Filozofia i wartości. Tom IV

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Postscriptum

W „Traktacie” przyjmuje się dla algebry (U, Cz) wariant najprostszy: że porządek Cz jest trywialny, tzn. że Cz(a, b) ⇒ a = b.

34 Tekst przedstawiony w październiku 2002 r. na XLVIII Konferencji Historii Logiki w Krakowie.

35 Patrz R. Suszko, O kategoriach syntaktycznych i denotacjach wyrażeń w języ­kach sformalizowanych, w: Rozprawy logiczne. Księga pamiątkowa ku czci Profesora Kazimierza Ajdukiewicza, Warszawa 1964, s. 203.

36 Patrz L. Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, tłum. B. Wolniewicz, Warszawa 2000, s. 8.

37 K. R. Popper, Świat skłonności, tłum. Adam Chmielewski, Kraków 1996, s. 29.

38 Patrz A. I. Malcew, Algebraiczeskije sistemy, Moskwa 1970, s. 46.

39 S. Szober, Gramatyka języka polskiego, Warszawa 1963, s. 216.

40 B. Wolniewicz, Wstęp, w: G. Frege, Pisma semantyczne, tłum. B. Wolniewicz, Warszawa 1977, s. XXIV–XXVI.

O tak zwanym wywodzie jak z procy

1. Tak zwany „wywód jak z procy” (slingshot argument) ma pokazywać, że gdy zdaniom przypiszemy podobnie jak nazwom jakieś korelaty semantyczne, to takich korelatów może być tylko dwa: jeden dla wszystkich zdań prawdziwych, drugi dla fałszywych – czyli jak u Fregego. A mówi się, że jest „jak z procy”, bo do tego niespodziewanego wniosku dochodzi się tam w paru prostych krokach i oparłszy się jedynie na dwu mało spornych założeniach.

Oto te założenia:

(W) Zasada Wittgensteina: Zdania logicznie równoważne mają ten sam korelat semantyczny.

(F) Zasada Fregego: Jeżeli składnik zdania zastąpić innym, ale o tym samym korelacie semantycznym, to korelat semantyczny całości się nie zmieni.

Dla nazw tożsamość ich korelatów semantycznych wyraża znak równości. By wyrazić ją także dla zdań, Suszko wprowadził do formalizmu logiki spójnik identyczności, pisząc go „p ≡ q”. Można go czytać „to, że p, jest tym samym, co to, że q”. Tak np. to, że Jan jest ojcem Jasia, jest tym samym co to, że Jasio jest synem Jana. Jeżeli dopuszczone korelaty semantyczne zdań nazwiemy za Traktatem Wittgensteina „sytuacjami” (Sachlagen), to można rzec, że spójnik identyczności wyraża tożsamość przedstawianych tymi zdaniami sytuacji.

Suszko scharakteryzował swój spójnik identyczności trzema warunkami: że ma on cechy równości; że jest kongruencją względem spójników prawdziwościowych; oraz że implikuje równoważność materialną, czyli że

(1.1) p ≡ q ⇒ p ⇔ q.

Z warunku (1.1) wynika, że zdania sprzeczne muszą mieć różne korelaty, więc sytuacji jest co najmniej dwie. (Bo podstawiwszy w formule (1.1) q/¬p, otrzymujemy przez transpozycję i oderwanie: ¬(p ≡ ¬p).) Wywód „z procy” ma zaś pokazywać, że jest ich co najwyżej dwie; czyli że implikacja odwrotna do (1.1):

(1.2) p ⇔ q ⇒ p ≡ q,

którą Suszko nazywa „aksjomatem Fregego”, wynika z założeń jego systemu.

Wywód „z procy” ma kilka wariantów, różniących się jednak tylko ornamentacją formalną. Niżej dajemy jego ujęcie najprostsze i najbardziej naturalne, ukazujące też najwyraźniej jego szkielet logiczny.41

2. Zapiszmy zasady (W) i (F) formalnie. Niech wyrażenia postaci „⊢ (p)” znaczą „to, że p, jest tezą logiki”. Zasadę (W) piszemy wtedy jako

(W') ⊢ (p ⇔ q) ⇒ p ≡ q.

Trudniej wyrazić formalnie zasadę (F). W wywodzie „z procy” nie korzysta się z niej jednak w całej ogólności. Dlatego starczy, że wyraża ona ekstensjonalność spójnika identyczności względem predykatu identyczności. Niech „K(…)” będzie schematem dowolnego kontekstu zdaniowego o jednym miejscu wolnym na argument nazwowy. Zasadę (F) piszemy wtedy jako

(F') x = y ⇒ K(x) ≡ K(y).

