Płonące dziewczyny

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99  28,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 13

Zapi­nam koszulę i popra­wiam kolo­ratkę. Wygła­dzam szatę litur­giczną. Póź­niej wycho­dzę z przed­sionka i zbli­żam się do ołta­rza. Para­fia­nie sie­dzą z pochy­lo­nymi gło­wami; ich twa­rze są pogrą­żone w cie­niu.

– Witaj­cie! – mówię. Po kolei uno­szą głowy i patrzą na mnie.

Naj­pierw widzę mojego męża, Jona­thona. Uśmie­cha się. Zawsze się uśmie­chał. Nawet w naj­gor­sze dni. Nawet teraz, gdy ma roz­trza­skaną głowę, a włosy pokryte krwią i kawał­kami mózgu. Obok sie­dzi Ruby. Spo­gląda na mnie oskar­ży­ciel­sko. Ma posi­nia­czoną, opuch­niętą twarz, bo kopano ją, bito pię­ściami i drew­nia­nymi zabaw­kami. Trzyma plu­szo­wego kró­lika. Tego, z któ­rym ją zna­la­złam. Kochała go, ale teraz zdaję sobie sprawę, że kró­lik jest żywy. Ruby nie spusz­cza ze mnie wzroku, pochyla głowę i odgryza mu kawa­łek ucha.

Cofam się z biją­cym ser­cem i coś muska czu­bek mojej głowy. Uno­szę wzrok. Wisi nade mną na gale­rii wie­lebny Flet­cher, jego nogi podry­gują w maka­brycz­nym tańcu śmierci.

– Jeśli zoba­czysz pło­nące dziew­czyny, spo­tka cię coś złego – mówi sinymi, popę­ka­nymi war­gami.

Powstrzy­muję krzyk. Z ławek patrzą na mnie nowe twa­rze. Nie­które poznaję, inne ledwo pamię­tam. Dwie posta­cie wstają i ruszają nawą w moją stronę. W poło­wie drogi ogar­niają je pło­mie­nie, ale nie prze­stają iść.

Cofam się. Na ramię opada mi zimna dłoń. Rozu­miem swój błąd. Czuję jego cuch­nący oddech i sły­szę głos…

– Mamo! MAMO! – Macham rękami, roz­trą­ca­jąc fale snu jak tonąca kobieta wynu­rza­jąca się na powierzch­nię ciem­nego, śmier­dzą­cego jeziora. – Mamo, obudź się!

Otwie­ram zapuch­nięte oczy i patrzę na Flo, która trzyma mnie za ramiona. Wydaje się zmar­twiona i roz­gnie­wana.

– Jezu, prze­stra­szy­łaś mnie.

– Ja… ja…

– Przy­śnił ci się kosz­mar?

Sen. Po pro­stu sen. Powoli odzy­skuję przy­tom­ność. Leżę zwi­nięta na kana­pie w ubra­niu śmier­dzą­cym potem i dymem z papie­ro­sów. Opusz­czam nogi na pod­łogę i sia­dam. Przez zasłony prze­bija dzienne świa­tło.

Flo kuca obok kanapy.

– Mamo?

– Ja… eee… nie mogłam zasnąć. Zeszłam na papie­rosa i zoba­czy­łam świa­tło w kaplicy. Więc poszłam się rozej­rzeć…

– W środku nocy?! – Flo wstaje i patrzy na mnie gniew­nym wzro­kiem, wsparta pod boki. – Mamo, to idio­tyczne. Ktoś mógł cię zaata­ko­wać, zabić.

– Okej, okej. Nikogo tam nie było.

– A świa­tło?

– Nie wiem. Zepsuta żarówka. Może wyobraź­nia.

– I to wszystko?

– Tak.

– Dla­czego spa­łaś na kana­pie? Cuch­niesz papie­ro­sami.

– Chyba się poło­ży­łam i zasnę­łam.

W dal­szym ciągu patrzy na mnie podejrz­li­wie. Póź­niej wzdy­cha i kręci głową.

– Świet­nie. Chcesz tro­chę kawy?

– Tak, dzięki… A tak naprawdę… która godzina?

– Docho­dzi dzie­wiąta.

Dzie­wiąta. Dzie­wiąta rano. Ponie­dzia­łek rano. Pora spo­tka­nia. „Cho­lera!”

– Witam wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych. Prze­pra­szam, że się tro­chę spóź­ni­łam.

Uśmie­cham się do nie­wiel­kiej grupki sie­dzą­cej przede mną, wypró­bo­wu­jąc wła­sną wer­sję dobro­dusz­nego wyrazu twa­rzy Dur­kina. Nie jestem pewna, czy mi się udaje. Jestem zdy­szana, zaczer­wie­niona i muszę popra­wić kolo­ratkę, co praw­do­po­dob­nie nie wygląda naj­le­piej.

Wie­lebny Rush­ton wstaje.

– Mogę przed­sta­wić uczest­ni­ków spo­tka­nia?

– Dzię­kuję – mówię z wdzięcz­no­ścią. „Prze­klęta kolo­ratka!”

Stło­czy­li­śmy się w maleń­kiej zakry­stii, która wyda­wała się cia­sna, gdy była pusta, a teraz, kiedy zebrała się w niej cała rada para­fialna, przy­po­mina zatło­czoną norę hob­bita.

