Alchemia miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Candace Camp

Alchemia miłości

Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Her Scandalous Pursuit

Pierwsze wydanie: Harlequin Books 2020

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2020 by Candace Camp

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6731-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink


Prolog

Londyn

Grudzień 1556 r.

Kobieta, która biegła wąską uliczką, starała się trzymać blisko murów. Wiedziała, że nie ma chwili do stracenia. Na szczęście zyskała nieco czasu, gdyż jeden z urwisów zdołał wcześniej przekazać jej wiadomość. Było jednak jasne, że zaraz ją dopadną.

Zdobył nakaz aresztowania i bez wątpienia nie zamierzał zwlekać.

Serce kobiety płonęło nienawiścią do człowieka, który pragnął jej śmierci. Hal twierdził, że chodzi wyłącznie o wynalazek, ale on zawsze doszukiwał się w innych okruchów dobra. W przeciwieństwie do niej nie poznał jądra ciemności.

Wbiegła na dziedziniec, otworzyła drzwi domu i zaryglowała je za sobą.

– Hal! – krzyknęła. – Nadchodzą!

Pośpiesznie minęła pracownię i wpadła do wspólnej izby. Na kominku płonął niewielki ogień, nad którym wisiał kociołek. Przed ucieczką zamierzali się posilić, było już jednak za późno. Wbiegła po wąskich schodach na piętro, do izb sypialnych - większej dla niej i Hala, mniejszej dla dzieci. Była naprawdę dumna ze swojego domu, gdyż stanowił dowód na to, że dobrze poradziła sobie w życiu.

A teraz musieli salwować się ucieczką z miasta niczym pospolite złodziejaszki.

Zastała Hala w dziecięcej izbie, gdzie właśnie pakował worek podróżny. Na jej widok wstał pośpiesznie, porzucając resztę rzeczy na podłodze. Guy, najstarszy syn, zamarł. W przyćmionym blasku świecy wydawał się bardzo blady.

– Już są? – spytał Hal z napięciem w głosie.

– Jeszcze nie, ale wkrótce przybędą. Musimy się śpieszyć.

– Tak, oczywiście. – Skinął głową, sięgnął po pelerynę Guya, po czym zarzucił mu ją na ramiona.

Podeszła do łóżeczka i uniosła niemowlę, które spało tak mocno, że tylko wtuliło się w ciepłe ramiona matki.

– Alice – wyszeptała i musnęła wargami ciemne loki dziewczynki. – Moje kochanie.

Przełykając łzy, poprawiła kocyk i naciągnęła jego róg na głowę dziecka, żeby je lepiej chronić przed chłodem.

Gdy ponownie spojrzała na Hala, miał już na sobie pelerynę. Wyciągnęła ręce, by podać mu niemowlę, on jednak chwycił ją za ramię.

– Idź z nami, najdroższa – poprosił.

– Nie mogę. Wszak dobrze wiesz, że nie mogę. – Jej głos drżał. – Muszę to zniszczyć.

Jego zazwyczaj pogodne oblicze spochmurniało.

– Przekleństwo – warknął. – Szkoda, że…

– Wiem i też żałuję – westchnęła. – Musisz zapewnić dzieciom bezpieczne schronienie. Mnie pozostało odczynić zło, które sama stworzyłam.

Podała mu Alice i przysunęła się, by pocałować go w oba policzki, a potem w usta. W odpowiedzi otoczył ją wolną ręką i przytulił.

– Obiecaj, że wyruszysz za nami – wyszeptał.

– Obiecuję.

Ucałował ją mocno i szybkim krokiem ruszył ku schodom.

Przyklęknęła przed Guyem, poprawiła mu pelerynę i spojrzała głęboko w oczy.

– Bądź silny – powiedziała. – Pomagaj ojcu.

– Będę. – Energicznie pokiwał głową. – Zadbam o nich.

– Wiem.

Guy bardzo ją przypominał, może nawet za bardzo. Nie był jednym z tych, którzy oglądają się za siebie albo dają za wygraną przy pierwszych kłopotach. Spoglądał w przyszłość. Łzy zalśniły w jej oczach, więc zamrugała, by się ich pozbyć. Ucałowała syna tak, jak to miała w zwyczaju - w oba policzki i w usta - po czym przytuliła go na pożegnanie.

– Uważaj na siebie – dodała.

– Więcej cię nie zobaczę? – spytał z powagą.

– Zawsze będę przy tobie.