Tak więc zasada (F') nie jest tylko zwykłym prawem ekstensjonalności, lecz jego wersją wzmocnioną, w której spójnik równoważności materialnej zastąpiono spójnikiem identyczności.

3. Wywód „z procy” opiera się na chwycie czysto formalnym. Wprowadza się pewien funktor kategorii n/z: nazwotwórczy od argumentu zdaniowego. Na argumencie ma on być przy tym prawdziwościowy: wartość wyrażanej nim funkcji ma zależeć tylko od wartości logicznej stojącego pod nim zdania.

Wartości tych zatem też nie może być więcej niż dwie.

Funktor „procowy” będziemy zapisywać jako „r(p)”. W obiegu są trzy jego wersje interpretacyjne:

(1) r(p) = {x: x = x ∧ p} – (Davidson);

(2) r(p) = {x: x = a ∧ p} – (Wójtowicz);

(3) r(p) = (ı x)(x = a ∧ p) – (Shramko/Wansing);

przy czym w obu ostatnich stała „a” ma być nazwą jakiegokolwiek ustalonego obiektu. Zależnie od interpretacji, postuluje się przy tym następujący związek tej funkcji z jej argumentem:

(1) r(p) = U ⇔ p;

(2) r(p) = {a} ⇔ p;

(3) r(p) = a ⇔ p.

W postulacie (1) stała U oznacza uniwersum przedmiotów przebiegane przez zmienną x. Gdy zaś przyjąć dla celów wywodu, że uniwersum to jest jednoelementowe, czyli U = {a}, to postulat (1) pokryje się z postulatem (2).

Wywód „z procy” przebiega tak samo w każdej wersji. Rozważymy więc tylko wersję (1), przy której staje się on logicznie najbardziej przejrzysty.

4. W „procy” uderza zaraz na wstępie pewna niejasność. Wyrażenie „r(p)” pełni tam rolę podwójną: funktora nad zmienną zdaniową p, oraz operatora wiążącego zmienną nazwową x. Brak zwłaszcza wyjaśnienia, jak ten operator ma się do stojącej pod nim koniunkcji, gdy jednym z jej członów jest pełne zdanie. (Albo ogólniej: gdy jest nim formuła bez zmiennej podoperatorowej wolnej.) Czy rozkłada się jak zwykle według wzoru

{ x: α(x) ∧ p } = { x: α(x) } ∩ { x: p },

a jeżeli nie, to co taka koniunkcja pod tym operatorem właściwie znaczy?

Przyjmujemy to pierwsze, a ponadto kładziemy jako postulat znaczeniowy dla funkcji r(p) = { x: p }:

(4.1) r(p) = U ⇔ p oraz r(p) = ∅ ⇔ ¬p.

Pokrywa się to z praktyką w teorii modeli.42

Kładąc teraz „α(x)” = „x = x”, mamy:


I widzimy, że w „procy” człon postaci „α(x)” występuje jałowo, jako logiczna dekoracja. Warunek (4.1) wystarczy.

5. Wywód „z procy” przebiega teraz w siedmiu krokach, co najlepiej pokaże poniższy graf. Oto on:


W kroku (1) zakładamy poprzednik dowodzonej implikacji (1.2). W kroku (2) odwołujemy się do postulatu (4.1). Krok (3) mamy prosto z (1) i (2).

Krok (4) wymaga uzasadnienia. Wyjściowa równoważność (3) sama jest równoważna logicznie alternatywie

r(p) = U ∧ r(q) = U lub r(p) ≠ U ∧ r(q) ≠ U.

Z jej pierwszego członu równość (4) wynika wprost. Co zaś do drugiego, to dodając w postulacie (4.1) obie jego równoważności do siebie stronami, a potem odrywając lewą stronę tej sumy logicznej, otrzymujemy: r(p) = U lub r(p) = ∅. Zatem r(p) ≠ U znaczy, że r(p) = ∅, co znowu daje równość (4).

W kroku (5) stosujemy zasadę (F'). Za kontekst K(…) bierzemy „(…) = U” i podstawiamy x / r(p), y / r(q); a potem w uzyskanej tak formule odrywamy wobec (4) jej następnik.

W kroku (6) wzmacniamy obie równoważności (2) według zasady (W') do identyczności.

Krok (7) wynika z identyczności (5) i (6), dając tym samym następnik implikacji (1.2), co kończy wywód.

6. W tym miejscu jedna obiekcja nasuwa się od razu. Wywód „z procy” prowadzi się na gruncie pewnej teorii, jaką jest logika niefregowska (NFL). Ma on pokazywać, że względem tej teorii formuła (1.2) nie jest nowym aksjomatem, lecz jej tezą wtórną. Wniosek taki uzyskuje się jednak dodawszy coś uprzednio do teorii NFL: postulat znaczeniowy (4.1), którym wprowadzono do języka tej teorii nowy funktor, potem w dowodzonej formule (1.2) już nieobecny.

