Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dla mnie też – powiedziała Rysn.

– Znam tych ludzi – dodał Vstim. – Musimy mieć Pasję, że Talika tu nie ma. Jest najlepszy i często handluje z innymi wyspami. Z kimkolwiek się spotkasz, on lub ona oceni cię jak rywala w bitwie. A dla nich w bitwie liczy się poza.

– Raz miałem nieszczęście być na wyspie podczas wojny. – Przerwał i rozkaszlał się, ale nie przyjął picia, które chciał mu podać Kylrm. – Kiedy dwie wyspy wpadły w szał, ludzie zeszli na łodzie, by wygłaszać obelgi i przechwałki. Zaczynali od najsłabszych, którzy wykrzykiwali przechwałki, a dalej prowadzili swego rodzaju werbalny pojedynek aż do najsilniejszych. Później strzały i włócznie, walki na statkach i w wodzie. Na szczęście, było więcej wrzasków niż rozlewu krwi.

Rysn przełknęła ślinę i pokiwała głową.

– Nie jesteś na to gotowa, dziecko – stwierdził Vstim.

– Wiem.

– Dobrze. W końcu to sobie uświadomiłaś. Idź już. Nie pozwolą nam długo pozostać na ich wyspie, chyba że zgodzimy się na stałe dołączyć do nich.

– A to by wymagało...? – spytała.

– Po pierwsze, oddania ich królowi wszystkiego, co do ciebie należy.

– Cudownie – mruknęła Rysn i wstała. – Zastanawiam się, jak by wyglądał w moich butach. – Odetchnęła głęboko. – Wciąż nie powiedziałeś mi, co chcemy kupić.

– Oni wiedzą – powiedział babsk i znów się rozkaszlał. – Twoja rozmowa nie będzie negocjacjami. Warunki ustalono przed laty.

Odwróciła się do niego ze zmarszczonym czołem.

– Co takiego?

– Tu nie chodzi o to, co możesz uzyskać – wyjaśnił Vstim – ale czy uznają, że jesteś godna, by to dostać. – Zawahał się. – Niech cię Pasje prowadzą, dziecko. Niech ci się powiedzie.

Wydawało się to błaganiem. Jeśli ich flotylla zostanie odesłana... Najdroższe w ich wyprawie nie były dobra – drewno, tkaniny, proste zapasy kupione za niską cenę – ale wyposażenie konwoju. Udali się tak daleko, opłacili przewodników, zmarnowali czas w oczekiwaniu na przerwę między burzami, a później jeszcze więcej czasu, poszukując właściwej wyspy. Gdyby została odesłana, wciąż mogliby sprzedać to, co mieli – ale z wielką stratą, biorąc pod uwagę wysoki koszt wyprawy.

Dwaj ze strażników, Kylrm i Nlent, dołączyli do niej, gdy opuściła babska i ruszyła wzdłuż przypominającego doki wyrostka skorupy. Teraz, gdy znaleźli się tak blisko, trudno jej było zobaczyć istotę, a nie wyspę. Warstwa porostów sprawiała, że skorupa niczym się nie różniła od skały. Rosła tam kępa drzew, ich korzenie zanurzały się w wodzie, a gałęzie wznosiły wysoko, tworząc las.

Z wahaniem wkroczyła na jedyną ścieżkę prowadzącą w górę. Tu „ziemia” tworzyła stopnie, które wydawały się zbyt kwadratowe i regularne, by być dziełem natury.

– Wbili się w jego skorupę? – spytała Rysn.

Kylrm chrząknął.

– Chulle nie czują swoich skorup. Ten potwór pewnie też nie.

Cały czas trzymał dłoń na rękojeści gteta, tradycyjnego thayleńskiego miecza o dużym ostrzu w kształcie klina. Chwytało się je u nasady. Długa klinga wystawała za kostkami palców, a część rękojeści opierała się o nadgarstek dla dodatkowego wsparcia. W tej chwili Kylrm trzymał gtet w pochwie u pasa, a na plecach miał łuk.

Dlaczego był tak niespokojny? Reshich nie uważano za niebezpiecznych. Może, kiedy komuś płacono za bycie strażnikiem, wolał zakładać, że każdy jest niebezpieczny.

Ścieżka prowadziła w górę przez gęstą dżunglę. Tutejsze drzewa były smukłe i zdrowe, a ich gałęzie poruszały się niemal bez przerwy. A gdy bestia robiła krok, wszystko się trzęsło.

