RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Oszołomiona Siri siedziała w trzęsącym się powozie. Jej ojczysta ziemia z każdym podskokiem kół oddalała się coraz bardziej.

Minęły już dwa dni, a ona wciąż nie rozumiała. Przecież to była rola Vivenny. Wszyscy o tym wiedzieli. Kiedy przyszła na świat, w Idris hucznie świętowano. Król uczył ją wszystkiego od dnia, w którym postawiła pierwszy krok: studiowała zasady życia dworskiego i reguły polityki. Fafen, druga córka Dedelina, także się tego wszystkiego uczyła, na wypadek gdyby Vivenna umarła przed dniem swego ślubu. Ale nie Siri. Ona przecież od zawsze była zbędna. Nieważna.

I to się właśnie skończyło.

Wyjrzała za okno. Ojciec wybrał dla niej najładniejszy powóz królestwa – wraz z eskortą honorową składającą się z dwudziestu żołnierzy. Jechali na południe. Razem z namiestnikiem i kilkoma posługaczami tworzyli najwspanialszy orszak, jaki Siri kiedykolwiek widziała. Graniczyło to z ostentacją, która zapewne by dziewczynę zachwyciła, gdyby tylko nie oznaczała dla niej rozstania z Idris.

Nie tak miało być, myślała. Zupełnie nie tak.

A jednak stało się.

Nic nie miało sensu. Powóz trząsł wściekle, ale Siri siedziała zupełnie zobojętniała. Mogli chociaż, narzekała w myślach, wysłać mnie konno, a nie zmuszać do więdnięcia w tym powozie.

Niestety, wjazd wierzchem nie był odpowiednio godnym sposobem wkroczenia do Hallandren.

Hallandren.

Siri poczuła, jak włosy bieleją jej ze strachu. Wysłano ją do Hallandren! Do królestwa, którego mieszkańcy przeklinają co drugi oddech. Swego ojca nie zobaczy przez długi czas, albo i wcale. Nie będzie już mogła rozmawiać z Vivenną, nie posłucha nauczycieli, nie złaja jej Mab, nie będzie jeździć na wierzchowcach z królewskiej stajni, nie poszuka kwiatków w dziczy, nie pomoże w kuchni. Za to...

Za to poślubi Króla-Boga. Demona z Hallandren, potwora, który nigdy nie zaczerpnął żywego oddechu. W Hallandren jego władza nie była niczym ograniczona. Mógł wydać rozkaz stracenia dowolnej osoby wiedziony choćby tylko przelotnym kaprysem.

Ale ja będę bezpieczna, prawda? – przemknęło jej przez myśl. Będę przecież jego żoną.

Żoną. Wychodzę za mąż. Och, Austre, Boże Kolorów... – pomyślała, czując się coraz gorzej. Zwinęła się, podciągnęła kolana pod brodę – jej włosy stały się tak białe, że niemal lśniły – i położyła się na siedzeniu. Nie była pewna, czy tak bardzo trzęsie się niepowstrzymanie zmierzający na południe powóz, czy ona sama.

* * *

– Myślę, że powinieneś się jeszcze raz nad tym zastanowić, ojcze – powiedziała spokojnie Vivenna, siedząc obyczajnie – tak jak ją nauczono – z dłońmi na kolanach.

– Zastanawiałem się nad tym nie raz, Vivenno – odparł król Dedelin i machnął ręką. – Decyzja już zapadła.

– Siri nie ma odpowiedniego przygotowania.

– Poradzi sobie – odpowiedział ojciec, przeglądając leżące na biurku dokumenty. – Tak naprawdę musi tylko urodzić dziecko. Jestem pewien, że akurat do tego ma odpowiednie przygotowanie.

Co wobec tego z moimi naukami? – zastanowiła się Vivenna. Dwadzieścia dwa lata przygotowań? Po co było to wszystko, skoro tak naprawdę chodziło jedynie o zapewnienie odpowiedniej macicy?

Jej włosy pozostały czarne, głos opanowany, twarz spokojna.

– Siri jest zapewne zrozpaczona – zauważyła. – Nie wiem, czy będzie w stanie poradzić sobie z tym emocjonalnie.

Dedelin podniósł wzrok – jego włosy pojaśniały nieco, poczerwieniały – czerń umykała z nich, jak spływająca z płótna farba. Wyraźne świadectwo irytacji.

Jej wyjazd bardziej go martwi, niż sam to przyznaje, przemknęło Vivennie przez myśl.

– Tak będzie najlepiej dla naszych poddanych, Vivenno – powiedział król, z wyraźnym wysiłkiem walcząc o przywrócenie czerni swej fryzurze. – Jeśli wybuchnie wojna, będziesz naszemu królestwu potrzebna tutaj, na miejscu. W Idris.

