Układ z księciem

Tekst
Z serii: Rodzina Warenne #10
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brenda Joyce
Układ z księciem

Tłumaczenie:

Marta Żbikowska

Dla Sue Ball, jednego z najbardziej kochających i troskliwych duszków, jakiego kiedykolwiek poznałam. Serdeczne podziękowania za wiele lat dobroci, przyjaźni i wsparcia dla mnie i mojej rodziny.

PROLOG

Było tak jasno, że Alexandra zawahała się, zdezorientowana.

– Alex… andra? – wyszeptała leżąca na łóżku matka.

– Tu jestem, mamo – wyszeptała.

Elizabeth Bolton umierała i mogła nie przetrwać kolejnej nocy, ponieważ była coraz słabsza od trawiącego ją raka. Alexandra powstrzymała łzy. Nie płakała ani razu, nawet kiedy ojciec powiedział jej, że matka zapadła na ciężką, śmiertelną chorobę.

Alexandra usiadła u boku matki. Poczuła ukłucie w sercu na widok jej wychudłej twarzy i wątłej postury. Elizabeth była kiedyś taka piękna, pełna życia i energii. Miała zaledwie trzydzieści osiem lat, ale wyglądała na dziewięćdziesiąt.

Alexandra złapała ją za delikatną, kruchą dłoń.

– Ojciec powiedział, że chciałaś się ze mną zobaczyć, mamo. Potrzebujesz czegoś? Jesteś spragniona?

Na twarzy Elizabeth pojawił się nikły uśmiech.

– Anioły – wyszeptała. – Widzisz je?

Alexandra poczuła, że łzy nachodzą jej do oczu. Zamrugała mocno. Matka potrzebowała jej, podobnie jak dwie siostry, które miały tylko siedem i dziewięć lat. Ojciec też jej potrzebował, chociaż przeważnie siedział zamknięty w bibliotece z butelką dżinu.

– Nie widzę ich, ale czuję ich obecność. Boisz się?

– Ja… Nie chcę odchodzić. Dziewczynki są jeszcze takie młode.

– My też nie chcemy, żebyś nas opuszczała, ale będziesz teraz z aniołami, mamo. Zajmę się Olivią i Corey. Nie musisz się o to martwić. Zajmę się także ojcem.

– Obiecaj mi, kochanie… obiecaj…

– Obiecuję. Zrobiłaś dla naszej rodziny wszystko, co w twojej mocy. Byłaś naszą latarnią morską, skałą, kotwicą. A teraz ja zrobię wszystko dla ojca i dziewcząt.

– Jestem z ciebie taka dumna… – wyszeptała Elizabeth.

Alexandra podniosła się, żeby spojrzeć jej w oczy. Była najstarsza. Urodziła się jako pierwsza. Lata dzieliły ją od najmłodszych sióstr. Z matką zawsze były blisko. Elizabeth nauczyła Alexandrę, jak zarządzać domem, zabawiać gości i jak się ubrać na herbatkę czy wystawne przyjęcia. Pokazała jej też prawdziwą moc miłości, rodziny, sumienności i szacunku.

– Nie martw się o dziewczynki ani ojca. Zaopiekuję się nimi.

– Wiem.

Elizabeth uśmiechnęła się smutno i zamilkła. Alexandra potrzebowała dłuższej chwili, by uświadomić sobie, że jej oczy zgasły.

Westchnęła ciężko. Ból niemal ją oślepiał. Łzy w końcu same zaczęły płynąć, mimo, że im się opierała. Chwyciła dłonie matki i położyła się obok niej.

Taką właśnie zastał ją Owen, jej narzeczony.

– Alexandro – powiedział i delikatnie podniósł ją na nogi.

Kiedy wyszli na korytarz, Owen długo ją przytulał. Alexandra pozwoliła mu na to, choć serce jej pękało, bo wiedziała, co będzie musiała zrobić.

Owen był jej najlepszym przyjacielem i jedyną prawdziwą miłością, ale nie miało to już znaczenia.

– Dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób? – zapytał zaniepokojony.

– Kocham cię, Owenie.

– Jesteś w szoku. To czas żałoby.

– Nie mogę za ciebie wyjść, Owenie. Obiecałam jej, że zaopiekuję się tą rodziną i zamierzam dotrzymać tej obietnicy. Moje życie nie należy już do mnie. Nie mogę cię poślubić, nie mogę zostać twoją żona ani matką twoich dzieci. Muszę się zaopiekować siostrami.

