Rytm wojny. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 4. Część 2Tekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Rythm of War


Copyright © 2020 by Dragonsteel Entertainment, LLC

Copyright for the Polish translation © 2021 by Wydawnictwo MAG


Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Dominik Broniek

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracje wewnętrzne: Kelley Harris, Howard Lyon, Ben McSweeney,

Miranda Meeks, Dan dos Santos i Isaac Stewart


ISBN 978-83-7480-660-2

Wydanie III


Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl


Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 335 010 www.dressler.com.pl


Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

CZĘŚĆ TRZECIA
PIEŚNI O DOMU

Kaladin • Navani • Dalinar • Venli • Eshonai • Jasnah • Renarin
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

44
Podpałka czekająca na iskrę

Uważam ten format za najwygodniejszy, tak bowiem współpracowałam w przeszłości. Nigdy nie robiłam tego w taki sposób i z taką partnerką.

Rytm Wojny, s. 1

Kaladin biegł przez ciemne korytarze Urithiru, z Teftem na ramionach, i wydawało mu się, że słyszy, jak z każdym krokiem depcze swoje życie. Widmowy trzask, jakby rozbijanego szkła.

Każdy bolesny krok oddalał go coraz bardziej od rodziny, od spokoju. Coraz głębiej w ciemność. Podjął decyzję. Nie mógł zostawić przyjaciela na łasce wrogów. I choć w końcu wpadł na pomysł, by zdjąć zakrwawione buty – zawiesił je sobie na sznurówkach na szyi – wciąż czuł, jakby pozostawiał za sobą splamione ślady.

Na burze. Co zamierzał osiągnąć sam jeden? Faktycznie sprzeciwił się rozkazowi królowej, by się poddać.

Próbował pozbyć się takich myśli i biec dalej. Później nadejdzie czas na rozważanie tego, co zrobił. Na razie musiał odnaleźć bezpieczną kryjówkę. Wieża nie była już domem, ale twierdzą wroga.

Syl śmigała przed nim, sprawdzając każde skrzyżowanie tuneli. Burzowe Światło dodawało mu sił, ale obawiał się tego, co się stanie, kiedy się skończy. Czy utraci siły? Czy padnie na ziemię na środku korytarza?

Dlaczego przed odejściem nie wziął więcej kul od rodziców albo Laral? Nawet nie pomyślał, żeby zabrać topór burzoformy. Pozostał właściwie bezbronny, pomijając skalpel. Był zbyt przyzwyczajony do Syl jako Włóczni Odprysku, ale jeśli ona nie mogła się przeobrazić…

Nie, pomyślał. Żadnych myśli. Myśli są niebezpieczne. Po prostu się ruszaj.

Podążył naprzód, polegając na Syl, która pośpieszyła klatką schodową. Najłatwiejszym sposobem, by nie dać się złapać, było znalezienie kryjówki na niezamieszkanych kondygnacjach, może gdzieś na dziesiątym albo jedenastym piętrze. Wbiegał po dwa schodki, Światło pulsujące w żyłach dodawało mu sił. Jego własny blask był wystarczającym źródłem światła. Teft zaczął mamrotać cicho, może w reakcji na poruszenia.

Dotarli na szóste piętro i ruszyli na siódme. Tam Syl poprowadziła go dalej w głąb. Choć Kaladin próbował je ignorować, ciągle słyszał echa swojej porażki. Krzyki ojca. Własne łzy…

Był tak blisko. Tak blisko.

Stracił orientację w niekończących się tunelach. Na podłodze nie wymalowano wskazówek, więc ufał Syl. Podfrunęła do skrzyżowania, kilka razy zatoczyła krąg i wystrzeliła w prawo. Dotrzymywał jej kroku, choć z każdą chwilą coraz bardziej odczuwał ciężar Tefta.

– Daj mi chwilę – szepnął do niej na następnym skrzyżowaniu, po czym oparł się o ścianę, wciąż z Teftem na ramionach, i wyjął z kieszeni odłamek.

Nieduży topaz emanował słabym blaskiem, bardzo potrzebnym, gdyż Burzowe Światło, które miał w sobie, zaczynało się wyczerpywać. A nie pozostało mu wiele kul.

Sapnął pod ciężarem przyjaciela, po czym zmusił się, żeby się wyprostować. Mocno trzymał Tefta obiema rękami, a kulę ściskał w dwóch palcach. Skinął na Syl i ruszył za nią, zadowolony, że wciąż nie zabrakło mu sił. Mógł unieść Tefta bez Światła. Mimo że kilka ostatnich tygodni spędził jako chirurg, jego ciało wciąż pozostawało ciałem żołnierza.

– Powinniśmy udać się wyżej. – Syl unosiła się obok niego jako świetlista wstęga. – Poradzisz sobie?