– A co się stanie z Siri? Jeśli wybuchnie wojna?

Ojciec umilkł.

– Może jednak nie wybuchnie – odezwał się po chwili.

Austre... – pomyślała wstrząśnięta Vivenna. On sam w to nie wierzy. Jest przekonany, że posłał ją na śmierć.

– Wiem, o czym myślisz – odezwał się władca, na powrót przykuwając jej uwagę. Patrzyła tak poważnie. – Jak mogłem dokonać takiego wyboru? Jak mogłem posłać ją na śmierć, a ciebie zachować przy życiu? Nieważne, co myślą inni. Nie wybierałem, kierując się względami osobistymi. Podjąłem decyzję, która okaże się najlepszą dla Idris, jeśli dojdzie do wojny.

Kiedy dojdzie do wojny, przemknęło Vivennie przez myśl. Spojrzała Dedelinowi w oczy.

– To ja miałam tej wojnie zapobiec, ojcze! Miałam zostać żoną Króla-Boga! Miałam z nim mówić, przekonać go. To mnie nauczono tajników polityki, to ja poznałam ich obyczaje, ja...

– Zapobiec wojnie? – Ojciec przerwał jej pytaniem. Do księżniczki dopiero teraz dotarło, jak arogancko musiały zabrzmieć jej słowa. Odwróciła wzrok.

– Vivenna, dziecko moje – ciągnął Dedelin. – Tej wojnie nie można zapobiec. Do tej pory powstrzymywała ich tylko obietnica córki z królewskiego rodu. Odesłanie Siri może zyskać nam nieco czasu. Może... może jednak nic się jej nie stanie, nawet, kiedy rozgorzeje wojna. Może uznają, że jej krew jest na tyle cenna, że zostawią ją przy życiu, na wypadek, gdyby jej pierworodne dziecko umarło. – Na twarzy władcy odmalowało się wahanie. – Tak, może to wcale nie o Siri powinniśmy się bać, tylko...

„O siebie”, dokończyła w duchu Vivenna. Nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły wojennych przygotowań ojca, ale wiedziała dosyć. Idris nie było w nadchodzącym starciu faworytem. W razie otwartego konfliktu z Hallandren nie istniała zbyt duża szansa zwycięstwa. Wojna przyniesie katastrofę dla ich ludu i ich sposobu życia.

– Ojcze, ja...

– Proszę, Vivenno... – przerwał jej cicho. – Nie jestem już w stanie o tym mówić. Odejdź. Porozmawiamy później.

Później. Kiedy Siri będzie już daleko i nie uda się jej sprowadzić z powrotem. A jednak Vivenna wstała. Była posłuszna, tak ją wychowano i nauczono. Tym właśnie różniła się od młodszej siostry.

Wyszła z gabinetu ojca, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła przez drewniany pałac, udając, że nie widzi wokół siebie spojrzeń i nie słyszy szeptów. Poszła do swojej komnaty – małej i pozbawionej ozdób – gdzie usiadła na łóżku, z rękami na kolanach.

Nie zgadzała się ze swoim ojcem. Wiedziała, że mogła mieć wpływ na sytuację. Miała przecież zostać żoną Króla-Boga. To oznaczało pewne wpływy na dworze. Wszyscy dobrze wiedzieli, że jeśli chodzi o politykę wobec własnych poddanych Król-Bóg jest nieprzejednany, ale jego żona z pewnością mogła odegrać pewną rolę w obronie interesów swego ludu.

I jej ojciec z tego wszystkiego zrezygnował?

On naprawdę musi wierzyć, że nic nie jest w stanie powstrzymać inwazji, uznała. Wskutek tego odesłanie Siri stało się tylko kolejnym manewrem politycznym, mającym na celu zyskanie czasu. Idris od dziesięcioleci nie robiło nic innego. Tak czy inaczej, jeśli poświęcenia królewskiej córki nie można było uniknąć, to i tak była to rola, którą powinna była odegrać Vivenna. To przecież ona od zawsze szykowała się do poślubienia Króla-Boga. Nie Siri, nie Fafen. Ona. Vivenna.

Nie czuła wdzięczności za ocalenie. Nie wydawało się jej też, że bardziej przysłuży się Idris, zostając w Bevalis. W razie śmierci ojca, o wiele lepszym przywódcą na czas wojny byłby Yarda, nie ona. Poza tym Ridger – młodszy brat Vivenny – od lat przygotowywał się do przejęcia tronu po Dedelinie.

Została ocalona bez powodu. W pewien sposób zabolało ją to jak kara. Przez całe życie słuchała, przygotowywała się, uczyła i ćwiczyła. Wszyscy chwalili, wszyscy powtarzali, że jest doskonała. Dlaczego więc nie pozwolono jej służyć Idris zgodnie z planem?

