Bezcenny klejnot

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bronwyn Scott
Bezcenny klejnot

Tłumaczenie:

Anna Pietraszewska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Beldon Stratten – czwarty baron Pendenny – zjechał do Londynu z arcyważną misją – misją natury matrymonialnej. Jego sprawy od jakiegoś czasu można było uznać za uporządkowane. Innymi słowy, osiągnął etap, na którym, zgodnie z obyczajem panującym w wytwornym towarzystwie, wypadało zrobić jedną z dwóch rzeczy; dobrze się ożenić albo... umrzeć. Jako że niespieszno mu było przenieść się na łono Abrahama, postanowił znaleźć sobie żonę. Ani myślał zważać przy tym na ostrzeżenia znajomków żywiących przekonanie, iż żywot w małżeńskim stadle bywa losem niewiele lepszym od śmierci. On sam nie miał poglądu w tej materii, lecz wiedział, że już niebawem przyjdzie mu go sobie wyrobić.

Powiódł wzrokiem po sali balowej, przyglądając się z wolna ewentualnym kandydatkom na przyszłą baronową. Postanowił nie zasypiać gruszek w popiele i dokonać wyboru, nim raut dobiegnie końca. Urocza panna Canby, nieszczególnie majętna, lecz legitymująca się nieskazitelnym rodowodem byłaby w sam raz... A może Ellsworthówna? Wprawdzie niezbyt hojnie obdarowana przez naturę, za to szczodrze uposażona przez dziadka wicehrabiego... Piękna Elizabeth Smithbridge z dwudziestoma tysiącami funtów rocznie wydawała się wprost idealna... tyle że... Nie, zdecydowanie nie. Jest stanowczo zbyt wyniosła, pomyślał. W życiu nie idzie wyłącznie o pieniądze...

Zdawało mu się, czy panna Canby przed chwilą mrugnęła do niego okiem? Wirowała w tańcu z młodym dziedzicem tytułu hrabiowskiego, lecz mimo widocznego zainteresowania młokosa, najwyraźniej postanowiła zostawić sobie kogoś w odwodzie. Coś podobnego! Niewiarygodne!

Spostrzegłszy nieopodal kamerdynera niosącego tacę, ujął w dłoń kieliszek szampana i uśmiechnął się półgębkiem.

Twoje zdrowie, Stratten, powinszował sobie w duchu. Rozpocząłeś oficjalnie londyński sezon. Przed tobą cztery miesiące łowów, skrupulatnych kalkulacji oraz dyskretnego badania charakterów. Szkoda, że mnie także będą oceniać jako potencjalnego zięcia i męża.

Sącząc wyborny trunek, zerkał ukradkowo w stronę Eleanor Braithmore. Panna przemknęła obok niego w walcu, odziana w zwiewne białe koronki i różowe wstążki. Jako córka hrabiego i dziedziczka ogromnego majątku, uchodziła za znakomitą partię. Zdrowy rozsądek, a tego Beldon zawsze miał pod dostatkiem, podpowiadał mu, że powinien uderzyć w konkury właśnie do niej. Młoda, zamożna i ładna lady Braithmore była ucieleśnieniem wszelkich cnót, jakie dobrze urodzony mężczyzna pragnie widzieć u małżonki. Jego myśli biegły ku Eleanor, lecz spojrzenie powędrowało niespodziewanie w przeciwną stronę i zatrzymało się na plecach zupełnie innej panny. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, kim jest ich właścicielka. Tak czy inaczej, dziewczę było zjawiskowe. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, choć nie widział jeszcze twarzy. Nie musiał. Dziękował Bogu natomiast za najnowsze fasony. Tego roku moda okazała się wielce łaskawa dla męskiego oka. Głębokie dekolty odsłaniały szyje, a nawet pozwalały dostrzec zarys kształtnych łopatek.

Młoda dama, w którą wpatrywał się jak urzeczony, prezentowała się olśniewająco. Jej kruczoczarne włosy upięto w misterny kok i ozdobiono maleńkimi perełkami. Wystarczyło, że popatrzył przez moment na odsłoniętą smukłą szyję, a poczuł, że krew gotuje mu się w żyłach. Zazwyczaj szczycił się swoją powściągliwością, lecz nagle, nieoczekiwanie dla samego siebie, przypomniał sobie, że jest dojrzałym mężczyzną i miewa określone potrzeby. Puścił więc wodze fantazji i przymknąwszy powieki, zaczął sobie wyobrażać, co chciałby z nią robić w zaciszu sypialni.

Niemal czuł pod palcami aksamitną miękkość skóry. Zapragnął przywrzeć ustami do wyzierającego spod sukni mlecznobiałego ramienia.