Pnącza wiły się na ścieżce albo opadały z gałęzi. Cofały się, gdy się zbliżała, ale po jej przejściu szybko wracały na miejsce. Wkrótce nie widziała już morza ani nawet nie czuła jego słonego zapachu. Dżungla otaczała ją z każdej strony. Jej zieleń i brąz od czasu do czasu przerywały różowe lub zielone kopce łupkokory, która zdaje się rosła tu od wieków.

Wcześniej wilgoć była męcząca, ale teraz ją przytłaczała. Miała wrażenie, że płynie, a nawet cienka lniana spódnica, bluzka i kamizelka wydawały się równie grube jak staromodny zimowy strój thayleńskich górali.

Po trwającej całą wieczność wspinaczce usłyszała głosy. Po prawej las się kończył, ukazując ocean. Rysn westchnęła. Niekończące się błękitne wody, chmury opadające w mgiełce deszczu. A w pewnej odległości...

– Kolejna? – spytała, wskazując w stronę cienia na horyzoncie.

– Tak – odparł Kylrm. – Mam nadzieję, że kieruje się w drugą stronę. Naprawdę wolałbym tu nie być, kiedy zdecydują się wypowiedzieć wojnę.

Mocniej zacisnął dłoń na rękojeści.

Głosy dochodziły z góry, więc Rysn z rezygnacją wspinała się dalej. Nogi bolały ją od wysiłku.

Choć dżungla po lewej pozostała nieprzenikniona, nie rosła po prawej, w miejscu, gdzie potężny bok wielkoskorupa tworzył krawędzie i półki. Zauważyła grupkę ludzi siedzących wokół namiotów i wpatrujących się w morze. Nie poświęcili jej i strażnikom więcej niż jednego spojrzenia. Wyżej znalazła kolejnych Reshich.

Ci skakali.

Mężczyźni i kobiety – w różnym stopniu rozebrani – z głośnymi okrzykami zeskakiwali z występów skorupy, opadając w stronę odległej wody. Rysn zrobiło się niedobrze na sam widok. Jak wysoko byli?

– Robią to, żeby cię poruszyć. Zawsze skaczą z większych wysokości, kiedy przybywa cudzoziemiec.

Rysn pokiwała głową, ale nagle uświadomiła sobie, że słów tych nie wypowiedział jeden ze strażników. Odwróciła się i odkryła, że po lewej las cofał się, otaczając duży skalny kopiec.

Tam, przywiązany za nogi do szczytu skorupy, wisiał głową do dołu chudy mężczyzna o bladej, niemal niebieskawej skórze. Miał na sobie jedynie przepaskę biodrową, a jego skórę pokrywały setki drobnych, skomplikowanych tatuaży.

Rysn zrobiła krok w jego stronę, ale Kylrm chwycił ją za ramię i odciągnął.

– Aimianin – syknął. – Trzymaj się z dala.

Niebieskie paznokcie i granatowe oczy powinny być wskazówką. Rysn cofnęła się, choć nie widziała jego cienia Pustkowca.

– Trzymaj się z dala, w rzeczy samej – powiedział mężczyzna. – To zawsze mądry pomysł.

Jego akcent nie przypominał żadnego, jak dotąd słyszała, choć dobrze mówił po thayleńsku. Uśmiechał się łagodnie, jakby go nie obchodziło, że wisi do góry nogami.

– Czujesz się... dobrze? – spytała Rysn.

– Hm? Ach, tak, pomiędzy omdleniami. Całkiem dobrze. Chyba przestaję czuć ból kostek, co jest zaiste cudowne.

Rysn uniosła dłonie do piersi, nie ważąc się podejść bliżej. Aimianin. Wielki pech. Nie była szczególnie przesądna, czasami nawet wątpiła w Pasje – ale... cóż, to był Aimianin.

– Jakie ohydne klątwy sprowadziłeś na ten lud, potworze? – spytał Kylrm.

– Niestosowne gry słów – odparł leniwie mężczyzna. – I smród czegoś, co zjadłem, a co mi zaszkodziło. Idziecie rozmawiać z królem?

– Ja... – zaczęła Rysn. Za jej plecami kolejny Reshi krzyknął i zeskoczył z półki. – Tak.

– Cóż – powiedziała istota – nie pytajcie o duszę ich boga. Jak się okazuje, nie lubią o tym rozmawiać. Musi być spektakularna, skoro pozwala im dorastać do takich rozmiarów. Większa nawet niż spreny zamieszkujące ciała zwyczajnych wielkoskorupów. Hm... – Wydawał się bardzo zadowolony.

– Nie współczuj mu, mistrzyni – powiedział cicho Kylrm, odciągając ją od wiszącego więźnia. – Mógłby uciec, gdyby chciał.

Nlent, drugi strażnik, przytaknął.