– Alexandro! – jęknął. – Pozwól sobie na żałobę. Będę na ciebie czekał. Kocham cię. Przejdziemy przez to razem.

– Nie, Owenie. Wszystko się zmieniło. Corey i Olivia mnie potrzebują, podobnie jak ojciec.

– Będę na ciebie czekać – powtórzył.

– Żegnaj, Owenie – powiedziała.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie stać mnie na ciebie – powiedział baron Edgemont. Alexandra Bolton ze zdziwieniem wpatrywała się w pochmurnego, zaniedbanego ojca. Dopiero co wezwał ją i jej dwie młodsze siostry do małej, zapuszczonej biblioteki, w której od czasu do czasu przeglądał dokumenty. Co dziwne, wydawał się trzeźwy, a było już prawie wpół do czwartej po popołudniu.

– Wiem, jak niepewna jest nasza sytuacja finansowa – powiedziała, próbując go uspokoić.- Przyjmuję dodatkowe zlecenia na szycie. Powinnam zarobić dodatkowego funta tygodniowo.

– Jesteś dokładnie taka, jak twoja matka. Była niestrudzona – burknął zniechęcająco.

Alexandra zaczynała się niepokoić. Robiła, co w jej mocy, żeby utrzymać rodzinę razem, odkąd matka zmarła. Nie było to łatwe, biorąc pod uwagę, że ojciec miał skłonność do hazardu i whisky. Kiedy ostatni raz ojciec zawołał ją i jej młodsze siostry do biblioteki, powiedział im, że ich matka jest śmiertelnie chora.

Elizabeth zmarła dziewięć lat temu. Od tego czasu ojciec stracił wszelką powściągliwość. Nawet nie próbował powstrzymywać złych nawyków. Corey miała niespokojną naturę, Olivia uciekała do świata akwareli i pasteli i choć wydawała się zadowolona, Alexandra była w rozpaczy. Zrezygnowała z prawdziwej miłości, żeby zająć się nimi wszystkimi. Nie czuła jednak żalu.

– Ktoś tutaj musi być wesoły – powiedziała z uśmiechem. – Nie mamy pieniędzy, ale mamy gdzie mieszkać, mamy też ubrania i jedzenie.

Corey, która miała zaledwie szesnaście lat, zakrztusiła się. Prawda była taka, że z dywanów sterczały nici, ze ścian schodziła farba, tynk odpadał, a kotary pruły się w oczach. Ziemie przyległe były w równie złym stanie, ponieważ personel został zredukowany do jednego służącego, a ogrodnik został zwolniony w zeszłym roku. Ich posiadłość miejska w Londynie została sprzedana, ale Edgemont Way był na szczęście zaledwie godzinę drogi od Greenwich.

Alexandra postanowiła zignorować zachowanie swojej nieco lekkomyślnej, czasami szczerej do bólu i niewymownie pięknej młodszej siostry.

– Ojcze, twoja postawa mnie niepokoi.

A nawet nie był jeszcze podchmielony. To nie wróżyło nic dobrego. Nie miał powodów, żeby zmienić rozpustny tryb życia.

– Wykorzystałem ostatnią linię kredytową – westchnął.

Jej niepokój nasilił się. Podobnie jak większość przedstawicieli ich grupy społecznej, żyli z czynszów i kredytów. Niestety skłonność ojca do hazardu zmusiła go do sprzedania farm najemcom, zostały im już tylko dwie. Te czynsze mogłyby wystarczyć, żeby utrzymać rodzinę, gdyby ojciec nie grał prawie każdej nocy. Niestety robił to, więc po śmierci matki Alexandra musiała zmienić swoją pasję do szycia w źródło dochodu, chociaż bywało to upokarzające. Kobiety, z którymi niegdyś rozmawiała na herbatkach i kolacjach, zostały jej klientkami. Lady Lewis lubiła osobiście przynosić jej podarte i zniszczone ubrania i robić wielkie zamieszanie o to, że naprawy są „niechlujne”. Alexandra zawsze przepraszała z uśmiechem.

Najważniejsze, że mieli się w co ubrać, mieli dach nad głową i jedzenie na stole. Ich ubrania były już niemodne i wielokrotnie cerowane, dach przeciekał podczas burzy, a dieta zasadniczo ograniczała się do chleba, warzyw, ziemniaków i odrobiny czerwonego mięsa w niedziele. Ale to przecież lepsze niż nic.

