Kaznodzieja

Tekst
Z serii: Saga o Fjallbace #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaznodzieja
Kaznodzieja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,98  47,98 
Kaznodzieja
Audio
Kaznodzieja
Audiobook
Czyta Marcin Perchuć
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już w kilka godzin po rozmowie Patrika z Martinem Tord Pedersen zadzwonił znowu. Zidentyfikowali jeden ze szkieletów znalezionych w wąwozie. Była to Mona Thernblad, jedna z dziewczyn zaginionych w 1979 roku.

Patrik i Martin analizowali informacje. Mellberg na szczęście był nieobecny, za to Gösta Flygare wrócił do pracy po udanym występie na turnieju golfowym. Wprawdzie go nie wygrał, ale ku swemu największemu zdziwieniu i radości wykonał holeinone, za co w klubie postawili mu szampana. Martin i Patrik trzykrotnie wysłuchali opowieści o tym, jak zaliczył szesnasty dołek za jednym strzałem, i nie mieli wątpliwości, że do wieczora usłyszą ją jeszcze wiele razy. Nie mieli mu tego za złe. Patrik postanowił, że pozwoli mu się nacieszyć i dopiero wtedy wprowadzi go w śledztwo.

– Mamy do czynienia ze skurwysynem, który najpierw łamie dziewczynom kości, a potem je morduje – powiedział Martin. – I jeszcze tnie je nożem.

– Na to wygląda. Myślę, że musi się za tym kryć motyw seksualny. Sadystyczny zboczeniec, którego podnieca cierpienie innych. Świadczyłby o tym ślad spermy na zwłokach Tanji.

– Porozmawiasz z krewnymi Mony? To znaczy zawiadomisz ich, że ją znaleźliśmy? – zapytał z niepokojem Martin.

Patrik zapewnił, że weźmie to na siebie.

– Po południu pojadę do jej ojca. Matka nie żyje od wielu lat.

– Skąd wiesz? Znasz ich?

– Nie, ale Erika była wczoraj w bibliotece i sprawdziła, co o zaginięciu Siv i Mony było w gazetach. Co jakiś czas prasa wracała do tej sprawy, a parę lat temu ukazał się nawet wywiad z rodzinami. Tak więc żyje tylko ojciec Mony, a Siv w chwili zaginięcia miała jedynie matkę. No i córeczkę, z którą też chciałbym porozmawiać, kiedy się potwierdzi, że druga kobieta to Siv.

– Uważasz, że to nieprawdopodobne, żeby to był kto inny?

– Tak, myślę, że to ona, ale pewności nie ma. Nie takie dziwy widziano na świecie.

Patrik przeglądał papiery przygotowane przez Erikę. Wybrał kilka i rozłożył półkoliście na biurku. Obok położył dokumenty z archiwum komisariatu. Należało zestawić wszystkie informacje o zaginięciu dziewczyn. W wycinkach prasowych było sporo materiału, który nie znalazł się w dokumentach z dochodzenia sprzed lat. Aby stworzyć sobie obraz całości, należało zatem przejrzeć i jedne, i drugie.

– Spójrz tutaj. Siv zaginęła w noc świętojańską 1979 roku, Mona dwa tygodnie później.

Patrik wstał zza biurka i zaczął pisać na tablicy, porządkując informacje.

– Siv Lantin widziano po raz ostatni, gdy po zabawie wracała rowerem do domu. Ostatni świadek opisał, jak skręciła z głównej szosy i pojechała w kierunku Bräcke. Była druga w nocy. Zobaczył ją kierowca samochodu. Potem nikt już jej nie widział.

– Jeśli pominąć zeznanie Gabriela Hulta – dodał Martin.

Patrik przytaknął.

– Właśnie, jeśli pominąć świadectwo Gabriela Hulta, co też na razie uczynimy. – Potem mówił dalej: – Dwa tygodnie później zaginęła Mona Thernblad. W odróżnieniu od Siv w biały dzień. Wyszła z domu około trzeciej po południu, żeby pobiegać, i już nie wróciła. Na trasie, po której zwykle biegała, odnaleziono jeden but i nic więcej.

– Były do siebie podobne? Poza tym, że były w zbliżonym wieku.

Patrik uśmiechnął się.