W wyobraźni uwodził ją bez najmniejszego wysiłku. Ona stała skąpana w świetle świec, a on podchodził do niej od tyłu i położywszy jej dłonie na ramionach, delikatnie, lecz stanowczo pozbawiał odzienia. Był przekonany, że naga wyglądałaby jeszcze bardziej zachwycająco niż w wykwintnej toalecie. Mężczyźni wyczuwają takie rzeczy instynktownie... Sęk w tym, że ci co bardziej rozumni czym prędzej porzucają nieprzystojne myśli i nie pozwalają, aby niedorzeczne mrzonki odrywały ich od rzeczywistości i pozbawiały zdolności trafnej oceny sytuacji. Na swoje szczęście Stratten był człowiekiem nad wyraz rozważnym i twardo stąpającym po ziemi.

W przeszłości folgował zachciankom do woli, zwłaszcza kiedy nadarzała się ku temu sposobność i zachodziły sprzyjające okoliczności.

Owe czasy dawno jednak minęły. Chwilowo nie mógł sobie pozwolić na przyjemności. Przybył do miasta i znalazł się na tym przyjęciu w konkretnym celu. Szukał towarzyszki życia. Matki dla swoich dzieci, a nie kochanki. Przelotny romans z urzekającą nieznajomą nie wchodził w rachubę.

Zaczerpnął głęboko tchu i przywołał się do porządku. Kimkolwiek była, nie zamierzał brać jej pod uwagę jako jednej z pretendentek do roli baronowej Pendenny. Nazbyt ponętna żona bez wątpienia stałaby się źródłem poważnych komplikacji, a Beldon nie przepadał za komplikacjami. W życiu należy zachować umiar, przypomniał sobie ulubioną maksymę. Skłonność do przesady i brak opamiętania nie prowadzą do niczego dobrego. Jego własny ojciec był tego niechlubnym przykładem.

Poważne myśli uleciały mu z głowy, a mocne postanowienie diabli wzięli, gdy raptem czarnulka odwróciła się w jego stronę i ujrzał ją w pełnej krasie.

Niewiele brakowało, a stanąłby jak zamurowany z szeroko otwartymi ustami.

Przecież to Lilia, pomyślał, wstrzymując oddech.

Zatem tajemnicza nieznajoma wcale nie jest nieznajoma. To nie kto inny, jak panna Stefanow, podopieczna Waleriana Inglemoore’a, jego przyjaciela i szwagra w jednej osobie. Spotykał ją wcześniej w domu Inglemoore’ów w Kornwalii, ale minęło sporo czasu, odkąd widzieli się po raz ostatni.

Zmieniła się nie do poznania. W niczym nie przypominała schludnej, skromnie odzianej dzierlatki, którą pamiętał z przeszłości. Stała się niepospolitą pięknością. Jej suknia w przeciwieństwie do kreacji innych debiutantek nie była śnieżnobiała. Uszyto ją z lekkiej krepy w odcieniu kości słoniowej, dzięki czemu wydawała się o wiele zwiewniejsza niż tradycyjne jedwabie. Pośród tłumu dziewczątek, które bardziej przypominały uczennice niż panny na wydaniu, Lilia sprawiała wrażenie dojrzałej młodej kobiety, pewnej siebie i świadomej swego wdzięku.

Nie dostrzegł w niej ani odrobiny nieśmiałości czy bojaźliwości. Jej ciemne oczy iskrzyły inteligencją i poczuciem humoru.

Wielbiciele tłoczyli się wokół niej, jakby pragnęli ogrzać się w blasku jej urody. Bywała na salonach od niedawna, a już miała u swych stóp co najmniej połowę męskiej społeczności stolicy. Beldon, rzecz jasna, nie miał najmniejszego zamiaru dołączyć do grona zapatrzonych w nią zalotników, choć po prawdzie sam widok panny Stefanow przyprawiał go o dreszcz podniecenia.

Nie nadawała się na żonę. W każdym razie nie byłaby odpowiednią żoną dla niego. Baron miał bowiem ściśle określone wymagania. Całą ubiegłą zimę spędził na sporządzaniu listy pożądanych cech idealnej kandydatki do roli lady Stratten. Panna powinna dysponować odpowiednim dochodem i mieć doświadczenie w prowadzeniu domu oraz zarządzaniu rozległymi włościami. Lilia wyróżniała się wprawdzie interesującą, nieco egzotyczną powierzchownością, ale nie spełniała żadnego z pozostałych warunków. Była wychowanicą Waleriana i zbiegłą z Macedonii Fanariotką[1]. Hermetyczna angielska socjeta prawdopodobnie nigdy w pełni jej nie zaakceptuje. W wytwornym towarzystwie zawsze będzie postrzegana jako obca. Nawet gdyby okazała się przykładną gospodynią, poważną przeszkodę stanowiłaby kwestia majątkowa. Inglemoore zapewnił jej co prawda spory posag, niemniej honor nie pozwoliłby Beldonowi przyjąć pieniędzy od szwagra. Niestety, Pendenny – ukochana rodzinna posiadłość Strattena – mocno podupadła... Jeśli chciał przywrócić jej dawną świetność, musiał ożenić się dla pieniędzy.

