Nieśmiertelne głupstwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bogusław Adamowicz

Nieśmiertelne głupstwo

POWIEŚĆ

Saga

Nieśmiertelne głupstwoZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1912, 2019 Bogusław Adamowicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711677094

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wśród wieńca wzgórz i ciemnych borów sosnowych, zdala od siedzib ludzkich, prawie na zagłuchłem zupełnie uboczu, lez̓y prastare, od tysięcy lat opuszczone miasto.

Są to raczej juz̓ tylko szczątki miasta, niegdyś być moz̓e milionowego, datujące się z zamierzchłej bardzo i barbarzyńskiej epoki. Tylko dzięki wysokiej wiedzy wieków oświeceńszych i doskonałej sztuce konserwowania zabytków (wynalazek znacznie późniejszy) udało się je utrwalić i przechować do dni naszych niemal w dawnym, nienaruszonym stanie.

Lez̓y w dolinie, opierścienione szerokim, stromym na wewnątrz, lecz o zniz̓ających się łagodnie zewnętrznych stokach wałem: przez wielowiekowe nalatywanie piasku byłoby całkiem zasypane w ziemi, gdyby nie ustawiczne odkopywanie murów jego z pod tych powolnych pogrzebów.

Ṡtąd tez̓ wygląda ono, jakby się zawierało w kotlinie, wyz̓łobionej wewnątrz niewysokiego wzgórza, albo na dnie krateru, którego zręby porosły dziko lasem, — niby na dowód, z̓e z wrzącej tu niegdyś piersi potęz̓nego wulkanu nie strzeli juz̓ nowym wybuchem wygasłe od wieków, zeskorupione w zwaliska, wyz̓arte, wykipiałe z̓ycie.

Droga idąca od lasu, która się wspięła łagodnie az̓ ku grzbietowi wału a spadła wklęsłą ślimaczą, zbiegając w wnętrze kotliny, zaczyna się łamać na dole i zakręcać pomiędzy zwałami ruin, najczęściej rozsypanych juz̓ w gruzy, obrosłych chwastami i bluszczem, z nad których mieszanej zieleni wyrywa się tu i ówdzie gzyms trwalszego monumentu albo wystrzela obłamany posąg. Juz̓ bliz̓ej ku środkowi miasta spotyka się lepiej zachowane budynki i te nareszcie się łączą w fragmenty ulic, wylotem swym otwierających wejście do obszernego, starannie odczyszczonego placu.

Plac ten — to główna część miasta. Ma formę czworoboku. Obramiony starymi, walącymi się juz̓, poza wyjątkiem kilku mniejszych zabudowań, murami, kończy się na północno-wschodnim węgle strzelistą jakąś ruiną o ścianach zaopatrzonych w wysmukłe podparcia.

Zapewne dawna świątynia.

Przez środek placu od południa na północ ciągnie się podłuz̓ny gmach, osobliwej architektury, otoczony amfiladą kolumn. Jest do połowy zburzony i tylko południowa część jego trzyma się jeszcze w dobrym stanie, chociaz̓ podpierające dach kolumny, pogięte od wieku, podobne starcom, ledwo stojącym na nogach, zdają się krzyczeć o pomoc w ostatnich swych wysileniach.

Z powodu ciągłego osuwania się murów własnym cięz̓arem i grzęz̓nięcia ich w ziemię, grunt placu w pobliz̓u domów się obniz̓ył. Okna juz̓ dotykają poziomu, a drzwi tak się osunęły, z̓e, aby wejść do wnętrza, trzeba się schylić niemal do uklęknięcia, jakgdyby te prastare przybytki same zmuszały wchodzącego do uszanowania powagi ich archaiczności.

Są to budowle najczęściej z cegły lub piaskowca, które juz̓, rzekłbym, zdradziły nawet charakter swego materyału. Nagie, świecące w bliznach, jakby poobdzierane szponami niewidzialnych ptaków, z kaz̓dą dobą je atakujących. W szczerbach pokryte pleśnią i warstwami patyny (ów osad filtrów przyrody, cedzących chwile i tysiącolecia), niesamowite szarzyzną swoją, pełną barw tajemniczych, nasuwając myśl o jakiejś zaświatowej palecie, skąd czerpie ów mistrz nie do naśladowania, który sam burzy swe dzieła, — ponure, zimne, milczące — czynią wraz̓enie fantastycznej niemal zgrzybiałości.

Nad wszystkiem jednak panuje zarówno wiekiem jak i wyniosłością ogromny kurhan, wznoszący się na południowych krańcach miasta. Wyłania się z masy zwalisk piersią zieloną, uwieńczony u góry gromadą niekształtnie porozrzucanych głazów — kiedyś moz̓e fundamentów wspaniałych jakichś świątyń albo mauzoleów.