Jej siostry nawet nie pamiętały czasów obiadków i bali. Alexandra była za to wdzięczna. Tylko jak sobie poradzą bez kredytu?

– Będę więcej szyć – powiedziała zdeterminowana.

– A jak planujesz to zrobić? Już i tak nie sypiasz po nocach – odparowała Corey. – I masz odciski na kciukach!

– Zeszłego lata lord Henredon zapytał mnie, czy namaluję jego portret. Odmówiłam – wtrąciła cicho Olivia.

Podczas, gdy Corey była blondynką, Olivia miała nieokreślony odcień włosów, ni to blond, ni brązowy, choć była również bardzo piękna.

– Mogłabym malować portrety.

Alexandra przypatrywała się siostrze z konsternacją. Szczęście jej sióstr było dla niej wszystkim.

– Jesteś naturalistką. Nienawidzisz malować portretów – powiedziała cicho. Ale chodziło o coś więcej. Wiedziała, że Henredon pozwolił sobie na niestosowne uwagi pod adresem Olivii.

– To dobry pomysł – odparła równie cicho Olivia.

– Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – wyznała Alexandra. Obawiała się, że jej dobroduszna siostra zostanie wykorzystana na wiele sposobów.

– Wątpię, żeby to było konieczne, Olivio – powiedział Edgemont i zwrócił się do Alexandry: – Ile masz lat?

– Dwadzieścia sześć.

Baron zarumienił się.

– Myślałem, że jesteś młodsza. Ale wciąż jesteś atrakcyjną kobietą, Alexandro, umiesz porządne prowadzić gospodarstwo domowe, dlatego będziesz pierwsza. Jesteś to winna siostrom.

– Będę pierwsza do czego, ojcze? – spytała ostrożnie.

– Oczywiście do wyjścia za mąż. To już najwyższy czas, nie sądzisz?

– Nie mamy pieniędzy na posag!

– Jestem tego świadomy. A mimo to pytano o ciebie.

Alexandra przyciągnęła krzesło i usiadła. Kto by chciał się żenić ze zubożałą starą panną w jej wieku? Poza tym dobre imię Boltonów zostało już dawno skalane.

– Ojcze, czy ty mówisz poważnie?

– Dziedzic Denney podszedł do mnie zeszłej nocy. Pytał o ciebie i o to, czy mógłby nas odwiedzić.

Alexandra była tak zaskoczona, że wyprostowała się gwałtownie. Czy miała jeszcze szansę na małżeństwo? Po raz pierwszy od wielu lat pomyślała o Owenie St. Jamesie, mężczyźnie, któremu oddała serce wiele lat temu.

– Znasz go oczywiście – kontynuował ojciec z uśmiechem. – Dziedzic zakończył już żałobę, a ty najwidoczniej wywarłaś na nim duże wrażenie.

 

Alexandra wiedziała, że nie powinna teraz myśleć o Owenie. Przypomniała sobie dziedzica, pełnego majestatu starszego mężczyznę, który zawsze był wobec niej uprzejmy i pełen szacunku. Nie znała go dobrze, ale jego żona była jedną z cenniejszych klientek.

Zadrżała. Pożegnała się z ideą małżeństwa dziewięć lat temu, kiedy byli jeszcze darzoną szacunkiem rodziną. Ale z czasem ich świetność została zredukowana niemal do skrajnej nędzy. Dziedzic miał ziemię i był zamożny. Małżeństwo z nim mogło poprawić ich sytuację.

– Przecież on ma z sześćdziesiąt lat! – Corey pobladła z przerażenia.

– To starszy mężczyzna, ale dobrze sytuowany. Poza tym ma nie więcej niż pięćdziesiąt. Alexandra dostałaby szafę pełną najmodniejszych sukien. Przecież chciałabyś dla niej tego, prawda? Ma piękny dwór, powóz i karetę – odparł.

Alexandra zbierała myśli. Miała pretendenta, i to zamożnego. Owszem, był starszym mężczyzną, ale mógł zostać wybawcą ich rodziny. W jej wieku i biorąc pod uwagę okoliczności, czy można było chcieć więcej?

– Wiesz, że nie dbam o modę. Dbam o ciebie i dziewczynki – powiedziała ostrożnie. Wstała i otrzepała z kurzu nieskazitelnie czystą suknię, po czym uważnie spojrzała na ojca.