Na te pytania nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Siedziała z rękami na kolanach i martwiła się, myśląc o straszliwej prawdzie. Najważniejszy cel życia został jej skradziony i oddany w cudze ręce. Ona stała się teraz zbędna. Bezużyteczna.

Nieważna.

* * *

– Co on sobie myśli? – syknęła Siri, wychylając się do połowy z okna powozu, który turkotał na bitej drodze.

Obok pojazdu maszerował młody żołnierz. W popołudniowym świetle wyglądał na zawstydzonego.

– No pomyśl tylko – ciągnęła Siri. – Wysłał mnie, żebym wyszła za króla Hallandren. To głupie, prawda? Z pewnością słyszałeś o tym, jak ja się zachowuję. Uciekam, kiedy nikt nie patrzy. Unikam lekcji. Wściekam się, do jasnych Kolorów!

Strażnik rzucił jej przelotne spojrzenie, ale poza tym nie zareagował. Siri to nie przeszkadzało. Nie wściekała się na niego. Wściekała się po prostu. Wisiała za oknem niebezpiecznie wychylona, czuła, jak wiatr igra z jej włosami – długimi, prostymi, czerwonymi – i podsycała swój gniew. Wściekłość pomagała jej powstrzymać płacz.

Dni mijały i zielone wiosenne wzgórza Wyżyny Idris z wolna znikały w oddali. Prawdopodobnie byli już w Hallandren – granica pomiędzy królestwami nie była ściśle wyznaczona, co zresztą nie zaskakiwało. Przed Wielowojniem oba stanowiły jeden organizm.

Przyjrzała się biednemu strażnikowi, którego jedynym sposobem radzenia sobie z wściekłą księżniczką było ignorowanie jej. Wreszcie cofnęła się do powozu i opadła na siedzenie. Nie powinna była go tak traktować, ale cóż, właśnie została sprzedana niczym kawałek baraniny – sprzedana wskutek klątwy dokumentu spisanego wiele lat temu, zanim przyszła na świat. Zatem, jeśli ktokolwiek miał w tej chwili prawo do wpadania w szał, to właśnie Siri.

Może to właśnie dlatego? – przyszło jej do głowy, gdy oparła skrzyżowane ręce na oknie. Może ojciec miał po prostu dość moich szaleństw i postanowił się mnie pozbyć?

 

To jednak wydało się jej zbyt daleko idącym podejrzeniem. W końcu istniały prostsze sposoby radzenia sobie z jej nastrojami – sposoby niewymagające wysyłania jej na obcy dwór, na którym miała reprezentować Idris. Ale w takim razie, dlaczego? Czy naprawdę uznał, że dziewczyna sobie poradzi? Zastanowiła się. To jednak śmieszna myśl. Niemożliwe, by ojciec spodziewał się, że będzie w tej roli lepsza od Vivenny. Nikt nie robił niczego lepiej od Vivenny.

Siri westchnęła i poczuła, jak jej włosy oblewają się refleksyjnym brązem. Przynajmniej widoki okazały się ciekawe i, by nie czuć narastającej frustracji, poświęciła się oglądaniu okolicy. Hallandren było krainą nizinną, porośniętą tropikalnymi lasami i pełną dziwnych wielobarwnych zwierząt. Siri słyszała od wędrowców opowieści o tym królestwie, a nawet potwierdzała te historie w kilku książkach, do których lektury została zmuszona. Wydawało się jej więc, że wie, czego powinna się spodziewać. A mimo to, kiedy wzgórza ustąpiły rozległym trawiastym równinom, a potem obok drogi zacieśniała się dżungla, Siri zaczęła rozumieć, że jest na świecie coś, czego żadne opasłe tomisko ani nawet najciekawsza opowieść nie są w stanie opisać.

Kolory. W jej górach kwiaty rosły w luźno rozrzuconych nieśmiałych kępkach, jakby same próbowały dostosować się do panującej w Idris filozofii. Tutaj pyszniły się wszędzie. Maleńkie kielichy pokrywały ziemię kolorowymi miękkimi dywanami. Wielkie różowe kwiaty zwieszały się z drzew niczym kiście owoców, rosły jedne na drugich puszystymi bukietami. W tej krainie kwitły nawet chwasty. Gdyby nie przyglądający się im z wielką nieufnością żołnierze, Siri chętnie by je zebrała.

Jeśli ja się tak boję, stwierdziła w duchu, to oni muszą czuć się jeszcze gorzej. Nie była jedyną osobą odesłaną nagle z dala od rodziny i przyjaciół. Czy ci gwardziści będą mogli powrócić? Nagle ogarnęły ją jeszcze większe wyrzuty sumienia z powodu sposobu, w jaki potraktowała młodego żołnierza.