Po chwili zbiegła za Halem po schodach. Niemowlę spało na krześle, na podłodze leżał worek. Hal odsunął na bok nieduży kufer i uniósł ukrytą wśród desek klapę, a wtedy z piwnicy wydobyło się chłodne, wilgotne powietrze.

Hal podniósł worek i zarzucił go sobie na plecy, ona zaś podeszła do szafy po swój dziennik i leżący na nim sztylet w pochwie, po czym włożyła je do worka.

– Nie! – Hal się odsunął. – Wyjmij. Nie chcę tego brać.

– Musisz. Nie może wpaść w jego ręce. Strzeż tych rzeczy i zachowaj je. Przysięgnij, że to zrobisz.

Jego oczy błysnęły i przez chwilę wydawało się jej, że odmówi. On jednak machnął ręką, jakby odpędzał natrętne myśli.

– Przysięgam – burknął.

Pochylił się po niemowlę, a wtedy zapaliła knot grubej świecy w blaszanej latarence i mu ją wręczyła. Uniósł latarenkę nad wejściem do piwnicy.

– Pójdź, synu – powiedział.

Guy obejrzał się na matkę, lecz zapanował nad strachem i zaczął schodzić po drabinie. Hal podał mu latarenkę, wyprostował się i popatrzył na ukochaną. Nie musiał nic mówić, wszystko wyczytała z jego spojrzenia.

– Z Bogiem, ukochany. – Uśmiechnęła się z trudem.

Jej bliscy zniknęli w podziemiach, a ona przez moment nie mogła ruszyć się z miejsca. Najbardziej na świecie pragnęła pobiec za nimi, lecz zdołała zapanować nad tym impulsem i szybko opuściła klapę, ponownie nasuwając na nią kufer.

Wiedziała, że musi zostać. Gdyby uciekła, wrogowie ruszyliby za nią w pościg. Prześladowcom zależało wyłącznie na niej i na wynalazku, nikt nie zamierzał ścigać jej rodziny.

Zdjęła kociołek znad ognia i przeszła do pracowni, gdzie powyciągała fiolki z ziołami i pojemnik z cenną solą. Wolałaby napalić w żelaznym koszu i pracować przy stole, jednak czas ją gonił. Musiała liczyć na to, że zwykły ogień na kominku wystarczy. Przyciągnęła zydel, wdrapała się na niego i przekręciła klucz w zamku najwyższej szafki, po czym wyjęła z niej nieduży przedmiot w aksamitnym zawiniątku. Nawet przez materiał czuła jego ciepło, pulsowanie ukrytej w nim mocy. Należał do niej i był zwieńczeniem jej życiowego dorobku, owocem nabytej wiedzy i umiejętności.

A teraz musiała go unicestwić.

Podeszła do kominka, uklękła i odwinęła instrument, który błysnął w świetle płomieni. Nie patrząc na niego, wsypała do ognia kilka garści ziół. Nie była pewna, czy to zadziała, ale musiała spróbować.

Droga, którą obrała, doprowadziła ją do wiedzy, która stała się źródłem jej mocy, oszałamiającej i uwodzicielskiej, lecz z gruntu złej. Dlatego należało działać szybko i stanowczo. Jedną dłoń zacisnęła na wisiorze, który nosiła na szyi, drugą podniosła piekielne urządzenie.

Odwróciła się do ognia i wyciągnęła rękę. Usiłowała wypowiadać łacińskie słowa, ale nie przechodziły jej przez gardło. Na zewnątrz huknął piorun, ona zaś wzdrygnęła się i zrozumiała, że wynalazek z nią walczy. Za drzwiami rozległ się tupot ciężkich buciorów i ciche, wypowiedziane ostrym tonem polecenie.

Rozpoznała jego głos.

Ktoś załomotał do drzwi, a wtedy jeszcze mocniej zacisnęła palce na przyrządzie. Wbijał się w jej skórę, jednak ledwie to zauważała. Powróciło znajome mrowienie w ręce, a wewnętrzny głos jej podpowiadał, że przecież zdoła ich powstrzymać. Wystarczyło obrócić instrument przeciwko napastnikom, a potem dołączyć do rodziny.

Nie, nie mogła ulec pokusie. Używanie wynalazku tylko go wzmacniało, przez co trudniej było nad nim zapanować. Poprzysięgła sobie, że przestanie z niego korzystać i nie dopuści, by trafił w cudze ręce.