– Opowiedz mi o nim. Czy zdaje sobie sprawę, że nie mam posagu?

– Och, kochana… – szepnęła Olivia.

– Nawet nie waż się myśleć o poślubieniu go! – jęknęła Corey.

Alexandra zignorowała ich oburzenie.

Ojciec posłał im obu surowe spojrzenie.

– Zachowajcie opinie dla siebie. Owszem, jest świadomy naszej sytuacji, Alexandro.

– Czy jest jakaś szansa, że będzie chciał mieć swój wkład w dobro tego domu? – spytała Alexandra.

Corey podbiegła do niej.

– Jak możesz w ogóle rozważać małżeństwo z tym grubym starcem? – rzuciła i odwróciła się do ojca: – Nie możesz wydać Alexandry za mąż wbrew jej woli!

Ojciec rzucił jej gniewne spojrzenie.

– Mam już dość twojego biadolenia, panienko.

– Corey, uspokój się, proszę. Chciałabym omówić to z ojcem – powiedziała Alexandra, ściskając dłoń siostry.

– Jesteś elegancka i piękna. A on jest gruby i stary! To los gorszy od śmierci! – nie ustępowała siostra. Alexandra położyła dłoń na jej ramieniu.

– Proszę… Uspokój się.

Po chwili znowu zwróciła się do ojca:

– Czekam na odpowiedź.

– Nasze rozmowy nie zaszły jeszcze tak daleko. Ale on jest bogatym człowiekiem, Alexandro. Słyszałem, że ma najwięcej najemców ze wszystkich Harringtonów. Na pewno będzie dla nas hojny.

Alexandra przygryzła wargę, choć uważała to za okropny nawyk. Lady Harrington była starą przyjaciółką rodziny; Elizabeth i Blanche kiedyś bardzo się lubiły. Lady Blanche odwiedzała Edgemont Way raz czy dwa razy w roku, żeby sprawdzić, co u Alexandry i jej sióstr. Z pewnością wiedziała wszystko na temat Denneya.

– Ojcze, będę z tobą szczera. Jeśli jest skłonny do hojności, nie widzę powodów, dla których miałabym odrzucić jego ofertę.

– Morton Denney sugerował, że będzie hojnym zięciem. A Olivia z pewnością pomoże mi prowadzić gospodarstwo po twoim ślubie.

Alexandra spojrzała na Olivię, która była wyraźnie zrozpaczona. Chciała jej powiedzieć, żeby się nie martwiła, że wszystko będzie dobrze.

– Odwiedzi nas jutro po południu i spodziewam się, że zaprezentujesz się z najlepszej strony. – Ojciec uśmiechnął się. – Na mnie już czas.

Corey złapała go za rękaw.

– Nie możesz sprzedać Alexandry! – krzyknęła. – Ona nie jest workiem ziemniaków!

– Corey… – Olivia szarpnęła siostrę za rękę, żeby uwolnić ojca z uścisku. Corey była bliska łez.

– A jak mamy to nazwać? Ojciec chce sprzedać Alexandrę, żeby wypchać kieszenie, a potem stracić to wszystko przy stolikach karcianych!

Ręka Edgemonta wystrzeliła w powietrze, a dźwięk klapsa, który wymierzył Corey odbił się echem po całym pokoju. Dziewczyna z trudem złapała oddech. Położyła dłoń na zaczerwienionym policzku, a jej oczy wypełniły łzy.

– Mam dość twojej bezczelności – krzyknął. – Jestem waszym ojcem i głową tej rodziny. Zrobicie tak, jak mówię. I dotyczy to każdej z was. I lepiej zapamiętajcie moje słowa, bo wy będziecie następne.

– Oczywiście, że jesteś głową rodziny. Oczywiście, że zrobimy tak, jak mówisz – próbowała go uspokoić Alexandra.

– Mówię poważnie, Alexandro. Zdecydowałem, że go poślubisz, czy tego chcesz, czy nie. Wszystkie potrzebujecie mężów i własnych domów. Masz szczęście, że zwróciłaś na siebie uwagę Denneya. Wasza matka pewnie przewraca się w grobie, że zaniedbałem twoją przyszłość – powiedział odrobinę łagodniej, po czym spojrzał na Corey i Olivię i dodał: – I oczekuję odrobiny wdzięczności, do jasnej cholery! To ja już pójdę. Mam plany na wieczór, jeśli jesteście ciekawe. – Spuścił wzrok, unikając ich spojrzeń i wymaszerował z pokoju.