Po przybyciu odeślę ich z powrotem, zdecydowała. I natychmiast poczuła, jak jej włosy pokrywają się bielą. Jeśli wyśle swą straż do domu, zostanie sama w mieście pełnym Nieżywych, Rozbudzających, i pogan.

Ale czy dwudziestu żołnierzy zdołałoby ją przed tym wszystkim ochronić? Lepiej będzie, jeśli choć komuś uda się wrócić do domu.

* * *

– A można by pomyśleć, że się ucieszysz – zauważyła Fafen – w końcu już nie musisz wychodzić za tyrana.

Vivenna wrzuciła siną jagodę do koszyka i podeszła do następnego krzewu. Fafen pracowała przy sąsiednim. Miała na sobie białą szatę mniszki. Jej głowa była ogolona do nagiej skóry. Fafen była średnią siostrą niemal pod każdym względem – w pół drogi między Siri i Vivenną jeśli chodzi o wzrost, mniej dostojna niż Vivenna, ale nie tak beztroska jak Siri. Była również nieco bardziej zaokrąglona w pewnych miejscach, co przykuwało spojrzenia pokaźnej liczby młodych mężczyzn. Niemniej fakt, że chcąc ją poślubić, sami musieliby zostać mnichami, trzymał ich na dystans. Jeśli Fafen zdawała sobie sprawę ze swej popularności, to nigdy tego nie okazywała. Decyzję o włożeniu mniszej szaty podjęła przed swymi dziesiątymi urodzinami, co jej ojciec poparł z całego serca. Każdy arystokratyczny lub po prostu bogaty ród w Idris był zobligowany mocą tradycji do odesłania jednej osoby do klasztoru. Egoizm, nawet jeśli chodziło o własną rodzinę, był niezgodny z Pięcioma Wizjami.

Siostry zbierały jagody, które Fafen miała potem rozdać potrzebującym. Palce mniszki nabrały lekko fioletowego odcienia. Vivenna pracowała w rękawiczkach. Tyle koloru na skórze byłoby poważną niestosownością.

– Tak – mówiła dalej Fafen – wydaje mi się, że źle do tego wszystkiego podchodzisz. Zachowujesz się tak, jakbyś chciała tam pojechać i poślubić tego Nieżywego potwora.

– On nie jest Nieżywy – zauważyła Vivenna. – Susebron jest Powracającym, a to wielka różnica.

– Owszem, ale jest fałszywym bóstwem. Poza tym wszyscy wiedzą jaka z niego odrażająca kreatura.

– Ale to była moja rola. To ja miałam zostać jego żoną. Fafen, to sens całego mojego życia. Bez tego jestem nikim.

– Bzdura. – Fafen pokręciła głową. – Za to teraz zamiast Ridgera ty obejmiesz tron po ojcu.

Co tylko jeszcze bardziej zakłóci naturalny porządek rzeczy, pomyślała Vivenna. Jakie mam prawo odbierać bratu ten zaszczyt?

Pozwoliła jednak dyskusji wygasnąć. Rozmawiała o tym już od dobrych kilkunastu minut i nie miała siły ciągnąć tego dalej. Postąpiła jak należy. Przedtem rzadko się zdarzało, by Vivenna czuła taką frustrację, musząc zachowywać się według zasad. Jej emocje stawały się... niestosowne.

– A co z Siri? – wyrwało się jej nagle. – Podoba ci się to, co ją spotkało?

Fafen podniosła wzrok i nieznacznie zmarszczyła brwi. Zwykle nie zastanawiała się nad sprawami, które nie dotyczyły jej bezpośrednio. Vivenna poczuła się nieco winna, nie chciała bowiem zadać tego pytania tak otwarcie, ale z Fafen nie można było rozmawiać inaczej.

– Tu masz rację – przyznała Fafen. – Nie bardzo rozumiem, dlaczego w ogóle kogoś trzeba było tam posyłać.

– To z powodu traktatu – przypomniała Vivenna. – Żeby chronić naszych poddanych.

– Naszych poddanych chroni Austre – zauważyła Fafen i podeszła do następnego krzaka.

Tylko, czy ochroni Siri? – zastanowiła się Vivenna. Biedna, niewinna, kapryśna Siri. Nigdy nie nauczyła się nad sobą panować; na Dworze Bogów w Hallandren zjedzą ją żywcem. Siri nie pojmie wymogów polityki, nie nauczy się wbijać noży w plecy, nie zrozumie fałszywych uśmiechów i kłamstw. Zostanie też zmuszona do urodzenia następnego Króla-Boga Hallandren. Ten konkretny obowiązek nie był czymś, czego Vivenna wyczekiwała szczególnie ochoczo. Byłoby to z jej strony poświęcenie, ale jej własne poświęcenie, dobrowolne, złożone w ofierze poddanym.