Tam w ocalałych po dziś dzień lochach, łukowato sklepionych, mieszczą się sarkofagi widocznie największych, najzasłuz̓eńszych w owych czasach ludzi.

Niewiele pozostało z ogromnego niegdyś miasta. Lecz jest moz̓liwem, z̓e większa część jego uległa zburzeniu juz̓ dawniej — podczas fatalnych zawichrzeń dziejowych, których widownią nierzadko bywały te strony.

Jednak i to, co pozostało, świadczy wymownie o pietyzmie potomnych, którzy, wciąz̓ zwracając się ku onym snom jutra, zdołali nie zapomnieć i o tem, co przeminęło na zawsze. Świadczy tez̓ o niepoz̓ytej potędze ludzkiego umysłu, co, urągając śmierci i zniszczeniu, to, co ukochał, uchronić zdołał zwycięsko przez tysiącolecia.

Czas jednak, mściwy za tę zniewagę, zniszczył w odwecie to, co było najmniej trwałe: bo oto z pamięci z̓ycia starł imię miasta, pod którem słynęło ono w pełnym blasku i chwale, — imię, które z pewnością drzemie gdzieś w przechowanych tu archiwach, w zapomnianych spisane językach, w wieczystym śnie zaniedbania, jak mumia o twarzy tajemnej, z której nie spadną zbutwiałe upowicia — chyba dopiero az̓ przed sądem ostatecznym...

Nazywamy je wprost Miastem Umarłych. I nazwa ta jest ogólną dla wszystkich tego rodzaju pamiątek u nas i w innych krajach, niekiedy większych i okazalszych, ale najczęściej równiez̓ bezimiennych.

–––––––

I.

Uśmiechną się zapewne moi przyjaciele, kiedy im powiem, z̓e — piszę.

Pisać warto wtedy, kiedy nie wystarcza — mówić, kiedy zachodzi potrzeba przemówienia do bardzo wielu ludzi, albo wypowiedzenia czegoś bardzo trudnego i złoz̓onego.

Ale co — warto pisać?...

Oczywiście to tylko, co jest prawdą nową i nieznaną, którą dostrzegliśmy w z̓yciu nas otaczającem, albo w nas samych — w stanach naszej duszy.

Uczony napiętrza nieraz całe rusztowania, by na ich szczycie zatknąć swój genialny wniosek — ową chorągiew zdobywcy w nowym święcie ducha.

Podobniez̓ poeta, gdy nową przejrzy tajemnicę, szuka wyrazu dla swego odkrycia, a to w celu wytworzenia takiegoz̓ w innych ludziach jasnowidczego stanu. Wyraz zaś ów z konieczności bywa czasami niemniej trudnym i skomplikowanym.

Czy jednak ja przeczuwam w sobie ów twórczy pęd niezawodny? Czy jestem pewien, z̓e odkrywam światy?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Moz̓e w zastępie przodków moich było zbyt duz̓o poetów, więc wskutek dziedzicznego ciąz̓enia i we mnie odezwały się zamiłowania pisarskie...

A moz̓e w rodzie moim nikt poetą nie był, — i natura dla uzupełnienia rozwoju z̓ąda ćwiczeń nawet w tego rodzaju czynności... (Któz̓ zbadał tajemnicę nałogów!..) Ba! moz̓e to być nawet jeszcze trudniejszem do wytłumaczenia — poprostu manią jakąś, której uroszczeniom jednakz̓e wolę uczynić zadość, w nadziei dojścia do ostatecznego zdrowia.

Co innego — gdyby mi przyszła fantazya — wydać ten pamiętnik, to, chociaz̓ druk jest dla kaz̓dego uprzejmy i dał dowody podziwu godnej wypróbowanej juz̓ przez dobrych parę tysiącoleci na wszystko cierpliwości, — poradziłbym się wprzód mych przyjaciół i pewno zdałbym się na sąd Emanuela.

–––––––

Zdaje mi się jednak, z̓e wszystko, co dokoła spostrzegam, zbyt mocno mnie uderza i zajmuje, bym nie czuł potrzeby mówienia wiele o tem.

Pisać to znaczy — lepiej, trwalej i dobitniej mówić.

W ostatnich kilku latach daje się zauwaz̓yć pewien szczególny zwrot umysłów ku przeszłości, nawet ku owej najdalej odbiegłej, o której nie lubimy wspominać, jak o niemiłym śnie, którego ślady przy umywaniu się rannem chciałoby się zetrzeć z wyobraźni. Zwrot dla mnie — dziwny i niezrozumiały. Bo czyz̓ nie lepiej przez̓ywać teraz̓niejszość, starając się zatrzymać chwile, które nikną, albo wybiegać na spotkanie nadchodzących wieków, niz̓ trudnić się niewdzięcznem poruszaniem prochów?...