Tak więc w świetle „procy” formuła (1.2) wynika z teorii NFL + (4.1), a z samej tylko NFL nie wynika. I to jest zastanawiające. Narusza bowiem metodologiczną zasadę nietwórczości postulatów znaczeniowych. Można ją wyrazić tak: niech T będzie teorią, a J(T) – językiem tej teorii (czyli najmniejszym językiem, w jakim jest ona wyrażalna). Oczywiście T ⊂ J(T). Niech teraz π będzie postulatem znaczeniowym, rozszerzającym ów język o jakieś nowe pojęcie, czyli wprowadzającym doń nowy termin lub funktor. Oczywiście π ∉ J(T). Zasada nietwórczości wymaga wtedy, by zachodziła równość:

Cn (T + π) ∩ J(T) = T.

Znaczy to: wnioski z teorii T rozszerzonej o postulat π, gdy je obciąć do języka J(T), żadnych nowych względem niej tez obejmować nie mogą.

Gdy zaś jest inaczej – jak w przypadku wywodu „z procy” – znaczy to, że podawana za postulat znaczeniowy formuła π nie jest tylko wyrazem językowej konwencji, lecz kryje w sobie jakieś założenie rzeczowe na temat rozważanej w teorii T dziedziny.

7. Kroki (1) i (4) przebiegają według zwykłych prawideł logiki formalnej i niczego zarzucić im nie można. Implikacja

(4.1) ⇒ (p ⇔ q ⇒ r(p) = r(q))

jest tautologią: zachodzi niezależnie od tego, jak interpretujemy w niej stałe pozalogiczne „U”, „∅” i funktor „r(…)”, byle z zachowaniem ich kategorii syntaktycznej, czyli tutaj n i n/z.

 

Nie kwestionujemy też kroku (5), bo spełnia warunki użytej w nim zasady Fregego (F').

Sprzeciw budzi krok (6). Stosując zasadę Wittgensteina (W'), wzmacnia się postulowaną w (4.1) równoważność „r(p) = U ⇔ p” do identyczności „r(p) = U ≡ p”. Na jakiej podstawie? Użycie zasady (W') wymaga, by formuła według niej wzmacniania była tezą logiki. W naszym przypadku zatem równoważność „r(p) = U ⇔ p” musiałaby być równoważnością logiczną. I tę logiczność trzeba by wpierw wykazać. Tymczasem w żadnej z trzech wymienionych prac niczego się tu nie wykazuje, jakby rzecz była bezsporna. A nie jest.

Według Davidsona43 zdania „p” i „r(p) = U” – drugie z nich pisane tam ozdobniej jako { x: x = x ∧ p } = { x: x = x } – „mają to samo odniesienie, są bowiem logicznie równoważne”. I tyle.

Wójtowicz – odwołując się do założeń (W') i (F'), a nasze „r(p) = U” zapisując po Davidsonowsku – pisze: „zauważmy, że przy powyższych założeniach prawdziwe jest zdanie:

(ii) „p” jest logicznie równoważne {a} = { x: p ∧ x = a }”.44

Shramko/Wansing powtarzają tylko za Davidsonem, że zdania owe są „logically equivalent” i żadnej dyskusji tego tematu nie podejmują. A dyskusja jest tu bardzo potrzebna. Bo podłóżmy w formule „r(p) = U ⇔ p” interpretację chociażby taką:

Zdanie p = „Ziemia się kręci”

r(p) = ogół słów ze zdania p

U = ogół liczb naturalnych.

Otrzymujemy wtedy taką oto równoważność, rzekomo „logiczną”: zbiór {„Ziemia”, „kręci”, „się”} = ogół liczb naturalnych ⇔ Ziemia się kręci.

Tymczasem równoważność ta jest fałszywa, bo choć Ziemia faktycznie się kręci, to jednak mająca z tego faktu wynikać równość dwu wskazanych zbiorów oczywiście nie zachodzi.

W ten sposób wywód „jak z procy” upada. Nie znaczy to jednak jeszcze, że upada także jego konkluzja, bo wykazywana w nim nieskutecznie identyczność „r(p) = U ≡ p” zachodzi być może z jakichś innych, pozalogicznych powodów.

8. W dyskusjach nad „procą” główną rolę gra funkcja r(p), w którymkolwiek z jej stylistycznych wariantów. Wprowadza się ją tam jednak zawsze byle jak, zróbmy więc to porządniej.