Tego rodzaju myśli dręczyły Vivennę, gdy razem z Fafen kończyły zbieranie jagód. Potem obie dziewczyny zeszły ze wzgórza i skierowały się ku osadzie. Fafen, podobnie jak wszyscy mnisi, całą swą pracę poświęcała dobru innych ludzi. Pasała zwierzęta, zbierała jedzenie i sprzątała domy tych, którzy nie byli w stanie zrobić tego sami.

Vivenna, pozbawiona swego celu, nie wiedziała, co powinna robić. Mimo to po zastanowieniu doszła do wniosku, że istnieje ktoś, komu jest jeszcze potrzebna. Ktoś, kto wyjechał tydzień temu, we łzach, wystraszony, rzucając starszej siostrze pełne rozpaczy spojrzenia.

Bez względu na to, co powiedział jej ojciec, Vivenna nie była potrzebna w Idris. Tutaj była bezużyteczna, ale znała przecież mieszkańców, kulturę i społeczeństwo Hallandren. Gdy szła drogą w ślad za Fafen, w jej głowie zaczął się kształtować pewien plan.

Plan, którego żadną miarą nie można było nazwać spokojnym i opanowanym.

3

Dar Pieśni nie pamiętał swej śmierci.

Kapłani zapewniali go jednak, że jego umieranie było wydarzeniem niezwykle inspirującym. Szlachetnym. Wspaniałym. Heroicznym. Nikt nie Powracał, o ile nie umarł w sposób będący ucieleśnieniem którejś z najwspanialszych cnót rodzaju ludzkiego. Dlatego właśnie Opalizujące Odcienie odsyłały Powracających; mieli służyć jako chodzące przykłady i bóstwa dla tych, którzy jeszcze żyli.

Każdy bóg reprezentował coś innego. Stanowili ideał cechy symbolizowanej przez sposób, w jaki zakończyło się ich życie. Dar Pieśni zginął, dokonując czynu wymagającego niebywałej odwagi. Tak przynajmniej powtarzali mu jego kapłani. Samego wydarzenia nie pamiętał, podobnie jak nie pamiętał życia poprzedzającego początek jego boskiej egzystencji.

Nie mogąc już dłużej spać, jęknął cicho. Przewrócił się na bok i usiadł na swym majestatycznym łożu. Poczuł się słabo. Jego umysł nawiedzały liczne wizje i wspomnienia. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się z niej resztek mglistego snu.

Do sali wkroczyli słudzy, bez słów reagując na potrzeby swego pana. Dar Pieśni był jednym z młodszych bóstw. Powrócił ledwie pięć lat temu. Na Dworze Bogów przebywało ich około dwóch tuzinów i wielu było o wiele ważniejszych – a także o wiele bardziej zaprawionych w politycznych rozgrywkach – niż on. A wszystkimi nimi rządził Susebron, Król-Bóg Hallandren.

Owszem, był młody, ale mieszkał w olbrzymim pałacu. Spał w komnacie udrapowanej jedwabiami, ufarbowanymi na jaskrawe odcienie czerwieni i złota. Takich komnat były tu dziesiątki, wszystkie udekorowane i umeblowane zgodnie z jego kaprysami i zachciankami. Jego potrzeby zaspokajały setki sług i kapłanów – bez względu na to, czy tego chciał, czy nie.

I wszystko to dlatego, pomyślał wstając, że nie miałem lepszego pomysłu na własną śmierć.

Podniósł się i zakręciło mu się nieco w głowie. Był dzień jego karmienia i wiedział, że sił będzie mu brakować, póki nie dopełni rytuału.

Podeszli służący. Nieśli w rękach wspaniałe złoto-czerwone szaty. Gdy wchodzili w jego aurę, ich skóra, włosy, stroje wybuchały przesadnie intensywnymi barwami. Oczyszczone odcienie wyglądały pyszniej niż mogłyby to sprawić jakakolwiek farba czy barwnik. Tak działała wrodzona BioChroma bóstwa: Oddechu miał dość, by wypełnić tysiące ludzi. Nie cenił go jednak zbytnio. Nie mógł go wykorzystać do ożywiania ciał lub innych przedmiotów; był bogiem, lecz nie Rozbudzającym. Nie mógł też oddać – ani nawet wypożyczyć – swojego boskiego Oddechu nikomu innemu.

Chociaż mógł, ale tylko raz. Wtedy musiałby umrzeć. Ostatecznie.