Wszę­dzie leżą stosy papie­rów. Na kor­ko­wej tablicy wisi mnó­stwo ogło­szeń, biu­le­ty­nów para­fial­nych i porząd­ków nabo­żeństw. Nawet ściany są zaśmie­cone: pokry­wają je foto­gra­fie kaplicy i duchow­nych, któ­rzy w niej daw­niej pra­co­wali. Młod­szy Rush­ton; surowo wyglą­da­jący męż­czy­zna z szopą ciem­nych wło­sów (pod­pis brzmi: „Wie­lebny Marsh”); Flet­cher – przy­stojny pastor w wieku pięć­dzie­się­ciu kilku lat z siwymi wło­sami i schludną brodą. Obok Flet­chera znaj­duje się jaśniej­sza plama; z tego miej­sca usu­nięto jakąś foto­gra­fię. Zasta­na­wiam się dla­czego.

Miej­sca wystar­czyło jedy­nie na biurko i dwa krze­sła. Może to dobrze, że rada para­fialna składa się tylko z pię­ciorga osób, z któ­rych przy­szło dziś rano czworo.

– To Mal­colm, nasz świecki lek­tor – mówi Rush­ton. – Kan­cia­sty męż­czy­zna w oku­la­rach kiwa głową i uśmie­cha się. – Aarona już znasz. – Szybko pozdra­wiamy się ski­nie­niami głowy. – Nie­stety, nasza admi­ni­stra­torka, June Wat­kins, zacho­ro­wała i nie daje sobie rady z pracą. Na szczę­ście mamy kogoś, kto na pewien czas…

W tym momen­cie otwie­rają się drzwi i do zakry­stii wcho­dzi wysoka, ude­rza­jąco uro­dziwa kobieta z buj­nymi jasnymi wło­sami zwią­za­nymi w nie­po­rządny kok. Trzyma w ręku butelkę i rulon pla­sti­ko­wych kubecz­ków.

– Witam! Zosta­wi­łam kawę w samo­cho­dzie.

Patrzę na nią. Sta­wia butelkę i kubeczki na stole.

– Więk­szość z obec­nych zna Clarę – mówi Rush­ton. – Zaofe­ro­wała nam pomoc. To anioł zesłany z nieba.

Clara roz­gląda się i uśmie­cha.

– Musi tak mówić: jestem jego żoną! – Spo­gląda na mnie i wyciąga rękę. – Jack? Miło mi cię poznać. Jaka jest pełna forma two­jego imie­nia?

– Eee… Jacqu­eline.

Jej szare oczy lśnią.

– Śliczne. Obie formy są piękne.

– Dzię­kuję.

– Jak widać, nasz zespół jest nie­wielki – koń­czy Rush­ton.

Bar­dzo nie­wielki. Ale w dzi­siej­szych cza­sach nie każdy wiej­ski kościół ma pastora, a cóż dopiero mówić o peł­nym zaan­ga­żo­wa­nia admi­ni­stra­to­rze i radzie para­fial­nej. Rush­ton i ja będziemy się zaj­mo­wać Cha­pel Croft i War­blers Green, a także dwoma małymi kościo­łami na tere­nie para­fii – Bur­ford i Nether­ton – sta­ra­jąc się jak naj­le­piej wyko­rzy­stać czas.

– Miło mi, że was pozna­łam – mówię, pró­bu­jąc się uspo­koić. – Na pewno już wie­cie, że nazy­wam się Jack Bro­oks i będę pra­co­wać w Cha­pel Croft jako tym­cza­sowa pastorka do chwili, gdy die­ce­zja mia­nuje sta­łego gospo­da­rza para­fii.

– Czy pani pastor wie, kiedy to może nastą­pić? – pyta Mal­colm, może zbyt pośpiesz­nie.

– Nie­stety nie – odpo­wia­dam. – Naj­le­piej przy­jąć, że jeste­ście na mnie ska­zani na jakiś czas.

– Wcale nie ska­zani – wtrąca Rush­ton. – Jeste­śmy szczę­śliwi, że przy­by­łaś do Cha­pel Croft. Jeśli możemy ci jakoś pomóc w akli­ma­ty­za­cji, po pro­stu zwróć się do nas.

– Tak, oczy­wi­ście. – Clara kiwa głową. – Chyba jeste­śmy gotowi zacząć wszystko od początku po… no cóż, sami wie­cie.

Zasta­na­wia­łam się, kto pierw­szy poru­szy ten temat.

– Bar­dzo mi przy­kro z powodu pastora Flet­chera.

– Szkoda, że nie wiemy, co go drę­czyło – mówi Mal­colm. – Zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że żył w stre­sie, ale żeby ode­brać sobie życie…

– Ludzie zamie­rza­jący ode­brać sobie życie potra­fią to ukry­wać przed przy­ja­ciółmi i rodziną – mówię. – Samo­bój­stwo to tra­ge­dia dla wszyst­kich.

– I grzech.

Patrzę na Aarona.

– Słu­cham?

– Życie to dar Boga. Tylko On ma prawo je ode­brać. – Spo­gląda mi wyzy­wa­jąco w oczy.