Jednakz̓e wiele się rozprawia dzisiaj o historyi. Nawet Emanuel, ten umysł jasny i nieuległy, oddał się cały badaniu jakichś pradawnych, arcyzamierzchłych z̓ródeł... Nieraz z właściwą sobie jaskrawością wymowy roztacza przede mną prawdziwie straszne obrazy przez̓ytych »owych czasów«, a wyglądających jak niezwięzłe bajki, wymyślone przez bardzo złego poetę...

O ilez̓ pełniej i zgodniej z przyrodzeniem z̓yje człowiek dzisiaj — choć tak daleki zawsze od doskonałości. Dzisiaj — kiedy po wyplątaniu się z owych dziwacznych ustrojów, z chłonących topielisk, w których grzęznął był przez wieków tyle, — odetchnął wreszcie czystem powietrzem z̓ycia — bo dobrobytem, zgodą i wolnością.

Z̓ycie dzisiejsze, pozbawione niedorzecznych hamulców i pobudek, spokojnie płynie w nieskończoność, jak przypływ niezmiernego oceanu zdobywa brzegi wieczności, spełniając uznane juz̓ przez myśl i wolę człowieka przeznaczenie Rodzaju... To nienaglone i niekrępowane pełnienie się z̓ycia w najwyz̓szem jego napięciu — nazywamy szczęściem. A szczęścia tego o ilez̓ bliz̓si jesteśmy dziś, niz̓eli — »wówczas«.

Zdaje mi się, z̓e ja moz̓e z większą, niz̓ inni, świez̓ością odczuwam ten raz̓ący kontrast. I chce mi się świez̓ością wraz̓eń moich wionąć w świat i ludzi. Dlatego piszę.

Poezya przecie nie jest samem tylko tworzeniem rzeczy niezwykłych, niebywałych. Moz̓e być ona kaskadą, orzez̓wiającą uczucia, obmywającą myśli z kurzu przyzwyczajeń... Moz̓e się tylko rozdz̓więczać i rozkwiecać, kołysać na falach zadumy: jak wiosna, wiecznie ta sama, i rozzwierciedlać ducha postokrotnie w jedynem starem, wiekuistem słońcu.

 

Nie wstydzę się zastrzez̓eń. Myśl szczera i niepłocha, a przedewszystkiem własna (o takiej tylko chcę myśleć) rzadko bywa tą prostą, najkrótszą między dwoma punktami. Ona się załamuje i cofa, zbacza i zawraca, biegnąc raczej konturem powykrzywianych konarów. Ona zieleni się, kwitnie, oblatuje z liści i ziaren — by nowym rozkrzewić się cudem idealnej flory.

Bo umysł ludzi jest migotliwym ogrodem, gdzie błyskawicznie wschodzą i opadają kwiaty. Ogród to z błyskawic — drzew, owoców — słońc, i kwiatów — tęcz, lśniących przez mgnienie...

Ale na dziś juz̓ muszę skończyć to pisanie. Słyszę głos Jany. Woła mnie, pełna z̓ywego zajęcia. Widocznie znów jakiś pomysł niezwykły powstał w tej miłej niespokojnej główce.

–––––––

I oto jeszcze powód, dla którego piszę. Lubię marzyć i rozpamiętywać a tem samem jakby przedłuźać znikome chwile bytu w nieskończoność. Czyź niema w sobie czegoś z istoty poezyi ta boska rozkosz utrwalania?...

Marzenie jest pierwiastkiem twórczości, a więc zarodkiem przyszłego z̓ycia. Trzeba wiele marzyć, aby wymarzyć coś tak pięknego, by to az̓ godnem stało się urzeczywistnienia.

Znając marzenia i tęsknoty ziemi, łatwiej wywróz̓yć przyszłość, niz̓ znając wszystkie gwiazdy nieba.

Ale odbiegam od rzeczy. Chodzi mi głównie o to, z̓e dziewczyna, którą zaczynam kochać i w której chętniebym widział powiernicę mych marzeń, wcale do roli tej się nie nadaje. Nic a nic nie jest marzycielką. I chociaz̓ róz̓nica usposobień wzbogaca podobno urok miłości, nie mogąc jednak dzielić się z Janą rojeniami mej duszy, dzielę je sam ze sobą: piszę pamiętnik.

–––––––

Dziwną istotą jest ta Jana. Z̓yje bezpośredniością samą, oddycha samą rzeczywistością. Ma ostrą wraźliwość na zewnątrz: na obecność. Właściwie jest i głębsza i czująca i nie bez ognia fantazyi, ale nie lubi filtrować myśli wyobraźnią... Nie znam istoty, mniej powtarzającej się.

