Sex/SpeedTekst

Z serii: BB Easton
Z serii: 44 Chapters #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sex\/Speed
Sex\/Speed
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Sex/Speed
Sex/Speed
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Sex/Speed jest powieściową fikcją, bazującą na postaciach i wydarzeniach znanych z pamiętnika BB Easton Sex/Love. Jakkolwiek tło tej powieści i wiele sytuacji w niej przedstawionych mają odbicie w rzeczywistości, fizyczne cechy postaci oraz ich personalia – poza samą BB – zostały zmienione w celu ochrony ich tożsamości. Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe.

Ze względu na wulgarny język, mocne sceny przemocy i seksu oraz wątki związane z przestępczością i zażywaniem narkotyków przez nieletnich, książka ta nie jest przeznaczona dla czytelników poniżej osiemnastego roku życia. Dla pewności należałoby ją przed nimi po prostu schować.

Książkę dedykuję swoim rodzicom. Uznajcie ją za przeprosiny. Za to, że przyprowadziłam do domu na kolację dwudziestodwuletniego byłego kryminalistę z tatuażem na głowie… kiedy miałam zaledwie szesnaście lat.

Przeprosiny, których nigdy, przenigdy nie wolno wam przeczytać.

Wstęp

Są na świecie dwa typy ludzi – ci, którzy przeczytali mój pamiętnik Sex/Love, oraz ci, którzy tego nie zrobili. Oba są tu mile widziane. Chyba że należysz do jednej z tych grup i przypadkiem nazywasz się Bradley lub Easton. Wówczas prawdopodobieństwo, że jesteśmy spokrewnieni lub spowinowaceni, jest zbyt wysokie, abym pozwoliła ci kontynuować. Pani Bradley, bardzo proszę o odłożenie tej książki i dyskretne wycofanie się. Proszę mi zaufać, panie Easton. To dla pańskiego dobra.

Jeśli nie nazywasz się Bradley ani Easton i jest to twoja pierwsza dawka Harleya Jamesa, nastaw się na niezły odjazd. Harley to łobuz o dziecięcej buźce, który zafundował mi jazdę bez trzymanki. Postać jest luźno wzorowana na moim byłym chłopaku, lecz jego personalia, charakterystyczny rys oraz cechy osobowości zostały tak zmienione bądź wyolbrzymione, że własna matka by go nie rozpoznała. To znaczy mogłaby coś podejrzewać, ale za cholerę nie zdołałaby tego udowodnić.

Jeśli należysz do grupy czytelników, przedstawiłam ci już pana Harleya Jamesa – czy raczej jego dwie wersje. Znasz go jako uroczego tępaka z wpisów w moim nie-fikcyjnym dzienniku oraz jako fabularyzowanego flirciarza Harleya z wersji przeznaczonej dla Kena. Pragnę z radością poinformować, że w tej książce występuje fikcyjny Harley-flirciarz, natomiast fabuła, sceneria i czas akcji są w większości autentyczne. Próbowałam dać wam to, co najlepsze z obu światów – seksownego, niebezpiecznego, wydziaranego bohatera i krwistą, dosadną życiową historię.

Jak pisałam w Sex/Skin, ta książka przedstawia moją wersję prawdy. Nazwałabym ją fragmentaryczną prawdą.

(W tym przypadku jest to raczej sześćdziesiąt pięć procent prawdy. No, najwyżej siedemdziesiąt pięć).

Miłej jazdy!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Słowniczek

911 – porsche model 911, kultowy porszak

ATV – samochód terenowy, quad (All Terrain Vehicle)

benzo (slang) – leki psychotropowe z grupy benzdiazepin, jak xanax, valium, lorazepam, klonazepam, zażywane nielegalnie

bongo – rodzaj fajki wodnej przeznaczonej do palenia różnego rodzaju ziół (przetworów konopnych, szałwii wieszczej, tytoniu)

boss 429 – kultowy mustang z silnikiem o pojemności 429 cali sześciennych

cholo (slang) – pogardliwie: Meksykanin, Amerykanin meksykańskiego pochodzenia

DMV – Wydział Pojazdów Mechanicznych, w USA i Kanadzie, odpowiednik polskiego Wydziału Komunikacji (Department of Motor Vehicles)

fastback – najseksowniejszy typ sportowego nadwozia, w którym pokrywa oraz tylna szyba opadają pod łagodnym kątem w stronę tylnych świateł

gastro, gastrofaza – napad głodu po ujaraniu się ziołem

head shop – amerykański odpowiednik niderlandzkiego coffee shopu, gdzie sprzedaje się marihuanę, tytoń i powiązane akcesoria

hot rod – przerobiony stary samochód, głównie marki Ford; moda na hot rody narodziła się w USA

MDMA – skrót od metylenodioksymetamfetaminy, potocznie zwanej ecstasy – narkotyk o silnym działaniu pobudzającym

moment obrotowy – wartość, która określa dynamikę silnika, jego przyspieszenie; w krótkodystansowych wyścigach ulicznych moment obrotowy jest ważniejszy od mocy silnika

muscle car – podrasowany samochód, tzw. mięśniak

Natty Ice (slang) – Natural Ice, tanie piwo, popularne na amerykańskiej prowincji, głównie wśród rednecków (patrz niżej)

piątka – mustang GT z pięciolitrowym silnikiem V8, produkowany w latach 1979–1993; nazwa pochodzi od srebrnego emblematu 5.0, umieszczonego za przednim kołem tego modelu

piksy (slang) – tabletki ecstasy

punani (slang hawajski) – wagina, pochwa; od hawajskiego słowa puanani, czyli „piękny kwiat”

redneck – wsiok, burak z Południa; pogardliwe slangowe określenie biednych białych farmerów z południa Stanów Zjednoczonych; nazwa oznacza „czerwony kark” (domyślnie od opalenizny) i nawiązuje do pracy fizycznej w polu

rockabilly – pierwotna forma rock and rolla, z elementami muzyki country, która narodziła się w USA w latach pięćdziesiątych XX wieku

seksylion – orgazm do potęgi entej

slicki – opony bez bieżnika przeznaczone do wyścigów na suchym asfalcie

SoCo (slang) – southern comfort, gatunek whisky

szakalop – rogaty królik lub zając, mityczny stwór z folkloru Ameryki Północnej, zwykle przedstawiany w formie wypchanego królika z jelenimi rogami