– Kościół angli­kań­ski od dawna ma na ten temat inne poglądy, Aaro­nie. – Sta­ram się mówić spo­koj­nym gło­sem.

– Więc mamy lek­ce­wa­żyć słowa Biblii?

– Biblia nie zawiera bez­po­śred­niego potę­pie­nia samo­bój­stwa. Dopóki jestem pastorką w Cha­pel Croft, wola­ła­bym nie sły­szeć takich komen­ta­rzy w tej kaplicy.

Patrzę pro­sto na Aarona i z przy­jem­no­ścią zauwa­żam, że spusz­cza wzrok.

– A zatem, tak czy ina­czej… – Rush­ton odchrzą­kuje. – Jak to się mówi, życie musi toczyć się dalej. Czy możemy się zająć har­mo­no­gra­mem przy­szłego tygo­dnia?

Przy­stę­pu­jemy do pracy. Z ulgą wra­cam do ruty­no­wych zajęć, dość podob­nych do tych w poprzed­nim kościele. Poranne spo­tka­nia przy kawie, wiej­ski festyn, zaję­cia dla mło­dzieży, trzy zbli­ża­jące się mał­żeń­stwa i cztery pogrzeby. Cho­ciaż ofi­cjal­nie roz­pocznę pracę dopiero za dwa tygo­dnie, zga­dzamy się, że powin­nam wziąć udział w kilku wyda­rze­niach kościel­nych.

– Och, oczy­wi­ście jest jesz­cze kwe­stia naprawy posadzki w kaplicy.

– Zauwa­ży­łam, że część płyt jest popę­kana. Co się stało?

– Cóż, po pro­stu sta­rość. Wezwiemy kogoś, by się tym zajął. Jack, dopil­nuj, żeby nikt tam nie cho­dził. Nie chcemy, by ktoś nas pozwał do sądu z powodu zła­ma­nej kostki.

– Dobrze.

– Świet­nie. Myślę, że skoń­czy­li­śmy. Chcia­ła­byś coś dodać, Jack?

Rush­ton zwraca fio­le­tową twarz w moją stronę. Zasta­na­wiam się. Oczy­wi­ście mogła­bym spy­tać, kto zosta­wia mi dziwne, nie­sa­mo­wite wia­do­mo­ści, ale uwa­żam, że lepiej mil­czeć, dopóki nie dowiem się cze­goś nowego. Przy­naj­mniej na razie.

– Nie, raczej nie. Myślę, że omó­wi­li­śmy już wszystko.

– Dosko­nale. Czuję ogromną ulgę, że do nas dołą­czy­łaś i że pomo­żesz pro­wa­dzić sprawy para­fii.

– Cie­szę się, że mogę być pomocna.

Wszy­scy zaczy­nają wsta­wać i zbie­rać swoje rze­czy. Przed wyj­ściem Mal­colm ści­ska mi rękę kości­stą dło­nią.

– Bar­dzo się cie­szymy, że jest pani z razem nami, droga pani pastor.

Aaron osten­ta­cyj­nie mnie igno­ruje, zaj­muje się swo­imi notat­kami. Mam ochotę wyjść, ale wyczu­wam, że Clara mnie obser­wuje. Wkłada długi wie­lo­barwny kar­di­gan.

 

– Masz córkę, Jack?

– Tak.

– W jakim wieku?

– Pięt­na­sto­latkę.

– Trudny wiek.

– Cóż, jak dotąd dopi­suje mi szczę­ście. A ty masz dzieci?

– Ni­gdy nie zosta­li­śmy pobło­go­sła­wieni potom­stwem – wtrąca Rush­ton. – Mamy za to wielu chrze­śnia­ków. Clara pra­co­wała jako nauczy­cielka, więc czę­sto sty­ka­li­śmy się z mło­dymi ludźmi.

Kiwam uprzej­mie głową i myślę: „Nauczy­cielka, jasne”.

– Od jak dawna jeste­ście mał­żeń­stwem?

– W przy­szłym roku będziemy obcho­dzić dwu­dzie­stą dzie­wiątą rocz­nicę ślubu.

Są dziwną parą. Wysoka, ele­gancka Clara i niski, przy­sa­dzi­sty Rush­ton. Zresztą nie chcę ich osą­dzać.

– Moje gra­tu­la­cje.

– Jesteś wdową? – pyta Clara, przy­po­mi­na­jąc mi, jak bar­dzo nie­na­wi­dzę tego słowa.

– Mój mąż umarł, tak.

– Wycho­wy­wa­łaś Flo zupeł­nie sama.

– Jak mówi­łam, dopi­suje mi szczę­ście. To dobra dziew­czyna.

– Jak się czuje w Cha­pel Croft? – odzywa się Rush­ton. – Oba­wiam się, że w wio­sce nie ma żad­nych roz­ry­wek dla mło­dzieży.

– Cóż, inte­re­suje się foto­gra­fią. Zasta­na­wiamy się, czy nie urzą­dzić ciemni w piw­nicy.

– Och…

– Mogą być z tym jakieś pro­blemy?

– Nie, ale zdaje się, że są tam cią­gle rze­czy wie­leb­nego Flet­chera – odpo­wiada Clara. – Upo­rząd­ko­wa­łam wszystko, co się dało…

– Nie miał rodziny?