Słudzy kontynuowali swą posługę, oblekając go we wspaniałą tkaninę. Dar Pieśni był o dobre półtorej głowy wyższy od wszystkich pozostałych w komnacie. Miał też szerokie bary i umięśniony tors, na który zupełnie nie zasługiwał, biorąc pod uwagę ilość czasu, jaki trawił na bezczynności.

– Czy dobrze spałeś, Wasza Miłość? – spytał ktoś.

Dar Pieśni odwrócił się. Llarimar, jego wysoki kapłan był rosłym korpulentnym mężczyzną w okularach i o spokojnej powierzchowności. Dłonie miał niemal w całości ukryte pod długimi rękawami czerwono-złotej szaty. Trzymał w nich grubą księgę. Gdy wkroczył w aurę boga, zarówno tom, jak i płaszcz buchnęły kolorami.

– Spałem fantastycznie, Wiercipięto. – Dar Pieśni ziewnął. – Miałem noc pełną koszmarów i makabrycznych snów. Jak zawsze. Strasznie wypocząłem.

– Wiercipięto? – Kapłan uniósł brew.

– Tak. – Dar Pieśni skinął głową. – Postanowiłem nadać ci nowy przydomek. Wiercipięta pasuje, bo zawsze i wszędzie cię pełno, i w każdą sprawę wtykasz swój nos.

– To dla mnie zaszczyt, Wasza Miłość – podziękował Llarimar i usiadł na krześle.

Na Kolory, pomyślał Dar Pieśni Czy on się nigdy nie zdenerwuje?

– Zaczniemy? – Llarimar otworzył księgę.

– Skoro musimy – odparł Dar Pieśni. Służący zawiązali już wszystkie wstążki, zapięli każdą haftkę, udrapowali ostatnią jedwabną połę. Każdy z nich ukłonił się i odsunęli się pod ścianę komnaty.

Llarimar wziął do ręki gęsie pióro.

– Co zatem pamiętasz ze snów?

– No, wiesz... – Dar Pieśni opadł na jedną ze swych kanap i wyciągnął się wygodnie. – Nic tak naprawdę ważnego.

Llarimar wydął z niezadowoleniem usta. W komnacie pojawiło się wielu innych służących. Nieśli talerze z rozmaitymi potrawami. Przyziemna, ludzka strawa. Jako jeden z Powracających, Dar Pieśni nie potrzebował jeść czegoś takiego – od zwykłego jedzenia nie przybywało mu energii ani nie ubywało zmęczenia. Robił to wyłącznie dla przyjemności. Niemniej już niedługo miał zjeść coś o wiele bardziej... boskiego. Coś, co miało obdarzyć go siłą na cały nadchodzący tydzień.

– Wasza Miłość, proszę. Spróbuj sobie przypomnieć sny – poprosił Llarimar uprzejmie, lecz z naciskiem. – Bez względu na to, jak nieistotne mogą się teraz wydawać.

Dar Pieśni westchnął i wzniósł oczy ku powale. Sufit także – oczywiście – był pokryty barwnymi freskami. Ten konkretny nad jego głową ukazywał trzy pola otoczone kamiennymi murami. Była to wizja, której doświadczył jeden z jego poprzedników. Dar Pieśni zamknął oczy i spróbował się skupić.

– Szedłem... spacerowałem plażą – powiedział. – Statek wypływał beze mnie. Nie wiem dokąd się udawał.

Pióro Llarimara zaczęło skrobać po pergaminie. Kapłan zapewne przywoływał właśnie w pamięci wszystkie znane listy symboli.

– Czy pamiętasz jakieś kolory? – spytał.

– Statek płynął pod czerwonymi żaglami – odpowiedział Dar Pieśni. – Piasek był oczywiście jasnobrązowy, a drzewa zielone. I wydaje mi się, że z jakiegoś dziwnego powodu woda w oceanie była czerwona, tak samo jak żagiel.

Llarimar zapamiętale pisał – zawsze bardzo się ekscytował, kiedy jego bóg przypominał sobie barwy. Dar Pieśni otworzył oczy i spojrzał w sufit, na jego żywe kolory. Roztargnionym gestem wyciągnął rękę i wziął z trzymanej przez sługę tacy kilka wiśni.

 

Dlaczego miałby żałować ludziom swych snów? Nawet jeśli uważał wróżenie z nich za zwykłą głupotę. Musiał przyznać, że spotkało go niezwykłe szczęście, nie miał powodów do narzekań. Otaczała go boska BioChromatyczna aura, żył w ciele, jakiego pozazdrościłby mu każdy mężczyzna i cieszył się luksusem godnym dziesięciu władców naraz. Ze wszystkich ludzi na świecie, akurat on miał najmniejsze prawo do sprawiania komukolwiek przykrości.