Mimo wszystko nie potrafił oprzeć się urokowi panny Stefanow. Zresztą nie mógł jej zwyczajnie zignorować. Wzbudziłoby to niezdrową sensację. Był przecież przyjacielem i powinowatym jej opiekuna. Tak... zrobi to, co nakazują konwenanse, wymieni z nią zdawkowe uprzejmości, a potem zgodnie z planem, zacznie smalić cholewki do lady Braithmore.

Jakiś niezwykle przystojny dżentelmen wpatrywał się w nią bezceremonialnie od co najmniej minuty. Jego źrenice błyszczały niczym rozżarzone węgle i zdawały się przeszywać ją na wylot. Lilia natychmiast poczuła na sobie to uporczywe spojrzenie.

Nagle spostrzegła, że ruszył z miejsca i zdecydowanym krokiem zmierza w jej stronę.

Nie od razu go rozpoznała, choć wydawał jej się dziwnie znajomy. Tak, z pewnością widziała już kiedyś te szerokie barki, pewny chód i kasztanowe włosy, pomyślała.

A jednak dopiero kiedy się zbliżył i zajrzała z bliska w jego niesamowicie błękitne oczy, uzmysłowiła sobie, z kim ma do czynienia. Znała tylko jednego człowieka o takich oczach...

Beldon Stratten, pomyślała z niejakim zdumieniem. Wrócił do Londynu...

Umysł Lilii odnotował tę informację z należytym spokojem, za to serce wykonało gwałtowną woltę, gdy baron pochylił się w ukłonie i uniósł do ust jej dłoń. Jego prezencja, wytworny wieczorowy strój, nienaganne maniery i niesamowita męska aura przyprawiły ją o lekki zawrót głowy.

Enchanté, panno Stefanow. Upłynęło sporo czasu od naszego ostatniego spotkania.

 

– Miło mi znów pana widzieć, lordzie Pendenny. – Lilia uśmiechnęła się uprzejmie i dygnęła. Otrząsnęła się z oszołomienia, uprzytomniwszy sobie, że jako szwagier Waleriana Stratten był niejako zobligowany do tego, aby zauważyć jej obecność. Nie warto przypisywać jego atencjom zbyt wielkiej wagi, choć gdyby była typową naiwną dzierlatką, ani chybi omdlałaby z wrażenia. Tymczasem nieoczekiwany dreszczyk podekscytowania przebiegł jej po plecach, gdy poczuła na sobie niewinny dotyk Beldona. Nie zrobił niczego, co urągałoby przyzwoitości, a mimo to zdołał zamienić zwyczajowe powitanie w niemal intymną rozmowę.

Może to dlatego tyle kobiet przypatrywało mu się dyskretnie zza wachlarzy, zastanawiała się zaintrygowana Lilia. Tak... niewątpliwie wzbudzał ogromne zainteresowanie dam. Zresztą, czemu miałby nie wzbudzać? Kobiety uwielbiają niewymuszoną pewność siebie, a tej baron ma pod dostatkiem.

Ciekawe, czym jeszcze ściąga na siebie uwagę przedstawicielek płci pięknej? Czy ma w zanadrzu jakieś inne tajemnicze zdolności? Skoro poruszyło ją do głębi zaledwie przelotne muśnięcie jego dłoni, z pewnością bez trudu umiałby pobudzić jej zmysły...

Na samą myśl o tym poczuła w całym ciele przyjemne ożywienie.

Tymczasem Stratten chwycił zręcznie karnecik, który zwisał jej u nadgarstka.

– Zechce pani ofiarować mi ten taniec? – rzekł, upewniwszy się, że nikt nie zaprosił jej do kolejnego walca. – Wybaczy mi pani, że proszę tak późno, nieprawdaż?

Mniej więcej w tym momencie panna Stefanow zrozumiała, że Beldon jest mężczyzną z krwi i kości, stokroć ciekawszym od większości dżentelmenów, których znała. Na tyle dojrzałym, by wiedzieć, co to odpowiedzialność, i na tyle młodym, aby w pełni doceniać przyjemności i czerpać z życia pełnymi garściami.