– Nie­stety nie. Zapi­sał wszystko Kościo­łowi. Roz­da­li­śmy więk­szość jego rze­czy: meble, ubra­nia, lap­top. Ale było też dużo…

– Stare graty – wtrąca Rush­ton, mniej tak­tow­nie. – Prawdę mówiąc, nie wszystko nale­żało do wie­leb­nego Flet­chera. Były tam rów­nież rze­czy nale­żące do Kościoła. Nie wie­dzie­li­śmy, co z tym zro­bić, więc cią­gle leżą w piw­nicy.

– No cóż, wygląda na to, że będę miała dużo zajęć w naj­bliż­szych tygo­dniach. – Przy­cho­dzi mi do głowy pewna myśl. – Czy wie­lebny Flet­cher jest pocho­wany w Cha­pel Croft? Chyba powin­nam odwie­dzić jego grób.

– Nie – odpo­wiada Rush­ton. – Został pocho­wany w Tun­bridge Wells, razem z matką.

– Nie chciał być pocho­wany w Cha­pel Croft – wtrąca nagle Aaron za moimi ple­cami.

Odwra­cam się.

– Naprawdę? Dla­czego?

– Mówił, że kaplica została zbru­kana.

– Zbru­kana?

– Jak wspo­mniał Mal­colm, wie­lebny Flet­cher żył w wiel­kim stre­sie – wtrąca Clara.

– Chciał, żeby w kaplicy odpra­wiono egzor­cy­zmy – cią­gnie Aaron. – To było tuż przed…

– Aaron! – prze­rywa szybko Rush­ton.

Młody czło­wiek spo­gląda na niego dziw­nym wzro­kiem.

– Pani pastor powinna wie­dzieć.

– Co?

Rush­ton wzdy­cha.

– Tuż przed śmier­cią pastor Flet­cher pró­bo­wał spa­lić kaplicę.

Roz­dział 14

Oczy­wi­ście nie był to pierw­szy pożar. – Rush­ton popija latte.

Sie­dzimy przy stole w rogu wiej­skiego klubu. Na drzwiach wisi kolo­rowa kartka z odręcz­nym napi­sem: „Kawa w ponie­działki, środy i piątki w godz. 10–12”. Przy­łą­czyła się do nas Clara, Aaron nie, co mnie nie dziwi.

Jestem zasko­czona liczbą gości. W Not­tin­gham na poranną kawę z pasto­rem przy­cho­dzili tylko naj­bar­dziej pobożni wierni i bez­domni. Praw­do­po­dob­nie więk­szość pozo­sta­łych para­fian oba­wiała się, że usły­szy kaza­nie na tematy reli­gijne albo, co gor­sza, dosta­nie nędzną kawę.

Goście są starsi, ale dobrze ubrani. Widzę kilka matek z małymi dziećmi. Nawet kawa jest zno­śna. Jestem przy­jem­nie zasko­czona. To pierw­sza miła nie­spo­dzianka od przy­by­cia do Cha­pel Croft.

– Co się stało? – pytam.

– Kato­liccy fana­tycy. Potom­ko­wie prze­śla­dow­ców z epoki kró­lo­wej Marii. Spa­lili stary kościół w sie­dem­na­stym wieku. Znisz­czyli wszystko, w tym więk­szość archi­wum para­fii. Obecna kaplica została zbu­do­wana przez bap­ty­stów kilka lat póź­niej.

– Prze­pra­szam, mia­łam na myśli pożar wywo­łany przez wie­leb­nego Flet­chera.

– Och, na szczę­ście kaplica oca­lała. Aaron zauwa­żył ogień, nim się roz­prze­strze­nił.

– Co tam robił Aaron?

– Była późna noc – odpo­wiada Clara. – Aaron przy­pad­kiem prze­jeż­dżał obok kaplicy i zauwa­żył świa­tło. Zastał Flet­chera sto­ją­cego nad sto­sem pło­ną­cych podu­szek zdję­tych z ławek. Podobno ktoś się wła­mał do kościoła. – Wsy­puje do kawy drugą saszetkę cukru. Widać, że nie utrzy­muje figury dzięki die­cie.

– Rze­czy­wi­ście doszło do wła­ma­nia? – pytam, myśląc o otwar­tych drzwiach i świe­tle, które widzia­łam wczo­raj wie­czo­rem.

– Nie było żad­nych śla­dów. Klu­cze do kaplicy mamy tylko ja i Aaron – odpo­wiada Rush­ton.

– Rozu­miem. – Zapa­mię­tuję ten szcze­gół. – Ktoś mógł ich nie zamknąć?

Rush­ton wzdy­cha.

– Mat­thew… wie­lebny Flet­cher… od jakie­goś czasu zacho­wy­wał się dziw­nie.

– Co to zna­czy?

– Twier­dził, że widuje zjawy – wyja­śnia Clara.

Nie­ru­cho­mieję.

– Jakie?

– Pło­nące dziew­czyny.

Czuję, że moją głowę muskają lodo­wate palce.

– To miej­scowa legenda – mówi Clara z bły­skiem w oku. – O dwóch dziew­czy­nach, Abi­gail i Mag­gie, spa­lo­nych w szes­na­stym wieku na sto­sie wraz z sze­ścioma innymi wie­śnia­kami.

