pan woli, mogę poprosić pielęgniarza, ale ponieważ jest weekend, pewnie trzeba będzie trochę poczekać, zanim kogoś tu ściągniemy. Tak czy inaczej, decyzja należy do pana.

Morgan potrząsa szybko głową.

– Nie chcę czekać.

– W porządku. Czy chciałby pan porozmawiać dzisiaj z niezależnym doradcą do spraw przemocy seksualnej?

Kolejne nie.

– W porządku. Wiem, że to duży stres. Może pan zawsze zmienić zdanie później. Proszę po prostu powiadomić posterunkową Everett.

Channon uśmiecha się do Morgana bardzo profesjonalnie – wystarczająco, aby nawiązać kontakt międzyludzki, ale nie na tyle długo, żeby zasugerować, że wykonuje tę pracę z przyjemnością.

– Mam dla pana kilka formularzy do podpisania. – Wręcza mu podkładkę z dokumentami. – Przepraszam, ale niestety nic nie możemy z tym zrobić. To tylko kilka podstawowych pytań dotyczących pana historii medycznej i zgoda na badania. Wrócę za kilka minut, niech się pan nie spieszy.

Morgan siada w najdalszym kącie poczekalni. Na stoliku obok niego stoi pudełko chusteczek i sterta ulotek o chorobach przenoszonych drogą płciową oraz o terapii. Ev odwraca się i bierze Quinna pod ramię, pociągając go w stronę automatu z kawą.

– Przestań się gapić – syczy. – To nie pomaga.

Quinn rumieni się.

– Przepraszam. Po prostu nigdy przedtem nie robiłem czegoś takiego.

– Morgan też nie – odpowiada cicho. – Więc jeśli on sobie może poradzić, to ty również.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 16.56

Jej syn musiał zejść na dół, żeby się przywitać, bo słyszę, jak Marina Fisher rozmawia z nim, wchodząc na górę. Idealna matka z wyższej średniej klasy: nieco zbyt głośna i nie do końca słuchająca. Brzmi zdecydowanie, energicznie i nie wydaje się zmartwiona.

– Mamusiu, chcę ci pokazać mój rysunek.

– Cudownie, kochanie. Jaki ty jesteś mądry.

Kroki zbliżają się – stukot obcasów na drewnianych stopniach.

– Chcę ci pokazać teraz! – Dziecko na poły błaga, a na poły żąda. – To ważne!

– Kochanie… mamusia musi coś najpierw zrobić. Tobin, przestań. Już ci mówiłam, że zrobisz mi krzywdę.

Dzieciak zaczyna tupać nogami.

– To niesprawiedliwe. Chcę, żebyś porozmawiała ze mną, a nie z nimi!

Przerwa.

– Z kim, kochanie? O czym ty mówisz?

Wchodzi do dużego pokoju i jej mina się zmienia.

– Kim wy, do cholery, jesteście?

* * *

– Może pan zostawić ubrania za parawanem. Posterunkowa Everett zapakuje to, czego nam potrzeba nieco później. Na drzwiach wisi szlafrok, a później możemy panu dać podkoszulek i spodnie od dresu.

Ev zastanawia się, jak często to miejsce potrzebuje rzeczy w rozmiarze XXL, ale w przeciwieństwie do Quinna nigdy nie powiedziałaby tego na głos.

Morgan stoi ze spuszczoną głową od chwili wejścia do pokoju, zupełnie unikając kontaktu wzrokowego, jakby chciał udawać, że to się tak naprawdę nie dzieje.

– Chce pani, żebym zdjął wszystko? – Na jego twarzy pojawia się gorący rumieniec. – Bieliznę i w ogóle?

– Obawiam się, że tak – odpowiada energicznie Channon. – I jeszcze chciałam się upewnić, czy nadal nie przeszkadza panu, żeby posterunkowa Everett pozostała w pokoju podczas badania?

– Tak, może zostać, wszystko mi jedno. Chcę to mieć za sobą jak najszybciej.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 16.58

Nawet w tym ogromnym pokoju czuć jej autorytet. Nie jest szczególnie wysoka, ale ma w sobie grację, to pewne. Porusza się z pewnością siebie – wystarczająco dużą, żeby wyglądać naprawdę dobrze w krótkiej letniej sukience, słomkowym kapeluszu i sandałach rzymskich do połowy łydki. Gdyby Alex to zobaczyła, wywróciłaby oczami. Jej wygląd całkowicie kontrastuje z profesjonalnymi fotografiami na schodach, ale najwyraźniej prywatnie Fisher nie nosi się zbyt sztywno. W jej długich, jasnych włosach ściętych na boba widać kilka kasztanowych pasemek. Ma nienaganny makijaż, mimo tego upału – tak idealny, że z miejsca, z którego ją obserwuję, wygląda na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Ton jej głosu świadczy o zdenerwowaniu, ale to chyba zrozumiałe. Zastaje w domu dwóch obcych mężczyzn, sam na sam z ośmioletnim dzieckiem i sprzątaczką, która nie mówi po angielsku. A my nie jesteśmy umundurowani.