– Mogą pozbywać się własnych kończyn. I zdjąć skórę. Nie mają prawdziwego ciała. Tylko coś złego, co przybrało ludzką postać.

Krępy strażnik nosił urok na nadgarstku, urok odwagi, który teraz zdjął i ścisnął w dłoni. Oczywiście, sam urok nie miał żadnych mocy, był jedynie przypomnieniem. Odwaga. Pasja. Zapragnij tego, czego potrzebujesz, pożądaj go, a później weź.

Cóż, tym, czego potrzebowała, była obecność babska. Znów ruszyła w górę, zaniepokojona spotkaniem z Aimianinem. Kolejni ludzie zeskakiwali z półki po prawej. Szaleństwo.

Mistrzyni, pomyślała. Kylrm zwrócił się do mnie „mistrzyni”. Nie była nią, jeszcze nie. Była własnością Vstima, uczennicą, która pracowała za darmo.

Nie zasługiwała na tytuł, ale dodał jej sił. Szła przodem po schodach, które trawersowały skorupę bestii. Minęli miejsce, gdzie ziemia pękła, a skorupa odsłaniała ciało poniżej. Pęknięcie było jak rozpadlina i nie udałoby się przeskoczyć z jednej strony na drugą.

Reshi, których mijała na ścieżce, nie odpowiadali na jej pytania. Całe szczęście, Kylrm znał drogę, a kiedy ścieżka się rozdzieliła, wskazał na prawo. Na pewnym odcinku droga była płaska, ale zawsze w końcu docierali do schodów.

Z obolałymi nogami i przepoconym ubraniem dotarła na szczyt tych schodów i tam – nareszcie – nie było już kolejnych stopni. W tym miejscu dżungla znikała, choć skałopąki czepiały się pustej skorupy – za którą było już tylko niebo.

Głowa, pomyślała Rysn. Wspięliśmy się na samą głowę bestii.

Wzdłuż ścieżki stali żołnierze uzbrojeni we włócznie ozdobione barwnymi frędzlami. Nosili napierśniki i naramienniki ze starannie wyrzeźbionych skorup, a choć ich jedyne odzienie stanowiły pasy tkaniny, stali równie prosto jak Alethi i mieli odpowiednio surowe miny. Jej babsk miał rację. Nie wszyscy Reshi tylko leniuchowali i się kąpali.

Zuchwałość, pomyślała, przypominając sobie słowa Vstima. Nie mogła okazać nieśmiałości. Król stał na końcu ścieżki strażników i skałopąków, drobna sylwetka na krawędzi skorupy, zwrócona w stronę słońca.

Rysn ruszyła naprzód, przechodząc między podwójnym rzędem włóczni. Spodziewała się, że król będzie ubrany podobnie, ale on miał na sobie obszerne szaty w jaskrawych odcieniach zieleni i żółci. Wydawały się bardzo ciepłe.

 

Podszedłszy bliżej, Rysn zorientowała się, jak wysoko się wspięła. Wody poniżej migotały w blasku słońca, tak nisko, że nie usłyszałaby chlupnięcia, gdyby zrzuciła kamień. Tak daleko, że spojrzenie w bok wystarczyło, by poczuła ściskanie żołądka i drżenie nóg.

Podejście do króla oznaczało wyjście na półkę, na której stał. Znalazłaby się o krok od miejsca, z którego mogłaby spaść setki stóp w dół.

Spokojnie, powiedziała sobie Rysn. Pokaże babskowi, że sobie poradzi. Nie była tą głupią dziewczyną, która źle oceniła Shinów albo obraziła Irialich. Nauczyła się.

Ale może jednak powinna poprosić Nlenta o pożyczenie uroku odwagi.

Wyszła na półkę. Król wydawał się młody, przynajmniej z tyłu. Sylwetka młodzieńca albo...

Nie, pomyślała z zaskoczeniem Rysn, gdy król się odwrócił. To była kobieta, na tyle stara, że zaczynała siwieć, choć jeszcze się nie garbiła.

Ktoś wszedł na półkę za Rysn. Był młodszy i miał na sobie typowy strój z pasa tkaniny i frędzli. Włosy zaplótł w dwa warkocze, które opadały na opalone, odkryte ramiona. Kiedy się odezwał, w głosie nie miał nawet śladu akcentu.

– Król pragnie wiedzieć, dlaczego jego stary partner handlowy, Vstim, nie przybył osobiście, lecz przysłał dziecko.

– A czy ty jesteś królem? – Rysn zwróciła się do nowo przybyłego.

Mężczyzna się roześmiał.