– Domyślam się, że oglądasz programy o profilerach. Niestety muszę cię rozczarować. Jeśli mamy do czynienia z seryjnym mordercą, a zakładam, że o to ci chodzi, podobieństwa między dziewczynami nie są zbyt oczywiste. – Przyczepił do tablicy dwa czarnobiałe zdjęcia. – Siv miała dziewiętnaście lat. Nieduża, ciemnowłosa, o bujnych kształtach. Mówiło się, że sprawia kłopoty, a kiedy w wieku siedemnastu lat urodziła dziecko, we Fjällbace wybuchł niemały skandal. Razem z córką mieszkała u matki, a z tego, co pisały gazety, wynika, że często wychodziła, bo nie bawiło jej siedzenie z dzieckiem w domu. Natomiast Mona to prawdziwie dobra córka i pilna uczennica. Miała wielu przyjaciół, była powszechnie lubiana. Wysoka, jasnowłosa, wysportowana. Miała osiemnaście lat, nadal mieszkała z rodzicami, bo matka często chorowała i ojciec nie był w stanie sam się nią zajmować. Nikt nigdy nie powiedział o niej złego słowa. Dziewczyny łączy tylko jedno: obie ponad dwadzieścia lat temu zaginęły bez śladu, a ich szczątki znaleźliśmy w Wąwozie Królewskim.

Martin w zamyśleniu podparł ręką podbródek. Chwilę milczeli, wpatrując się w wycinki i zapiski na tablicy. Myśleli o tym, że dziewczyny były takie młode, miałyby przed sobą wiele lat życia, gdyby ten ktoś nie stanął im na drodze. A teraz Tanja. Nie dysponowali jeszcze jej zdjęciem zrobionym za życia. Równie młoda dziewczyna, która miała przed sobą życie i mogła z nim zrobić, co chciała. Ona też nie żyje.

– Przesłuchali wtedy mnóstwo osób. – Patrik wyciągnął z teczki plik zapisanych na maszynie kartek. – Przyjaciół i krewnych dziewczyn. Policja chodziła po domach, sprawdziła miejscowych przestępców różnej maści. Z tego, co widzę, przesłuchali w sumie około stu osób.

– Z jakim skutkiem?

– Żadnym. Do chwili, kiedy pojawił się Gabriel Hult. Sam zadzwonił na policję i powiedział, że w noc zaginięcia Siv widział ją w samochodzie brata.

– No i co z tego? Przecież to nie wystarczy, żeby uznać go za podejrzanego o morderstwo.

– Nie, ale brat Gabriela Johannes Hult podczas przesłuchania zaprzeczył, że z nią rozmawiał, a nawet że ją widział. I wtedy z braku innych poszlak skupili się na nim.

– Coś to dało? – Martin otworzył szeroko oczy i słuchał jak zaklęty.

– Nic, absolutnie nic. Kilka miesięcy później Johannes Hult powiesił się w swojej stodole i można uznać, że ślad się urwał.

– Podejrzane, że niedługo potem popełnił samobójstwo.

– Tak, ale jeśli był winien, to Tanję musiałby zamordować jego duch. Martwi nie mordują…

– A co z tym bratem, który na niego doniósł? Jak można donieść na brata, krew z krwi, kość z kości? – Martin zmarszczył czoło. – Ale głupek ze mnie. Hult… przecież to musi być rodzina Johana i Roberta, naszych dobrych znajomych z cechu złodziei.

– Zgadza się. Johannes był ich ojcem. Odkąd sobie poczytałem o rodzinie Hultów, rozumiem, jak to się dzieje, że tak często mamy do czynienia z Johanem i Robertem. Kiedy Johannes się powiesił, mieli pięć i sześć lat, w dodatku znalazł go Robert. Można sobie wyobrazić, jak to się musiało odbić na sześcioletnim dziecku.

– Paskudna sprawa. – Martin potrząsnął głową. – Słuchaj, muszę się napić kawy, żeby dalej pracować. Stężenie kofeiny spadło mi poniżej dopuszczalnego poziomu. Zapaliła mi się czerwona lampka. Ty też się napijesz?

Patrik kiwnął głową. Chwilę później Martin przyniósł dwa kubki gorącej kawy. Pogoda zrobiła się wreszcie w sam raz na coś gorącego.

Patrik mówił dalej:

– Johannes i Gabriel to synowie Ephraima Hulta, człowieka zwanego Kaznodzieją. Ephraim był sławnym, czy raczej osławionym – zależy, jak na to patrzeć – pastorem niezależnego zboru z Göteborga. Organizował wielkie spędy, podczas których jego synowie, wówczas mali, mówili rzekomo obcymi językami i uzdrawiali chorych i ułomnych. Większość ludzi uważała go za oszusta i szarlatana, ale trzeba powiedzieć, że trafiła mu się niezła gratka. Otóż jego parafianka Margareta Dybling zmarła, zapisując mu w testamencie wszystko, co posiadała. Oprócz znacznego majątku w gotówce wielkie tereny leśne i okazały dwór w okolicy Fjällbacki. Wtedy nagle opuściła go potrzeba głoszenia Słowa Bożego i przeprowadził się tu z synami. Od tamtej pory rodzina żyje z pieniędzy tej kobiety.