Kiedy trzasnęły za nim drzwi frontowe, Alexandra zwróciła się do Corey.

– Wszystko w porządku?

– Nienawidzę go – rzuciła Corey drżącym głosem. – Od kiedy pamiętam!

Alexandra przytuliła siostrę.

– Nie możesz go nienawidzić. To twój ojciec. Chciałabym, żebyście miały lepsze życia.

– Mamy wspaniałe życia! – wycedziła Corey przez łzy. – To wszystko jego wina! To jego wina, że tak żyjemy. Nienawidzę go! I zamierzam stąd uciec, zanim przyjdzie moja kolej na poślubienie jakiegoś okropnego, starego dziada!

Wyrwała się z objęć siostry i wybiegła z pokoju.

Alexandra zerknęła na Olivię, która odwzajemniła spojrzenie. Zapadła grobowa cisza.

Olivia położyła jej dłoń na ramieniu.

– To nie powinno tak wyglądać. Matka wybrałaby dla ciebie księcia. I jesteśmy szczęśliwe, Alexandro. Jesteśmy rodziną.

– Matka nie żyje, a ojciec się stoczył. Losy tej rodziny spoczywają wyłącznie na moich barkach. Mój ślub może nas uratować.

Olivia zmarszczyła brwi. Przez chwilę milczała, a potem powiedziała:

– Gdy ojciec zaczął o tym mówić, obserwowałam twoją twarz. Wiedziałam, że nikt nie będzie w stanie wybić ci z głowy tego okropnego pomysłu. Poświęciłaś się dla nas już kiedyś, ale byłam wtedy za młoda, żeby to zrozumieć. A teraz planujesz to zrobić ponownie.

– To nie jest poświęcenie. Pomożesz mi wybrać suknię? – rzuciła Alexandra, ruszając w stronę schodów.

– Alexandro, proszę cię, nie rób tego!

– Nic mnie nie powstrzyma. Może tylko huragan lub jakaś inna, równie potężna siła natury.

Ulicą pędził zapierający dech w piersiach, elegancki powóz. Na drzwiach miał wymalowany czerwono-złoty herb Clarewoodów. Siedzący w środku książę wpatrywał się w ciemnoszare niebo na zewnątrz. Na dźwięk pioruna kąciki jego ust lekko uniosły się, jakby na znak aprobaty. Zapowiadała się gwałtowna burza. Książę był rozbawiony. Szary, deszczowy dzień idealnie pasował do tej ponurej okazji.

Pomyślał o poprzednim księciu – człowieku, który go wychował – i cały się napiął.

Stephen Mowbray, ósmy książę Clarewood, przez ogół uznawany za najbogatszego i najpotężniejszego para z Izby Lordów, skierował beznamiętne spojrzenie na mauzoleum w oddali. Kiedy powóz zatrzymał się, zaczął padać deszcz. Książę nie poruszył się.

Przyjechał złożyć hołd poprzedniemu księciu, Tomowi Mowbrayowi, z okazji piętnastej rocznicy jego przedwczesnej śmierci. Rzadko zawracał sobie głowę rozmyślaniami o przeszłości, uważał, że to strata czasu. Jednak dzisiaj zrozumiał, że nie ma ucieczki od przeszłości.

Nagle uświadomił sobie, że jeden z lokajów trzyma dla niego drzwi, a drugi czeka z otwartym parasolem. Padało coraz mocniej.

Czuł nieprzyjemny ból głowy. Skinął na lokaja i wysiadł z powozu, ignorując parasol.

– Zaczekajcie tutaj – powiedział do lokajów.

Kiedy szedł w kierunku mauzoleum, dostrzegł swoją rezydencję, która wyłaniała się zza marmurowego sklepienia. Położona w przepięknym parku, wydawała się blada i szara na tle ciemnych drzew i pochmurnego nieba. Na wschodzie uderzył piorun. Lało już jak z cebra.

Stephen pchnął ciężkie drzwi krypty rodzinnej i zrobił krok naprzód. Zapalał latarnie, jedną po drugiej, słuchając grzmotów w oddali. Niemal czuł obecność Toma.