Co innego Estelka. Ta umie przetrwać całe godziny w hamaku, w pozie leniwego znuźenia, bujając myślą po obłokach. I dziś zastałem ją w Altanie Dębów (ulubione miejsce naszych wieczornych schadzek we czwórkę, to znaczy jeszcze i z Erykiem, po odbyciu zwykłych godzin pracy). Nie widziała nawet, z̓e przechodziłem koło niej. Jest bierna, mało ruchliwa i umysłowo od Jany uboz̓sza, z gatunku kobiet, nie umiejących nic przyjąć, nic zrozumieć, o ile to nie przejdzie przez pryzmatyczne szkła ich sentymentu. Męz̓czyzna obojętny nie przekona jej nigdy nawet najoczywistszą prawdą, a wzbudzi podziw byle nonsensem, jez̓eli zdoła jej się podobać. Wyraźnie to widziałem podczas jej przelotnej zresztą i kapryśnej nad wyraz przyjaźni z owym, jak go nazywała Jana, »człowiekiem z miedzi«. Z powodu jakiegoś pomieszania ras i efektownego atawistycznego »salto mortale« przez Bóg wie ile pokoleń wybiła w jego cerze »na miedziano« krew jakiegoś zabłąkanego w rodowodzie»białych« prapraojca... Wygadywał on przed Estelką niedorzeczności, na jakie chyba tylko taki miedziany człowiek zdobyć się moz̓e... Lecz ona słuchała go z zachwytem, bo się jej podobał, zapewne z koloru swej skóry. Jest wcale ładna, miękka w ruchach, wysmukła, w oczach — otchłań kobiecości.

Dziś do Estelki wdzięczy się Eryk, jak przed tygodniem do pewnej jasnej blondynki, a przedtem jeszcze do innej, mniej jasnej. Chłopak ten siedemnastoletni jest równie zmienny jak subtelny — kwiat jakiś wiotkości ale i finezyi. Czaruje nas wieczorami zadziwiającą grą na skrzypcach — tem najdoskonalszem narzędziu muzycznem, co w niezmienionym kształcie przetrwało tysiącolecia.

Jana, Eryk i Estelka — to cały mój światek najbliz̓szy, z którym obcuję stale. Ale Jana w nim — najwaźniejsza osoba. Kiedy odchodzi, oglądam się za nią, jak za nieobecnemi myślami, które się musi przypomnieć... A mniejszą, jak widzę, czuje potrzebę przebywania ze mną. Lubi zresztą szperać po róz̓nych kątach naszej okolicy, »zwiedzać t. z. osobliwości«, a kaźda błahostka zaciekawia ją, jak dzieci. W tych ustawicznych zwiedzaniach, co prawda, nie zawsze zbyt chętnego miałaby we mnie towarzysza...

Wczoraj właśnie przybiegła, nieco umazana, pokazując mi jakiś minerał — rezultat ostatnich jej »badań« przy nurtowaniu starych lochów, którymi w wielu miejscach popruta jest ziemia w tych stronach. Był to poprostu większy kryształ soli. Mimo całej swej ciekawości, nie odwaz̓yła się jednak poddać go analizie chemicznej przez skuteczne liz̓nięcie językiem.

Muszą to być podziemia po owej wielkiej kopalni soli, która została wyczerpana, jak wiemy, juz̓ od kilku wieków.

Poradziłem Janie, by zaraz poszła się umyć.

Lecz jakźe była rozkoszna w tem zaz̓enowaniu, w które wprawiła ją źyczliwa rada przyjaciela...

–––––––

Kraj nasz nie obfituje w bogactwa i cuda przyrody; a tak pod względem klimatu jako i skarbów sztuki nie moźe rywalizować ani z błękitem południowych niebios, ani z ogrodami arcydzieł i labiryntami bibliotek niezrównanego Zachodu.

Gdzieindziej wrą wielkie miasta bezsenną prawie gwarnością, spiętrzana wiedza techniczna tryumfy święci niebosięgłe; gdzieindziej falują z wiatrem niezmierzone stepy, lub śniez̓ne fiordy po nocach świecą tysiącem kolorowych ogni. Bo nawet w głąb skał i pod ziemię wdrąz̓yło się z̓ycie ludzkie, szukając wygodnego siedliska. I cała twarz globu ziemskiego mieni się, niby w tęczy, nieskończoną róz̓norodnością wyrazu i charakteru krajów.

Kraj nasz, jak i tryb z̓ycia naszego, nosi charakter przedewszystkiem sielski.

Wesoła, z̓yzna równina, miejscami wydymająca się w wzgórza, poprzepinana wstęgami rzek powiązanych w srebrzyste klamry stawów i jeziorek, — gdzie na dość znacznej przestrzeni nie znajdziesz o tyle większego skupienia ludności, by to az̓ nazywało się miastem, — gdzie rzadkie są gmachy wspanialsze, lecz wszystko jakby usiane nieduz̓ymi, odosobnionymi dworkami, połączonymi ze sobą jakgdyby jednym na pól dziko zapuszczonym i niekończącym się nigdy parkiem, w który wrywają się przestronne płachty zbóz̓ lub łąki i pastwiska, — gdzie kaz̓dy krajobraz choćby najrozleglejszy zawsze się zamknie na widnokręgu niebieskawą smugą lasów: — oto jest wygląd mojej ojczyzny najbliz̓szej, mojego rodzinnego kąta.