– Zaprowadź nas co najmniej na dziewiąte piętro.

– Kiedy tylko natrafimy na klatkę schodową. Tak naprawdę nie znam tej części wieży…

Ruszyli dalej, a on powrócił do starego, znajomego nastawienia. Ciężar Tefta na ramionach niewiele się różnił od dźwigania mostu. Sprawiał, że Kaladin przypomniał sobie tamte czasy. Bieganie z mostem. Jedzenie potrawki.

Patrzenie, jak jego przyjaciele umierają… przerażenie każdego dnia…

Te wspomnienia nie dawały mu pocieszenia. Ale rytm kroków, dźwiganie ciężaru, panowanie nad ciałem w czasie przeciągającego się marszu… to przynajmniej było znajome.

Podążył za Syl w górę kolejnymi schodami, a później jeszcze jednymi. Następnie ruszyli długim tunelem – ułożenie skalnych warstw przypominało tu fale na wzburzonej sadzawce. Kaladin się nie zatrzymywał.

Aż nagle coś go zaniepokoiło.

Nie umiał wskazać, co kazało mu mieć się na baczności, ale pod wpływem instynktu zasłonił kulę i uskoczył w boczne przejście. Wślizgnął się do alkowy i ukląkł, by zsunąć Tefta z ramion. Przycisnął dłoń do ust nieprzytomnego, by uciszyć jego mamrotanie.

Po chwili podfrunęła do niego Syl. Widział ją w ciemnościach, ale nie rozświetlała otoczenia. Wepchnął drugą rękę do kieszeni, mocno ściskając kulę, by swoim blaskiem nie zdradziła jego obecności.

– O co chodzi? – spytała Syl.

Kaladin pokręcił głową. Nie wiedział, ale nie chciał się odzywać. Kulił się – z nadzieją, że Teft nie zacznie mamrotać ani poruszać się zbyt głośno – a bicie serca odbijało się echem w jego uszach.

I wtedy w korytarzu, który opuścił, pojawił się słaby czerwony blask. Syl natychmiast śmignęła, by ukryć swoje światło za ciemną sylwetką Kaladina.

Blask przybliżył się, ukazując samotny rubin i parę płonących czerwienią oczu. Oświetlały one przerażającą twarz. Była niemal całkowicie czarna, ze śladami czerwonego marmurkowania pod oczami. Długie ciemne włosy, które wyglądały, jakby utkano z nich również prostą szatę z jednego kawałka tkaniny. To była istota, z którą Kaladin walczył w Palenisku, ta, którą zabił w płonącej komnacie rezydencji. Choć Stopiony odrodził się w nowym ciele, Kaladin rozpoznawał po wzorach na skórze, że to ta sama osoba. Przybyła, by się zemścić.

Stopiony najwyraźniej nie dostrzegł Kaladina kryjącego się w ciemności, choć na dłuższą chwilę zatrzymał się na przecięciu tuneli. Na szczęście ruszył dalej drogą, którą wcześniej podążał Kaladin.

Na burze… Kaladin ostatnim razem pokonał tego stwora bez Burzowego Światła, ale tylko dlatego, że wykorzystał jego arogancję. Wątpił, by tym razem istota dała mu się tak łatwo zabić.

Ci pieśniarze w klinice… któryś z nich wspomniał, że jeden ze Stopionych mnie szukał. Nazwali go Ścigającym. Ta istota… przybyła do wieży specjalnie po to, by go odnaleźć.

– Podążaj za nim – wyszeptał samym ruchem warg, odwracając się do Syl i licząc, że go zrozumie. – Ja znajdę bardziej odosobnioną kryjówkę.

Jej linia światła stworzyła na krótką chwilę świetlisty obraz glifu kejeh, który oznaczał „potwierdzenie”, i pofrunęła za Ścigającym. Już nie mogła zbytnio oddalić się od Kaladina, ale przez jakiś czas mogła za nim podążać. Mógł mieć jedynie nadzieję, że zachowa ostrożność, bo niektórzy ze Stopionych widzieli spreny.

Kaladin znów zarzucił sobie Tefta na barki, po czym wyruszył w mrok, pozwalając sobie jedynie na odrobinę światła. Przebywanie w głębi wieży, tak daleko od nieba i wiatru, zawsze miało w sobie coś przytłaczającego – ale w ciemności było gorsze. Aż za łatwo mógł sobie wyobrazić, że zostanie uwięziony tutaj bez kul i przez wieczność będzie wędrował w tym kamiennym grobowcu.

Skręcił jeszcze kilka razy, z nadzieją, że znajdzie kolejne schody prowadzące wyżej. Niestety, Teft znów zaczął mamrotać. Zaciskając zęby, Kaladin wszedł do pierwszego pomieszczenia, które udało mu się znaleźć – komnaty z wąskim otworem wejściowym. Tam położył Tefta i próbował stłumić wydawane przez niego odgłosy.