Całą tablicę zapełniły zapiski. Biurko Patrika było zasłane papierami.

– Ta historia jest oczywiście ciekawa, ale co ma wspólnego z tymi morderstwami? Sam powiedziałeś, że Johannes umarł przeszło dwadzieścia lat przed morderstwem Tanji, a martwi nie mordują. Już to wyłożyłeś. – Martin nie umiał ukryć zniecierpliwienia.

– To prawda, ale przejrzałem stare materiały i ciekawa jest w nich tylko jedna rzecz: zeznanie Gabriela. Miałem nadzieję, że uda się porozmawiać z Erroldem Lindem, który prowadził wtedy dochodzenie, ale niestety okazuje się, że zmarł na zawał w 1989 roku, czyli nic więcej nie ma. Jeżeli nie masz lepszego pomysłu, proponuję dowiedzieć się czegoś więcej o Tanji i porozmawiać z rodzicami Siv i Mony. Potem ocenimy, czy warto ponownie przesłuchać Gabriela Hulta.

– To brzmi rozsądnie. Od czego mam zacząć?

– Od sprawdzenia Tanji. I jeszcze dopilnuj, żeby Gösta od jutra wziął się do roboty. Skończyły się dobre czasy.

– A Mellberg i Ernst? Co z nimi?

Patrik westchnął.

– Moja strategia – trzymać ich jak najdalej od tej sprawy. To prawda, że na nas trzech spadnie dużo pracy, ale na dłuższą metę na tym zyskamy. Mellberg będzie zachwycony, że nie musi nic robić. Zresztą w zasadzie i tak odżegnał się od prowadzenia sprawy. Niech Ernst nadal załatwia bieżące zgłoszenia. Jeśli będzie potrzebował pomocy, damy mu Göstę, bo ty i ja powinniśmy skupić się na śledztwie. Zrozumiano?

– Tak jest, szefie. – Martin skinął głową.

– Do roboty.

Martin wyszedł. Patrik usiadł przed tablicą, splótł ręce na karku i pogrążył się w myślach. Stanęli przed bardzo trudnym zadaniem, a doświadczenia w sprawach dotyczących morderstwa nie mieli prawie żadnego. Patrik poczuł chwilowy przypływ zwątpienia. Miał szczerą nadzieję, że brak doświadczenia nadrobi entuzjazmem. Martin był po jego stronie, istniała szansa, że uda się zakończyć słodką bezczynność Gösty. Gdyby jeszcze udało się trzymać Mellberga i Ernsta z dala od śledztwa, być może znaleźliby rozwiązanie zagadki. Szansa nie była zbyt wielka, choćby dlatego, że ślady były mocno nieświeże. Wiedział, że powinni się skupić na Tanji, ale instynkt podpowiadał mu, że morderstwa są tak mocno ze sobą związane, iż należy je badać jednocześnie. Nie będzie łatwo wrócić do tamtego dochodzenia, ale trzeba spróbować.

 

Wziął ze stojaka parasol, sprawdził adres w książce telefonicznej i z ciężkim sercem ruszył w drogę. Bywają obowiązki, których spełnianie jest ponad ludzkie siły.

Deszcz uporczywie bębnił o szyby i w innych okolicznościach Erika cieszyłaby się z ochłody, którą przyniósł. Los chciał jednak inaczej. Dołożyli się jeszcze natrętni krewni, którzy stopniowo, acz nieubłaganie doprowadzali ją do ostateczności.

Nie mogąc wyjść na dwór, dzieci biegały w kółko, a Conny i Britta zaczęli na siebie naskakiwać jak zestresowane psy. Awantura nie wybuchła jeszcze na całego, ale coraz więcej było docinków, powarkiwania i wypominania dawnych grzechów i krzywd. Erika najchętniej poszłaby do siebie na górę i naciągnęła kołdrę na głowę. Nie pozwoliło jej na to dobre wychowanie. Musiała być uprzejma nawet w strefie działań wojennych.

Kiedy Patrik rano wychodził z domu, spojrzała tęsknie na drzwi. Nawet nie ukrywał, z jaką ulgą wyrywa się do pracy. Przez chwilę kusiło ją, żeby mu przypomnieć wczorajszą obietnicę, że zostanie w domu, gdy go poprosi. Zdawała sobie jednak sprawę, że byłoby nie w porządku, gdyby wystąpiła z takim żądaniem tylko dlatego, że nie chce zostać sama z bandą czworga. I gdy odjeżdżał spod domu, pomachała mu przez kuchenne okno jak kochająca żonka.