Jez̓eli brak tu czego, to chyba tylko morza. Lecz mamy inny z̓ywioł, który nam je zastępuje, z̓ywioł niemniej głęboki, i śpiewny — jak oceany. Falami swej zieloności otacza nas zewsząd i przeplata, ogarniając z̓ywicznem tchnieniem swych tajemnych gęstwin. Z̓yjemy i oddychamy lasem. On uczy nas tęsknoty za tem, co wielkie i nie do przebycia, uczy marzenia o nieskończoności, kołysze nas, jak piastunka, i ochrania i z̓ywi.

Ta wszakz̓e wiejska ustronność i zaciszność leśna nie przeszkadza nam wcale stanowić jedność i z̓yć w nieprzerwanej łączności z całym szerokim światem. Tak samo jak i odosobnienie naszych domów (nie lubimy się stłaczać z mrowiska) nie świadczy o odludności. Bynajmniej. Z̓yjemy wspólnie i razem tak z okolicą całą i krajem, jak i z resztą świata — jakgdyby w jednem, dobrze znajomem, chociaź ludnem zaprawdę, sąsiedztwie!...

W blizkości mego domu, na pewnem wzniesieniu jest miejsce urocze, obsadzone odwiecznymi dębami. To właśnie owa sławetna altana. Z niej najpiękniejsze rozlegają się widoki na wszystkie strony »świata«. A równieź blizka do niej droga dla Jany i innych moich przyjaciół.

O cudna Altano Dębów — miejsce mych wspomnień dziecinnych!... I w zimie i w nocy nie mogę inaczej ciebie sobie wyobrazić, jak ozłoconą blaskiem majowego poranku. Teraz zaczynasz być tajemniczą i drźącą i róźaną wypełniasz się łuną, od której płonie twarz Jany...

–––––––

Juz̓ zbytnio jednak zaczyna zajmować mnie Jana. Zasiadłem do pamiętnika wcale nie z myślą, by rozpisywać się o niej. Tymczasem staje się ona właśnie tem czemś, co w z̓yciu mnie zastanawia najbardziej. O czembądź zacznę myśleć, to wszystko się kończy na rozmyślaniu o niej. A najzupełniej mnie dziś pochłania juz̓ jedno tylko wielkie zagadnienie, które, muszę się przyznać ze wstydem, jest dla mnie teraz waz̓niejsze, niz̓ wszelkie owe »prawdy i odkrycia«, o których pisałem na wstępie tego dziennika.

Wiem, z̓e rodzice moi juz̓ dawno nas przeznaczyli dla siebie tym łaskawym wyrokiem dobrych, starych bogów. A mniemam,z̓e i Katod, brat Jany, nie inne wytknął przeznaczenia.

Najrozkoszniejszą jednak jest Estelka, która, nawiasem mówiąc, ma ledwo wiosen szesnaście, lecz z wysokości doświadczeń serca (przez̓ytych, niestety, w wyobraźni), jako świadoma rzeczy, z protekcyonalnem uznaniem i pobłaz̓liwością traktuje naszą przyjaźń. Mnie zawsze miłe rzeczy opowiada o Janie.

Katod z usposobienia jest podobny do mnie, ale ma umysł bardzo filozoficzny i ogromną wiedzę. Mój zaś zupełny brak uczoności jest pewnie przyczyną, z̓e rzadko obcujemy razem. Jez̓eli więc od pewnego czasu częściej się pokazuje w Altanie — robi to oczywiście nie dla mnie...

Zresztą, sposób mojego pojmowania rzeczy najlepiej przypada do gustu Erykowi, który jest prawie dzieckiem i który zamyśla się czasem, jakby to naprzykład ładnie było rozbić namiot na księźycu i z dna martwego wulkanu patrzeć na oddaloną ziemię, udającą teź księźyc, ale pięćdziesiąt razy większy i świetniejszy. On lubi astronomię, czyli fruwanie po gwiazdach, lubi się nawet zbliz̓ać do nich na zwykłej maszynie latającej. Dzieci zawsze bawi to coś nieźywego, co samo biega lub lata, bawi je kaz̓da maszyna, jak zresztą czasem w staroz̓ytności bawiła i naszych starych ojców.

Ale jest coś w dziecinnej fantazyi Eryka, co mnie prawdziwie zajmuje, a niekiedy nawet zapala. I tu wyraźny kontrast w stosunku moim do Emanuela.