Przybył tu w wieku szesnastu lat. Wiedział już, że Tom nie jest jego biologicznym ojcem, choć nikt mu o tym nie mówił, nie miało to zresztą znaczenia. Przecież był przygotowywany do roli spadkobiercy Toma. Moment, w którym sobie to uświadomił nie był objawieniem ani gromem z jasnego nieba. Książę był znany ze h skandali, ale Stephen nie miał rodzeństwa, nawet nieślubnego, co wydawało się dziwne. I mimo że był tak izolowany w dzieciństwie, docierały do niego echa plotek. Krążyły wokół niego przez całe życie, od momentu, w którym zaczął rozumieć wypowiadane przez dorosłych słowa. I choć ignorował szepty o „podmieńcu” i „bękarcie”, powoli zaczął godzić się z prawdą.

Plotki podążały za nim, dokądkolwiek się udał, a towarzyszyła im zazdrość i złość. Nigdy nie zwracał uwagi na przytyki. Czemu miałby to robić? Nikt nie miał tyle władzy co on, oczywiście z wyjątkiem rodziny królewskiej. Cały wolny czas poświęcał spuściźnie Clarewoodów oraz założonej przez niego fundacji. Odkąd objął władzę w księstwie, potroił jego wartość, a fundacja finansowała azyle, szpitale i inne organizacje charytatywne w całym królestwie.

Spojrzał na wykuty w kamieniu wizerunek ojca. Jego matka, księżna z tytułem po mężu, nie chciała dołączyć. Nie obwiniał jej. Książę był zimnym, krytycznym i wymagającym człowiekiem, surowym dla nich obojga.

W grobowcu było zadziwiająco spokojnie, mimo że nie panowała w nim cisza. Deszcz walił w dach nad jego głową, niemal go ogłuszając. Stephen zdjął pochodnię ze ściany i powoli ruszył w stronę sarkofagu. Nie zawracał sobie głowy przemowami. Nie było nic, co chciałby powiedzieć.

Wiedział, że wszystko zawdzięczał Tomowi Mowbrayowi i nie zamierzał go krytykować.

– Musisz być ze mnie całkiem zadowolony, prawda? Nazywają mnie zimnym, bezwzględnym i bez serca.

– Rozmawiasz z umarłymi?

Stephen podskoczył ze strachu. Tylko jeden człowiek odważyłby się mu przeszkodzić, a był nim jego kuzyn i najlepszy przyjaciel, Alexi de Warenne.

Alexi stał w uchylonych drzwiach do krypty. Był przemoknięty, ciemne włosy opadały na pełne życia, niebieskie oczy.

– Guillermo powiedział, że cię tu znajdę. Żeby w wolnym czasie baletować z umarłymi! – rzucił, uśmiechając się szeroko.

Stephen ucieszył się na widok kuzyna. Nikt spoza rodziny nie wiedział o ich pokrewieństwie. Byli blisko od wczesnego dzieciństwa i przypuszczał, że stare powiedzenie o tym, że przeciwieństwa się przyciągają, było w ich wypadku prawdziwe. Matka zabrała go do Harrington Hall, kiedy miał dziewięć lat, pod pretekstem przedstawienia go sir Rexowi, który uratował życie Toma Mowbraya podczas wojny. Tamtego dnia spotkał tak wiele dzieci, że nie byłby w stanie spamiętać ich imion. Oczywiście byli to jego kuzyni ze strony de Warenne’ów i O’Neilów. Nie wiedział tego wtedy, tak samo jak przez wiele lat nie zdawał sobie sprawy, że sir Rex de Warenne był jego biologicznym ojcem. Był oszołomiony swobodą, z jaką okazywano sobie uczucia w tamtej rodzinie. Zupełnie nie wiedział, co ze sobą począć, bo nikogo tam nie znał i czuł się nie na miejscu. Stanął na obrzeżach zatłoczonego pokoju i obserwował, jak chłopcy i dziewczęta grają w najróżniejsze gry. Alexi podszedł do niego w pewnym momencie i uparł się, żeby wyszedł na dwór z nim i kilkoma innymi chłopcami robić to, co zwykle robią chłopcy, czyli szukać kłopotów. Wykradli konie i pojechali na przejażdżkę ulicami Greenwich, wywracając wózki dostawców i przeganiając pieszych. Wszyscy zostali tamtej nocy ukarani. Książę był rozwścieczony takim zachowaniem, ale Stephen przeżył przygodę życia.