Dom był na tyle mały, że bałagan wkrótce przybrał rozmiary katastrofy. Erika dała dzieciom kilka gier towarzyskich, ale skutek był taki, że płytki do scrabble’a leżały porozrzucane po całym salonie razem z domkami do gry w Monopol i kartami. Z niejakim trudem schyliła się, żeby pozbierać najdrobniejsze elementy i zaprowadzić jaki taki porządek. Rozmowa, którą Britta i Conny toczyli na werandzie, stawała się coraz bardziej burzliwa. Erika zaczynała rozumieć, dlaczego dzieciaki nie nabrały ogłady. Skoro rodzice zachowują się jak pięcioletnie dzieci, trudno, żeby ich pociechy nauczyły się szanować innych i cudzą własność. Oby ten dzień skończył się jak najprędzej! Niech tylko przestanie padać, a po prostu ich wygoni. Gościnność gościnnością, ale musiałaby być święta, żeby nie wybuchnąć, jeśli zostaną dłużej.

Czara goryczy przelała się przy obiedzie. Mimo bólu w stopach i krzyżu Erika spędziła godzinę przy kuchni, przygotowując danie, które zaspokoiłoby apetyt Conny’ego i kaprysy dzieci. Uznała, że wyszło całkiem nieźle. Pieczona kiełbasa z makaronem w białym sosie powinna wszystkich zadowolić. Bardzo się jednak przeliczyła.

– Eee, nienawidzę kiełbasy. Wstrętna jest!

Lisa demonstracyjnie odsunęła talerz i marszcząc się gniewnie, skrzyżowała ramiona.

– Szkoda, bo nic innego nie będzie – powiedziała zdecydowanym tonem Erika.

– Ale ja jestem głodna. Ja chcę coś innego!

– Nie ma nic innego. Nie lubisz kiełbasy – to jedz makaron z keczupem.

Erika starała się mówić spokojnie, ale w środku aż się gotowała.

– Makaron jest wstrętny. Ja chcę coś innego. Mamaaaa!

– Słuchaj, mogłabyś jej przygotować coś innego? – zapytała Britta, głaszcząc po policzku swoją małą jęczyduszę, która nagrodziła ją za to uśmiechem. Lisa w poczuciu zwycięstwa zarumieniła się i spojrzała wyzywająco na Erikę. Ale posunęła się za daleko. To już była wojna.

– Nie ma nic innego. Albo jesz to, co jest na stole, albo wcale.

– Moja droga, niepotrzebnie się upierasz. Conny, wyjaśnij Erice, jak my to widzimy, na czym polega nasza strategia wychowawcza. – Nie czekając na odpowiedź Conny’ego, mówiła dalej: – Nie zmuszamy dzieci do niczego, bo to ograniczałoby ich rozwój. Uważam, że jeśli moja córka czegoś chce, ma takie samo prawo wyrazić swoje życzenie jak każdy inny. Co byś powiedziała, gdyby tobie ktoś wmuszał jedzenie? Nie wydaje mi się, żebyś była zadowolona.

Pani psycholog wyłożyła swój pogląd tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale miarka się przebrała. Erika z kamienną twarzą chwyciła talerz Lisy, podniosła go do góry i odwróciła nad głową Britty. Britta przerwała w pół słowa. Makaron spłynął jej na głowę i za koszulę.

Dziesięć minut później już ich nie było. I pewnie już nigdy nie wrócą. Erika zostanie po wsze czasy skreślona przez tę część rodziny, ale nie zamierzała nawet udawać, że jej z tego powodu przykro. Tak samo nie było jej wstyd, że się tak, co najmniej dziecinnie, zachowała. Wreszcie dała upust narastającej od dwóch dni złości i czuła się wprost fantastycznie. Wcale nie zamierzała przepraszać.

Zamierzała do wieczora siedzieć na werandzie z książką i pierwszą tego lata filiżanką herbaty. Od razu zobaczyła życie w jaśniejszych barwach.

Niewielka weranda, oszklona i zastawiona olśniewającymi roślinami, wytrzymałaby porównanie z najwspanialszym nawet ogrodem. Wszystkie kwiaty pieczołowicie wyhodowano z nasion albo sadzonek, a dzięki temu, że lato było upalne, na werandzie było niemal jak w tropikach. W jednym kącie uprawiał jarzyny, bo nic nie może się równać z przyjemnością, jaką daje zerwanie własnoręcznie wyhodowanych pomidorów, kabaczków, cebul, nie mówiąc o melonach i winogronach.

Niewielki, ale funkcjonalny szeregowiec stał przy Dinglevägen, przy południowym wjeździe do Fjällbacki. Na tle pozostałych, znacznie skromniejszych ogródków przeszklona, pełna zieleni weranda rzucała się w oczy.