Emanuel jest niesłychanie zwięzły, logiczny, jasny — nawet gdy mówi o najbardziej skomplikowanych rzeczach. A choć sam lubi nieraz rozprawiać długo i wymownie — a słucham go z szczerem zajęciem — nie daje mi zwykle przyjść do słowa, gdy chcę go wciągnąć w dyskusyę.

Gdy zapytałem go dzisiaj, co tez̓ właściwie bada teraz w historyi:

— Wilkołaki — rzekł lakonicznie.

— Wilkołaki?...

— Tak jest, wilkołaki, upiory.

A kiedy się uśmiechnąłem, czekając na lepsze objaśnienie:

— Nie bój się — uciął znacząco — to nie są takie przesądy. To wcale powaźne rzeczy.

Jak widzę, zaźartował ze mnie.

–––––––

Świt ledwo zatlił się blady i tchnienie aromatów majowych, mieszając się z białawą poświatą i płynąc przez otwarte okno do mojej sypialni, wionęło pierwszym rzeźwiejszym chłodem ranka. Zerwałem się prędko z łóz̓ka i wyszedłem, nie zbywszy się jeszcze tego niespokojnego drz̓enia, które zostawia po sobie raptowny odlot snu i jego skrzydlatych rojów.

Juz̓ promień słońca zapalił złotą czerwienią wierzchołki krępych dębów, choć w gęstwie liści i pod konarami panowała fioletowa szarość. W głębi, na ławce, w białej porannej sukience siedziała Jana.

»Co za dziwne spotkanie!« — pomyślałem. Pomyślałem tak moźe dlatego, źe nie zdziwiło mnie ono wcale.

Przyciszyłem kroki, bo przyszła mi myśl dziecinna zajść niespodziane z tyłu i zasłonić jej nagle oczy z zapytaniem: »Zgadnij — kto taki?«

— A ty juz̓ tutaj, Jano...

— Tak.

— Juz̓ wstała o tej porze...

— Nie mogłam spać. Wszystko mi przeszkadzało. Więc przyszłam — oglądać widoki.

— Ja tez̓ sen miałem niespokojny.

— Śniłeś mi się ciągle.

— A to niegrzecznie bardzo z mojej strony... Tak bez pytania śnić się... — zaśmiałem się, dodając jednocześnie w duchu: »jez̓eli śni, to pewno myśli o mnie«.

— Nie, nie śniłeś mi się wcale — sprostowała.

I to wytłumaczyłem sobie na korzyść: »bo wiadomą jest rzeczą, z̓e rzadko nam śnią się ci, o kim często myślimy«.

— Ale nie mogłam spać, bo ciągle... myślałam o tobie.

— Niedobrze, myślała o mnie?...

— I chciałam nawet... mam nawet ci coś do powiedzenia... Dlatego tu przyszłam...

— By oglądać widoki?...

Pierś jej zafalowała szybszym oddechem.

— Alez̓ słucham cię, słucham z całem wytęz̓eniem. Więc?...

Jednakz̓e trwało milczenie.

Jak serce czasem głośno bije w takiej ciszy!

— Janeczko!...

— Spójrz tam — odezwała się wreszcie nieco drz̓ącym głosem — jak te promienie słońca przenikają przez mgłę ku dolinie i teraz kładą się na niej... A niebo coraz więcej róz̓owieje...

Znowu zapadło milczenie.

Usiadłem przy niej blizko i, wpatrzony w jej zapłonioną twarz, o równym, pięknym profilu, zamgloną jakby czarem, który nagle wionął, nie śmiałem się odezwać ze wzruszenia. Włoski dziś miała inaczej spięte, niz̓ zazwyczaj. Wargi jej drz̓ały z lekka, oczy, utkwione gdzieś przed siebie, patrzyły nieruchomo wyrazem jakiegoś uśmiechnionego lęku. Pochyliłem się, aby zajrzeć w nie prosto, lecz odwróciła się i, jak dziecko, chcące się schować przed »obcym«, zakryła twarz rękoma. Ująłem ją wtedy łagodnie i cicho tuliłem do siebie i z ostroz̓nością, ledwo, ledwo muskając, całowałem jej włosy, skronie i koniuszczki palców. Nie broniła się, dobra, potulna — i nawet wtedy, kiedy, odjąwszy jej dłonie od twarzy i trzymając obie w jednej, drugą ręką oplotłem mocniej jej kibić. Miałem tuz̓ przy sobie jej twarz odsłoniętą, lecz z zmruz̓onemi oczyma i uśmiechającą się, jak przez sen.

 

— Janeczko!... moja Janeczko!...

Podniosła wreszcie powieki, z pod których wyjrzały owe dwa »źródła tajemnic« — wilgotne — jakby zdziwione — jakby nie widzące, chociaz̓ patrzące we mnie całym blaskiem szczęścia.

Po policzkach jej teraz ciemniejsze przewionęły płomienie, a usta nabrały ponsu dojrzałych wiśni.