– Stoisz przy nim, a pytasz mnie?

Rysn spojrzała w stronę postaci w szatach. Dekolt wyraźnie ukazywał, że „król” ma piersi.

– Włada nami król – powiedział nowo przybyły. – Płeć się nie liczy.

Rysn wydawało się, że płeć jest częścią definicji, ale uznała, że nie ma się o co kłócić.

– Mój mistrz nie czuje się najlepiej – powiedziała, zwracając się do mężczyzny, który pewnie był mistrzem handlu na wyspie. – Mam pozwolenie, by mówić w jego imieniu i doprowadzić do wymiany handlowej.

Przybysz prychnął i usiadł na krawędzi półki, zwieszając nogi na zewnątrz. Rysn poczuła, że żołądek podjeżdża jej do gardła.

– Powinien się domyślić. Umowa jest nieważna.

– Zakładam, że ty jesteś Talik – powiedziała Rysn, zakładając ręce na piersi. Mężczyzna już na nią nie patrzył. Wydawało się to celową obelgą.

– Tak.

– Mistrz ostrzegał mnie przed tobą.

– W takim razie nie jest całkowitym głupcem – odparł Talik. – Tylko w większości.

Miał zadziwiającą wymowę. Odkryła, że sprawdza jego brwi, ale nie, był wyraźnie Reshim.

Rysn zacisnęła zęby, po czym zmusiła się, żeby usiąść obok niego na krawędzi. Spróbowała zrobić to równie nonszalancko jak on, ale nie mogła. Dlatego tylko usadowiła się obok niego – co nie było łatwe w modnej spódnicy – i opuściła nogi.

Och, Pasje! Spadnę z tego i się zabiję! Nie patrz w dół! Nie patrz w dół!

Nic nie mogła na to poradzić. Rzuciła okiem w dół i natychmiast dostała zawrotów głowy. Z tego miejsca widziała bok głowy, potężną linię szczęki. Grupka ludzi stojąca na półce nad okiem, na prawo od Rysn, zrzucała wielkie sterty owoców. Związane pnączami, kołysały się w pobliżu paszczy.

Żuwaczki poruszyły się powoli, wciągnęły owoce, szarpnęły linami. Reshi wciągnęli je z powrotem na górę, by przywiązać więcej owoców, wszystko na oczach króla, nadzorującej karmienie z samego czubka nosa, na lewo od Rysn.

– Poczęstunek – powiedział Talik, widząc, gdzie zwróciła wzrok. – Dar. Rzecz jasna, te niewielkie wiązki owoców nie są jedynym pokarmem naszego boga.

– A co nim jest?

Uśmiechnął się.

– Dlaczego wciąż tu jesteś, młoda? Czyż cię nie odesłałem?

– Nie musimy unieważniać umowy – stwierdziła Rysn. – Mistrz powiedział mi, że warunki zostały już ustalone. Przywieźliśmy wszystko, czego zażądaliście jako zapłaty. – Choć nie wiem za co. – Odesłanie mnie nie miałoby sensu.

Jak zauważyła, król podeszła bliżej, by ich posłuchać.

– Miałoby to ten sam cel, co wszystko inne w życiu – stwierdził Talik. – Sprawić przyjemność Relu-na.

To musiało być imię ich boga, wielkoskorupa.

– A wasza wyspa zaakceptowałaby takie marnotrawstwo? Zaprosić kupców z tak daleka, a później ich odesłać?

– Relu-na ceni zuchwałość – powiedział Talik. – I, co ważniejsze, szacunek. Jeśli nie szanujemy tego, z kim handlujemy, to nie powinniśmy tego robić.

Cóż za absurdalna logika. Gdyby kupiec kierował się takim rozumowaniem, nie mógłby prowadzić handlu. Ale... w ciągu miesięcy spędzonych ze Vstimem widziała, że często kontaktował się z ludźmi, którzy lubili prowadzić z nim interesy. Ludźmi, których szanował. Oni z pewnością byli mniej skłonni go oszukać.

Może to nie była taka zła logika... jedynie niekompletna.

Myśl jak drugi kupiec, przypomniała sobie. Jedna z lekcji Vstima – jakże różnych od tych, które poznała w domu. Czego chcą? Dlaczego tego chcą? Dlaczego jesteś najlepszą osobą, która może im to coś dostarczyć?

– Życie na wodach musi być trudne – powiedziała. – Wasz bóg jest imponujący, ale nie możecie wytworzyć tu wszystkiego, czego potrzebujecie.

– Nasi przodkowie dobrze sobie radzili.