Po chwili do środka wpadła Syl, a Kaladin aż podskoczył.

– On się zbliża – syknęła. – Poszedł tylko kawałek dalej niewłaściwym korytarzem, po czym przystanął, popatrzył na ziemię i się cofnął. Nie sądzę, by mnie dostrzegł. Podążałam za nim dość długo, by zobaczyć, jak zatrzymał się w miejscu, gdzie jakiś czas temu się ukrywałeś. Znalazł tam niewielki ślad krwi na ścianie. Wyprzedziłam go, ale on wie, że jesteś w pobliżu.

Na burze. Kaladin spojrzał na swoje zakrwawione ubranie, a później na Tefta – który mamrotał, mimo wszelkich wysiłków, by go powstrzymać.

– Musimy odciągnąć Ścigającego – szepnął Kaladin. – Bądź gotowa odwrócić jego uwagę.

Kaladin zostawił przyjaciela w ciemności i odrobinę się wycofał. Zatrzymał się w pobliżu przecięcia tuneli, ściskając skalpel. Nie miał żadnego światła poza Syl, kilka pozostałych kul schował do czarnej sakiewki.

Odetchnął głęboko kilka razy i szeptem wyłożył Syl plan. Odpłynęła dalej w głąb czarnego korytarza, pozostawiając go w całkowitych ciemnościach.

 

Nigdy nie udało mu się odnaleźć czystej pustki umysłu, jakiej niektórzy żołnierze podobno doświadczali w walce. Nie był nawet pewien, czy chciałby czegoś takiego. Zapanował jednak nad sobą, oddychał płytko i czujnie nasłuchiwał.

Swobodny, rozluźniony, ale gotowy zapłonąć. Jak podpałka czekająca na iskrę. Był gotów wciągnąć Burzowe Światło z reszty kul, ale zamierzał zwlekać z tym do ostatniej chwili.

W korytarzu po prawej rozległy się kroki, a na ścianach pojawił się słaby czerwony blask. Kaladin wstrzymał oddech i oparł się plecami o ścianę.

Ścigający zamarł tuż przed dotarciem do skrzyżowania i Kaladin wiedział, że istota dostrzegła Syl, która miała przefrunąć w pewnej odległości. Uderzenie serca później szuranie potwierdziło, że Ścigający porzucił skorupę ciała – a czerwona wstęga światła popędziła za sprenem. Odwrócenie uwagi zadziałało. Syl go odciągnie.

Orientowali się, że Stopieni nie mogli zranić sprenów – dało się to zrobić jedynie za pomocą Ostrza Odprysku. Co jednak również było tymczasowe – można było pociąć sprena Ostrzem Odprysku, nawet posiekać go na kawałki, a on w swoim czasie wracał do siebie w Krainie Umysłu. Eksperymenty potwierdziły, że jedynym sposobem, by je rozdzielić, było przechowywanie rozdzielonych połówek w klejnotach.

Kaladin dał mu dziesięć uderzeń serca, a później wyjął niewielką kulę jako źródło światła i wybiegł na korytarz. Poświęciwszy jedynie krótkie spojrzenie porzuconemu ciału Ścigającego, wpadł do komnaty, w której zostawił Tefta.

Zadziwiające, jak duży przypływ energii dawało znalezienie się tak blisko walki. Bez trudu zarzucił sobie przyjaciela na ramiona i odbiegł – jakby znów napełniło go Burzowe Światło. Wykorzystując kulę, wkrótce odnalazł klatkę schodową. Chciał wbiec na wyższą kondygnację, ale słaby blask dochodzący z góry kazał mu się zatrzymać.

Z góry odbijały się echem głosy mówiące w rytmach. I z dołu też, jak sobie uświadomił. Porzucił tę klatkę schodową, ale dwa korytarze dalej dostrzegł odległe światła i cienie. Wślizgnął się w boczny korytarz, pot spływał z niego strumieniami, a strachospreny – jak bryły mazi – wyłaniały się z kamienia u jego stóp.

Znał to uczucie. Przemykanie się w ciemności. Ludzie z lampami, poruszający się metodycznie, polujący na niego. Oddychając ciężko, pociągnął Tefta w inny boczny korytarz, lecz wkrótce zauważył światła również i tam.

Wróg tworzył pętlę powoli zaciskającą się wokół jego pozycji. Ta wiedza sprawiła, że wróciły wspomnienia nocy, gdy zawiódł Nalmę i pozostałych. Nocy, kiedy – podobnie jak przy wielu innych okazjach – on przeżył, choć wszyscy inni zginęli. Kaladin nie był już zbiegłym niewolnikiem, ale uczucie pozostało.