Wesoły gwar głosów doleciał z dołu z alei. Zbliz̓ał się Katod pod rękę z Estelką. Za nimi nieco zaspany i kwaśny zdąz̓ał Eryk. Co tez̓ się stało, z̓e cały świat dzisiaj się podniósł tak wcześnie?

— Oni juz̓ tutaj!. Patrzcie!. — brzmiało powitanie, któremu towarzyszył wdzięczny śmiech Estelki. — Dzień dobry, dzień dobry.

— Dobry, dobry — odrzekła ze spokojem Jana, rozpinając bogate zwoje swych włosów, które, jak widać, jednakz̓e w pewien nieład wprawiły moje ostroz̓ne pocałunki.

–––––––

Przyjaciele tymczasem rozlokowali się wygodnie. Estelka, padłszy w objęcia »ukochanego« hamaku, przybrała swą zwykłą pozę, wdzięczną zleniwieniem.

Podniosła ku sercu wiązankę polnych fiołków i przepaściste źrenice zwróciła na Katoda, który widocznie dla niej te kwiaty uzbierał; następnie głosem śpiewnym zaczęła recytować jakiś wiersz smętny, z melancholii rodem.

Eryk nieco się boczył i nie kołysał hamaku.

Pomiędzy Katodem i Estelką wywiązała się jedna z tych rozmów nie do spisywania, ponad któremi, jak bańki wydymane przez słomkę, unosi się treść ich właściwa, równiez̓ rozwiewna i nieuchwytna, wyprowadzająca jednak serca z równowagi. Estelka jest mistrzynią w tego rodzaju »turniejach«, w których jednakz̓e Katod, jak zauwaz̓yłem to nieraz, traci swój cięty dowcip, stając się jeszcze mniej zajmującym, niz̓ inni jej wielbiciele.

Co do mnie zresztą, to niechętnie byłbym słuchał w tej chwili nawet głębokiej dyskusyi o najwaz̓niejszych sprawach.

— O miłość! miłość! — westchnęła głośniej piękna i tęsknie się zadumała. — Czyz̓ jest na świecie istota, któraby więcej kochała ode mnie!

Na to Jana się uśmiechnęła, Eryk skwaśniał do reszty.

— O, niema — mruknął ironicznie.

Ale zalotny frazes i kilka zdmuchniętych z dłoni fiołkowych płatków wionęło nie w jego stronę...

— Eryk nie wyspał się dzisiaj — rzekł Katod.

— Eryk?. Dąsa się trochę. Taki jeszcze dzieciak! To nic: poprawi się czasem... Ale prawda, z̓e Eryk ładny, o bardzo ładny blondynek? — złagodziła, darząc go długiem, powłóczystem spojrzeniem.

— Wiesz co? — zwrócił się Eryk do mnie — podobno dziś w nocy spadł aerolit. Mówią, z̓e gdzieś tu blizko. Nie słyszałeś o tem?

Jest zawsze głodny takich fenomenów.

— Moz̓e ci się przyśnił tylko?.

— Pójdę go szukać. Pewno w tym wąwozie...

— Doskonale! — rzekłem. — A nie zapomnij odczytać na nim owe znaki hieroglificzne. To moz̓e pilny list z nieba.

— Zwyczajny kamyk z mgławicznego szlaku, jakimi owe niegrzeczne cyklopięta, ciskając po powierzchni eteru, trafiły w zgrzybiałą staruszkę...

— Ziemię.

— Moz̓ebyśmy się wybrali na jaką przechadzkę? — odezwała się do mnie Jana. — Chciałabym długo z tobą porozmawiać, ale tylko — z tobą.

— Lecz gdziebyś pójść chciała?

— Gdzie? — zamyśliła się — wszystko jedno... Gdzieś ot tak prosto przed siebie — rzekła z uśmiechem — dokąd oczy poniosą. Zgoda?

— Wyborna myśl.

–––––––

Nie zdołam nigdy zapomnieć tego dnia rozkosznego, tej pierwszej naszej wycieczki, mogącej słuz̓yć za symbol najpiękniejszej drogi z̓yciowej dwóch połączonych losów. O! Eryk, gdyby miał dobrą lunetę, pewnieby dojrzał na wyz̓ynach dwie młode gwiazdy, lecące w nieskończoność ku przepromiennym jakimś słońcozbiorom!...

I nie wiem nawet, o czemeśmy rozmawiali, bo nie mówiliśmy wcale o miłości, choć kaz̓de słowo nasze nią tchnęło. Jak w śnie, płynąłem przez wszechogarniające tonie szczęścia, przez radość jakąś słoneczną, o błękitnem niebie, z srebrno-białemi na niem obłoczkami... Bo cały świat jakby się przepromienił dla nas w jedną wielką, nieskończoną radość, a radość nasza w świat cały...