– Bez lekarstw – zauważyła Rysn – które mogły ocalić życie wielu. Bez tkanin z włókien, które rosną tylko na kontynencie. Wasi przodkowie żyli bez tych rzeczy, ponieważ musieli. Wy już nie musicie.

Mężczyzna pochylił się.

Nie rób tego! Spadniesz!

– Nie jesteśmy idiotami – stwierdził Talik.

Rysn zmarszczyła czoło. Dlaczego...

– Mam już dość wyjaśniania tego – mówił dalej. – Prowadzimy proste życie. To nie oznacza, że jesteśmy głupi. Od lat przybywają ludzie z zewnątrz i próbują nas wykorzystać ze względu na naszą niewiedzę. Mamy już tego dość, kobieto. Wszystko, co mówisz, jest prawdziwe. Nie tylko prawdziwe, lecz oczywiste. Jednak powiedziałaś to tak, jakbyśmy nigdy się nad tym nie zastanawiali. „O! Lekarstwa! Oczywiście, że potrzebujemy lekarstw! Dziękuję, że zwróciłaś mi na to uwagę. Inaczej siedziałbym i czekał na śmierć”.

Na twarzy Rysn pojawił się rumieniec.

– Ja nie...

– Ależ oczywiście, że tak myślałaś – powiedział Talik. – Protekcjonalność wręcz spływała z twoich warg, młoda damo. Mamy dość tych, którzy nas wykorzystują. Mamy dość cudzoziemców, którzy próbują nam sprzedać śmieci za bogactwa. Nie znamy obecnej sytuacji gospodarczej na kontynencie, więc nie możemy mieć pewności, czy ktoś próbuje nas oszukać, czy nie. Dlatego handlujemy jedynie z ludźmi, których znamy i którym ufamy. I tyle.

Obecna sytuacja gospodarcza na kontynencie...? – pomyślała Rysn.

– Szkoliłeś się w Thaylenah – domyśliła się.

– Oczywiście – odparł. – Trzeba znać sztuczki drapieżnika, zanim się go złapie. – Odchylił się do tyłu, co sprawiło, że Rysn nieco się rozluźniła. – Rodzice wysłali mnie na naukę, kiedy byłem dzieckiem. Miałem jednego z waszych babsków. Sam zostałem mistrzem handlu zanim tu powróciłem.

– A twoimi rodzicami są król i królowa? – domyśliła się znów Rysn.

Popatrzył na nią.

– Król i małżonek.

– Moglibyście nazywać ją po prostu królową.

– Do transakcji nie dojdzie – powiedział Talik i wstał. – Idź i powiedz swojemu mistrzowi, że przykro nam z powodu jego choroby i mamy nadzieję, że powróci do zdrowia. Jeśli tak, może powrócić w następnym roku, a my się z nim spotkamy.

– Sugerujesz, że go szanujesz – powiedziała Rysn, podnosząc się i cofając znad przepaści. – Dlaczego więc nie zawrzesz z nim umowy?

– Jest chory – odparł Talik, nie patrząc na nią. – To by było wobec niego niesprawiedliwe. Wykorzystywalibyśmy go.

Wykorzystywali go... na Pasje, ci ludzie naprawdę byli dziwni. A jeszcze dziwniej czuła się, słysząc takie słowa z ust kogoś, kto doskonale mówił po thayleńsku.

– Gdybyś mnie szanował, handlowałbyś ze mną – stwierdziła Rysn. – Gdybyś uważał, że jestem tego warta.

– To zajmie lata – powiedział Talik i dołączył do matki na półce. – Odejdź i...

Przerwał, gdy król odezwała się do niego cicho w języku Reshich.

Talik zacisnął wargi.

– O co chodzi? – spytała Rysn, robiąc krok naprzód.

Talik odwrócił się w jej stronę.

– Najwyraźniej zrobiłaś wrażenie na królu. Gorąco przekonujesz. Uznajesz nas za prymitywnych, ale nie jesteś aż taka zła, jak niektórzy. – Przez chwilę zgrzytał zębami. – Król wysłucha twoich argumentów.

Rysn zamrugała i przesunęła wzrok z jednego na drugie. Przecież przed chwilą wygłosiła argumenty za wymianą handlową, a król słuchała?

Kobieta wpatrywała się w Rysn ciemnymi oczyma, twarz miała spokojną. Wygrałam pierwszą walkę, uświadomiła sobie Rysn, jak wojownicy na polu bitwy. Pojedynkowałam się i zostałam uznana za godną, by walczyć z kimś o większej władzy.

Król się odezwała, a Talik tłumaczył.