– Kaladinie! – Syl podleciała do niego. – Prowadziłam go na skraj tej kondygnacji, ale wpadliśmy na zwykłych żołnierzy i on zawrócił. Chyba zrozumiał, że próbowałam odwrócić jego uwagę.

– Jest tu kilka oddziałów. – Kaladin ukrył się w ciemności. – Może cała kompania. Na burze. Ścigający musiał zabrać wszystkich żołnierzy wysłanych do przeszukania domów na piątym piętrze.

Wstrząsnęło nim to, w jakim tempie zastawili pułapkę. Musiał przyznać, że pewnie wynikało to z faktu, iż pozwolił żołnierzowi uciec i powiadomić pozostałych.

Cóż, wątpił, by wróg znalazł czas, by przywłaszczyć sobie jedną ze stworzonych przez Navani map tego poziomu. Z pewnością nie umieścili straży w każdym korytarzu i na każdej klatce schodowej. Zaciskająca się wokół niego sieć musiała mieć luki.

Zaczął szukać. Ruszył bocznym korytarzem, ale dostrzegł zbliżające się cienie. I w następnej klatce schodowej też. Byli nieustępliwi i byli wszędzie. A on nie znał tej okolicy lepiej od nich. Kręcił się korytarzami, aż dotarł do ślepego zaułka. Szybko przeszukał pobliskie komnaty, lecz nie znalazł drogi ucieczki, a kiedy obejrzał się przez ramię, usłyszał głosy. Mówili po azirsku – i z rytmami.

Z rosnącym przerażeniem odstawił Tefta, odliczył kule i znów wyjął skalpel. Racja. Musiał… zabrać broń pierwszemu żołnierzowi, którego zabije. Najlepiej włócznię. Coś długiego, jeśli miał przetrwać walkę w tych korytarzach.

Syl wylądowała na jego ramieniu i przybrała postać młodej kobiety siedzącej z rękami na kolanach.

– Będziemy musieli się przebić – szepnął Kaladin. – Jest szansa, że w tę stronę poślą tylko paru żołnierzy. Zabijemy ich, wyślizgniemy się z pętli i uciekniemy.

Pokiwała głową.

Ale to nie brzmiało jak „paru żołnierzy”. I był pewny, że słyszał wśród nich ostrzejszy, bardziej donośny głos. Ścigający nadal za nim podążał, być może wykorzystując niewielkie ślady krwi na ścianach lub podłodze.

Kaladin wciągnął Tefta do jednej z komnat, po czym stanął w drzwiach i czekał. Nie uspokoił się, ale był przygotowany. Trzymał skalpel w taki sposób, by móc wbić go od góry w miejsce między skorupą a szyją. Stojąc tak, czuł, jak przytłacza go ciężar wszystkiego. Ciemność, na zewnątrz i w środku. Wyczerpanie. Groza. Wokół pojawiły się ponurospreny, jak poszarpane fragmenty materiału, niczym proporce przymocowane do ścian.

– Kaladinie, czy moglibyśmy się poddać? – zapytała cicho Syl.

– Ten Stopiony nie przybył tu, by wziąć mnie do niewoli, Syl.

– Jeśli umrzesz, znów zostanę sama.

– Wyślizgiwaliśmy się z trudniejszych sytuacji… – Urwał, kiedy spojrzał na nią, siedzącą na jego ramieniu. Wydawała się znacznie mniejsza niż zwykle. Nie mógł zmusić się do wypowiedzenia dalszych słów. Nie mógł kłamać.

Światło zaczęło wypełniać korytarz, zbliżało się do niego.

Kaladin mocniej zacisnął palce na skalpelu. W głębi duszy zawsze wiedział, że do tego dojdzie. Samotny w ciemności, oparty plecami o ścianę, przeciwko przytłaczającej liczbie wrogów. Chwalebna śmierć, ale Kaladin nie chciał chwały. Już w dzieciństwie odrzucił to głupie marzenie.

– Kaladinie? – odezwała się Syl. – Co to? Na podłodze?

W prawym rogu pojawił się słaby fioletowy blask. Niemal niewidoczny, nawet w ciemności. Kaladin porzucił stanowisko przy drzwiach i przyjrzał mu się. W kamieniu biegła żyła granatów, a jej niewielka część świeciła. Kiedy próbował domyślić się dlaczego, blask się poruszył – przesunął wzdłuż żyły kryształu. Kaladin podążył za nim do otworu wejściowego i patrzył, jak prześlizguje się przez korytarz do pomieszczenia po drugiej stronie.