Niech U będzie dowolnym uniwersum przedmiotów i niech x będzie dowolnym obiektem z tegoż U rodem, tzn. bądź elementem U, bądź jakimś tworem mnogościowym nad U. Wprowadzamy teraz predykat „R(x,p)” o kategorii syntaktycznej z/n,z, który czytamy: „obiekt x reprezentuje w U to, że p”. Predykat ten określają dwa postulaty:

(8.1) R(x,p) ∧ R(y,p) ⇒ x = y.

Czyli: każde zdanie ma w U najwyżej jednego reprezentanta.

(8.2) p ⇒ R(U,p) ∧ ¬p ⇒ R(∅,p).

Czyli: reprezentantem każdego zdania prawdziwego jest zbiór pełny, a każdego fałszywego – zbiór pusty.

W (8.2) poprzedniki obu implikacji dopełniają się, a wobec (8.1) następniki ich się wykluczają. Implikacje te tworzą zatem zamknięty układ twierdzeń, wolno je więc odwrócić; co daje tezę

(8.3) p ⇔ R(U,p) ∧ ¬p ⇔ R(∅,p).

Dodając do siebie obie równoważności z (8.3) stronami, widzimy, że zachodzi

(8.4) R(U,p) lub R(∅,p).

Zachodzi także

(8.5) R(∅,p) ⇔ R(U, ¬p).

Bo założywszy R(∅,p), mamy ¬p wobec (8.3 b). Podstawiając zaś w (8.3a) p/¬p, widzimy, że daje to R(U, ¬p). Wywód w drugą stronę jest analogiczny.

Równoważność

(8.6) ¬R(x,p) ⇔ R(x, ¬p)45

wykażemy jedynie dla przypadku x = U; wywód dla x = ∅ przebiega analogicznie. Połóżmy więc najpierw ¬R(U,p). Wobec (8.4) znaczy to, że R(∅,p), co przez (8.5) daje R(U, ¬p). Kładąc zaś odwrotnie R(U, ¬p), mamy znowu wobec (8.5) R(∅,p), co przez (8.1) daje nam ¬R(U,p).

Wobec (8.4) każde zdanie ma swego U-reprezentanta, a wobec (8.1) tylko jednego. Relacja R(x,p) jest zatem funkcją i wolno nam teraz położyć definicyjnie:

(8.7) r(p) = x ⇔ R(x,p).

Podstawiając w (8.7) raz x/U, raz x/∅, otrzymujemy przez (8.3):

(8.8) r(p) = U ⇔ p ∧ r(p) = ∅ ⇔ ¬p,

czyli formułę identyczną z postulatem (4.1).

Wreszcie mamy też

(8.9) r(p) = r(q) ⇔ (p ⇔ q).

Istotnie, wobec (8.4) i (8.7) równość r(p) = r(q) jest równoważna alternatywie „r(p) = U ∧ r(q) = U lub r(p) = ∅ ∧ r(q) = ∅”. Ta zaś wobec (8.2) jest równoważna alternatywie „p ∧ q lub ¬p ∧ ¬q”, równoważnej z kolei logicznie formule p ⇔ q.

Zauważmy, że żadna z wykazanych w tym punkcie równoważności nie jest równoważnością logiczną: wszystkie są następstwem postulatów znaczeniowych (8.1) i (8.2) określających sens predykatu R(x,p). Dla „procy” żadnego więc z nich pożytku być nie może. Kto którąkolwiek z nich w owym wywodzie przyjmuje, popełnia błąd znany jako petitio principii, uroszczenie założenia: opiera się na przesłance równie spornej jak teza, której usiłuje dowieść.

2009

Postscriptum

Wniosek (8.6) został wyprowadzony wadliwie. W równoważności

¬R(x,p) ⇔ R(x, ¬p),

gdzie formuła R(x,p) znaczy, że obiekt x reprezentuje wartość logiczną zdania p, implikacja w prawo zachodzi tylko warunkowo: gdy ów obiekt w ogóle zdanie jakieś reprezentuje. Zamiast (8.6) mamy więc jedynie:

(8.6 bis) R(x,q) ⇒ (¬R(x,p) ⇒ R(x, ¬p)),

przy czym drugą implikację można oczywiście wzmocnić tam do równoważności.

Poza tym nic w tekście artykułu od wniosku (8.6) nie zależy.

41 Wywód „z procy” ma już swoją literaturę. Wczesną pozycją jest: D. Davidson, Truth and Meaning, „Synthese” 1967, t. 17, nr 1, s. 305–306; polski przekład Prawda i znaczenie, tłum. J. Gryz, w: tegoż, Eseje o prawdzie, języku i umyśle, red. B. Stanosz, Warszawa 1992, s. 6. Do najnowszych zaś należą: A. Wójtowicz: Znaczenie nazw a znaczenie zdań. W obronie ontologii sytuacji, Warszawa 2007, rozdz. 5 „Argument slingshot”; oraz Y. Shramko, H. Wansing: The slingshot argument and sentential identity, „Studia Logica” 2009, t. 91, s. 429–455. Pierwsza go podważa, dwaj drudzy bronią.