Wstaję i podchodzę do niej, wyciągając legitymację służbową.

– Inspektor Adam Fawley z wydziału kryminalnego. A to posterunkowy Asante.

Kobieta wyciąga dłoń i dotyka głowy swojego syna, instynktownym obronnym gestem. Chłopiec chowa się za nią, przywierając do jej nogi, z kciukiem w buzi.

– Może ta pani, którą spotkaliśmy na dole, mogłaby się zająć dzieckiem na czas naszej rozmowy? Tak będzie najlepiej.

Wpatruje się we mnie przez chwilę, a potem kiwa głową i nachyla się do dziecka.

– Tobin, czy mógłbyś pójść do Beatriz i poprosić, żeby dała ci szklankę mleka?

– Nie chcę mleka. Chcę fantę.

– No dobrze, tylko ten jeden raz. – Prostuje się i wypycha go lekko na klatkę schodową. – Grzeczny chłopczyk. Mama niedługo przyjdzie.

Czekamy, aż jego kroki ucichną na schodach. Dopiero wtedy kobieta odwraca się do mnie.

– No dobrze, może panowie wytłumaczą mi teraz, co tutaj robią?

– Mamy do pani kilka pytań dotyczących zeszłej nocy.

Spogląda na nas skonsternowana, z cieniem uśmiechu nadal błąkającym się na karminowych ustach – zupełnie jakby to była jakaś pomyłka; sytuacja, o której później będzie opowiadać przyjaciołom w ramach żartu przy ginie z rabarbarem i tamaryndowcem. „Brzmi jak kiepski film dla nastolatków”.

Tylko że my się nie śmiejemy.

* * *

– Rozumiem, że nie zmieniał pan ubrania ani nie brał prysznica od czasu wydarzenia, tak?

Nie musiała pytać – powietrze w małym pomieszczeniu jest duszące i nie chodzi wyłącznie o upał.

 

Morgan potrząsa głową.

– Zamierzałem, ale Freya… moja dziewczyna… powiedziała, że nie powinienem.

Ev nastawia uszu: Morgan po raz pierwszy wspomniał o tym, że rozmawiał o sprawie z kimś poza Reynoldsem. W tego typu przypadkach każde potwierdzenie może być istotne.

Channon kiwa głową.

– Twoja dziewczyna miała absolutną rację, ale gdy tylko skończymy, możesz wziąć prysznic. Kabina jest tuż obok. Poczujesz się znacznie lepiej. A potem możesz napić się herbaty, w czasie gdy posterunkowa Everett będzie spisywać twój raport dowodowy, czyli po prostu zeznanie na temat zajścia.

– Nie ma pośpiechu – dodaje szybko Ev. – Kiedy będziesz gotowy.

W pokoju zapada milczenie. Channon zajmuje się badaniem, spokojnie wyjaśniając, co robi, pobierając próbki i wymazy z ciała Morgana. Twarz, szyja, dłonie, klatka piersiowa, krocze. Już po samych starych bliznach widać, że Morgan uprawiał sport kontaktowy, i oczywiście nie umyka to uwadze Channon. Ona jednak szuka niezagojonych ran: zadrapania na szyi i mniejszych, na piersi.

– To moja drużyna – mówi Morgan, widząc jak Everett przygląda się tatuażowi na jego ramieniu. Pociera go zakłopotany. – Osprey.

Channon prosi go, żeby wstał. Chłopak obraca się w lewo, w prawo, podnosi ramiona na żądanie, posłuszny jak małe dziecko. Próbuje udawać twardziela, a wszyscy tutaj starają się być nienagannie pełni zrozumienia, wrażliwi i dyskretni, ale wyraźnie widać, że Morgan uważa cały ten proces za potwornie upokarzający.

Chwyta spojrzenie Ev i krzywi się ze smutkiem.

– A ja się zastanawiałem, dlaczego tak mało kobiet zgłasza gwałt.

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 17.04

– Marino Fisher, aresztuję panią pod zarzutem napaści seksualnej. Nie musi pani nic mówić, ale jeśli przemilczy pani coś, co później powie w sądzie, może to zostać wykorzystane przeciwko pani. Wszystko, co pani powie, może być użyte przeciwko pani.