Ktoś uderzył w drzwi czymś twardym, raz, drugi, trzeci, aż w końcu ustąpiły. W domu nagle zaroiło się od zbrojnych biskupa, a za ich plecami dostrzegła jego. Człowieka, który był kiedyś jej mentorem. Ufała mu, on zaś wydał ją władzom.

Czuła, jak przepełnia ją nienawiść. Bez zastanowienia wyciągnęła przed siebie rękę z instrumentem, który stworzyła.

– Stać! – krzyknęła z mocą.

Wiatr wpadający przez otwarte drzwi zawirował w pracowni, porywając kartki papieru. Błyskawica przecięła niebo, a ona poczuła, jak jeżą się jej włosy na karku. Powietrze zaiskrzyło od energii.

 

Żołnierze zatrzymali się raptownie, jakby natrafili na niewidzialną ścianę. Ich dłonie zacisnęły się na rękojeściach mieczy. Bladzi ze strachu, uświadomili sobie, że nie mogą się ruszać.

Wiedziała, że ich strach zmieniłby się w zgrozę, gdyby mieli pojęcie, jak ogromną mocą dysponowała dzięki urządzeniu. Ludzie twierdzili, że rozmawiała ze zmarłymi. Szeptali, że wskrzesza trupy i umie odgonić śmierć od umierającego. Nie wiedzieli jednak, że tak samo potrafiła zesłać śmierć na żywych.

Ze złowrogim uśmiechem zaczęła cicho wypowiadać tajemne słowa. Nie powinna tego robić, ale to było silniejsze od niej. Z przyjemnością obserwowała porażone strachem, pobladłe oblicza agresorów. Czuła, jak umyka z nich życie.

Przeniosła spojrzenie na mężczyznę, który z mentora stał się jej zaprzysięgłym wrogiem. Na jego twarzy nie dostrzegła strachu, jedynie chciwość i zazdrość. Pragnął jej mocy, marzył o tym, by przejąć urządzenie. Aby osiągnąć swój cel, był gotów oskarżyć ją o herezję i posłać na śmierć. Żądza władzy osmaliła jego duszę.

Wiedziała, że skończy tak samo, jeśli pójdzie tą drogą. Musiała z niej zejść i uwolnić świat od zła, w niej jednak mrok nadal uwodzicielsko szeptał: skorzystaj z mocy, a będziesz wolna. Zrób to, a twoje życzenia się spełnią.

Gdy krzykiem uciszała złowrogie podszepty i odwracała się w stronę kominka, zauważyła, jak jej dawny mentor rzuca się ku niej, chociaż już wie, że przegrał.

– Nie! – wrzasnął z rozpaczą, kiedy ciskała swój wynalazek prosto w ogień.


Rozdział pierwszy

Londyn

Grudzień 1868 r.

Thisbe się spodziewała, że wykład w Covington Institute okaże się interesujący, nie sądziła jednak, że odmieni jej życie.

Kilka minut po rozpoczęciu wykładu poczuła dziwne mrowienie na karku i odwróciła głowę. W drzwiach zatłoczonej sali stał młody mężczyzna i wpatrywał się w nią z uwagą. Widząc, że go dostrzegła, natychmiast odwrócił wzrok, a ona ponownie przeniosła spojrzenie na prowadzącego. Już od tygodnia cieszyła się na wykład, teraz jednak trudno jej było skupić uwagę na jego treści. Myślała wyłącznie o nieznajomym przy wejściu.

Jako kobieta pracująca w świecie mężczyzn przywykła do natrętnych spojrzeń. Jedni pożerali ją pożądliwym wzrokiem, inni mrugali ze zdumieniem, a jeszcze inni marszczyli brwi, zbulwersowani jej bezczelnością. Zwykle wszystkich ignorowała, ale ten człowiek… Intrygował ją, choć nie była pewna, dlaczego wydał się jej inny od całej reszty.

Jej serce mocniej zabiło. Na pewno nie znała tego mężczyzny, zobaczyła go po raz pierwszy w życiu Nie poczuła z nim bliskości podobnej do tej, która łączyła ją i jej brata bliźniaka Thea – powiedziałaby raczej, że chodzi o coś w rodzaju przypływu emocji towarzyszących nowemu eksperymentowi.

Już miała odwrócić się ponownie, kiedy nieoczekiwanie usiadł obok niej. Nawet na nią nie spojrzał, skupiony na notatkach, ale osobliwy ucisk w jej piersi wyraźnie się nasilił. Zerknęła z ukosa na nieznajomego, starając się zrozumieć, dlaczego tak na nią działał.