Mogła jedynie zgadywać, w jakich gustował uciechach. Wiedziała jednak, że nie ulega powszechnej modzie, stroni od hazardu i nie jest stałym klientem domów uciech. Zauważyła, że mimo całej swej śmiałości, jest także pełen opanowania i rezerwy. Biła od niego aura z trudem powściąganego wigoru. Jakby rozpierała go energia, którą nieustannie i za wszelką cenę próbował w sobie dławić. Gdyby tylko mogła zajrzeć mu w głąb duszy, pewnie znalazłaby tam kilka pilnie skrywanych sekretów. Kto wie, może nawet odkryłaby coś niezwykłego? Jakieś tłumione pierwotne instynkta? Na razie pozostawał dla niej zagadką, niedostępną, pilnie strzeżoną fortecą.

Chciał z nią zatańczyć i to natychmiast.

Nieoczekiwanie zrobiło jej się nieswojo. Przy wyrafinowanym i obeznanym z wielkopańskim blichtrem arystokracie czuła się wyjątkowo niepewnie, jak niedoświadczona debiutantka, którą zresztą była.

– Zdenerwowana? – zapytał poufałym tonem, prowadząc ją na parkiet. – Nigdy bym się tego po pani nie spodziewał...

Nie nazwałaby tego zdenerwowaniem, ale w istocie jego bliskość wyzwalała w niej intensywne emocje.

– Skądże – skłamała gładko. – Rzecz w tym, że dawno pana nie widziałam.

– Ja pani również. A kiedy już panią ujrzałem, zupełnie odjęło mi mowę.

Schlebiał jej z wprawą wytrwałego bywalca salonów. Uwierzyłaby mu, gdyby dostrzegła w jego oczach nieco więcej ciepła. Niestety, przyglądał jej się uważnie, acz obojętnie.

Niebawem rozległy się pierwsze takty muzyki i jego ręka spoczęła w zaborczym geście na jej talii.

– Proszę się nie obawiać. Z całą pewnością nie zalicza się pani do kobiet, które drżą na myśl o niewinnych pląsach.

– Tak wiele pan o mnie wie? – odparowała nie bez drwiny. – Nasza znajomość trwa zaledwie kilka minut. – Owszem, był szwagrem jej opiekuna, ale jak dotąd niewiele z tego wynikało. Nigdy wcześniej nie zamieniła z nim ani słowa na osobności. W gruncie rzeczy był dla niej zupełnie obcym człowiekiem, co nie przeszkadzało jej skrycie się w nim durzyć... Podziwiała go z daleka, jak podziwia się pięknych i zuchwałych herosów rodem z romantycznych powieści. Gdyby miała odrobinę oleju w głowie, stroniłaby od jego towarzystwa. Stanowił dla niej zbyt wielkie zagrożenie. Naturalnie nie zaszkodzi, jeśli raz z nim zatańczy, ale na tym koniec. W żadnym razie nie powinna snuć na jego temat nieziszczalnych fantazji. Jeżeli pozwoli mu się do siebie zbliżyć, prawdopodobnie skończy ze złamanym sercem. Nie, baron Stratten nie jest mężczyzną dla niej.

Położyła mu rękę na ramieniu, świadoma bliskości, którą wymuszał walc. Czuła go każdą cząstką swojego ciała. Delikatny, cytrusowy zapach wody po goleniu drażnił jej nozdrza, a wyraźnie zarysowane mięśnie napinały się pod okrytymi rękawiczką opuszkami palców. Niesłychanie łatwo byłoby stracić głowę dla kogoś tak pociągającego jak on...

Tańczyła przedtem z wieloma mężczyznami, ale nigdy nie towarzyszyło jej przy tym tak ogromne napięcie.

Beldon prowadził ją z niewymuszoną płynnością ruchów, kompletnie nieświadomy tego, że wywarł na niej piorunujące wrażenie. Możliwe, że działał tak na wszystkie kobiety. Początkowo dotrzymywała mu tempa, ale dość szybko pomyliła kroki.

Trzeba było wpatrywać się w jakiś nieruchomy punkt ponad jego ramieniem, pomyślała niezadowolona. Zamiast postąpić zgodnie z etykietą, zadarła głowę i zajrzała mu w twarz. Pokusa, żeby na niego spojrzeć, okazała się silniejsza od niej. Gdy już to zrobiła, w jednej chwili pojęła, że popełniła wielki błąd.

Jego szlachetne rysy sprawiły, że wydał jej się jeszcze bardziej tajemniczy i atrakcyjny niż przedtem. Inteligentne niebieskie oczy, ostro zarysowana szczęka i usta, które nieczęsto pozwalały sobie na uśmiech, niewątpliwie przydawały mu uroku, a zarazem czyniły go wyjątkowo nieprzystępnym.