42 Patrz np. M. Przełęcki, Logika teorii empirycznych, Warszawa 1988, s. 21: „Przyporządkowujemy zdaniom dwie możliwe wartości: prawdę i fałsz, które mogą być utożsamiane, odpowiednio, z uniwersum modelu oraz ze zbiorem pustym”.

43 D. Davidson, tamże.

44 A. Wójtowicz, tamże, s. 161.

45 Patrz „Postscriptum”, w tym tomie, s. 51.

Metafizyka i ontologia sytuacji

Mariusz Gryganiec: Ojciec Bocheński pytany, po co ludziom religia, odparł: „Jak ktoś tego nie widzi, trudno mu pomóc. Religia przynosi odpowiedzi na szereg pytań. Jeżeli ktoś w ogóle tych pytań sobie nie stawia, to religia jest mu niepotrzebna”. Czy nie sądzi Pan Profesor, że w podobny sposób można by odpowiedzieć na pytanie, po co ludziom metafizyka?

Bogusław Wolniewicz: Nie stawiałbym kwestii naszego stosunku do religii czy metafizyki w terminach „potrzeb”. Takie ujęcie spycha od razu na tory myślenia utylitarnego: czy religia jest po coś, metafizyka też po coś. Zaczyna się wtedy zastanawianie, czy naprawdę są potrzebne i czy może coś innego nie byłoby potrzebniejsze. Mam inne podejście – i do religii, i do metafizyki. Goethe mówi „ich singe wie der Vogel singt”, śpiewam jak ptaszek śpiewa. Tak samo jest z religią i z metafizyką: one nie są „po coś”, lecz po prostu są – jak śpiew owego ptaszka. A my sami, czy jesteśmy po coś; albo to niebo nad nami, teraz zachmurzone? Przyjmuję religię i metafizykę jako data egzystencjalne, co do których można się oczywiście zastanawiać, jak je właściwie ocenić. Ale nie pytam, po co są; jak nie pytam ptaszka, po co śpiewa. Taka jego ptasia natura i taka nasza ludzka natura.

MG: Postawa metafizyczna wydaje się dzisiaj pod obstrzałem. Metafizykę krytykują zarówno zwolennicy tzw. filozofii naukowej i neopozytywizmu, jak i adherenci różnych stanowisk irracjonalistycznych. Skąd bierze się, zdaniem Pana Profesora, ta wrogość wobec metafizyki, ta antymetafizyczna koalicja?

BG: Taka antymetafizyczna koalicja pozytywizmu z irracjonalizmem rzeczywiście istnieje. Wraz z paru kolegami tworzymy w polskiej filozofii pewien kierunek, bardzo źle widziany, który nazwałbym Elzenbergizmem. Patrząc z tego punktu widzenia, określamy ową koalicję mianem naturalizmu. Ma ona potężne poparcie społeczne, bo żyjemy w epoce naturalistycznej, której zdaje się, że istnienie pokrywa się z przyrodą, jak ją pojmują fizyka i biologia. Naturalizm ten ma dwie gałęzie: racjonalną, którą stanowi pozytywizm, i irracjonalną, zwaną postmodernizmem. Postmodernizm to irracjonalny naturalizm. A skąd się bierze? Są to dziejowe fluktuacje ducha, podległe oczywiście jakimś prawom, ale nam zupełnie nieznanym.

Coś podobnego widać w stosunku do religii. Moje pokolenie miało do religii – sumarycznie biorąc – stosunek ambiwalentny, ale była to dla niego sprawa żywa: byliśmy bądź „zimni”, bądź „gorący”. Pokolenie następne – naszych dzieci, dziś około pięćdziesiątki – miało już do religii stosunek całkiem inny. Określiłbym go jako głęboki ateizm: była im obojętna – ni ich „ziębiła”, ni „grzała”. Nie chwalę tu tego ani nie ganię; stwierdzam po prostu, że tak było. Natomiast w pokoleniu jeszcze następnym, czyli naszych wnuków, stanowiącym dziś młodzież studencką i licealną – widzi się nowe zainteresowanie religią, a nawet skłonność do niej. Chodzą do kościoła, sponte sua dają się bierzmować. Nie mówią, dlaczego to robią – ale robią. W pokoleniu poprzednim nie było tego w ogóle; zdarzało się, że nie byli nawet ochrzczeni. Taka sinusoida – przedtem gałąź opadała, teraz się wznosi. Coś podobnego jest z metafizyką.