Zobaczyła jedynie jego profil, w dodatku niezbyt dobrze, ale to, co dostrzegła, przypadło jej do gustu. Mężczyzna był młody, zapewne niewiele starszy od niej. Jego gęste ciemnobrązowe włosy wydały się jej nieco za długie i nierówno ostrzyżone, zupełnie jakby sam je skracał. Jakiego koloru miał oczy? Żałowała, że nie może tego sprawdzić. Był wysoki i szczupły, a jego długie nogi zajmowały całą przestrzeń między rzędami.

Przeniosła wzrok na prowadzącego, żeby młodzieniec nie zauważył jej zainteresowania. Najwyraźniej przegapiła spory fragment wykładu, gdyż obecnie prowadzący mówił o liczbach atomowych. Ponownie zajęła się notowaniem, co szło jej zdecydowanie wolniej niż sąsiadowi. Inna sprawa, że bazgrał jak kura pazurem. Zastanawiała się, czy w ogóle potrafił odczytać swoje notatki.

Nie odwrócił się ku niej ani się do niej nie odezwał, lecz dostrzegła kątem oka, że co jakiś czas posyłał jej ukradkowe spojrzenia. Niewykluczone, że był nieśmiały, jednak ze względu na charakter swojej rodziny Thisbe niewiele wiedziała o tej przypadłości. A może zwyczajnie zbulwersowała go obecność kobiety na spotkaniu Towarzystwa Naukowego.

Thisbe odwróciła lekko głowę, kiedy zatem ponownie na nią zerknął, napotkał jej uważne spojrzenie. Nim zdążył pośpiesznie opuścić wzrok na notatki, otworzył szerzej oczy, a na jego policzkach wykwitł rumieniec. Tak, teraz zyskała pewność: istotnie był nieśmiały. A oczy miał ciepłe i brązowe, w odcieniu czekolady. Śliczny kolor.

Chłonęła bijące od nieznajomego ciepło i czuła zapach jego wody kolońskiej. Coś ją rozkosznie ścisnęło w brzuchu.

Nagle rozległy się oklaski, a Thisbe zrozumiała, że wykład dobiegł końca. Z pewnym opóźnieniem zaczęła bić brawo i wstała, tak jak wszyscy zebrani. Jej sąsiad również zerwał się z krzesła, przy okazji upuszczając przybory do pisania. Natychmiast podniósł notatnik, lecz ołówek przetoczył się pod stopy Thisbe i zatrzymał tuż przy rąbku jej sukni. Młodzieniec przestąpił z nogi na nogę, wsunął notatnik do kieszeni i ponownie spojrzał tęsknym wzrokiem na ołówek.

Wsuwając notes i ołówek do torebki, Thisbe pomyślała, że nieznajomy teraz na pewno się do niej odezwie. Brawa ucichły i wszyscy słuchacze ruszyli do wyjścia.

A zatem musiała przejąć inicjatywę.

– Proszę pana! – krzyknęła i podniosła ołówek. – Proszę pana!

Pobiegła za odchodzącym młodzieńcem i dotknęła jego ramienia.

Odwrócił się tak raptownie, że niemal na niego wpadła.

– Och. Proszę pani. Panno… Ja… – wydukał.

– To chyba należy do pana. – Thisbe podała mu zgubę.

Twarz również miał całkiem niebrzydką.

– Och! – Znowu się zarumienił. – Hm, dziękuję.

Wziął od niej ołówek, a gdy musnął palcami jej dłoń, Thisbe poczuła przyjemny dreszcz. Młodzieniec wrzucił ołówek do kieszeni, lecz nie ruszył się z miejsca.

– Hm… Nie najgorszy wykład, prawda? – zapytał.

Ucieszyła się, że najwyraźniej chciał z nią porozmawiać.

– Owszem – przytaknęła. – Tutaj często odbywają się ciekawe wykłady. W ubiegłym miesiącu pani Durant zajmująco mówiła o botanice. Rzecz jasna nie wszystkie dyskusje mają charakter naukowy.

– Pani Durant? – zdziwił się

– Jak najbardziej – przytaknęła. – Od pewnego czasu kolekcjonuje i rysuje polne kwiaty. Wydała już kilka książek.

– Hm, rozumiem. Żałuję, ale… botanika nie jest mi specjalnie bliska. Nigdy nie słyszałem o pani Durant.