Z jego postawy i sposobu bycia emanowały stanowczość oraz zdecydowanie w działaniu. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest człowiekiem czynu, co odróżniało go od większości dżentelmenów, z którymi do tej pory tańczyła. Ci starsi przejawiali zazwyczaj niepomierne znudzenie życiem i swoją uprzywilejowaną pozycją, młodsi z kolei sprawiali wrażenie kompletnie zagubionych, jakby nie mieli zielonego pojęcia, co począć z przyszłością.

Baron Stratten był ich całkowitym przeciwieństwem. Doskonale wiedział, kim jest i czego pragnie. Z pewnością miał jasno sprecyzowane i pieczołowicie wytyczone cele. Być może właśnie dzięki temu przyciągał spojrzenia kobiet jak magnes.

– Dobrze się pani bawi? – zagadnął, gdy zawirowali w kolejnym obrocie.

– Naturalnie. W Londynie wszystko jest wspaniałe. Trudno byłoby nie zasmakować w tutejszych balach i przyjęciach.

– Czytając pani karnecik, zauważyłem, że moje miejsce zajmie niebawem lord Idlefield. Postanowiłem panią ostrzec. Otóż, trzeba pani wiedzieć, że jego temperament pasuje jak ulał do nazwiska[2].

Niewiele brakowało, a Lilia nie zrozumiałaby żartu. Nie spodziewała się, że baron jest obdarzony poczuciem humoru. W ostatniej chwili uchwyciła istotę dowcipu i posłała mu szeroki uśmiech. Była coraz bardziej zaintrygowana jego nietuzinkową osobowością.

Przechyliła zalotnie głowę i odrzekła, ciekawa, czy podejmie wyzwanie i odpowie w podobnym tonie:

– Co pan powie o lordzie Fairborough? Po kolacji mam z nim zatańczyć kotyliona.

– Cóż, ponoć sposobi się, aby zostać hodowcą owiec, ale bez obaw, to wcale nie znaczy, że jest starym baranem.

Panna Stefanow zaśmiała się w głos i raptem stało się coś zupełnie niebywałego. Beldon odsłonił zęby i także się roześmiał. Jego oblicze zmieniło się nie do poznania.

Z uśmiechem jest mu bardzo do twarzy, pomyślała. Przez moment chichotali niczym dzieci rozbawione wspólnym figlem.

Wkrótce jednak muzyka umilkła i ulotna chwila dobiegła końca. Wraz z nią zniknęła cała magia, która się między nimi wytworzyła. Czar prysł. Baron znów zamienił się w niewzruszonego dżentelmena o nieskazitelnych manierach. Kiedy odprowadził ją na miejsce, pomyślała, że tak musiał czuć się Kopciuszek, gdy wybiła północ.

– Dziękuję, panno Stefanow. Nigdy dotąd walc nie sprawił mi tak wielkiej przyjemności. – Skłonił się na pożegnanie. – Nic dziwnego, że otacza panią tłum zalotników. Jest pani brylantem czystej wody.

Brylantem czystej wody... powtórzyła w myślach.

Wiedziała, co oznacza owo określenie. Używano go w odniesieniu do wytwornych panien na wydaniu, młodych urodziwych dziewcząt, które cieszyły się nieposzlakowaną opinią i uchodziły powszechnie za wzór wszelkich cnót.

Wzdrygnęła się w duchu. Jej samej brylanty kojarzyły się nieodmiennie z czymś mrocznym i nieprzyjaznym.

– W takim razie musimy jeszcze kiedyś zatańczyć – rzekła z wymuszoną swobodą.

Byle nie za prędko, dodała w duchu. Nie miała dużego doświadczenia, niemniej wyczuwała, że baron Stratten jest poważnym zagrożeniem. Jego urok mógł okazać się dla niej zgubny. Postanowiła trzymać się od niego z daleka.

Uznała, że tak będzie lepiej dla nich obojga. Wiedziała bowiem coś, o czym nikt nie miał pojęcia. Jej rówieśniczki z arystokratycznych rodów obnosiły się w towarzystwie ze swoim rodowodem i pokaźnym posagiem. Jedynym celem znakomitej większości młodych kobiet było znalezienie odpowiedniego kandydata na męża. Do tego zostały wychowane. Lilii wyznaczono zupełnie inną rolę i inne powinności. Ciążyło na niej brzemię złowrogiej tajemnicy. Od maleńkości wpajano jej, że ma za zadanie za wszelką cenę strzec brylantu Fanarionu – klejnotu, który mógł odmienić losy narodów.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tej nocy śniła o rodzinnym domu w Nausie[3]. Wprawdzie wolałaby ujrzeć we śnie Beldona Strattena, lecz zamiast niego nawiedził ją ojciec, który ściszonym, pełnym powagi głosem opowiadał jej o spuściźnie Stefanowów.