Problem polegał jedynie na tym, że... cóż... Dar Pieśni był prawdopodobnie jedynym bogiem na świecie, który nie wierzył w samego siebie.

– Wasza Miłość, czy we śnie pojawiło się cokolwiek innego? – spytał Llarimar unosząc wzrok znad księgi.

– Ty się tam pojawiłeś, Wiercipięto.

Llarimar zamarł i nieco zbladł.

– Ja... ja tam byłem?

Dar Pieśni skinął głową.

– Przepraszałeś za bezustanne zawracanie mi głowy i powstrzymywanie mnie przed rozpustą. Potem przyniosłeś wielką butlę wina i zatańczyłeś. Muszę przyznać, że było na co popatrzeć.

Llarimar spojrzał na niego karcąco.

– Nie, naprawdę nie było w tym śnie nic więcej. Tylko ten statek. A i to wspomnienie powoli już zanika.

Llarimar pochylił głowę, wstał i odgonił służących – choć ci ostatni, rzecz jasna, nie opuścili komnaty, tylko stanęli ze swymi paterami i tacami z orzechami, winem i owocami pod ścianą, na wypadek, gdyby któryś był jeszcze potrzebny.

– Czy możemy więc kontynuować porządek dnia, Wasza Miłość?

Dar Pieśni westchnął i wstał. Był wyczerpany. Sługa natychmiast rzucił się do jego szaty, by poprawić jedną ze starannie upiętych fałd, która rozluźniła się wskutek ruchu.

Bóg ruszył za kapłanem. Górował nad nim co najmniej o stopę. Meble i drzwi były jednak zbudowane z uwzględnieniem jego nietypowych rozmiarów, przez co kapłani i służący wyglądali w pałacu dziwnie nie na miejscu. Przechodzili z komnaty do komnaty, nie korzystając z korytarzy. Korytarze były przeznaczone dla służby i biegły wzdłuż zewnętrznych ścian kwadratowego budynku. Dar Pieśni kroczył po miękkich, pochodzących z północnych królestw dywanach, mijał najwspanialsze dzieła sztuki ceramicznej zza Morza Wewnętrznego. Każda sala była obwieszona malowidłami, starannie wykaligrafowanymi wierszami, wszystko to były dzieła najbardziej utalentowanych artystów Hallandren.

W samym centrum pałacu znajdowało się niewielkie pomieszczenie, odbiegające od zwykłych barw złota i czerwieni, sztandarowych barw boga. Tutaj skrzyło się od wstążek w ciemniejszych kolorach – intensywnych błękitów, zieleni i szkarłatów. Każdy z nich był prawdziwym kolorem, dokładnie w odpowiednim odcieniu, co mogła zauważyć jedynie osoba, która dostąpiła Trzeciego Wywyższenia.

Gdy Dar Pieśni wszedł do salki, kolory ożyły. Pojaśniały, stały się jeszcze bardziej wyraziste, choć jednocześnie pozostały ciemne. Rdzawa czerwień przeobraziła się w prawdziwszą rdzawą czerwień, granat stał się mocniejszym granatem. Ciemne, acz jasne – kontrast, który mógł powstać jedynie dzięki Oddechowi.

Na środku małej komnaty stało dziecko.

Dlaczego to zawsze musi być dziecko? – przemknęło przez myśl Darowi Pieśni.

Llarimar i służący czekali. Bóg ruszył naprzód i mała dziewczynka odsunęła się lękliwie na bok, ku kilku kapłanom w złoto-czerwonych szatach. Zachęcająco skinęli głowami. Dziewczynka, wyraźnie zdenerwowana, odwróciła się z powrotem ku Powracającemu.

– No, chodź – odezwał się, starając się, by jego głos brzmiał przekonująco. – Nie ma się czego bać.

Dziewczynka, mimo wszystko, wciąż się trzęsła.

W głowie Daru Pieśni zabrzmiały wszystkie liczne wykłady Llarimara – który twierdził, że nie były wcale wykładami, bo boga nie można nauczać. Powracających bóstw Hallandren nie należało się bać. Bogowie, ich obecność to błogosławieństwo. Dzięki nim królestwo zyskuje wizje przyszłości, przywództwo i mądrość. A w zamian potrzebowali tylko jednej, jedynej rzeczy.

Oddechu.

Dar Pieśni zawahał się, ale słabość znów uderzyła mu do głowy. Świat zawirował. Przeklął się w duchu, ukląkł na jedno kolano i ujął twarz dziewczynki w swoje przerośnięte dłonie. Rozpłakała się, ale głośno i wyraźnie wypowiedziała słowa, których ją nauczono.

– Moje życie do twojego. Mój Oddech staje się twoim.