– Król mówi, że jesteś utalentowana, ale do transakcji oczywiście nie dojdzie. Powinnaś powrócić ze swoim babskiem, kiedy znów tu przybędzie. Za jakieś dziesięć lat być może będziemy z tobą handlować.

Rysn szukała argumentów.

– I tak właśnie Vstim zdobył szacunek, Wasza Wysokość? – Nie zawiedzie. Nie mogła! – Przez lata, ze swoim babskiem?

– Tak – odparł Talik.

– Nie przetłumaczyłeś tego – stwierdziła Rysn.

– Ja... – Talik westchnął, po czym przetłumaczył jej pytanie.

Król uśmiechnęła się z wyraźną sympatią. Wypowiedziała kilka słów w ich języku, a Talik odwrócił się do matki. Wydawał się wstrząśnięty.

– Ja... a niech to.

– O co chodzi? – spytała Rysn.

– Twój babsk w towarzystwie kilku naszych myśliwych zabił coracota – wyjaśnił Talik. – Samodzielnie? Cudzoziemiec? Nie słyszałem o czymś takim.

Vstim. Zabił coś? Z myśliwymi? Niemożliwe.

Wiedziała, że nie zawsze był pomarszczonym starcem zakopanym w rachunkach, jakim znała go teraz, ale wyobrażała sobie, że w przeszłości był pomarszczonym młodzieńcem zakopanym w rachunkach.

Król znów się odezwała.

– Wątpię, byś zabiła jakieś bestie, dziecko – przetłumaczył Talik. – Idź. Twój babsk wyzdrowieje. Jest mądry.

Nie. On umiera, pomyślała Rysn. Ta myśl pojawiła się w jej głowie nieproszona, ale przeraziła ją swoją prawdziwością. Bardziej niż wysokość, bardziej niż cokolwiek, co wiedziała. Vstim umierał. To mogła być jego ostatnia transakcja.

A ona ją popsuła.

– Mój babsk mi ufa – powiedziała Rysn, podchodząc bliżej do króla, idąc wzdłuż nosa wielkoskorupa. – A wy mówicie, że mu ufacie. Czy nie możecie zaufać jego ocenie, że jestem godna?

– Nic nie zastąpi osobistego doświadczenia – przetłumaczył Talik.

Bestia zrobiła krok, ziemia zadrżała, a Rysn zacisnęła zęby, wyobrażając sobie, że wszyscy spadają. Na szczęście, na tej wysokości ruch przypominał raczej łagodne kołysanie. Drzewa zaszeleściły, a żołądek podskoczył jej do gardła, ale nie było to bardziej niebezpieczne od statku unoszącego się na tali.

Rysn podeszła bliżej do króla.

– Jesteście królem i wiecie jak ważne jest, by ufać tym, którzy wam podlegają. Nie możecie być wszędzie i wiedzieć wszystkiego. Czasem musicie przyjąć ocenę tych, których znacie. Mój babsk jest takim człowiekiem.

– To słuszny argument – przetłumaczył Talik z wyraźnym zaskoczeniem. – Ale nie uświadamiasz sobie, że już obdarzyłam twojego babska szacunkiem. Dlatego zgodziłam się porozmawiać z tobą osobiście. Nie zrobiłabym tego dla nikogo innego.

– Ale...

– Wróć na dół – powiedziała król przez Talika, a jej głos stał się bardziej surowy. Wydawało się, że uważa, że to koniec. – Przekaż swojemu babskowi, że zaszłaś dość daleko, by rozmawiać ze mną osobiście. Bez wątpienia to więcej niż się spodziewał. Możecie opuścić wyspę i wrócić, kiedy poczuje się lepiej.

– Ja... – Rysn miała wrażenie, że na jej gardle zacisnęła się pięść, uniemożliwiając mówienie. Nie mogła go zawieść, nie teraz.

– Przekaż mu najserdeczniejsze życzenia powrotu do zdrowia – dodała król i się odwróciła.

Na twarzy Talika pojawił się uśmiech zadowolenia. Rysn spojrzała na swoich strażników. Obaj mieli ponure miny.

Zrobiła krok do tyłu. Czuła się odrętwiała. Odesłana jak dziecko, które prosiło o słodycze. Czuła, że jej twarz pokrywa gorący rumieniec, kiedy przechodziła obok mężczyzn i kobiet przygotowujących kolejne wiązki owoców.

Rysn się zatrzymała. Spojrzała w lewo, na niekończący się przestwór błękitu. Odwróciła się z powrotem do króla.

– Wierzę – powiedziała Rysn – że powinnam porozmawiać z kimś, kto ma większą władzę.

Talik odwrócił się w jej stronę.