– Cóż, nie jest powszechnie znana – przyznała Thisbe. – Inni naukowcy z reguły ignorują jej prace, bo jest kobietą. Na szczęście Covington Institute to całkiem postępowe miejsce. Dlatego tak często tu przychodzę.

Nie dodała, że Covington to panieńskie nazwisko jej matki, która założyła instytut, aby wspierać edukację kobiet. Thisbe przekonała się już wcześniej, że lepiej jest nie poruszać tematu rodziny. Była córką księcia, a na wieść o tym ludzie od razu zaczynali traktować ją inaczej, zwłaszcza że jej tata zasłynął jako ekscentryk.

– Miło mi to słyszeć. – Uśmiechnął się, a jej serce mocniej zabiło.

– Zauważyłam, że pan się spóźnił.

– To niedopowiedzenie. – Nie przestawał się uśmiechać. – Nie mogłem wcześniej wyjść z pracy. Przepraszam. Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzałem.

Wydawał się bardziej odprężony i równie nieskory do wyjścia jak Thisbe, choć sala stopniowo pustoszała.

– Skąd, w niczym mi pan nie przeszkodził. – Skłamała, rzecz jasna, ale nie mogła mu powiedzieć, że zaprzątał całą jej uwagę. – Może chce pan pożyczyć ode mnie notatki, które sporządziłam, zanim pan przyszedł?

– Jest pani pewna? – zapytał, ale wyciągnął rękę. – Nie będą pani potrzebne?

– Odda pan, kiedy pan skończy – odparła. – Wybiera się pan na następny wykład?

– Tak – potwierdził bez wahania i zacisnął dłoń na notatniku.

Tym razem Thisbe nie miała wątpliwości, że celowo musnął palcami jej rękę.

– Nie jestem pewna, jaki będzie temat.

– Mniejsza z tym – oznajmił i dodał pośpiesznie: - To znaczy, chodzi mi o to, że każdy wykład tutaj jest ciekawy.

– No to wobec tego wtedy zwróci mi pan notatki.

Pomyślała, że miesiąc to okropnie długo, ale natychmiast się rozpogodziła, gdyż przyszło jej do głowy inne rozwiązanie.

– A czy… nie zamierza się pan zjawić na świątecznych wykładach w Royal Institution? Ja się tam wybieram. Pan Odling ma mówić o chemii węglowej.

– Tak. Pierwszy wykład zaplanowano na drugi dzień świąt, prawda?

– Zgadza się – przytaknęła. – Odbędzie się cała seria spotkań.

– Wybornie. – Zmarszczył brwi. – Zachodzę w głowę, jak można przez kilka dni mówić o właściwościach węgla.

– Ha! Widzę, że chemia nie leży w kręgu pańskich zainteresowań.

– Nieszczególnie. Ale jak rozumiem, pani wydaje się zajmująca.

– To moja specjalność – odparła. – Zgłębiam chemię od siedemnastego roku życia. Właściwie zaczęłam wcześniej, ale to właśnie wtedy skupiłam się praktycznie wyłącznie na niej.

– Naprawdę? A gdzie pani… – Pośpiesznie ukrył zdumienie w głosie. – A zatem studiuje pani chemię?

Thisbe zaśmiała się cicho.

– Moja rodzina przykłada dużą wagę do edukacji nas wszystkich, zarówno chłopców, jak i dziewcząt – wyjaśniła. – Uczyłam się razem z braćmi, potem zaś uczęszczałam do Bedford College. Aż do tego roku nie pozwalano kobietom studiować do egzaminów na Uniwersytecie Londyńskim.

– Szkoła otwarta dla kobiet, rozumiem – powiedział z aprobatą. – Zawsze uważałem, że Oksford i Cambridge powinny przyjmować studentki. Inna sprawa, że ja również nie miałbym tam czego szukać. Synowie robotników nie wszędzie są mile widziani.

Pogratulowała sobie w duchu, że zataiła swoje arystokratyczne pochodzenie.

– To siedliska snobów – zauważyła.

– Studiowałem na Uniwersytecie Londyńskim, co prawda tylko przez dwa lata, ale zawsze. Bardzo trudno tam o ściśle naukowe zajęcia.

– To prawda. – Thisbe zarzucała angielskim uniwersytetom zarówno uprzedzenia wobec kobiet, jak i niedostatek nauk ścisłych. – Anglia została w tyle za innymi państwami, które już doceniły wartość badań naukowych.

– Racja – przytaknął. – Nadal uważa się je za hobby dla dżentelmenów, a uczelnie przykładają zbyt dużą wagę do filozofii i starożytnych języków.