Czemu tak jest – czemu wśród młodzieży pojawia się coś, co za Constantem nazywam „religijnym poruszeniem duszy” – tego nie wiem. Pytać ich o to nie ma co, nie mówiąc już, że nie wypada. Ci młodzi ludzie sami nie wiedzą, skąd się to w nich bierze; niczego tu sobie nie wymyślili ani nie wyrozumowali. To przyniósł duch czasu, albo – może lepiej – Duch Święty. Im dłużej żyję, tym bardziej dochodzę do przekonania, że do zjawisk dziejowych naszego czasu najlepiej przystają pojęcia teologiczne.

MG: Zatem, przez analogię do religii, moglibyśmy powiedzieć, że ów prąd antymetafizyczny również wyrasta z pewnych skłonności lub prawidłowości dziejowych.

BW: Niewykluczone, że korzenie religii i metafizyki gdzieś się zrastają. Z metafizyką też dzieje się coś, co w Ameryce określano kiedyś jako awakening, „przebudzenie”. Przykład miałem parę lat temu, gdy znakomita p. redaktor Ewa Szlesińska-Ziach z PWN – dziś stamtąd usunięta – postanowiła wznowić mój przekład Traktatu Wittgensteina. Ucieszyło mnie to, ale spodziewałem się, że dadzą co najwyżej nakład tysiąca egzemplarzy, bo to przecież trudny traktat metafizyczny. Gdy pani Ewa postanowiła dać trzy, powiedziałem jej, że to szaleństwo. A to ona miała rację: trzy tysiące się rozeszły, zrobili jeszcze półtora dodruku i też się rozeszły. Byłem zdumiony; ale jest w Traktacie pewien rozmach metafizyczny, który najwidoczniej potrąca w duszach ludzkich jakieś struny – choć to dzieło trudne, wyrosłe z refleksji nad nowoczesną logiką matematyczną i dla wielu pewnie mało zrozumiałe. A jednak ludzie ten jego rozmach czują, rezonuje on w ich duszach. Ten rezonans jest znakiem czasu, dokonującej się w nas zmiany.

MG: W jednej wypowiedzi sformułował Pan pogląd, że „metafizyka to są ogólne twierdzenia o świecie, które nie są prawami fizyki”. W związku z tym rodzą się pytania: co zapewnia zdaniom metafizyki prawdziwość, skoro nie są to zwykłe zdania o faktach (empirycznych), i jakie są metody ustalania wartości logicznej w przypadku twierdzeń metafizycznych? To drugie pytanie jest w istocie pytaniem o metodę, choć według Poppera nie istnieje żadna specyficzna metoda filozofii.

BW: Popper ma rację: nie ma żadnej specyficznej metody filozofii. Filozofia to zwykły rozsądek, trochę uporządkowany. A nie ma przecież metody rozsądku.

Co zaś do tezy, że zdania metafizyczne nie są zdaniami o faktach, to warto postawić sobie parę pytań. Czy zasada indukcji matematycznej albo aksjomaty Zermeli są zdaniami o faktach? Wątpię. Pozycję logiczną tez metafizycznych należałoby przyrównywać raczej do takich właśnie zdań, a nie do konstatacji jak ta, że ptaszek śpiewa, albo ta, że woda wrze przy 100°C. Weźmy chociażby tezę „Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy”. To jest po prostu prawda, a pochodzi od Ducha Świętego, który rzuca w nasz rozum swoje światło.

 

Słucha Pan moich słów z miną sceptyczną, ale niesłusznie. Te kłopoty z ustawieniem metodologicznym tez metafizyki, to są typowe kłopoty pozytywistów. Oni mają obsesję na punkcie metodologii, bo według ich własnych założeń w filozofii nie ma nic do roboty. Zabrali się więc za naukę, licząc, że to ich samych unaukowi, bo „naukowość” to ich obsesja główna. Elzenbergowcy o metodologię się nie martwią. Róbmy swoje, a jaka w tym metodologia, to się okaże później. Rozważania czysto metodologiczne to jest nauka pływania bez wchodzenia do wody – suche pływanie.

MG: Istnieje skłonność do rozróżniania metafizyki i ontologii. Czy zdaniem Pana Profesora ma to głębsze uzasadnienie?

BW: Terminologia to kwestia umowy, można więc przyjąć, że wyrazów „ontologia” i „metafizyka” będzie się używać zamiennie – byleby się już potem tego konsekwentnie trzymać. Mnie zdaje się to niepraktyczne i te terminy odróżniam. Metafizyka to pojęcie szersze, nadrzędne, a ontologia to pewna gałąź tamtej. Metafizyka traktuje o wszelkich istnościach, ale te dzielimy na dwoje: na byty „w sobie” i byty „dla siebie”. Pierwszymi zajmuje się ontologia, drugimi – ta gałąź metafizyki, którą można nazwać „noologią”.