Tylko tu, na werandzie, nie tęsknił za starym domem. Tym, w którym dorastał, a potem założył rodzinę. Pewnego dnia, gdy na świecie nie było już ani żony, ani córki, a samotność dokuczała mu coraz bardziej, stwierdził, że czas pożegnać się z domem i wspomnieniami, które się z nim łączą.

Szeregowiec, rzecz jasna, nie miał tej atmosfery, którą tak lubił w starym domu, ale dzięki temu ból stał się łatwiejszy do zniesienia. Przypominał o sobie jedynie lekkim ćmieniem.

Kiedy Mona zaginęła, Linnea omal nie umarła z rozpaczy. I tak zawsze była chorowita. A jednak okazała się wytrzymalsza, niż sądził, bo żyła jeszcze dziesięć lat. Dla niego, był o tym przekonany. Nie chciała, żeby został sam ze swoim cierpieniem. Walczyła o każdy kolejny dzień życia, które w końcu zmieniło się w wegetację.

Mona była ich promykiem słońca i radością. Przyszła na świat, kiedy już stracili nadzieję na dziecko, zresztą po niej też nie mieli kolejnych dzieci. Jasna, radosna istota stała się dla nich ucieleśnieniem największej miłości. Od jej śmiechu robiło mu się ciepło na sercu. Nie przyjmował do wiadomości, że mogłaby po prostu zniknąć, bo wtedy musiałoby zgasnąć słońce, runąć niebo. Nic takiego się nie wydarzyło. Za ścianami ich domu, który stał się domem żałoby, życie toczyło się dalej. Ludzie śmiali się, pracowali. Nie było tylko Mony.

Bardzo długo łudzili się, że może gdzieś jest, żyje z dala od nich, że postanowiła zniknąć. W głębi duszy oboje znali prawdę. Przecież dopiero co zaginęła tamta dziewczyna, zbyt duży zbieg okoliczności, żeby się oszukiwać. W dodatku Mona świadomie nie mogłaby zadać im takiego bólu, była dobrą, kochającą i troskliwą córką.

W dniu, kiedy umarła jego ukochana Linnea, uzyskał dowód, że Mona jest w niebie. Choroba i żałoba tak przygniotły żonę, że został z niej tylko cień. Leżała w łóżku i trzymała go za rękę. Wiedział, że to ten dzień, kiedy zostanie sam. Czuwał wiele godzin. Wreszcie po raz ostatni ścisnęła jego dłoń, a jej twarz rozjaśnił uśmiech. Po raz pierwszy od dziesięciu lat patrzyła tak promiennie jak kiedyś na Monę. Utkwiła wzrok gdzieś za jego plecami i umarła. Wiedział, że umierała szczęśliwa, bo na końcu tunelu ujrzała idącą jej naprzeciw córkę. Dzięki tej wierze łatwiej mu było znosić samotność. Przynajmniej te dwie najbardziej ukochane osoby są razem. Dołączenie do nich to tylko kwestia czasu. Czekał na ten dzień, tymczasem zaś należało żyć godnie. Pan Bóg nie ma zrozumienia dla tchórzostwa. Wolał nie ryzykować utraty miejsca w niebie u boku Linnei i Mony.

Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Podniósł się z fotela. Opierając się na lasce, torował sobie drogę przez zieleń na werandzie. Przeszedł przez przedpokój i podszedł do drzwi. Stał za nimi poważny młody mężczyzna.

– Pan Albert Thernblad?

– Zgadza się. Ale jeśli ma pan coś do sprzedania, to ja nie kupię.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Niczego nie sprzedaję. Nazywam się Patrik Hedström i jestem z policji. Czy mogę wejść na chwilę?

Nie odezwał się. Odsunął się od drzwi i wpuścił go do środka. Poszedł przodem na werandę i wskazał miejsce na kanapie. Nie spytał, w jakiej sprawie przyszedł. Nie musiał. Od dwudziestu lat czekał na tę wizytę.

– Jakie piękne rośliny. Widać, że ma pan rękę do kwiatów – odezwał się Patrik, wyraźnie spięty.

Albert milczał. Spokojnie patrzył na Patrika. Domyślał się, że dla policjanta to ciężki obowiązek. Niepotrzebnie się denerwuje. Po tylu latach oczekiwania dobrze wreszcie mieć pewność. Swoje już wycierpiał.

– No więc tak, znaleźliśmy pana córkę. – Patrik odchrząknął i zaczął od początku: – Znaleźliśmy pana córkę i możemy potwierdzić, że została zamordowana.

Albert skinął głową. Poczuł ulgę. Nareszcie ją pochowa. Będzie grób, na który będzie mógł chodzić. Obok Linnei.

– Gdzie ją znaleźliście?

– W Wąwozie Królewskim.