– Zgadza się. – Wielokrotnie kłóciła się o to z ojcem. – Właśnie dlatego wyjechałam do Niemiec na studia pod kierunkiem Erlenmeyera.

– Emila Erlenmeyera?! – wykrzyknął ze zdumieniem – Poważnie?

– Jak najpoważniej. Słyszał pan o nim?

– Naturalnie. Szczerze podziwiam jego teorię na temat naftalenu.

Wdali się w kilkuminutową ożywioną rozmowę o naftalenie i pierścieniach benzenowych. Dopiero kiedy na progu pojawił się pan Andrews i wymownie zakaszlał, Thisbe uświadomiła sobie, że wszyscy już wyszli.

– Och, wygląda na to, że pan Andrews chciałby już zamknąć salę wykładową – powiedziała.

– Tak? Nie zauważyłem, że…

– Ja też nie.

Oboje ruszyli do wyjścia.

– Miłego dnia, proszę pani. – Andrews ukłonił się uprzejmie.

Odetchnęła z ulgą, że nie zwrócił się do niej „jaśnie panienko”, jak to miał do niedawna w zwyczaju. Poprosiła go, żeby tego nie robił, ale zwykle mu się wymykało.

Przystanęli w holu. Mogli pogawędzić jeszcze kilka minut, bo Andrews poszedł sprzątnąć salę wykładową.

– Proszę mi wybaczyć, że przez cały czas mówiliśmy o mnie – odezwała się Thisbe, aby podtrzymać rozmowę. – Nawet nie spytałam o pana specjalizację.

– A, tak. – Zrobił niepewną minę. – Pracuję przy projekcie z profesorem Gordonem.

– Archibaldem Gordonem? – Thisbe wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. – Tym, który wierzy w duchy?

Młody człowiek westchnął ciężko.

– Wszyscy tak o nim mówią, a przecież to godny szacunku naukowiec – zauważył.

– To był godny szacunku naukowiec, dopóki nie zaczął się parać oszustwami, takimi jak fotografowanie zjaw. – Thisbe nagle się zarumieniła. – Przepraszam, zachowałam się nieuprzejmie. Nie zamierzałam urazić pańskich przekonań. Jeśli jest pan spirytualistą…

 

– Bez obaw – odparł. – Nie czuję się urażony i nie jestem spirytualistą. Nie wierzę w przesądy i legendy. Sporo ich pokutuje w Dorset, skąd pochodzę, a moja ciotka dużo opowiadała mi o duchach, magii i tego rodzaju sprawach, ale według mnie to bzdury. Nie można jednak ignorować faktu, że ludzie widują obrazy spektralne. Mam na myśli osoby, które budzą się i przekonują, że przy ich łóżku stoi ukochana osoba.

– Ale nie na jawie – oznajmiła – Każdemu od czasu do czasu przytrafiają się dziwaczne sny.

– Nie powinno się z założenia odrzucać takich zjawisk, gdyż oznacza to ignorowanie dowodów. Osobiście powątpiewam, by dało się robić zdjęcia duchom, ale warto wziąć pod uwagę wszystkie dostępne materiały. Pan Gordon widział zdjęcia i towarzyszył fotografowi. Nie zauważył żadnych śladów oszustwa, więc wierzy w ich autentyczność. Musi pani przyznać, że jeszcze nikt nie wyjaśnił, w jaki sposób spirytualni fotografowie utrwalają wizerunki duchów na płytkach światłoczułych.

– Może i nie, ale przecież pewna kobieta z Bostonu wyjawiła, że duch uwieczniony na pewnym zdjęciu to tak naprawdę ona z fotografii, którą zrobiła sobie w tym samym atelier – zauważyła Thisbe. – Powiedziałabym, że to koronny dowód mistyfikacji.

Z powagą pokiwał głową.

– Właśnie dlatego trudno mi uwierzyć w zdjęcia duchów. Jeśli jednak uznamy słowa tej damy za dowód, to jak mamy odrzucić twierdzenia ludzi, którzy przysięgają, że na zdjęciach widnieją ich bliscy? Jaka matka nie rozpoznałaby własnego dziecka?

– Pogrążeni w żałobie członkowie rodzin bardzo pragną ujrzeć zmarłych krewnych, więc dopasowują ich rysy twarzy do rysów innych. Zjawy na zdjęciach są blade i niewyraźne, prawda? Dzieci w ubrankach do chrztu wyglądają szalenie podobnie, a jeśli ich buzie wydają się nieco rozmazane, krewni z łatwością dostrzegą w nich malca, którego pragną ujrzeć.