Mimo że w końcu się ożenił, Alexi pozostał wolnym duchem i najbardziej niezależnym myślicielem, jakiego Stephen kiedykolwiek poznał. Mogli dyskutować godzinami na prawie każdy temat. Przeważnie zgadzali się co do ogólnych wniosków, ale różnił ich niemal każdy szczegół. Przed ożenkiem kuzyn był znanym kobieciarzem. Stephen podziwiał go i trochę mu zazdrościł. Alexi nie został sługą obowiązku ani niewolnikiem dziedzictwa. Stephen nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak to jest, mieć tyle możliwości i wolności. Alexi poszedł śladami swego ojca i był jednym z najbardziej znanych handlarzy z Chinami w swojej epoce. Tak naprawdę, dopóki nie poślubił Elysse, morze było jego jedyną miłością. O dziwo, jego żona towarzyszyła mu w dłuższych rejsach.

 

– Wcale nie rozmawiam z umarłymi, a tym bardziej nie urządzamy baletów – odparł Stephen. – Zastanawiałem się ostatnio, kiedy wrócisz do miasta. Opowiedz mi o Hongkongu, I powiedz, jak się miewa twoja żona?

– Moja żona ma się bardzo dobrze. Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, jest podekscytowana powrotem do domu. Stęskniła się za tobą, Stephenie. Bóg jeden wie, dlaczego. To pewnie przez ten twój urok osobisty – Alexi uśmiechnął się szeroko, po czym spojrzał na podobiznę i dodał: – Na zewnątrz leje jak z cebra, zaraz zaleje wszystkie drogi. Możliwe, że będziemy musieli przeczekać tu burzę. Nie cieszysz się, że wróciłem? – Wyjął z kieszeni piersiówkę. – Możemy wypić za starego Toma. Na zdrowie!

– Jeśli mam być szczery, to bardzo się cieszę, że wróciliście, no i chętnie się napiję.

Nie dodał jednak, że skoro Alexi gardził Tomem Mowbrayem, jego toast nie mógł być szczery. Alexi nigdy nie rozumiał i nie pochwalał metod wychowawczych Toma.

– Trzeba przyznać, że lepiej wygląda zaklęty w kamień. A podobieństwo jest zaskakujące – powiedział Alexi, podając mu piersiówkę.

Stephen napił się, po czym ostrzegawczym tonem rzucił:

– Okaż szacunek zmarłym.

– Ależ oczywiście. Widzę, że nic się nie zmieniłeś. Wiecznie na służbie, nigdy się nie bawisz… jesteś taki przyzwoity, Wasza Wysokość.

– Moje obowiązki są całym moim życiem i nie zmieniłem się ani na lepsze, ani na gorsze – odparł lekko rozbawiony Stephen. – Niektórzy z nas mają obowiązki.

– Obowiązki to jedno, kajdany – co innego.

– Tak, jestem zniewolony – odparł Stephen. – To straszny los móc kupić i robić wszystko, na co przyjdzie mi ochota.

– Tom był świetnym nauczycielem, ale pewnego dnia duch de Warenne’ów da o sobie znać. Nawet jeśli twoja władza przeraża wszystkich wokół i zmusza ich do bezwzględnego posłuszeństwa, zawsze będę próbował popchnąć cię we właściwym kierunku.

– Nie byłbym dobrym księciem, gdyby mnie nie słuchano – rzucił łagodnie Stephen. – Clarewood byłby w ruinie. A ja wierzę, że w tej rodzinie jest wystarczająco dużo lekkomyślnych poszukiwaczy przygód.

– Clarewood w ruinach? To niemożliwe tak długo, jak długo będziesz u steru – powiedział Alexi. – Rozumiem też, że zdecydowałeś się nie podążać moimi śladami. Czuję głębokie rozżalenie z tego powodu.

Stephen uśmiechnął się. Alexi odwzajemnił uśmiech, po czym dodał:

– Czy nadal jesteś najbardziej pożądanym kawalerem w Wielkiej Brytanii?

Teraz Stephen był naprawdę rozbawiony. Jego krewni z rodziny de Warenne’ów uwielbiali droczyć się z nim z powodu jego stanu cywilnego. Oczywiście, potrzebował spadkobiercy. Po prostu bał się oziębłego i nudnego małżeństwa.

– Nie było cię przez dziesięć miesięcy. Czego się spodziewałeś? Że w tym czasie znajdę tę jedyną?

– Właśnie skończyłeś trzydzieści jeden lat, a minęło już piętnaście, odkąd zacząłeś szukać małżonki.