 

– Rozmawiałaś z królem. Nie ma nikogo, kto ma większą władzę.

– Z całym szacunkiem, ale sądzę, że jest.

Jedna z lin zadrżała, gdy dar owoców został pożarty.

To głupota, to głupota, to...

Nie myśl.

Rysn podeszła do liny, co wywołało okrzyki jej strażników. Chwyciła ją i opuściła się przez krawędź, schodząc po głowie wielkoskorupa. Głowie boga.

Na Pasje! W spódnicy nie było to łatwe. Lina wbijała się w skórę jej ramion i wibrowała, gdy stwór poniżej żuł owoce.

Na górze pojawiła się głowa Talika.

– Na Keleka, co ty wyprawiasz, wariatko?! – wykrzyknął.

Z rozbawieniem stwierdziła, że nauczył się również ich przekleństw.

Rysn ściskała linę, serce waliło jej w piersi. Co ona wyprawiała?

– Relu-na ceni zuchwałość! – odkrzyknęła do Talika.

– Zuchwałość to nie głupota!

Rysn nadal schodziła, a raczej się zsuwała. O, Pragnienie, Pasjo potrzeby...

– Wciągnijcie ją z powrotem! – polecił Talik. – Żołnierze, pomóżcie. – Wydał kolejne rozkazy w reshi.

Rysn uniosła wzrok, gdy grupa robotników chwyciła linę, by wciągnąć ją na górę. Jednak obok pojawiła się nowa twarz. Król. Uniosła dłoń, powstrzymując ich, i jednocześnie wpatrywała się w Rysn.

Dziewczyna schodziła coraz niżej. Nie zaszła bardzo daleko, może pięćdziesiąt stóp. Nie dotarła nawet do oka istoty. Zatrzymała się z trudem, palce ją piekły.

– O, wielki Relu-na – powiedziała głośno – twój lud odmawia handlu ze mną, więc przybyłam do ciebie, by cię błagać. Twój lud potrzebuje tego, co przywiozłam, ale ja jeszcze bardziej potrzebuję doprowadzić do wymiany. Nie stać mnie na powrót.

Stwór oczywiście nie odpowiedział. Rysn wisiała obok jego skorupy, którą pokrywały porosty i nieduże skałopąki.

– Proszę – powiedziała. – Proszę.

Czego ja właściwie oczekuję? zastanawiała się Rysn. Nie spodziewała się, że istota w jakiś sposób odpowie. Ale może przekonałaby tych na górze, że jest dość zuchwała, by uznać ją za godną. Na pewno by to nie zaszkodziło.

Lina zadrżała w jej dłoniach i Rysn popełniła błąd, spoglądając w dół.

Właściwie to, co robiła, mogło zaszkodzić. Bardzo.

– Król – powiedział Talik – rozkazuje ci, byś powróciła.

– Czy nasze negocjacje będą trwały dalej? – spytała Rysn, podnosząc wzrok. Król wydawała się wręcz zaniepokojona.

– Nieważne – odparł Talik. – To rozkaz.

Rysn zacisnęła zęby, trzymając się liny i patrząc na chitynowe płyty.

– A ty co sądzisz? – spytała cicho.

Poniżej stwór opuścił głowę i lina nagle stała się bardzo napięta, wbijając Rysn w pokryty chityną bok. Na górze robotnicy zaczęli wrzeszczeć. Król nagle krzyknęła na nich wysokim głosem.

O nie... Lina naciągnęła się jeszcze bardziej.

I pękła.

Okrzyki na górze stały się gorączkowe, choć Rysn ledwie je zauważała, gdy dopadła ją panika. Nie spadała z wdziękiem, lecz w plątaninie tkanin, jej spódnica falowała, a żołądek podjeżdżał do gardła. Co ona narobiła? Ona...

Zobaczyła oko. Oko boga. Jedynie mignięcie, kiedy je mijała – było wielkie jak dom, szkliste i czarne, i odbijało jej spadającą sylwetkę.

Wydawało się, że wisi przed nim przez ułamek sekundy, i krzyk zamarł jej w gardle.

Po chwili zniknęło, a później był już tylko wiatr, kolejny krzyk i uderzenie w wodę twardą jak kamień.

Czerń.

* * *

Obudziwszy się, Rysn poczuła, że się unosi. Nie otwierała oczu, ale wyczuwała, że się unosi. Dryfuje, wznosi i opada...

– To idiotka. – Znała ten głos. Talik, ten, z którym handlowała.

– W takim razie doskonale do mnie pasuje – odparł Vstim. Zakaszlał. – Muszę jednak powiedzieć, stary przyjacielu, że miałeś mi pomóc ją szkolić, a nie zrzucać z urwiska.