– Sły­sza­łam o tym – wtrą­cam. – Znam tę histo­rię.

– Jack odro­biła pracę domową – odzywa się Rush­ton. – Sły­szała nawet o lalecz­kach.

– Naprawdę? – Clara unosi brwi. – Skąd o nich wiesz?

Jej badaw­cze spoj­rze­nie spra­wia, że czuję się nie­swojo.

– Och, czy­ta­łam w inter­ne­cie.

– Wielu ludzi uważa to za tro­chę maka­bryczne.

– Nie rozu­miem dla­czego.

Clara się uśmie­cha.

– Nie­wiel­kie wio­ski bywają dość spe­cy­ficzne.

– Trudno mi coś o tym powie­dzieć.

– Wycho­wa­łaś się w Not­tin­gham?

– Tak.

– Nie masz akcentu z Not­tin­gham, jeśli wolno mi zauwa­żyć.

– Moja matka pocho­dziła z połu­dnio­wej Anglii.

– Ach, to tłu­ma­czy mięk­kość samo­gło­sek. – Z bez­tro­ską miną popija kawę, ale odno­szę wra­że­nie, że w jej pyta­niach nie ma nic bez­tro­skiego.

Odwra­cam się w stronę Rush­tona.

– Wie­lebny Flet­cher mógł uwa­żać, że w kaplicy stra­szy, ale to nie zna­czy, że był nie­zrów­no­wa­żony psy­chicz­nie. Znam kilku duchow­nych wie­rzą­cych w duchy.

– Nie tylko o to cho­dzi – mówi Rush­ton. – Sta­wał się coraz bar­dziej podejrz­liwy. Uwa­żał, że ktoś dybie na jego życie, grozi mu. Stało się to jego obse­sją. Twier­dził, że w kaplicy zosta­wiono laleczki przed­sta­wia­jące pło­nące dziew­czyny i że przy­cze­piono je do drzwi chaty.

– Zgło­sił to na poli­cji?

– Tak, ale nie dys­po­no­wał żad­nymi dowo­dami.

– Miał jakichś wro­gów?

– Nie – odpo­wiada Clara. – Mat­thew był pasto­rem w Cha­pel Croft nie­spełna trzy lata. Był powszech­nie lubiany.

– W ostat­nim roku stra­cił ojca i matkę – mówi Rush­ton. – U jego bli­skiego przy­ja­ciela wykryto raka. Zma­gał się z wie­loma pro­ble­mami oso­bi­stymi. Zło­żył rezy­gna­cję krótko po poża­rze w kaplicy. Chyba zro­zu­miał, że sytu­acja go prze­ra­sta.

Zasta­na­wiam się. Kościół z tru­dem sobie radzi z pro­ble­mem zabu­rzeń psy­chicz­nych u duchow­nych. Nie lubimy o tym mówić; jest to uwa­żane za rodzaj grzesz­nej sła­bo­ści, może dla­tego, że więk­szość duchow­nych to męż­czyźni.

Modli­twa pozwala osią­gnąć stan sku­pie­nia wewnętrz­nego, lecz nie jest to pana­ceum na wszyst­kie cho­roby. Bóg nie jest tera­peutą ani psy­chia­trą. Potrze­bu­jemy wspar­cia innych ludzi, nie­kiedy pro­fe­sjo­na­li­stów. Czę­sto się zasta­na­wiam, czy gdyby mój mąż wcze­śniej poszu­kał pomocy, wszystko nie poto­czy­łoby się ina­czej.

Się­gam po kawę i wypi­jam łyk. Nagle prze­stała mi sma­ko­wać. Sta­ran­nie dobie­ram następne słowa.

– Czy ktoś podej­rze­wał, że śmierć wie­leb­nego Flet­chera nie była samo­bój­stwem?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Kto mógłby coś takiego suge­ro­wać?

– Jedna z para­fia­nek wspo­mniała…

Rush­ton prze­wraca oczami.

– Ach, Joan Hart­man… – Macha ręką na znak, że nie muszę potwier­dzać ani zaprze­czać. – Joan to nie­zwy­kła postać, ale nie brał­bym jej słów zbyt poważ­nie.

– Bo jest stara?

– Nie. Bo żyje samot­nie, ma bujną wyobraź­nię i czyta za dużo powie­ści kry­mi­nal­nych. – Rush­ton pochyla się do przodu. – Mógł­bym udzie­lić ci rady, Jack?

Mam ochotę odpo­wie­dzieć, że nie. Kiedy ludzie pytają, czy mogą udzie­lić rady, zwy­kle jest rów­nie przy­datna jak kupa koń­skiego nawozu. Mimo to uśmie­cham się i mówię:

– Natu­ral­nie.

– Nie grzeb w prze­szło­ści. Twoje przy­by­cie to nowy począ­tek. Szansa, by zapo­mnieć o tra­gicz­nych oko­licz­no­ściach śmierci wie­leb­nego Flet­chera. Jak widzisz, mamy mnó­stwo bie­żą­cych spraw.

W dal­szym ciągu się uśmie­cham.

– Jestem pewna, że ma pan rację, pasto­rze.

Kła­dzie pulchną dłoń na mojej i lekko ją ści­ska.