I nie wiem, jak znaleźliśmy się w gęstym lesie, juz̓ zewsząd ogarnięci jego rozszemranym czarem. Nurzając się w pianach jego zielonych porostów, zapadaliśmy się coraz głębiej w tajemnicze głusze. Nie postała w nas myśl o strachu, o niebezpieczeństwie od zwierza i nawet kiedy na ściez̓ce spostrzegliśmy ślad podejrzany — jakby od cięz̓kiej stopy wielkoluda...

Pamiętam, z̓e nagle jakiś niezwykły łomot nas zatrwoz̓ył. Przystanęliśmy za drzewami i wnet przemknęło prawie huraganem całe stado dzików, pozostawiając po sobie zapach jakgdyby wiatru dymnego, smoły i jałowca, tę, rzekłbym, kwintesencyę leśnych aromatów... Jana wówczas mocniej przytuliła się do mnie.

Tak brnąc na oślep, czyli »wprost przed sie bie«, przedzierając się przez głuche zarośla i przełaz̓ąc przez długie trupy drzew, umarłych własną od starości śmiercią, zapadaliśmy się niejednokrotnie w ich wypróchniałe wnętrza. I po chwili Jana wyglądała, jak greckie bóstwo, wychodzące z obłoku próchennego pyłu, który osłaniał ją całą.

W ślad za nami gonił niemilknący śpiew ptactwa, nastrojony na dziwnie uroczystą nutę.

Nareszcie zaczęły się z góry przeciskać — tu i owdzie — snopy słonecznego światła — i gorącemi plamami kładły się, migając na głowie i na plecach Jany. Jakz̓e była zachwycająca w takiem ozłoceniu, z opadającym ze skroni włosem, rozplecionym jakby umyślnie przez leśne gałązki, az̓eby podnieść jej piękność do najwyz̓szych granic!

— Jakaś ty cudna, Jano! — szepnąłem w uniesieniu i wyciągnąłem ręce, aby ją zgarnąć w objęcia.

Lecz ona się zatrzymała i, patrząc na dół przed siebie, spowaz̓niała nagle.

— Spójrz — rzekła — jakie popielisko!

— Istotnie.

— Co za posępny widok!

Las właśnie urwał się tutaj. Przed nami w dole roztaczała się szeroko płaska kotlina, prawie cała pokryta rumowiskami i gruzem. Staliśmy przed Miastem Umarłych.

— To tutaj — odezwała się Jana, po chwili zamyślenia — to stąd wychodzą one...

— Kto taki?

— Mumie.

— Jakto mumie?...

— A tak, widziano tu jedną, jak wychodziła z lochów. Ta sama, co potem kiedyś w nocy skradała się ku »sąsiedztwu«.

— I ty dajesz wiarę takim bajkom? Wieszz̓e przynajmniej, jak wygląda mumia?

— Wiem — rzekła. — Zresztą zapytaj Emanuela; on ci dokładnie opisze jej wygląd.

— No, mówisz, z̓e ukazuje się w nocy. Radbym ją widzieć w dzień teraz... Pójdźmy, warto jest zwiedzić te zabytki.

I, zbiegłszy prędko na dół, zdąz̓aliśmy ku środkowi »miasta«, czując juz̓ ten chłód tajemniczy, którym tchną staroz̓ytne ruiny nawet w upalne południe.

–––––––

Nizkie, omszałe zwaliska i szare kupy głazów, porosłe rzadkim chwastem. Miejscami wyz̓ej sterczące szczerby poczerniałych jak od poz̓aru murów, czasem zielonych od pleśni i obłaz̓ącego je skwapliwie bluszczu.

Pokrzywa, oset, ciernie.

Gdzieś nawet kapnął w słońcu kilku ponsowemi plamami niespodziewany kwiat — maku...

Skręciliśmy wreszcie w uliczkę, zarośniętą trawą, gdzie wązka ściez̓ka prowadzi ku dość niewielkiemu, trzymającemu się jeszcze wcale nieźle domowi.

Z bramy jego wyszedł ktoś, podobny, jak mi się zdało, do Emanuela, i zniknął w dalszych zaułkach... Budynek ten miał jednakz̓e dwa piętra. Zdobiły go niegdyś płaskorzeźby, wyobraz̓ające, o ile wnosić moz̓na z pozostałych śladów ornamentu, jakieś fantazyjne kwiaty. U góry napis niecały pozwala się wszakz̓e domyślać, z̓e to — biblioteka.

Po szerokich schodach kamiennych weszliśmy w galerye, otaczające budynek. Jakiez̓ uczucie pustki i osamotnienia opanowuje wchodzącego w taki dom pamiątek!... Na wstępie samym uderza ów jakby oddech prochów — wiew jakiś dziwny, szczególny... Nie jest to zapach pyłu lub stęchlizny; pochodzi on głównie od stosowania owego środka, konserwującego druki.