– A gdyby pani coś takiego zobaczyła? Gdyby na własne oczy ujrzała pani dowód?

– Pozostałabym sceptyczna - oświadczyła.

– Nie wątpię – odparł ze śmiechem.

– Jednak jeśli zdołałby pan przedstawić jednoznaczne i niepodważalne dowody, musiałabym uwierzyć w prawdziwość pańskich twierdzeń – dodała.

– Właśnie nad tym pracujemy. – Jego twarz promieniała entuzjazmem. – Prowadzimy eksperymenty. Moim celem jest przedstawienie dowodów potwierdzających lub obalających tezy o istnieniu duchów. W gruncie rzeczy jest mi wszystko jedno, czy istnieją – liczy się sam proces dochodzenia do prawdy. Na świecie jest tyle rzeczy, o których nie mamy pojęcia, których nie potrafimy dostrzec. Wiele z tego, co jeszcze pół wieku temu, ba, nawet przed dwudziestu laty, wydawało się niemożliwe, teraz jest codziennością. Weźmy taki telegraf. Kto by przypuszczał, że w jednej chwili da się przesłać informacje do miejsc oddalonych o wiele kilometrów? Albo fotografia czy elektryczność. Reguły rządzące tym wszystkim zawsze były na wyciągnięcie ręki, ale ich nie dostrzegaliśmy.

Thisbe pomyślała, że tropienie duchów trudno nazwać nauką, jednak podobał się jej entuzjazm rozmówcy.

– A jak pan chciałby udowodnić swoje teorie? – zapytała.

– Musimy znaleźć odpowiednie narzędzia – odparł. – Proszę pomyśleć o wszystkich gwiazdach, których nie widzieliśmy do czasu wynalezienia teleskopu. O wszystkich maleńkich rzeczach, które pozostawały niewidzialne, bo jeszcze nie mieliśmy mikroskopów. A jeśli duchy ludzi są przy nas, lecz nie potrafimy ich zobaczyć?

– Chce pan wynaleźć urządzenie do oglądania duchów?

– Taką mam nadzieję. Fotografia spirytualna opiera się na założeniu, że aparat wychwytuje obrazy, których nie widać, gdyż zbyt szybko przemijają albo są niedostatecznie wyraźne. Jeśli o mnie chodzi, badam właściwości światła. Nie widzimy jego barw, póki nie użyjemy pryzmatu, a przecież William Herschel odkrył, że istnieje jeszcze światło podczerwone, niedostrzegalne nawet przy użyciu pryzmatu.

– Tak, czytałam o tym. – Thisbe skinęła głową. – Użył pryzmatu do wyodrębnienia barw, a potem wsuwał termometr do każdej z nich, żeby sprawdzić, w jakim tempie się nagrzewają. Odkrył przy tym, że termometr poza spektrum rozgrzewa się najbardziej. Wyciągnął z tego wniosek, że musi istnieć jeszcze jedna część spektrum, której nie widzimy.

– Otóż to. A potem Ritter odkrył kolejne pasmo po stronie niebieskiej - ultrafiolet.

– Jak rozumiem, pańskim zdaniem duch to coś, co istnieje w innym paśmie światła?

– Coś, co można ujrzeć w innym paśmie światła – sprecyzował. – Czy da się stworzyć instrument, który pozwoli nam dostrzec niewidzialne pasma w taki sposób, w jaki pryzmat umożliwia nam oglądanie oddzielnych barw? – Wzruszył ramionami. – Między innymi nad tym pracujemy.

– My? To znaczy pan i pan Gordon?

– Oraz kilka innych osób. Profesor Gordon ma mecenasa, niezwykle zainteresowanego jego badaniami, więc dysponujemy dobrze wyposażonym laboratorium i materiałami. Mogłaby tam pani kiedyś wpaść, jeśli jest pani zainteresowana.

– Byłoby mi… – zaczęła, ale urwała, gdy zjawił się Andrews z jej peleryną.

– Pozwoliłem sobie przynieść pani odzienie, jaś… - urwał i dodał pośpiesznie: – Panno Moreland. Chyba nie ma pani nic przeciwko temu?

– Skąd. Ogromnie dziękuję.

Nie pozostało im nic innego, jak tylko wyjść. Włożyła pelerynę, wsunęła dłonie w rękawiczki i podniosła wzrok na swojego towarzysza.