– Skoro już mowa o bie­żą­cych spra­wach, powin­ni­śmy wra­cać. Muszę poroz­ma­wiać z Bake­rami o pogrze­bie ich ojca. – Wstaje od stołu, a Clara idzie za jego przy­kła­dem. – Zoba­czymy się póź­niej. Weź sobie do serca to, co powie­dzia­łem.

– Wezmę. Do zoba­cze­nia.

Widzę, jak wycho­dzą z sali, wymie­nia­jąc poże­gna­nia z kil­kor­giem gości. Zasta­na­wiam się, czy nie zamó­wić dru­giej kawy, a póź­niej zer­kam na zega­rek. Nie. Powin­nam zro­bić zakupy. Matka i córka nie mogą żywić się tylko pizzą.

Wstaję i nagle sły­szę łomot. Star­sza pani, która sie­działa przy sąsied­nim sto­liku, leży na pod­ło­dze w kałuży kawy, wśród odłam­ków stłu­czo­nej fili­żanki. Kilku ludzi patrzy na nią, jakaś para zaczyna wsta­wać, ale ja jestem naj­bli­żej. Szybko pod­cho­dzę, klę­kam i biorę ją za rękę.

– Coś się stało? Zra­niła się pani? – Wydaje się tro­chę oszo­ło­miona. Zasta­na­wiam się, czy ude­rzyła się w głowę. – Pomogę pani. Pro­szę się nie śpie­szyć – mówię.

Spo­gląda na mnie. Powoli sku­pia wzrok.

– To ty?!

Usi­łuję wyswo­bo­dzić dłoń, ale wbija w nią palce.

– Gdzie ona jest?! Powiedz!

– Przy­kro mi, nie bar­dzo…

Nagle roz­lega się cie­pły, uspo­ka­ja­jący głos:

– Nic się nie stało. Cza­sami jest tro­chę zdez­o­rien­to­wana.

Obok mnie kuca młoda kobieta ubrana w ogrod­niczki i T-shirt, po czym odzywa się łagod­nie do star­szej pani:

– Doreen? Prze­wró­ci­łaś się. Jesteś w klu­bie. Nic ci się nie stało?

– W klu­bie? – Uścisk ręki star­szej pani słab­nie. Pusz­cza moją dłoń.

– Pomóc ci wstać?

– Muszę wra­cać do domu. Cze­kają na mnie z pod­wie­czor­kiem.

– Oczy­wi­ście, ale może naj­pierw napi­jesz się wody?

– Zaraz przy­niosę – mówię i idę do okienka. – Czy mogła­bym dostać szklankę wody? – pytam.

Kiedy wra­cam, star­sza pani sie­dzi na krze­śle i wydaje się mniej oszo­ło­miona.

– Pro­szę.

Bie­rze drżącą ręką kube­czek i wypija łyk.

– Bar­dzo prze­pra­szam. Nie wiem, co mi się stało.

Uśmie­cha się z zaże­no­wa­niem, a ja przy­po­mi­nam sobie, że sta­rość to nie cho­roba, tylko prze­zna­cze­nie.

– Wszystko w porządku – mówię. – Każ­demu może się nagle zakrę­cić w gło­wie.

– Ktoś odwie­zie cię do domu, Doreen? – pyta kobieta z krót­kimi wło­sami.

Doreen. Dla­czego to imię wydaje się zna­jome? Doreen. I nagle sobie przy­po­mi­nam. Roz­mowa z Joan: „Doreen, matka Joy, ma demen­cję”.

„Matka Joy”. Patrzę na nią. Doreen musi mieć zale­d­wie sie­dem­dzie­siąt parę lat, ale wygląda na dzie­więć­dzie­siąt. Jest strasz­li­wie chuda. Obwi­słe policzki, włosy to paję­czyna siwych kosmy­ków.

– Zamie­rza­łam wró­cić na pie­chotę.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – mówi krótko ostrzy­żona kobieta.

Zapada mil­cze­nie. Mogła­bym powie­dzieć, że muszę zro­bić zakupy i wra­cać do córki, lecz zamiast tego mówię:

– Mogę odwieźć Doreen do domu.

Kobieta z krót­kimi wło­sami uśmie­cha się do mnie.

– Dzię­kuję. – Zerka na Doreen. – Nie masz nic prze­ciwko, żeby ta miła pani odwio­zła cię do domu, prawda, Doreen?

Sta­ruszka patrzy na mnie.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie.

 

Krót­ko­włosa kobieta wyciąga rękę.

– Jestem Kir­sty. Pro­wa­dzę grupę mło­dzie­żową i poma­gam w razie potrzeby.

– Jack, nowa pastorka. – Ści­skam jej dłoń.

– Domy­śli­łam się. Zdra­dza panią kolo­ratka.

Doty­kam dło­nią szyi.

– Ach, natu­ral­nie. Wła­śnie tak jest z kolo­rat­kami. Są tro­chę jak tatu­aże. Zapo­mina się o nich, dopóki ludzie nie zaczy­nają dziw­nie patrzeć.

Śmieje się i pod­ciąga rękaw T-shirtu, poka­zu­jąc duży tatuaż przed­sta­wia­jący tru­pią czaszkę.

– Amen.