Na barkach tego, kto znajdzie się w posiadaniu brylantu, spocznie odpowiedzialność za materialną przyszłość narodu. Na całym świecie nie ma drugiego takiego klejnotu. To niezwykle rzadki okaz. W rękach właściwego człowieka może stać się narzędziem wspaniałych uczynków, jeśli jednak trafi do niepowołanej osoby, będzie jedynie instrumentem tyranii i zniszczenia. Rzecz jasna, nie sposób rozsądzić, kto godzien jest rozporządzać tak cennym dobrem, dlatego też przed czterystoma laty, jeszcze w Konstantynopolu, kamień został potajemnie powierzony nam. Tak oto Stefanowowie stoją na jego straży po dziś dzień...

Nagle Lilia poderwała się i usiadła na łóżku zlana zimnym potem. Przeniosła się do czasów tuż sprzed krwawego powstania. Znów widziała swoich najbliższych: papę, brata Aleksieja, ciotkę Nataszę i małego Constantine’a. Rodzina była jeszcze wówczas w komplecie...

Uspokoiła przyspieszony oddech i zasłoniła oczy przed światłem. Najwyraźniej położyła się, nie zaciągnąwszy zasłon. Słońce świeciło pełnią blasku, zatem musiało być dość późno.

Kiedy zaczęło burczeć jej w brzuchu, domyśliła się, że przespała porę śniadania. Sięgnęła do dzwonka, żeby przywołać służącą i poprosić o filiżankę gorącej czekolady, gdy wtem rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę! – zawołała i zrezygnowana opadła na poduszki. Nieprędko przyjdzie jej zaspokoić głód. Ani przez chwilę nie łudziła się, że to zapobiegliwa pokojówka z posiłkiem.

Wkrótce ujrzała w progu odzianą w strój jeździecki Filipę.

– Dobrze, że się obudziłaś moja droga – odezwała się pogodnie lady Inglemoore. – Właśnie przyjechał Beldon. Zaprasza nas na przejażdżkę po parku. – Przycupnęła na brzegu łóżka i spojrzała na wychowanicę z niejakim wyrzutem. Sama została w domu, wymówiwszy się w ostatniej chwili od balu bólem głowy. – Nie pisnęłaś ani słówka, że widziałaś się wczoraj z moim bratem i że poprosił cię do tańca.

Lilia nie chciała zdradzać emocji, więc odwróciła głowę.

– Wypełnił tylko swoją powinność wobec ciebie i Waleriana. Nic ponadto – rzekła obojętnie. Modliła się w duchu, aby Filipa nie wbiła sobie do głowy, żeby zabawiać się w swatkę. Dopiero byłby ambaras... – Potraktował mnie z niezwykłą uprzejmością. To bardzo miłe z jego strony. – Początek sezonu towarzyskiego posłużył jej za znakomity pretekst do tego, żeby znaleźć się w Londynie podczas rozmów pokojowych i negocjacji w sprawie niepodległości Grecji. Do przyjazdu skłoniła ją pamięć o ojcu i pozostałych krewnych, którzy stracili życie w walce o słuszną sprawę. Dopiero na miejscu uzmysłowiła sobie, że nie zdoła się ustrzec przed nieuchronnymi komplikacjami. Bardzo szybko okazało się, że niemal wszyscy bywalcy salonów przybyli do stolicy z powodów matrymonialnych bądź politycznych, ewentualnie obu naraz.

– Beldon zamierza się ożenić – oznajmiła ni stąd, ni zowąd lady Inglemoore. – Jeszcze w tym roku.

– Ach tak... – westchnęła skrycie Lilia. Oby tylko nie zrealizował swego planu zbyt szybko.

 

Nie wiedzieć czemu, myśl o baronie u boku innej kobiety wprawiała ją w dziwną melancholię.

Wstała i zaczęła poranną toaletę. Szkoda, że to nie ona zostanie jego żoną. Obiecała sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Nie mogłaby z czystym sumieniem obarczyć nikogo ciężarem, który przyszło jej dźwigać. Jej ojciec próbował pogodzić rolę głowy rodziny z rolą strażnika brylantu. Zapłacił za to życiem, nie tylko własnym, lecz także swoich najbliższych. Panna Stefanow poprzysięgła sobie, że nie narazi nikogo na tak wielkie niebezpieczeństwo.