MG: Jakie stanowisko zajmuje Pan wobec poglądów metafilozoficznych, które metafizykę interpretują bądź jako syntezę aktualnie dostępnej wiedzy przyrodniczej, jak ujmuje to np. Władysław Krajewski, bądź jako analizę teorii naukowych, tak jak to czynią np. Ajdukiewicz lub Quine.

BW: Trzej autorzy, których Pan wymienił, to czystej wody pozytywiści. Pozytywista zaś, jak mawiał Elzenberg, to stwór dwunożny bezpióry, z którym nie ma ludzkiego porozumienia. Do wszelkiej „metafilozofii” mam stosunek negatywny. Gdy filozofia nie ma nic do powiedzenia o rzeczywistości, zaczyna się zajmować sama sobą. Ten autocentryzm jest dla mnie odpychający.

MG: Tzw. opcja metafilozoficzna jest widoczna również w obrębie filozofii irracjonalistycznej. Przykładowo taki filozof jak Odo Marquard całą swoją karierę zrobił właśnie na uprawianiu metafilozofii.

BW: Ów Marquard i podobne mu filozoficzne tuzy sumują się oczywiście do zera. Wszyscy oni swą „metafilozoficzną” gadaniną usiłują przesłonić kłopotliwy fakt, że nie mają nic do powiedzenia. Gdy ich słyszę, przypomina mi się przysłowie – ponoć arabskie – zasłyszane w pewnym filmie: „Po co mówisz, skoro możesz milczeć?” Chyba że nie mogą, wtedy gorzej.

MG: Jaki jest Pański stosunek do filozofii uprawianej w szkole lwowsko-warszawskiej?

BW: Nazwę „szkoła lwowsko-warszawska” wprowadzili około 1950 r. marksiści. Objęła ona szkołę, którą we Lwowie stworzył Twardowski, oraz jej pochodne – przede wszystkim szkołę warszawską, którą stworzył Kotarbiński. Do szkół tych odnoszę się z wielkim szacunkiem, wyprowadziły one polską filozofię na szerokie wody. Poprzez Brentanę odnowiła się w nich wielka myśl scholastyczna, a przez nią dalej – myśl samego Arystotelesa. Lepszych antenatów nie trzeba.

W szkole warszawskiej raziło mnie pewne jej sekciarstwo – pozytywistyczne. Nie było go zaś zupełnie w odgałęzieniu wileńsko-toruńskim, które stworzył Tadeusz Czeżowski. Warto porównać dwa powstałe w tym samym okresie akademickie podręczniki filozofii: Elementy Kotarbińskiego i Główne zasady Czeżowskiego. Te drugie to scholastyka, te pierwsze to też scholastyka, ale popsuta reizmem wziętym od Leśniewskiego. Efekt jest taki, że Główne zasady są nadal książką żywą, a Elementy Kotarbińskiego – przy całym szacunku dla Tadeusza Kotarbińskiego jako twórcy szkoły warszawskiej i dla jego roli w polskiej filozofii – to dziś dzieło martwe.

MG: Panie Profesorze, prosiłbym o wyjaśnienie terminu „ontologia sytuacji”. Znany jest podział ontologii na ontologie przedmiotów i ontologie sytuacji. U Romana Suszki znalazłem zastosowanie tego podziału do metafizyki w Traktacie Wittgensteina.

BW: W Traktacie rozważa się dwa rodzaje bytów: jednym są stany rzeczy (Sachverhalte) albo sytuacje (Sachlagen), drugimi są przedmioty (Gegenstände) albo rzeczy (Dinge). Są one komplementarne: nie ma rzeczy poza stanami rzeczy ani stanu rzeczy bez rzeczy. To nie są dwie przeciwstawne ontologie, tylko jedna o dwu obliczach.

MG: Rozwiązanie Suszki zrozumiałem jako rozszerzenie metafizycznego spektrum w odczytaniu metafizyki Traktatu: najpierw od strony ontologii sytuacji, potem od strony ontologii przedmiotów.

BW: Nie sądzę, by taka była intencja Suszki. Wittgen­steinowi nie trzeba spektrum poszerzać – on już je ma poszerzone. Sytuacje i przedmioty są z sobą w świecie splecione jak wątek i osnowa w tkaninie. (Osnowa to przedmioty, wątkiem są sytuacje). To jest dobra metafora, ale przekształcić ją w ujęcie czysto pojęciowe niełatwo. Próbując sformalizować ontologię Traktatu, Suszko musiał się natknąć na trudność prawidłowego powiązania owych dwu rodzajów bytów. Ale jej nie rozwiązał.