Po krótkim wahaniu schował broń i znów wziął Tefta na ramiona. Wytoczył się na korytarz i usłyszał, że jeden ze zbliżających się wrogów powiedział coś po azirsku. Brzmiał niepewnie, jakby zauważył jedynie jego cień.

Na burze. Co on wyprawiał? Gonił widmowe światła, jak gwiazdospreny na niebie? W tej niewielkiej komnacie światło prześlizgnęło się po podłodze i ścianie, ukazując coś, co wyglądało na klejnot zanurzony głęboko w kamieniu.

– Fabrial? – odezwała się Syl. – Napełnij go!

Kaladin odetchnął Burzowym Światłem i obejrzał się przez ramię. Głosy na zewnątrz i cienie. Zamiast zachować Burzowe Światło na czas walki, wypełnił polecenie Syl i wepchnął Światło w klejnot. Po tym została mu zawartość dwóch, może trzech odłamków. Był właściwie bezbronny.

Ściana pękła pośrodku. Zapatrzył się na poruszające się kamienie, ale na szczęście zrobiły to bezgłośnie. Rozsunęły się na tyle, że mógł przejść. Niosąc Tefta, wszedł do ukrytego korytarza. Za jego plecami drzwi zasunęły się gładko, a światło klejnotu zgasło.

Kaladin wstrzymał oddech, gdy usłyszał głosy w pomieszczeniu po drugiej stronie, po czym przycisnął ucho do ściany i nasłuchiwał. Niewiele zrozumiał – jakaś kłótnia, w której chyba uczestniczył Ścigający. Kaladin martwił się, że zauważyli zamykające się drzwi, ale nie słyszał drapania ani uderzeń. Z pewnością dostrzegli jednak spreny, które przyciągnął, i wiedzieli, że jest blisko.

Nie mógł się zatrzymać. Fioletowe światełko na podłodze zamigotało i poruszyło się, więc dźwigając Tefta, podążył za nim kolejnymi korytarzami. W końcu dotarli do ukrytej klatki schodowej, której – na szczęście – nikt nie pilnował. Wspiął się nią na wyższy poziom, choć każdy krok był coraz trudniejszy, a po piętach deptały mu wyczerpaniospreny. Mimo wszystko szedł dalej, aż światło zaprowadziło go na dziesiąte piętro, a później do kolejnej ciemnej komnaty. Przytłaczająca cisza świadczyła, że dotarli do części wieży, której wróg nie przeszukiwał. Miał ochotę osunąć się na ziemię, ale światło pulsowało uporczywie na ścianie – a Syl zachęciła go, żeby na nie spojrzał.

Kolejny zagłębiony klejnot, ledwie widoczny. Wykorzystał resztkę Burzowego Światła, by go napełnić, i prześlizgnął się przez drzwi, które się otworzyły. W całkowitej ciemności położył Tefta na ziemi i poczuł, że drzwi zamknęły się za nim.

Nie miał siły, by rozejrzeć się po otoczeniu, jedynie osunął się z drżeniem na zimną kamienną podłogę.

I w końcu pozwolił sobie zasnąć.

45
Odważne serce, przenikliwy i przebiegły umysł

Dziewięć lat wcześniej

Eshonai powiedziano, że tworzenie map świata odzierało go z tajemnicy. Niektórzy ze słuchaczy upierali się, że dzicz powinna pozostać niezbadana – kraina sprenów i wielkoskorupów – a próbując zamknąć ją na papierze, ryzykowała, że ukradnie jej tajemnice.

Uznała to za śmieszne. Dostroiła się do Podziwu, kiedy weszła do lasu – wokół drzew podskakiwały życiospreny, jaskrawozielone kulki z wystającymi białymi kolcami. Bliżej Strzaskanych Równin było bardziej płasko, i tylko gdzieniegdzie wyrastały skałopąki. Tu jednak rośliny wzrastały bujnie.

Jej bliscy często udawali się do lasu po drewno i grzyby, jednak zawsze szli dokładnie tą samą drogą. Dzień marszu w górę rzeki i w głąb lasu, zbiory, powrót. Tym razem postanowiła, że się rozdzielą – co ich bardzo zaniepokoiło. Obiecała, że spotkają się w zwyczajowym obozie, po przeprowadzeniu zwiadu wzdłuż całego zewnętrznego skraju lasu.

Po kilku dniach wędrówki dotarła do rzeki od drugiej strony. Teraz mogła wrócić wzdłuż niej przez środek lasu i dotrzeć do obozu rodziny. Przyniesie nową mapę, pokazującą, jak duży jest las, przynajmniej na jednym brzegu.

Ruszyła wzdłuż strumienia, dostrojona do Radości, a towarzyszyły jej pływające rzekospreny. Wszyscy tak się martwili, że w czasie burz była sama. Cóż, kilkanaście razy w życiu spędziła burzę na otwartej przestrzeni i bez trudu to przetrwała. A do tego mogła się schronić między drzewami.