Doreen mieszka w wąskim zaułku odcho­dzą­cym od głów­nej ulicy. Widzę rzędy sze­re­gow­ców; więk­szość jest ozdo­biona kwia­tami rosną­cymi w skrzyn­kach i wiszą­cych koszach.

Pozna­ła­bym dom Doreen, nawet gdyby Kir­sty nie podała mi adresu. Ceglane ściany są brudne, nie­wielki ogró­dek od frontu zaro­śnięty chwa­stami, okna zaku­rzone i ciemne. Dom ota­cza aura żałoby i cier­pie­nia, jakby narzu­cono na niego wdo­wią woalkę.

Zatrzy­muję się na ulicy. W cza­sie krót­kiej jazdy Doreen pra­wie się nie odzy­wała; mięła w sęka­tych dło­niach chu­s­teczkę. Nie prze­ry­wa­łam mil­cze­nia. Kiedy pró­bu­jemy czymś wypeł­nić ciszę, cza­sami staje się jesz­cze cięż­sza.

Wycho­dzę z samo­chodu i otwie­ram drzwi. Poma­gam Doreen wysiąść i pro­wa­dzę ją do domu. Grze­bie w torebce i wyj­muje klucz.

– Jesz­cze raz dzię­kuję, kocha­nie.

– Drob­nostka.

Otwiera drzwi.

– Chcia­ła­byś wstą­pić na fili­żankę her­baty?

Waham się. To zły pomysł. Nie powin­nam tu w ogóle być. Muszę zro­bić zakupy, a potem wró­cić do Flo i skoń­czyć porząd­ko­wa­nie domu. Patrzę na ponury sze­re­go­wiec. Nagle robi mi się głu­pio.

Uśmie­cham się.

– Byłoby mi bar­dzo miło.

Hol jest ciemny, pach­nie goto­waną kapu­stą i wil­go­cią. Dywan w kwiaty jest wytarty. Na obłu­pa­nym sto­liku stoi archa­iczny tele­fon z okrą­głą tar­czą nume­rową; wisi nad nim obraz przed­sta­wia­jący Matkę Boską. Jej smutne oczy spo­glą­dają na nas, gdy idziemy do zapusz­czo­nej kuchni, która wygląda, jakby nie sprzą­tano jej od połowy lat sie­dem­dzie­sią­tych. Popę­kane lino­leum. Blaty z lami­natu i zie­lone szafki z oblu­zo­wa­nymi drzwicz­kami. Pod jedną ze ścian stoi maleńki pół­ko­li­sty sto­lik z dwoma krze­słami po bokach. Wisi nad nim kru­cy­fiks i dwie tabliczki z cyta­tami z Biblii: „Lecz ja i dom mój słu­żyć będziemy Panu”8, „Prze­stań­cie i poznaj­cie, żem Ja Bóg”9.

Doreen zdej­muje kurtkę i czła­pie w stronę czaj­nika.

– Pomóc pani?

– Mój umysł nie jest już taki sprawny jak daw­niej, ale jesz­cze umiem zapa­rzyć fili­żankę her­baty.

– Natu­ral­nie.

Sta­rzy ludzie mają swoją dumę. Odsu­wam krze­sło i sia­dam pod cyta­tami z Biblii, a Doreen przy­go­to­wuje her­batę.

– Więc jesteś nową pastorką? – Nie­sie imbryk w drżą­cych rękach.

– Tak. Nazy­wam się Bro­oks, ale pro­szę mówić do mnie Jack.

Idzie do szafki, po czym wraca z dwiema nieco popla­mio­nymi fili­żan­kami i spodecz­kami.

– Nie mam cukru.

– Nie szko­dzi.

Siada na krze­śle naprze­ciwko mnie.

– Ojej, zapo­mnia­łam o mleku.

– Mam je przy­nieść?

– Gdy­byś zechciała.

Pod­cho­dzę do nie­wiel­kiej lodówki i otwie­ram drzwiczki. W środku jest kilka goto­wych obia­dów, tro­chę sera i ćwierć­li­trowy kar­ton mleka. Wyj­muję go. Wczo­raj upły­nął ter­min waż­no­ści. Wącham je szybko i przy­no­szę do stołu.

– Gotowe. – Nale­wam mleko do obu fili­ża­nek.

– Za moich cza­sów kobiety ni­gdy nie były pastor­kami.

– Nie?

– Kościół nie był miej­scem dla kobiet.

– Cóż, czasy się zmie­niły.

– Duchowni zawsze byli męż­czy­znami.

Czę­sto sły­szę takie uwagi, zwłasz­cza wygła­szane przez star­szych para­fian. Pró­buję nie trak­to­wać ich jako przy­ty­ków. Nie zawsze idziemy z duchem czasu. W któ­rymś momen­cie życie pozo­sta­wia nas z tyłu. Usi­łu­jemy je ści­gać cho­dzi­kami i sku­te­rami inwa­lidz­kimi, ale ni­gdy nie potra­fimy go dogo­nić. Jeśli dożyję osiem­dzie­siątki, praw­do­po­dob­nie będę patrzeć na ota­cza­jący świat z takim samym oszo­ło­mie­niem, zasta­na­wia­jąc się, co, u licha, stało się z rze­czami, które uwa­ża­łam za nie­zmienne.