Włożyła suknię i stanęła przed Filipą, by pomogła jej zapiąć guziki na plecach.

– Wydaje mi się, że wybierze lady Eleanor – stwierdziła z przekonaniem siostra Strattena. – Pewnie dlatego tak mu pilno do tej przejażdżki. Zazwyczaj tego rodzaju rozrywki go nużą.

– Masz na myśli Eleanor Braithmore? – zdumiała się Lilia. Nie sądziła, że ta uprzedzająco grzeczna i nieciekawa dzierlatka wzbudzi zainteresowanie kogoś takiego jak baron. Chwyciła energicznie kapelusz, usiłując stłumić rozczarowanie. Na cóż pełnemu wigoru mężczyźnie taka płochliwa żoneczka?

– Czyżbyś nie pochwalała jego wyboru?

– Skądże, panna Braithmore jest uroczą młodą damą. Rzecz w tym, że to dość nagła decyzja... Nie spodziewałam się, że sprawy potoczą się tak szybko...

– Cóż, kiedy mój brat coś postanowi, nie zasypia gruszek w popiele. Natychmiast przechodzi do czynów. Ale nie martw się, moja droga. Na ciebie też przyjdzie kolej. Wystarczy odrobina cierpliwości. Znajdziemy ci odpowiedniego kandydata na męża. A skoro już o tym mowa, czy ktoś zwrócił twoją uwagę na wczorajszym raucie? Jestem przekonana, że otaczał cię tłum wielbicieli.

Lilia postanowiła odpowiedzieć wymijająco.

– Nie, dotychczas nikt mnie szczególnie nie zachwycił, choć istotnie poznałam wielu kawalerów. Niektórzy byli nawet bardzo mili. – Nie mogła przecież powiedzieć, że jedynym godnym zachodu dżentelmenem wydał jej się Beldon.

– Może spotkamy w parku młodego dziedzica, który tak gorliwie cię adoruje – ciągnęła lady Inglemoore, podając jej rękawiczki. – Ma dwadzieścia osiem lat i jest wyjątkowo dobrze sytuowany, choć nie został jeszcze markizem. Wal zna jego ojca. Myślę, że gdybyś go zachęciła, mógłby się nadać...

– Tak, będę mu się bacznie przyglądać – odparła panna Stefanow. Z daleka, dodała w myślach. Nie mogła zostać markizą. Prawdopodobnie skończyłoby się to kompletną katastrofą. W ogóle nie rozważała zamążpójścia, a już na pewno nie mogła przystać na poślubienie wysokiej rangi arystokraty. Byłoby to najbardziej szalone i ryzykowne rozwiązanie ze wszystkich możliwych. Stałaby się niejako osobą publiczną, nieustannie bywałaby na salonach, w dodatku wzmiankowano by o niej w kronikach towarzyskich, co oznaczało, że przypuszczalnym wrogom łatwo byłoby ją znaleźć.

Poza tym przypuszczała, że ze swoim temperamentem nie stworzyłaby zgodnego stadła z Anglikiem. Młode Angielki, z którym miała dotąd do czynienia, nie tylko panny, lecz także świeżo upieczone mężatki, były w większości zupełnie bezbarwnymi, bojaźliwymi istotami bez charakteru i własnego zdania. W dniu ślubu mężowie stawali się ich panami i władcami, a one zdawały się nie mieć nic przeciwko temu. Lilia nie wyobrażała sobie takiego życia. Nie potrafiłaby zrezygnować ze swojej niezależności dla mężczyzny.

Intuicja nie zawiodła Filipy. Istotnie, spotkali w parku Braithmore’ównę. Siedziała w białej dwukonce ze wstydliwie spuszczonymi oczętami i skromną miną. Obracała w dłoni koronkowy parasol przeciwsłoneczny i wyglądała jak ucieleśnienie młodzieńczej niewinności. Beldon uchylił kapelusza, po czym skłonił się z pełną finezji kurtuazją, aby skomplementować jej wygląd. Bez nakrycia głowy prezentował się wręcz oszałamiająco przystojnie, do tego stopnia, że Lilia na moment zapomniała o oddychaniu.

Zastanawiała się, czy Eleanor domyśla się, że Stratten ma wobec niej poważne zamiary? Zapewne. Jako córka hrabiego została wychowana właśnie po to, żeby wydać się dobrze za mąż. Za kogoś takiego jak baron.