Unoszenie się... Dryfowanie...

Zaraz.

Rysn zmusiła się do otwarcia oczu. Leżała na łóżku w chacie. Było gorąco. Obraz falował i dryfowała... dryfowała, gdyż umysł miała zaćmiony. Co oni jej podali? Próbowała usiąść. Jej nogi się nie ruszały. Jej nogi się nie ruszały.

Sapnęła i zaczęła oddychać szybciej.

W jej polu widzenia pojawiła się twarz Vstima, a później zatroskana kobieta Reshi ze wstążkami we włosach. Nie sama królowa... król... cokolwiek. Ta kobieta mówiła szybko w chrapliwym języku Reshich.

– Uspokój się – powiedział Vstim, klękając obok Rysn. – Uspokój się... Przyniosą ci coś do picia, dziecko.

– Przeżyłam – odpowiedziała. Głos miała ochrypły.

– Ledwie – przyznał Vstim. Mówił z sympatią. – Spreny złagodziły twój upadek. Z tej wysokości... Dziecko, co ty sobie myślałaś, kiedy schodziłaś przez krawędź?

– Musiałam coś zrobić – wyjaśniła. – Żeby udowodnić odwagę. Myślałam... że muszę być zuchwała...

– Och, dziecko. To moja wina.

– Byłeś jego babskiem – powiedziała Rysn. – Talika, ich kupca. Ustaliłeś to z nim, żebym miała okazję sama prowadzić negocjacje, ale w bezpiecznym otoczeniu. Nasza wymiana wcale nie była w niebezpieczeństwie, a ty nie jesteś tak chory, jak się wydaje.

Słowa wyrwały się na wolność, potykały się o siebie jak setka ludzi próbująca jednocześnie wyjść przez jedne drzwi.

– Kiedy się tego domyśliłaś? – spytał Vstim i zakaszlał.

– Ja... – Nie wiedziała. Po prostu wszystko do siebie pasowało. – W tej chwili.

– Musisz wiedzieć, że czuję się prawdziwym głupcem – powiedział Vstim. – Sądziłem, że to dla ciebie doskonała szansa. Praktyka, ale prawdziwe wyzwanie. A później... a później ty spadłaś z głowy wyspy!

Rysn zacisnęła powieki, gdy pojawiła się kobieta z napitkiem.

– Będę znowu chodzić? – spytała cicho.

– Masz, wypij to – powiedział Vstim.

– Będę znowu chodzić? – Nie wzięła kubka i nie otwierała oczu.

– Nie wiem – przyznał mężczyzna. – Ale będziesz znów handlować. Na Pasje! Odważyłaś się sięgnąć wyżej niż władza króla? Uratowała cię sama dusza wyspy? – Zaśmiał się, lecz wydawało się to wymuszone. – Inne wyspy same do nas przyjdą, żeby prowadzić z nami interesy.

– W takim razie coś osiągnęłam – powiedziała, czując się jak zupełna i całkowita idiotka.

– Ależ tak, w rzeczy samej coś osiągnęłaś – stwierdził Vstim.

Poczuła ukłucia na ramieniu i gwałtownie otworzyła oczy. Coś tam pełzało, coś wielkości jej dłoni – istota, która wyglądała jak kremlik, ale na grzbiecie miała złożone skrzydła.

– Co to? – spytała.

– Powód, dla którego tu przybyliśmy – wyjaśnił Vstim. – To, co chcieliśmy kupić, skarb, o którego istnieniu wie niewielu. Widzisz, uważa się, że wymarły z Aimią. Przybyłem tu z tymi wszystkimi towarami, bo Talik wysłał mi wiadomość, że mieli trupa jednego z nich na sprzedaż. Królowie płacą za nie fortunę.

Nachylił się.

– Nigdy wcześniej nie widziałem żywego. Ja dostałem trupa, którego chciałem kupić. Ten został podarowany tobie.

– Przez Reshich? – spytała Rysn. Nadal nie myślała jasno. Nie wiedziała co o tym wszystkim sądzić.

– Reshi nie wydają rozkazów skowrończykom – odparł Vstim, wstając. – Podarowała ci go sama wyspa. A teraz wypij lekarstwo i idź spać. Zmiażdżyłaś obie nogi. Pozostaniemy na tej wyspie na dłużej, ty będziesz wracała do zdrowia, a ja będę błagał o wybaczenie własnej głupoty.

Przyjęła napitek. Kiedy piła, niewielki stwór wzleciał w stronę krokwi i tam się usadowił, patrząc na nią z góry oczami z czystego srebra.