– Ciężko jest przyspieszyć ten proces.

– Przyspieszyć? Ty chyba wolisz mu zapobiegać. Nieuniknione można tylko opóźnić, Stephen. Ale tym razem wyjątkowo się cieszę, że odrzuciłeś najnowsze debiutantki sezonu.

– Przyznaję, że nie znoszę głupkowatych rozmów z osiemnastolatkami. Oczywiście nikomu o tym nie wspominaj.

– Nie martw się, nie powiem nikomu!

Stephen zaśmiał się, co było rzadkością, ale Alexi zawsze potrafił poprawić mu humor.

Napili się jeszcze, tym razem w ciszy. Potem Alexi zapytał:

– Czyli nic się nie zmieniło? Jesteś pracowity jak zawsze, budujesz szpitale dla samotnych matek i zarządzasz dzierżawami kopalni dla księstwa?

– Nic się nie zmieniło – odparł Stephen po chwili wahania.

– Ale nuda! – Uśmiech zniknął z twarzy Alexiego. – Stary Tom musi być dumny. Wreszcie!

– Wątpię.

Wymienili ponure spojrzenia.

– Sir Rex na pewno jest dumny – mruknął Alexi. – A tak przy okazji, w niczym nie przypominasz Toma.

– Nie mam złudzeń odnośnie swojego charakteru, Alexi, ale jeśli chodzi o sir Rexa, zawsze był wobec mnie uprzejmy i pomocny. Szczerze mówiąc, nie potrzebuję niczyjego podziwu ani dumy z moich osiągnięć. Wiem, co mam robić. Możesz sobie z tego kpić, jednak znam swoje obowiązki.

– Z twoim charakterem wszystko w porządku! – rzucił oburzony Alexi. Jego błękitne oczy płonęły z przejęcia. – Przyszedłem cię uratować przed starym Tomem, ale chyba powinienem cię ratować przed samym sobą. Wszyscy potrzebują ciepła i podziwu, Stephenie, nawet ty.

– Mylisz się – odparł bez wahania. Naprawdę tak uważał.

– Dlaczego? Dorastałeś bez tych uczuć, więc zakładasz, że będziesz mógł już zawsze tak żyć? Bogu dzięki, masz też w sobie krew de Warenne’ów.

– Nie trzeba mnie ratować, Alexi. To ja mam władzę, pamiętasz? To ja zajmuję się

ratowaniem.

– Ależ oczywiście. I robisz dobrą robotę dla tych, którzy nie potrafią sami sobie pomóc. Może właśnie dzięki niej nie tracisz zmysłów, bo pomaga ci ignorować brutalną prawdę o sobie samym?

– Dlaczego mnie tak krytykujesz?

– Ponieważ jestem twoim kuzynem. Jeśli ja tego nie zrobię, to kto inny?

– Twoja żona, siostra albo dowolny członek twojej rodziny.

– W takim razie nie mówię ani słowa więcej. Biegnijmy do powozu, a jeśli droga okaże się całkiem zalana, najwyżej popłyniemy.

– Jeśli się utopisz, Elysse utopi mnie! Może jednak poczekajmy tutaj, aż burza minie.

– Masz rację. Pewnie by to zrobiła – rzucił Alexi i otworzył drzwi grobowca. Ulewa ani trochę nie zelżała. – Mam już dosyć starego Toma. Głosuję za tym, żebyśmy udali się do twojej biblioteki i uraczyli się najlepszą i najstarszą irlandzką whisky z twojego barku. – Po chwili zajrzał z powrotem do środka i półszeptem rzucił: – Ja myślę, że on tutaj jest. I podsłuchuje nas, jak zawsze niezadowolony.

– On nie żyje, na Boga! Od piętnastu lat – oburzył się Stephen.

– To dlaczego wciąż się od niego nie uwolniłeś?

– Jestem całkowicie od niego wolny, Alexi, ale mam pewne obowiązki. Jestem pewien, że nawet ty to rozumiesz. Jestem Clarewoodem.

– Nie, Stephenie, nie jesteś wolny. Ani od niego, ani od przeszłości. Chciałbym, żebyś to wreszcie dostrzegł.

Alexi nie rozumiał wagi dziedzictwa Clarewoodu, ale Stephen nie miał ochoty się o to kłócić. Chciał tylko uciec jak najdalej od Toma.

– Deszcz przestał padać. Chodźmy