– Cóż, czasy się zmie­niają – mówię. Wypi­jam łyk her­baty i sta­ram się ukryć gry­mas.

– Jesteś mężatką?

– Wdową.

– Przy­kro mi. Masz dzieci?

– Córkę.

Uśmie­cha się.

– Ja też mam córkę. Joy.

– Piękne imię.

– Nazwa­li­śmy ją Joy, bo była szczę­śli­wym nie­mow­lę­ciem. – Sięga drżącą dło­nią po fili­żankę. – Ode­szła.

– Tak?

– Ale wróci. Lada dzień wróci do domu.

– Cóż, świet­nie.

– To dobra dziew­czyna. Nie jak ta druga. – Twarz Doreen ciem­nieje. – Miała zły wpływ na Joy. Bar­dzo zły.

Kręci głową, a jej oczy stają się zamglone. Widzę, że się oddala, pogrąża we wspo­mnie­niach.

Prze­ły­kam ślinę.

– Czy mogła­bym sko­rzy­stać z toa­lety?

– Och, oczy­wi­ście. Zaraz…

– Sama ją znajdę, dzię­kuję.

Wycho­dzę z pokoju i wspi­nam się wąskimi scho­dami, mija­jąc kolejne cytaty z Biblii wiszące na ścia­nach. Łazienka jest po lewej stro­nie. Zamy­kam się w środku, spusz­czam wodę i spry­skuję twarz. Prze­by­wa­nie w tym domu mnie męczy. Pora się zbie­rać. Wycho­dzę na kory­tarz i przy­staję. Po pra­wej stro­nie znaj­dują się drzwi. Przy­kle­jona jest do nich nie­wielka kartka z napi­sem: „Pokój Joy”.

„Nie wchodź tam. Zejdź po scho­dach, powiedz, że masz pilne sprawy, i odejdź”.

W tym pokoju czas rów­nież się zatrzy­mał, podob­nie jak w resz­cie domu. Zatrzy­mał się w chwili, gdy miesz­kała tu Joy. Wygląda na to, że po jej znik­nię­ciu niczego nie doty­kano.

Łóżko jest sta­ran­nie przy­kryte spło­wiałą narzutą w kwiaty. U jego stóp stoi nie­wielka toa­letka; leżą na niej szczotka do wło­sów i grze­bień. Nie widać biżu­te­rii ani przy­bo­rów do maki­jażu.

W jed­nym z rogów stoi pro­sta szafa, a pod oknem niska eta­żerka wypeł­niona obszar­pa­nymi książ­kami w mięk­kiej opra­wie. Enid Bly­ton, Judy Blume, Aga­tha Chri­stie, a także kilka poważ­niej­szych pozy­cji o tema­tyce reli­gij­nej: Jezus w Twoim życiu i Chrze­ści­jań­stwo dla dziew­cząt. Obok widać dużą Biblię w skó­rza­nej opra­wie.

Pod­cho­dzę do eta­żerki i wyj­muję Biblię. Jest lekka. Zbyt lekka, by zawie­rać Słowo Boże. Sia­dam na skraju łóżka i otwie­ram ją. Podob­nie jak w mojej Biblii jest w niej skrytka. Ale ina­czej niż w mojej, ktoś wyko­nał ją samo­dziel­nie. Wyciął kartki nożycz­kami albo nie­wiel­kim nożem, two­rząc puste miej­sce, gdzie można prze­cho­wy­wać cenne, sekretne skarby.

Wyj­muję je po kolei: ładna muszla prze­ro­biona na broszkę. Guma do żucia marki Juicy Fruit. Dwa papie­rosy i kaseta ze skła­danką muzyczną. Oczy­wi­ście. Dziew­czyny wymie­niały się kase­tami. The Won­der Stuff, Madonna, INXS, Then Jeri­cho, Trans­vi­sion Vamp. Uśmie­cham się z roz­ma­rze­niem. To były czasy…

Odkła­dam kasetę i wyj­muję ostatni przed­miot. Foto­gra­fię dwóch dziew­cząt sto­ją­cych obok sie­bie i uśmie­cha­ją­cych się do obiek­tywu. Jedna jest urze­ka­jąco piękna, z dużymi błę­kit­nymi oczami i jasnymi wło­sami sple­cio­nymi w długi war­kocz. Nasto­let­nia Sissy Spa­cek. Druga to bru­netka z nie­zbyt ładną fry­zurą na gar­nek. Bar­dzo chuda, o ciem­nych, pustych oczach. Jej nie­pewny uśmiech przy­po­mina gry­mas. Obie noszą srebrne łań­cuszki z wisior­kami w kształ­cie liter. M, czyli Merry. J, czyli Joy.

„Miały po pięt­na­ście lat. Były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Znik­nęły bez śladu”.

Pię­tro niżej sły­chać szu­ra­nie krze­sła. Wzdry­gam się. Cho­wam przed­mioty w Biblii i wsta­wiam ją do eta­żerki, z któ­rej ją wyję­łam.

Foto­gra­fia cią­gle leży na łóżku. Patrzę na nią.

„Merry i Joy. Joy i Merry”.

Biorę zdję­cie i wsu­wam do kie­szeni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?