Rodzina i przyjaciele i tak się przejmowali. Całe życie przeżyli na niewielkim obszarze, marząc o dniach, kiedy uda im się podbić jedno z dziesięciu starożytnych miast na skraju Strzaskanych Równin. Cóż za ograniczony cel. Dlaczego nie wyruszyć dalej, zobaczyć, co jeszcze jest na świecie?

Ale nie. Istniał tylko jeden możliwy cel – zdobyć jedno z miast. Znaleźć schronienie za walącymi się murami, ignorując barierę, jaką stanowiły lasy. Eshonai uznała to za dowód, że natura okazała się silniejsza od tworów słuchaczy. Te lasy pewnie istniały, gdy starożytne miasta dopiero wybudowano. Jednakże las wciąż rozkwitał, a one popadły w ruinę.

Nie można było ukraść tajemnic czegoś tak potężnego, po prostu to badając. Można się było jedynie uczyć.

Usiadła w pobliżu kamienia i rozwinęła mapę wykreśloną na cennym papierze. Jej matka była jedną z nielicznych we wszystkich rodzinach, która znała Pieśń Wyrabiania Papieru, a Eshonai z jej pomocą udoskonaliła proces. Piórem i tuszem wykreśliła bieg rzeki w miejscu, gdzie wpadła do lasu, a później osuszyła tusz i zwinęła mapę.

Choć była pewna siebie, dostrojona do Zdecydowania, narzekania pozostałych ostatnio wyjątkowo ją męczyły.

„Wiemy, gdzie jest las i jak do niego dotrzeć. Po co określać jego wielkość? Co to da?”.

„Rzeka płynie w tę stronę. Wszyscy wiedzą, gdzie ją znaleźć. Po co umieszczać ją na papierze?”.

Zbyt wielu z jej rodziny pragnęło udawać, że świat jest mniejszy niż w rzeczywistości. Eshonai była przekonana, że dlatego wciąż sprzeczali się z innymi rodzinami słuchaczy. Gdyby świat składał się jedynie z ziem wokół dziesięciu miast, walka o tę ziemię miałaby sens.

Ale ich przodkowie nie walczyli między sobą. Ich przodkowie zwrócili twarze w stronę burzy i wymaszerowali, porzucając własnych bogów w imię wolności. Eshonai zamierzała wykorzystać tę wolność. Zamiast siedzieć przy ogniu i narzekać, zamierzała doświadczyć piękna, które dawała im Pielęgnacja. I zadawać najważniejsze pytanie ze wszystkich.

„Co teraz odkryję?”.

Eshonai szła dalej, oceniając bieg rzeki. Miała własne metody obliczania odległości, a następnie sprawdzała swoje dzieło, przyglądając się mu pod różnymi kątami. Rzeka płynęła przez wiele dni po zakończeniu burzy. Jak? Kiedy pozostała woda odpłynęła lub została wypita, dlaczego ta rzeka nie przestawała płynąć? Gdzie miała początek?

Rzeki i ich pokryte skorupą spreny ją fascynowały. Rzeki były znakami, drogowskazami, drogami. Nie można było się zgubić, jeśli się wiedziało, gdzie jest rzeka. Zatrzymała się na obiad w pobliżu jednego z zakoli i odkryła rodzaj kremlika, który był zielony jak drzewa. Nigdy wcześniej nie widziała takiego odcienia. Musiała powiedzieć o nim Venli.

 

– Kradzież tajemnic natury – powiedziała z Rozdrażnieniem. – Czymże jest tajemnica, jeśli nie niespodzianką, którą należy odkryć?

Dojadła ugotowane na parze haspery, zgasiła ognisko i rozpędziła ogniospreny, po czym ruszyła dalej. Obliczała, że dotarcie do rodziny zajmie jej półtora dnia. A później, jeśli znów ich pozostawi i obejdzie las z drugiej strony, będzie miała jego kompletny obraz.

Było tyle rzeczy do zobaczenia, do poznania, do zrobienia. A ona zamierzała odkryć je wszystkie. Zamierzała…

Co to było?

Zmarszczyła czoło i przystanęła. Nurt rzeki nie był teraz silny, następnego dnia pewnie będzie ledwie ciurkać. Ponad jej bulgotaniem słyszała dochodzące z pewnej odległości okrzyki. Czy to pozostali wyruszyli, by ją odnaleźć? Pośpieszyła naprzód, dostrajając się do Podekscytowania. Może nabrali chęci na odwiedzanie nowych miejsc.

Dopiero kiedy niemal dotarła do źródła dźwięków, uświadomiła sobie, że coś było z nimi bardzo nie w porządku. Brzmiały płasko, bez śladu rytmów. Jakby wydawali je umarli.