– Wygląda na to…

– Chyba na nas pora. – Przestąpił z nogi na nogę. – Szalenie miło się z panią rozmawiało. Dziękuję za pożyczenie notatek. – Poklepał się po kieszeni. – Obiecuję, że je zwrócę. Może na świątecznym wykładzie?

– Tak byłoby najlepiej. – Thisbe wyciągnęła do niego rękę. – Przepraszam, powinnam była się przedstawić. Thisbe Moreland.

Uścisnął jej dłoń.

– Panno Moreland, bardzo mi miło. Nazywam się Desmond Harrison.

– Mnie również jest miło, panie Harrison.

Z uśmiechem odwróciła się do drzwi, a Desmond podszedł do nich szybkim krokiem i je otworzył.

– Proszę pozwolić, bym odprowadził panią do domu – powiedział, gdy znaleźli się u stóp schodów.

Thisbe zerknęła na ulicę, gdzie nieco dalej czekał na nią powóz Morelandów. Na jej widok stangret natychmiast chciał popędzić konie i podjechać, ale odwróciła się do niego plecami.

– To bardzo miło z pańskiej strony – odparła. – Dziękuję, panie Harrison.

Usłyszała, że powóz głośno zaterkotał na bruku. Ruszyła wraz z Desmondem w przeciwnym kierunku i energicznie zamachała ręką za plecami, żeby odpędzić stangreta. Liczyła na to, że zrozumie jej intencje. Koniec końców służba przywykła do dziwactw Morelandów.

Stangret najwyraźniej pojął, w czym rzecz, bo konie na moment przystanęły, a następnie powoli ruszyły. Thisbe modliła się w duchu, żeby jej nowy znajomy nie zechciał się przyjrzeć wlokącemu się za nimi powozowi.

– Ależ proszę pana! – wykrzyknęła nagle, spoglądając na Desmonda. – Gdzie pański płaszcz? Gdzie rękawiczki? Kapelusz? Zostawił pan wszystko w instytucie?

– Nie. Obawiam się, że w domu – wyznał ze skruchą. – Było już późno, więc wybiegłem, tak jak stałem. A rękawiczki zapodziały się w zeszłym tygodniu, sam nie wiem, gdzie.

– To zupełnie jak Theo. – Uśmiechnęła się. – Nieustannie gubi rękawiczki.

– Theo? – Spojrzał na nią podejrzliwie.

– Tak, mój brat. Brat bliźniak.

– Och, ma pani bliźniaka. – Desmond wyraźnie się odprężył. – Bliźnięta to fascynująca sprawa, choć lepiej, kiedy są identyczne. – Zerknął na nią. – Oj, przepraszam, nie chciałem powiedzieć, że to lepiej… Po prostu jeśli chodzi o naukę… To znaczy… – Zająknął się i ponownie zarumienił.

Thisbe nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– W porządku, rozumiem, o co panu chodzi – odparła. – Mam dwóch młodszych braci, którzy są identycznymi bliźniakami, i z pewnością można ich uznać za… interesujących chłopców.

– Ma pani liczne rodzeństwo – zauważył z odrobiną zazdrości w głosie.

– Łącznie czterech braci i dwie siostry. A pan?

– Miałem siostrę, Sally. Zmarła kilka lat temu.

– Przykro mi.

– Co zrobić – westchnął. – Była ode mnie starsza i pomagała mojej ciotce, która się mną zajmowała. Mama zmarła tuż po moich narodzinach.

– To okropne. – Thisbe położyła dłoń na jego ramieniu. – Bardzo mi przykro. A pański ojciec?

– Jego też już nie ma – odparł Desmond po chwili wahania.

– Co ze świętami? Ma pan tu rodzinę? – dopytywała się – Mógłby pan przyjść do nas.

Naturalnie musiałaby ujawnić swoją sytuację rodzinną, ale serce jej pękało na myśl o tym, że nowy znajomy zostanie sam na Boże Narodzenie.

– Jest pani niezwykle uprzejma. – Uśmiechnął się z wdzięcznością. – Ale proszę się nie przejmować, spędzę święta z panem Gordonem.

– To dobrze. – Thisbe zauważyła, że nadal trzyma dłoń na jego ramieniu. Niechętnie cofnęła rękę. – Proszę wybaczyć, ale dygocze pan z zimna. Naprawdę nie ma potrzeby, żeby mnie pan odprowadzał, wielokrotnie wracałam sama.