Oddech dziecka wypłynął na zewnątrz, skłębił się w powietrzu. Jego pasma przesunęły się wzdłuż ramienia Powracającego – dotyk był niezbędny – i bóg zaczerpnął go. Słabość zniknęła, zawroty głowy ustały. Zamiast nich pojawiła się rześka jasność. Poczuł przypływ sił, energii, życia.

Dziewczynka zmatowiała. Lekko spłowiały kolory jej ust i oczu. Brązowe włosy utraciły nieco swego połysku; policzki zbielały.

To nic, myślał. Większość ludzi nawet nie potrafi stwierdzić, że nie ma już Oddechu. Ta dziewczynka przeżyje normalne życie. Będzie szczęśliwa. A jej rodzina otrzyma za tę ofiarę sowitą zapłatę.

A Dar Pieśni przeżyje kolejny tydzień. Oddech, którym się karmił, nie sprawiał przyrostu jego aury: na tym polegała kolejna różnica pomiędzy Rozbudzającymi a Powracającymi. Ci pierwsi byli niekiedy uważani za gorszych, a ich badania i eksperymenty za nieudolne, ludzkie próby zbliżenia się do bogów.

Nie otrzymując co tydzień nowego Oddechu, Dar Pieśni by umarł. Poza Hallandren wielu Powracających przeżywało jedynie osiem dni. Niemniej, mogąc co tydzień nakarmić się świeżym Oddechem, każdy z Powracających mógł żyć bez końca, nie starzejąc się i doznając nocami wizji, które w powszechnej opinii pozwalały poznać przyszłość. Dlatego właśnie zbudowano Dwór Bogów, pełen pałaców, w których można było pielęgnować bogów, chronić ich i – co najważniejsze – karmić.

Kapłani rzucili się do przodu i wyprowadzili dziewczynkę z sali.

Nic jej się nie stało, powtórzył w duchu Dar Pieśni. Nic jej nie będzie...

Gdy wychodziła, spotkały się ich spojrzenia i zauważył, że z oczu dziecka zniknęła iskra. Stała się Bezbarwna, matowa, wypłowiała. Stała się osobą pozbawioną Oddechu. Tego już nie można było odzyskać. Wyprowadzono ją za drzwi.

Dar Pieśni zwrócił się do Llarimara. Czuł się winny z powodu swego nagłego przypływu energii.

– No, dobrze – powiedział. – Przyjrzyjmy się darom.

Brew kapłana uniosła się nad oprawkę okularów.

– Nagle stałeś się przychylny.

Muszę coś oddać światu w zamian, pomyślał Dar Pieśni. Nawet jeśli to coś bezużytecznego.

Przeszli przez kilka kolejnych czerwono-złotych komnat. Większość z nich była kwadratowa, z drzwiami otwierającymi się w każdej ze ścian. Kiedy dotarli w pobliże wschodniego krańca pałacu, weszli do długiego wąskiego pomieszczenia. Było zupełnie białe, co w Hallandren stanowiło wielką rzadkość. Ściany obwieszono obrazami i wierszami. Służący zostali na zewnątrz; tylko Llarimar podszedł wraz z Darem Pieśni do pierwszego malowidła.

– Więc? – spytał kapłan.

Stali przed sielankowym pejzażem dżungli – pochyłe palmy, wielobarwne kwiaty. Niektóre z tych roślin można było znaleźć w ogrodach otaczających Dwór Bogów i dlatego Dar Pieśni potrafił je rozpoznać. Nigdy nie był w prawdziwej dżungli – a przynajmniej nie w tym wcieleniu.

– Ten obraz jest dobry – powiedział. – Ale nie wybitny. Sprawia, że myślę o świecie zewnętrznym. Żałuję, że nie mogę tam żyć.

Llarimar spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– No co? – dodał Dar Pieśni. – W pałacu bywa nudno.

– Ale, Wasza Miłość, w lesie nie ma wystarczająco dużo wina.

– Mógłbym sam je sobie robić. Fermentowałbym... coś.

– Oczywiście – przytaknął Llarimar i skinął na jednego z czekających na zewnątrz asystentów.

Młodszy kapłan zapisał wszystko, co Dar Pieśni powiedział na temat obrazu. Gdzieś tam, w mieście, był ktoś, kto oczekiwał od Powracającego błogosławieństwa. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z odwagą – możliwe, że ofiarodawca planował zawarcie małżeństwa, mógł też być kupcem zamierzającym dobić ryzykownego targu. Kapłani zinterpretują słowa, które wypowiedział Dar Pieśni, i przedstawią wróżbę klientowi, wraz z oryginalnymi słowami bóstwa. Tak czy inaczej, sam akt przesłania bogu obrazu, miał przynieść dobrą wróżbę ofiarodawcy.