Po chwili wyszła zza zakrętu i ujrzała przed sobą coś o wiele cudowniejszego – i bardziej przerażającego – niż mogła sobie wyobrazić.

Ludzie.

***

– „…Tępoforma straszliwa, myśli utracenie” – zacytowała Venli. – „Spośród wszystkich najniższa, rozumu jej brak. By ją odnaleźć, nie myślcie o cenie. Ona was odnajdzie i przyniesie żal”.

Odetchnęła głęboko i usiadła wygodniej w namiocie. Była z siebie dumna. Dziewięćdziesiąt jeden zwrotek, wyrecytowanych idealnie.

Jej matka, Jaxlim, pokiwała głową, nie przerywając tkania.

– To była jedna z twoich lepszych recytacji – powiedziała z Pochwałą. – Jeszcze trochę ćwiczeń i przejdziemy do kolejnej pieśni.

– Ale… wszystko wypowiedziałam poprawnie.

– Pomyliłaś siódmą zwrotkę z piętnastą.

– Kolejność nie ma znaczenia.

– Zapomniałaś też o dziewiętnastej.

– Wcale nie. – Venli odliczyła je w głowie. Pracoforma? – …Tak?

– Tak. Ale nie musisz być zawstydzona. Dobrze sobie radzisz.

Dobrze? Venli całe lata zapamiętywała pieśni, podczas gdy Eshonai nie robiła właściwie nic użytecznego. Venli była lepsza niż dobra. Była doskonała.

Ale… zapomniała o całej zwrotce? Spojrzała na matkę, która nuciła cicho, pracując przy krośnie.

– Dziewiętnasta zwrotka nie jest aż tak ważna – stwierdziła Venli. – Nikt nie zapomni, jak stać się robotnikiem. I tępoforma. Po co mamy zwrotkę na jej temat? Nikt nie wybrałby jej z własnej woli.

– Musimy pamiętać o przeszłości – odparła matka w Rytmie Straty. – Musimy pamiętać, przez co przeszliśmy, żeby dotrzeć tutaj. Musimy pilnować, żeby się nie zapomnieć.

Venli dostroiła się do Rozdrażnienia. A wtedy Jaxlim zaczęła pięknie śpiewać w rytmach. W głosie jej matki było coś niesamowitego. Nie był potężny ani mocny, ale przypominał nóż – wąski, ostry, niemal płynny. Ciął samą duszę Venli i wkrótce Rozdrażnienie zastąpił Podziw.

Nie, Venli nie była doskonała. Jeszcze nie. Ale jej matka tak.

Jaxlim śpiewała dalej, a Venli patrzyła urzeczona i czuła się zawstydzona swoimi wcześniejszymi dąsami. Po prostu czasami było jej bardzo ciężko. Siedziała tutaj, dzień po dniu, i zapamiętywała, podczas gdy Eshonai się bawiła. Obie były już prawie dorosłe, Eshonai został tylko rok, a Venli niewiele ponad dwa. Miały być odpowiedzialne.

Matka w końcu urwała po dziesiątej zwrotce.

– Dziękuję – powiedziała Venli.

– Za to, że zaśpiewałam coś, co słyszałaś tysiąc razy?

– Za przypomnienie mi, do czego mają doprowadzić moje ćwiczenia. – Venli dostroiła się do Pochwały.

Matka dostroiła się do Radości i pracowała dalej. Venli podeszła do wejścia do namiotu i wyjrzała na zewnątrz, gdzie członkowie rodziny zajmowali się różnymi rzeczami, takimi jak rąbanie drewna i obalanie drzew. Byli rodziną Pierwszego Rytmu i mieli szlachetne pochodzenie. Jednakże, choć było ich wiele tysięcy, od lat nie panowali nad miastem.

Ciągle mówili, że wkrótce jedno z nich odzyskają. Wyprowadzą atak z lasu tuż przed burzą i odzyskają prawowitą siedzibę. Był to doskonały i godny cel, jednak Venli odkryła, że nie czuje satysfakcji, gdy patrzy na wojowników robiących strzały i ostrzących starożytne metalowe włócznie. Czy do tego ograniczało się życie? Ciągłej walki o te same dziesięć miast?

Z pewnością było dla nich coś więcej. Z pewnością było coś więcej dla niej. Nauczyła się kochać pieśni, ale chciała je też wykorzystać. Odnaleźć tajemnice, które obiecywały. Czy Roshar stworzyłby kogoś takiego jak Venli, by następnie kazać jej siedzieć w namiocie ze skóry i zapamiętywać słowa, aż w końcu przekaże je dalej i umrze?