Panna Stefanow westchnęła z rozrzewnieniem. Kiedyś, dawno temu, była zakochana, pierwszą młodzieńczą miłością. Miała wówczas szesnaście lat i niewiele wiedziała o świecie. Nie zdawała sobie także sprawy z tego, jak wielka odpowiedzialność ciąży na jej rodzinie. Pozwoliła, aby adorował ją wspaniały młody człowiek, i była przez chwilę szczęśliwa. Niestety, niewinny flirt zakończył się tragedią. Kiedy jej konkurent zginął, uświadomiła sobie, że przyjdzie jej dokonać żywota w samotności.

Powtarzała sobie, że zazdrości lady Braithmore nie tyle uwagi, którą poświęca jej Beldon, ile tego, że ktoś w ogóle ją emabluje. Tęskniła za czymś, czego nie może mieć.

Oderwała się od ponurych rozważań, kiedy w pobliżu pojawili się trzej mężczyźni. Wracali z przechadzki do pozostawionych nieopodal powozów.

– Miło cię spotkać, Pendenny – zawołał jeden z nich, około dwudziestoletni zuchwały młodzian, w którym Lilia rozpoznała brata Eleanor.

Przez moment wydawało jej się, że Stratten wykrzywił usta. Nie spodobało mu się, że młokos zwraca się do niego bez należytego szacunku, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. W każdym razie reszta zebranych nie zauważyła jego poirytowania.

– Bandon – odrzekł, próbując ukryć rozdrażnienie. Zatem miała rację. Nie lubił, kiedy odnoszono się do niego z lekceważeniem.

– Poznaj moich przyjaciół – ciągnął Braithmore. – Lord Crawford i pan Agyros. Przybył do Londynu w związku z rozmowami pokojowymi. Jest w nie zaangażowany także mój ojciec – dodał chełpliwie, jakby uważał zasługi rodzica za swoje własne.

Jak zwykle w takich okolicznościach nastąpiły dalsze prezentacje i wywiązała się niezobowiązująca rozmowa. Już po chwili Lilia zauważyła jednak, że pan Agyros nie bierze udziału w pogawędce, lecz uporczywie się w nią wpatruje. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, zarumieniła się więc pod przenikliwym spojrzeniem jego tajemniczych ciemnych oczu.

– Zechce pani wybaczyć mi śmiałość, panno Stefanow – odezwał się w końcu – ale zastanawia mnie pani nazwisko. Zabrzmiało z rosyjska, niemniej pani akcent, choć niemal niezauważalny, sugeruje, że podobnie jak ja, pochodzi pani z Bałkanów, kto wie może nawet z samego Fanarionu? – Uśmiechnął się tak szeroko, że mimo wrodzonej ostrożności odpowiedziała tym samym.

– Mogę spytać, gdzie pan się urodził? – Uznała, że dopóki nie dowie się o nim czegoś więcej, lepiej będzie grać na zwłokę. Nauczyła się zachowywać czujność o każdej porze dnia i nocy. Ktoś mógł wiedzieć, że przebywa w stolicy wraz z cennym klejnotem. Wystarczy, że rozpozna ją jedna osoba i nieszczęście gotowe. Wolała nie myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wieść o jej przyjeździe dotarła do niewłaściwych osób.

Na wsi, w majątku Wala, była względnie bezpieczna. Raczej trudno byłoby jej tam spotkać kogoś z rodzinnych stron. Co innego w Londynie, zwłaszcza w trakcie doniosłych pertraktacji politycznych. Niebezpieczeństwo mogło czaić się wszędzie, także w przebraniu, pod maską zalotnika lub pochlebcy. Najwyższa pora, aby znów zaczęła nosić przy sobie sztylet, pomyślała na koniec.

– Przyszedłem na świat w Konstantynopolu – poinformował Agyros. W jego głosie dało się wyczuć nutkę nostalgii. – Ale obecnie mieszkam w Marsylii, gdzie mój wuj prowadzi interesy.

Doszła do wniosku, że nie ma powodu popadać w obłęd, i nieco się odprężyła. Wszystko wskazywało na to, że jest zupełnie nieszkodliwy. Prawdopodobnie przyjechał do Anglii w charakterze dyplomaty, aby zyskać rozgłos i poprawić swoją pozycję we własnym kraju. Spotkanie w parku wydawało się dziełem przypadku, tak czy inaczej, mógł o niej komuś napomknąć, należało zatem postępować rozważnie...

– Jak długo zabawi pan w Londynie?

Wzruszył ramionami.

– Trudno orzec. Do czasu, aż zakończą się negocjacje. – Posłał jej kolejny rozbrajający uśmiech. – Z pewnością jednak zostanę wystarczająco długo, żeby gościć na raucie u Latimore’ów. Czy mogę mieć nadzieję, że pani również będzie obecna? To całkowicie niestosowne, przyznaję, ale cóż, wprost nie potrafię oderwać od pani wzroku...