– W Wąwozie Królewskim? – Albert zmarszczył czoło. – Jak to możliwe, że wcześniej jej nie znaleźli? Tyle ludzi tam chodzi.

Patrik opowiedział o zamordowanej niemieckiej turystce, o tym, że prawdopodobnie znaleziono również szczątki Siv. Że według nich ktoś nocą przeniósł szczątki z innego miejsca, gdzie spoczywały przez wszystkie te lata.

Albert rzadko wychodził z domu i w odróżnieniu od innych mieszkańców Fjällbacki nie słyszał o zabójstwie młodej dziewczyny. Na wieść o tym, co ją spotkało, poczuł ucisk w brzuchu. Ktoś będzie cierpiał tak samo jak oni, gdy zginęła Mona. Jacyś rodzice już nie ujrzą córki. W tym momencie informacja o odnalezieniu szczątków Mony stała się mniej ważna. Jest mu dużo łatwiej niż rodzinie zmarłej dziewczyny, bo jego ból zdążył stępieć, stracił ostrość, a oni będą na to potrzebować wielu lat. Serce go bolało, kiedy o nich myślał.

– Wiadomo, kto to zrobił?

– Niestety nie, ale robimy wszystko, żeby to ustalić.

– A wiecie, czy sprawcą jest ta sama osoba?

Policjant zwiesił głowę.

– Też nie mamy pewności, przynajmniej na razie. Pewne podobieństwa mogłyby na to wskazywać. Tylko tyle na razie da się powiedzieć. – Spojrzał na Alberta z niepokojem. – Może zadzwonić do kogoś? Żeby posiedział z panem?

Łagodny, miły uśmiech.

– Nie mam nikogo takiego.

– A może dowiem się, czy pastor mógłby wpaść?

Znów ten sam uśmiech.

– Dziękuję, niepotrzebny mi pastor. Niech się pan nie martwi. Przeżywałem ten dzień w myślach tak często, że to nic szokującego. Chciałbym po prostu posiedzieć wśród kwiatów i podumać w spokoju. Nic mi nie będzie. Jestem stary, ale wytrzymały.

Położył dłoń na ręku policjanta, jakby go chciał pocieszyć. Może rzeczywiście tak było.

– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, pokażę trochę zdjęć i opowiem o Monie. Żeby pan wiedział, jaka była.

Policjant skinął głową i Albert pokuśtykał po albumy. Potem przez przeszło godzinę pokazywał mu fotografie i opowiadał o córce. Dawno nie czuł się tak dobrze. Uzmysłowił sobie, że za długo bronił się przed wspomnieniami.

Żegnając się u drzwi, wetknął Patrikowi do ręki jedno ze zdjęć: Mona w dniu piątych urodzin. Uśmiechała się od ucha do ucha, a przed nią stał wielki tort z pięcioma świeczkami. Prześliczna dziewczynka z jasnymi loczkami i oczami promieniejącymi radością. Albert chciał, żeby szukając mordercy, policjanci mieli w pamięci ten obraz.

Kiedy Patrik wyszedł, usiadł na werandzie, przymknął powieki i wdychał słodki zapach kwiatów. Zasnął i przyśnił mu się długi, jasny tunel, a na końcu dwa cienie: Mona i Linnea. Chyba machały do niego.

Drzwi otworzyły się z hukiem i do gabinetu wpadła Solveig. Za nią biegła Laine, bezradnie wymachując rękami.

– Ty draniu. Ty palancie pieprzony!

Skrzywił się, słysząc taki język. Nie znosił, gdy ludzie dawali upust gwałtownym uczuciom. Nie tolerował takiego języka.

– Co tu się dzieje? Solveig, proszę się uspokoić i nie mówić do mnie w ten sposób.

Zbyt późno się zorientował, że tym mentorskim tonem rozsierdził ją jeszcze bardziej. Wyglądała, jakby chciała mu się rzucić do gardła. Na wszelki wypadek wycofał się za biurko.

– Uspokoić się?! Ty mi będziesz mówił, że mam się uspokoić? Ty chujku obłudny! Ty złamasie!

Wzdrygała się, słysząc własne słowa. Wyraźnie sprawiały jej satysfakcję. Stojąca za nią Laine bladła coraz bardziej.

 

Solveig mówiła teraz trochę ciszej, a w jej głosie słychać było szyderstwo:

– Coś taki zgryziony? Przecież kiedyś lubiłeś, jak ci szeptałam do ucha sprośności, podniecało cię to. Pamiętasz? – syczała, podchodząc coraz bliżej.

– Stare dzieje. Nie ma do czego wracać. Masz do mnie jakąś sprawę czy jak zwykle jesteś po prostu pijana i nieprzyjemna?