Nie. Musiała mieć jakieś przeznaczenie. Coś wielkiego.

– Eshonai myśli, że powinniśmy nakreślić rysunki oznaczające zwrotki pieśni – powiedziała Venli. – Stworzyć sterty papierów zapełnionych obrazkami, żebyśmy nie zapomnieli.

– Twoja siostra czasami ma w sobie mądrość.

Venli dostroiła się do Zdrady.

– Nie powinna na tak długo opuszczać rodziny i samolubnie marnować czasu. Powinna uczyć się pieśni tak samo jak ja. To również jej obowiązek, jako twojej córki.

– Tak, masz rację. Ale Eshonai ma odważne serce. Musi jedynie się nauczyć, że rodzina jest ważniejsza od policzenia wzgórz otaczających obóz.

– Ja mam odważne serce!

– Ty masz przenikliwy i przebiegły umysł. Podobnie jak twoja matka. Nie lekceważ własnych talentów tylko dlatego, że zazdrościsz drugiemu.

– Zazdroszczę? Jej?

Matka Venli nie przerywała tkania. Nie musiała wykonywać takiej pracy – jej pozycja powierniczki pieśni była wysoka, być może najważniejsza w całej rodzinie. Jednakże matka zawsze starała się być zajęta. Mówiła, że praca fizyczna dodaje siły jej ciału, a powtarzanie pieśni jest pracą dla umysłu.

Venli dostroiła się do Niepokoju, później Pewności, i znów Niepokoju. Podeszła do matki i usiadła na zydlu obok niej. Jaxlim emanowała Pewnością, nawet oddając się czemuś tak prostemu jak tkanie. Skomplikowany wzór jej skóry, składający się z falujących czerwonych i czarnych linii, był jednym z najpiękniejszych w obozie – jak prawdziwy marmur. Eshonai odziedziczyła kolory po matce.

Venli, rzecz jasna, była podobna do ojca – głównie biel i czerwień, połączone we wzorze bardziej przypominającym zawijasy. Wielu twierdziło, że nie widzi małych plamek czerni na jej szyi, ale ona je dostrzegała. Połączenie wszystkich trzech kolorów było niewiarygodnie rzadkie.

– Matko, chyba coś odkryłam – powiedziała z Podekscytowaniem.

– A cóż takiego?

– Znów eksperymentowałam z różnymi sprenami. Zabierałam je na burze.

– Zostałaś przed tym ostrzeżona.

– Nie zakazałaś mi, więc robiłam to dalej. Czy mamy zawsze robić tylko to, co nam każą?

– Wielu mówi, że nie potrzebujemy niczego poza pracoformą i paroformą – powiedziała matka z Zastanowieniem. – Mówią, że poszukiwanie innych form to robienie kroku w stronę form mocy.

– A co ty mówisz?

– Zawsze tak bardzo przejmujesz się moim zdaniem. Większość dzieci, kiedy osiągnie twój wiek, zaczyna rzucać wyzwanie swoim rodzicom lub ich ignorować.

– Większość dzieci nie ma ciebie za matkę.

– Pochlebstwo? – spytała Jaxlim z Rozbawieniem.

– Nie… do końca. – Venli dostroiła się do Rezygnacji. – Matko, chcę wykorzystywać to, czego się nauczyłam. Moją głowę wypełniają pieśni o formach. Jak mogę nie czuć pragnienia, by je odkryć? Dla dobra naszego ludu.

Jaxlim w końcu przestała tkać. Odwróciła się na zydlu, zbliżyła do Venli i złapała ją za ręce. Zamruczała, po czym zanuciła cicho do Pochwały – czysta melodia, bez słów. Venli zamknęła oczy i pozwoliła, by pieśń ją omyła, i wydawało jej się, że czuje wibracje skóry matki. Czuje jej duszę.

Robiła to, od kiedy pamiętała. Polegała na niej i jej pieśniach. Od kiedy ojciec odszedł, wyruszył na poszukiwanie wschodniego morza.

– Jestem z ciebie dumna, Venli. Dobrze sobie poradziłaś przez te ostatnie lata, zapamiętując, kiedy Eshonai się poddała. Zachęcam cię do dalszej pracy nad sobą, ale pamiętaj, nie wolno ci się rozproszyć. Potrzebuję cię. Potrzebujemy cię.

Venli pokiwała głową, po czym zanuciła w tym samym rytmie, dostrajając się do Pochwały w harmonii z matką. Czuła w tych palcach miłość, ciepło, akceptację. I wiedziała, że cokolwiek się stanie, matka nią pokieruje. Podtrzyma ją. Z pieśnią, która przebijała nawet burze.

Matka powróciła do tkania, a Venli znów zaczęła recytować. Wypowiedziała całość i tym razem nie przegapiła zwrotki.