MG: Może zadam pytanie inaczej. Jak Pan Profesor określiłby termin „ontologia sytuacji”? Czy ten termin należy rozumieć ogólnie, jako odnoszący się do pewnej ogólnej tendencji metafizycznej, czy też partykularnie, powiedzmy w ten sposób, że prof. Wolniewicz ma swoją ontologię sytuacji, a – dajmy na to – prof. Omyła – swoją.

BW: Ani tak, ani tak. Dopuszczenie dwojakiego rodzaju bytów – przedmiotów i sytuacji – stwarza nie dwa, lecz trzy problemy ontologiczne. Same przedmioty tworzą pewien porządek, same sytuacje tworzą drugi. Każdy z nich trzeba więc opisać z osobna jako pewną strukturę algebraiczną. Te dwa osobne opisy to są dwa problemy. Trzecim zaś jest kwestia, jak owe dwa porządki jako całości są powiązane między sobą. Ontologia sytuacji jest badaniem, jak daleko można zajść w opisywaniu autonomicznego porządku sytuacji bez oglądania się na równie autonomiczny porządek przedmiotów. I okazuje się, że dalej, niżby się myślało. Gdzieś jednak sama przemoc prawdy – jak by to określił Arystoteles – zmusi nas do uwzględnienia w naszym opisie również owego porządku drugiego. To pewne.

MG: Jak można byłoby wyjaśnić – zakładając pewną teoretyczną przewagę s-ontologii – skłonność do preferowania ontologii przedmiotów?

BW: Domniemywa Pan znowu jakąś „przewagę” ontologii sytuacji nad ontologią przedmiotów, jakby to były przedsięwzięcia konkurencyjne. To nie ma sensu i jest zupełnie nie po Wittgensteinowsku.

A dlaczego w szkole Kotarbińskiego widać wyraźną skłonność do ontologii przedmiotów, czego skrajnym przejawem był jego „reizm”? Do uznawania, że istnieją tylko rzeczy, a co nadto jest, od złego jest? Po części jest to wyraz wspomnianego już sekciarstwa, ale ma też swe dobre usprawiedliwienie. Pisał o tym już Suszko w swej rozprawie Reifikacja sytuacji z 1971 r. Wygląda na to, że skłonność do „uprzedmiotowiania” wszystkiego, o czym tylko myślimy, albo na czym skupiamy naszą uwagę, stanowi przyrodzoną właściwość naszego umysłu i języka: mamy zdania z wyróżnioną w nich częścią podmiotu. Wyraz „sytuacja” to rzeczownik rodzaju żeńskiego, taki sam jak „lampa”. O uprzedmiotowionych sytuacjach próbujemy coś orzekać, podobnie jak o lampach, a przez to ich najistotniejsza właściwość się ulatnia: ta mianowicie, że nie da się ich nazywać, że językową reprezentacją sytuacji jest nie nazwa, lecz zdanie. (Inaczej mówiąc: nie kawałek myśli, tylko cała myśl.) Dlatego w Traktacie Wittgenstein dochodzi na koniec do tego samego wniosku, do którego doszedł Poeta, że język „myślom kłamie”.

MG: We wstępie do Traktatu napisał Pan Profesor, że duch tego dzieła jest eleacki. Jak to rozumieć?

BW: Po eleacku. Świat Traktatu jest zastygły, nic się w nim nie dzieje, zmiana jest tylko naszym przywidzeniem. Eleatyzm Wittgensteina uwidacznia się najlepiej w cechach jego „przedmiotów”: są one wieczne i niezmienne. Taki jest też ich ogół, który nazywa się tam „substancją świata”. „To, co jest Jedno” u Parmenidesa i „substancja świata” u Wittgensteina są tym samym. Zmienne konfiguracje przedmiotów – stany rzeczy – to tylko pozór, który nieodparcie narzuca się naszemu oglądowi świata, jak złudzenie optyczne. Albo może lepiej: jak różne aspekty tej samej rzeczy oglądanej z różnych stron. Co w tym dziwnego?

MG: Domniemanie takiej dezinterpretacji można mieć na podstawie reakcji studentów, którym czasami z trudem przychodzi wkomponowanie eleackiego charakteru substancji świata w dynamiczny charakter ontologii faktów, wyłożonej w pierwszych tezach Traktatu.

BW: Jaka „dynamika”? Pismu, które Pan reprezentuje, nieobca jest chyba Einsteinowska wizja świata jako bloku, w którym czas stanowi tylko jeden z wymiarów. Tam zmiana też jest jedynie naszym przywidzeniem. Świat jako ogół faktów to taki blok.

MG: W książce Rzeczy i fakty przyjmował Pan Profesor tzw. nominalistyczną interpretację przedmiotów w Traktacie Wittgensteina. Taka interpretacja była przedmiotem sporów. Czy w tej materii zmienił Pan Profesor zdanie?