Kobieta potrząsa głową.

– Napaść seksualna? O czym pan mówi? – Głos się jej łamie. Wyciąga za siebie rękę, szukając na ślepo sofy, na którą opada. – Kto… kto powiedział… – Oddycha ciężko.

– Rozumiem, że zna pani studenta, niejakiego Caleba Morgana?

Marszczy czoło.

– Caleb? Caleb twierdzi, że go zgwałciłam?

– Profesor Fisher, naprawdę powinniśmy odbyć tę konwersację w St Aldate’s, gdzie będzie mogła zostać nagrana.

– St Aldate’s? Czyli na posterunku policji? – Jej oczy robią się wielkie z zaskoczenia i po raz pierwszy wydaje się autentycznie przestraszona.

Kiwam głową.

– Tak będzie najlepiej, nie tylko dla nas, ale dla pani również.

Spuszcza wzrok, próbując się opanować, a potem kiwa głową.

– Muszę skontaktować się ze swoim prawnikiem.

– Naturalnie. Może to pani zrobić już na miejscu. Czy Beatriz może zostać z pani dzieckiem? A może jest ktoś inny, kogo mielibyśmy tu sprowadzić?

Milczy tak długo, że zaczynam wątpić, że usłyszała.

– Pani profesor?

Podnosi wzrok, jakby zaskoczona.

– Słucham? Ach… tak. Zapytam ją.

Asante podchodzi bliżej.

– Będziemy również potrzebowali ubrań, które miała pani na sobie zeszłej nocy. Zakładam, że brała pani dzisiaj prysznic?

– Oczywiście, że tak… – Spogląda na niego urażona i chyba zaraz żałuje tak ostrego tonu, bo przygryza wargę. – Przepraszam, nie chciałam być… po prostu cała ta sprawa jest… – Oddycha głęboko. – Tak, wzięłam prysznic.

– Czy może pani przynieść ubrania z zeszłej nocy? Wszystko, łącznie z bielizną.

Spogląda na niego wielkimi oczami.

– Cóż, obawiam się, że bielizna poszła do prania, a moja sukienka jest w pralni chemicznej.

Spoglądam na Asantego, który unosi brwi, ale Fisher uprzedza jego pytanie.

– Tak, wiem, że to pewnie wygląda nieco podejrzanie, ale wylałam szampana na sukienkę, w porządku? To wszystko. Poza tym w drodze do college’u zawsze mijam pralnię. – Wzrusza ramionami. – Tak było mi najwygodniej i tyle. Jeżeli nie zrobię takich rzeczy od razu, zaraz o tym zapominam i kiedy znów przyjdzie czas na wyciągnięcie sukni z szafy na kolejną uroczystość, będzie już trochę za późno.

Może ma to sens, a może nie. Tak czy owak, będziemy musieli z tym zaczekać. Nie zamierzam odbywać tej rozmowy tutaj.

– Czy może pani porozmawiać teraz z Beatriz? – pytam. – Nasi technicy kryminalistyczni będą potrzebowali dostępu do pani domu, żeby zabezpieczyć ślady. Posterunkowy Asante zostanie tutaj do czasu ich przybycia.

Spogląda mi w oczy przez chwilę, a potem kiwa głową.

– Dobrze. Powiem jej.

Wydaje się na granicy płaczu.

* * *


* * *

Pralnia chemiczna znajduje się na Woodstock Road i rzeczywiście leży w prostej linii między St Luke Street i college’em Edith Launceleve. Najwyraźniej jednak bogaci mieszkańcy północnego Oksfordu mają inne rzeczy do roboty w to upalne lipcowe popołudnie niż pranie, więc Asante zupełnie się nie dziwi tym, że jest w pralni jedynym klientem. Podejrzewa, że ledwo odrośnięty od podłogi młodzieniec za ladą miał nadzieję na wcześniejsze zwinięcie kramiku – świadczy o tym zniecierpliwione spojrzenie, jakim obdarza Asantego, kiedy ten otwiera drzwi. Natychmiast rozchmurza się, kiedy dowiaduje się, że klient jest w rzeczywistości policjantem – i to nie byle jakim, ale z dochodzeniówki. To znacznie lepsze niż futbol.

Asante robi, co może, żeby go nie zawieść.

– Rozumiem, że dzisiaj przed południem przyjęliście do prania suknię wieczorową? – Sprawdza na tablecie. – Długa, z czerwonej satyny, wyszywana cekinami góra i szyfonowe rękawy. Zarejestrowane pod nazwiskiem Marina Fisher?