– Czy mam sprawę? Żebyś wiedział, że mam. Byłam we Fjällbace i wiesz co? Znaleźli Monę i Siv.

Gabriel drgnął. Na jego twarzy malowało się zdumienie.

– Znaleźli te dziewczyny? Gdzie?

Solveig oparła się o biurko i nachyliła do niego. Jej twarz znajdowała się w odległości kilku centymetrów od twarzy Gabriela.

– W Wąwozie Królewskim. Razem z ciałem młodej zamordowanej Niemki. Uważają, że zrobił to ten sam człowiek. A teraz wstydź się, Gabrielu. Wstydź się, że wystawiłeś własnego brata, krew z twojej krwi, kość z kości. Nigdy nie mieli przeciw niemu najmniejszego dowodu, ale w oczach ludzi był winien. Złamało go wytykanie palcem, szepty za plecami. Wiedziałeś, że tak będzie. Widziałeś, że jest słaby, wrażliwy. Nie zniósł hańby, powiesił się, i nie zdziwię się, jeśli na to liczyłeś, kiedy dzwoniłeś na policję. Nie mogłeś znieść, że Ephraim jego kocha bardziej niż ciebie.

Dźgała go palcem w pierś, popychając do tyłu. Przyparła go do ławeczki przy oknie. Dalej nie mógł się już odsunąć. Wzrokiem dawał Laine do zrozumienia, żeby się włączyła i coś zrobiła, ale Laine sterczała jak kołek, gapiąc się bezradnie.

– Mojego Johannesa wszyscy zawsze kochali bardziej niż ciebie. Nie mogłeś tego znieść, prawda? – Nie czekając na odpowiedzi na pytania, które były w istocie stwierdzeniami, Solveig mówiła dalej: – Nawet gdy Ephraim go wydziedziczył, i tak kochał go bardziej. Ty dostałeś gospodarstwo i pieniądze, ale miłości nigdy. Chociaż tyrałeś, gdy Johannes wolał się bawić. Miarka się przebrała, gdy odbił ci narzeczoną, może nie? Wtedy zacząłeś go nienawidzić, prawda? Spotkała cię niesprawiedliwość, ale nie miałeś prawa tak postąpić. Zniszczyłeś życie jemu, mnie i moim dzieciom. Myślisz, że nie wiem, co oni wyprawiają? To twoja wina, Gabrielu. Teraz wreszcie ludzie zrozumieją, że Johannes nie zrobił tego, o co go posądzali. Wreszcie i ja, i chłopcy będziemy mogli chodzić z podniesionymi głowami.

Złość jej przeszła. Z jej oczu popłynęły łzy. Gabriel nie wiedział, co gorsze. Przez chwilę, kiedy szalała z wściekłości, widział dawną Solveig. Miss piękności, narzeczoną, z której był taki dumny, zanim brat mu ją odebrał, jak wszystko zresztą. Kiedy złość ustąpiła łzom, skurczyła się jak przekłuty balon i znów zobaczył przed sobą wrak człowieka, tłustą, zapuszczoną kobietę, marnującą życie na użalaniu się nad sobą.

– Obyś się smażył w piekle, Gabrielu. Razem ze swoim ojcem – wyszeptała, a potem zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.

Gabriel i Laine zostali sami. Gabriel był jak ogłuszony po wybuchu granatu. Zasiadł ciężko za biurkiem i w milczeniu patrzył na żonę. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Oboje bardzo dobrze rozumieli, co znaczy wypłynięcie tej starej sprawy, a właściwie – kości.

Martin sumiennie i z wielkim zaangażowaniem przystąpił do zapoznawania się z Tanją Schmidt – takie nazwisko figurowało w jej paszporcie. Na żądanie policji Liese przyniosła wszystkie rzeczy Tanji, między innymi plecak. Martin przeszukał go bardzo dokładnie. Paszport leżał na samym dnie. Wyglądał na nowy i niewiele w nim było stempli. Tylko z podróży z Niemiec do Szwecji. Albo nigdy nie wyjeżdżała za granicę, albo z jakiegoś powodu miała nowy paszport.

Zdjęcie było zaskakująco dobre. Martin ocenił, że twarz miała przyjemną, chociaż nieco pospolitą. Brązowe oczy, brązowe włosy, nieco dłuższe niż do ramion. Metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, normalnej budowy ciała – cokolwiek by to miało znaczyć.