Chłopak przyciąga księgę zamówień i przerzuca kilka stron.

– Tak – mówi po chwili. – Wygląda na to, że tak.

– Czy mógłbym ją zobaczyć? Sukienkę.

Chłopak krzywi się i zamyka głośno książkę.

– Nie. Przykro mi, stary.

Asante marszczy czoło. Muszą czyścić ubrania na miejscu – czuje wyraźnie zapach chemikaliów.

– Co to znaczy „nie”?

– Poprosiła o ekspresową robotę. Dwie godziny. Już zrobione.

Asante wzdycha. Żegnajcie jakiekolwiek dowody. Czasami ma się szczęście po swojej stronie, a czasem wręcz przeciwnie.

– Czy mimo wszystko mógłbym ją zabrać?

Chłopak potrząsa głową.

– Nic z tego, sorki, stary.

Asante zgrzyta zębami. Zapowiada się orka na ugorze.

– Dlaczego nie, skoro jest już uprana? Posłuchaj, jeśli chodzi o papiery…

Chłopak szczerzy zęby w uśmiechu.

– Nie chodzi o to, stary. Została wyprana, jasne, ale nie ma jej tutaj. Kierowca zabrał ją godzinę temu.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Tutaj czyścimy ubrania, ale wszelkie zmiany, jak obrębianie i inne tego typu sprawy, robi się w innym miejscu. A według wpisu suknia wymagała naprawy.

Asante mruży oczy.

– A jakiej dokładnie naprawy, jeśli wolno spytać?

* * *

Adam Fawley, 7 lipca 2018, godz. 18.43

Nie ma mnie w pokoju, kiedy kryminalistycy pobierają dowody od Mariny Fisher, ale kiedy Nina Mukerjee wychodzi na zewnątrz, czekam przy automacie z kawą. Nie wygląda na zaskoczoną moim widokiem.

– Czekasz na najnowsze? – Podchodzi do dystrybutora z wodą, wsadza papierowy kubek pod kranik i wciska guzik. – Pobraliśmy wszystkie tradycyjne wymazy, ale jedyną rzeczą widoczną gołym okiem był lekki siniak na prawym nadgarstku.

Marszczę czoło. Nie przypominam sobie, żebym to zauważył. A przecież jej sukienka nie miała rękawów… Potem jednak kojarzę – Marina Fisher miała na ręku ciężką srebrną bransoletę, wystarczająco szeroką, żeby zasłonić jakiekolwiek zmiany w okolicy nadgarstka. Prawego nadgarstka.

– Co na ten temat powiedziała? O siniaku?

– Twierdzi, że to najprawdopodobniej jej dziecko, ale nie pamiętała, kiedy dokładnie się to stało. Moim zdaniem ślady były zbyt duże jak na małe dziecko, ale oczywiście nie można tego udowodnić.

– I nie mogło się to stać kiedyś indziej? Powiedzmy wcześniej tamtego dnia?

– Nie można powiedzieć niczego na pewno. Warto by zdobyć jakieś zdjęcia z tamtej kolacji, sprawdzić, czy może na nich czegoś nie ma.

– Jakaś szansa na DNA?

Nina unosi brwi.

– Nie nastawiałabym się na to. Tak czy owak pobrałam próbki spod paznokci, chociaż wątpię, żebyśmy cokolwiek zyskali. Powiedział pan, że Morgan nie wziął prysznica, więc jeśli ma na sobie jakieś ślady zrobione przez nią, to będziemy mieli szansę to udowodnić.

– A jakie odniosłaś wrażenie co do niej? Tak ogólnie?

Mukerjee zamyśla się.

– Zadziwiająco opanowana. Na samym początku była trochę zestresowana, no i oczywiście jej prawniczka zachowująca się jak jakaś kwoka też nie pomogła, ale gdy tylko zabraliśmy się do pracy, natychmiast się uspokoiła.

– Cóż, jest naukowcem.

– Zabawne, ale właśnie to powiedziała. Stwierdziła, że otoczenie działa na nią uspokajająco, ponieważ jest przyzwyczajona do czegoś takiego. – Mukerjee bierze kubek. – Jedno jest pewne, że była dużo bardziej opanowana niż większość ludzi w jej sytuacji. Prawniczka nie mogła się doczekać, żeby stamtąd wyjść, ale Fisher specjalnie zatrzymała się i podziękowała mi. Powiedziała, że w gruncie rzeczy moja praca jest taka sama, jak jej: chodzi w niej o fakty, a te dowiodą, że mówi prawdę.