Poza tym w plecaku nie było nic ciekawego. Kilka zmian bielizny, kilka sfatygowanych książek w kieszonkowych wydaniach, przybory toaletowe, papierki po słodyczach. I absolutnie nic osobistego. Zdziwiło go to. Powinna chyba mieć ze sobą jakieś zdjęcia – rodziny albo chłopaka, albo chociaż notes z telefonami. Fakt, obok ciała znaleźli torebkę. Liese potwierdziła, że Tanja miała czerwoną torebkę. Zapewne rzeczy osobiste trzymała właśnie w niej. Ale torebka była pusta. Napad rabunkowy? Może morderca zatrzymał jej rzeczy na pamiątkę? Martin oglądał kiedyś na Discovery program o seryjnych mordercach, dla których zatrzymanie rzeczy ofiar było nieodłączną częścią rytuału.

Wziął się w garść. Na razie nic nie wskazuje na seryjnego mordercę. Lepiej porzucić ten pomysł, bo utknie na dobre.

Zaczął zapisywać w punktach, co ma zrobić. Przede wszystkim skontaktować się z niemiecką policją. Przymierzał się już do tego, ale przeszkodził mu Tord Pedersen. Następnie szczegółowo przepytać Liese, a na koniec zabrać Göstę na kemping i trochę się rozejrzeć. Sprawdzić, czy Tanja rozmawiała tam z kimś. Chociaż będzie lepiej, jeśli Göstę wyśle tam Patrik. To on jest uprawniony do wydawania takich poleceń. Martin nie. Tak się składa, że sprawy posuwają się znacznie szybciej, kiedy przestrzega się procedur.

Ponownie wybrał numer niemieckiej policji i tym razem udało mu się uzyskać połączenie. Nie można powiedzieć, że rozmawiał swobodnie, ale odkładając słuchawkę, był prawie pewien, że udało mu się przekazać najważniejsze informacje. Obiecali zadzwonić, gdy zdobędą więcej danych. Przynajmniej tak zrozumiał. Jeśli kontaktów z kolegami z Niemiec będzie więcej, trzeba będzie zatrudnić tłumacza.

Uzyskanie informacji z zagranicy może zabrać mnóstwo czasu. Martin pomyślał, że chciałby mieć w pracy takie łącze internetowe, jakie miał w domu. Tymczasem z uwagi na niebezpieczeństwo ataku hakerów w komisariacie nie było nawet nędznego modemu. Zanotował w pamięci, żeby w domu poszukać Tanji Schmidt w niemieckiej książce telefonicznej, jeśli oczywiście jest w sieci. Z drugiej strony, o ile sobie dobrze przypominał, Schmidt jest jednym z najczęstszych niemieckich nazwisk, więc szanse miał niewielkie.

Musiał czekać na informacje z Niemiec, a tymczasem mógł przystąpić do kolejnego punktu. Najpierw zadzwonił na komórkę Liese. Chciał się upewnić, czy jeszcze jest we Fjällbace. Nie musiała wprawdzie zostać, ale obiecała, że wstrzyma się kilka dni z wyjazdem, żeby mogli z nią porozmawiać.

Dla niej ta podróż z pewnością straciła wszelki urok. Z zeznań, jakie złożyła przed Patrikiem, wynikało, że zdążyły się z Tanją prawdziwie zaprzyjaźnić. Teraz Liese siedzi samotnie w namiocie na kempingu w Sälvik, bo jej przypadkowa towarzyszka została zamordowana. A może i jej coś grozi? Takiego scenariusza Martin nie brał dotąd pod uwagę. Trzeba o tym pogadać z Patrikiem, gdy wróci do komisariatu. Mogło przecież być tak, że morderca zobaczył dziewczyny na kempingu i z jakiegoś powodu zwrócił uwagę na obie. Ale jak by się to miało do szczątków Mony i Siv? Od razu się poprawił: Mony i prawdopodobnie Siv. „Nie należy uznawać za pewnik czegoś, co jest tylko prawie pewne”, powiedział przy jakiejś okazji jeden z wykładowców w szkole policyjnej, i Martin starał się przestrzegać tej zasady.

Zastanowił się i stwierdził, że nie wierzy, żeby Liese coś groziło. Można po raz kolejny przyjąć, że tak jest, ale najprawdopodobniej została zamieszana w tę sprawę przypadkiem, po prostu pechowo wybrała towarzyszkę podróży.

Wbrew wcześniejszym obawom Martin postanowił jednak skłonić Göstę do pracy i poszedł do jego pokoju.

– Gösta, mogę ci przerwać?

Gösta, nadal w siódmym niebie po swoim wyczynie, trzymał przy uchu słuchawkę, ale na widok Martina odłożył ją zmieszany.

– Tak?

– Patrik prosił, żebyśmy pojechali na kemping do Sälvik. Ja mam pogadać z koleżanką ofiary, a ty byś trochę popytał ludzi.

Dla zachowania pozorów Gösta mruknął coś pod nosem, ale nie zaprotestował. Wziął marynarkę i ruszył za Martinem do samochodu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?