żonobijka – obcisła biała męska podkoszulka z dzianiny z dużym wycięciem, symbol twardzieli z klasy robotniczej, często występujących w klasycznych amerykańskich filmach

1

CZERWIEC 1998

Kiedy się obudziłam w dniu swoich szesnastych urodzin, wcale nie wyskoczyłam z łóżka, żeby polecieć i odebrać prawko. Nie jarałam się myślą, że po południu będę kupować swój pierwszy samochód – na który oszczędzałam, odkąd skończyłam piętnaście lat i mogłam legalnie podjąć pracę. Miałam głęboko gdzieś takie atrakcje jak wyjście do galerii, odpakowywanie prezentów czy napychanie się pieprzonym tortem. W dniu urodzin marzyłam jedynie o tym, aby to wszystko przespać, bo za każdym razem, kiedy się budziłam, ożywał dręczący mnie ból, pożerający duszę. Czułam, jak przepala mi żołądek i rzuca się żarłocznie na moją tak jeszcze niedawno pogodną osobowość, wysysając energię z kości jak szpik i chęć do życia. Boli, kiedy jesteś zjadana żywcem. Boli, kiedy jesteś na jawie. Tylko sen nie boli.

Z wysiłkiem otworzyłam oczy i spojrzałam na nocną szafkę. Czerwone cyferki budzika informowały, że znów przespałam południe. Znajdująca się obok jagodowa muffinka z krzywo wetkniętą świeczką uzmysłowiła mi, że mama tu była i próbowała mnie obudzić. Podniesione żaluzje, wpuszczające obrzydliwe ilości letniego słońca, upewniły mnie, że musiała próbować parę razy. A ta pigułeczka i szklanką z wodą na szafce? Taaa, jeszcze bardziej mnie wkurzyły.

Usiadłam w pościeli i łypnęłam na stół, na którym był kompletny burdel. Po chwili udało mi się wypatrzyć camele lighty. Opuściłam na podłogę chude nogi i sięgnęłam ponad żarciem i wodą – zamiast nich wolałabym już truciznę. Zapaliłam papierosa i czekałam na kojący efekt pierwszego sztachnięcia, ale nawet palenie przestało mnie cieszyć. Tak jak wszystko inne. Reszta była rutyną.

Ręka ze szlugiem do ust.

Wdech.

Wydech.

Jeszcze raz.

Strząsnęłam popiół do pustego pudełka po cynamonowych miętusach i wpatrzyłam się w pigułkę, zostawioną mi przez mamę – małą białą nadzieję, która sprawi mi tylko kolejny zawód. Sięgnęłam po nią i obróciłam ją w palcach. Gdyby nie napis PROZAC, wytłoczony na jednej stronie, mogłabym pomyśleć, że poczęstowano mnie tic takiem.

To małe gówno nic nie pomagało. Przygaszało jedynie żywe kolory mojego świata, sprowadzając je do brudnej, jednostajnej szarości. Zamiast odczuć, tego natłoku porażających, wściekłych szkarłatów, skłębionych, szumiących błękitów czy pulsujących, ostrzegawczych żółci, mój wewnętrzny świat stał się szary jak dym wiszący kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą sypialni i pod sufitem. Szary jak moja skóra, luźno udrapowana na żebrach, wyścielająca zapadnięte policzki i oczodoły.

Tak szary jak wyblakły tatuaż z rycerzem po wewnętrznej stronie mojego serdecznego palca.

Cisnęłam przez pokój osławioną pastylką na świeży oddech, nasłuchując cichego brzdęk, brzdęk, brzdęk, kiedy odbiła się od ściany, upadła na moje „biurko” – składające się z dwóch biurowych szafek i starych drzwi w roli blatu, które mama przytaszczyła ze sklepu dobroczynnego i pomalowała sprejem na czarno – i wylądowała na stosie błyszczących militarnych nylonowych ciuchów, rzuconych na podłogę.

W piersi czułam ucisk, jakby ktoś zaszedł mnie od tyłu i ciasno zasznurował niewidzialny gorset. Łzy zapiekły mnie w kącikach oczu, kiedy pod powiekami zamigotały nieproszone obrazy. Widok skinheada, stojącego obok mnie przy szkolnej szafce i narzucającego mi na ramiona krótką zieloną kurtkę lotniczą, która miała ogrzać moją wiecznie przemarzniętą skórę. Widok jego uśmiechu, kiedy obrócił mnie, podziwiając, jak ładnie mi w tym ciuchu. Nigdy wcześniej nie widziałam, jak się uśmiecha. A przynajmniej nie tak. Chciałam sprawić, żeby znów to zrobił, a tymczasem go uraziłam, mówiąc, że nie mogę przyjąć prezentu. Odrzuciłam go, tak jak wszyscy inni.

Zacisnęłam powieki i przykryłam je przegubami, próbując odpędzić wspomnienia. Te retrospekcje były coraz bardziej dokuczliwe, ale lekarz uważał je za zwykły przypadek standardowej młodzieżowej depresji. Jakby porcja prozacu, połączona z odrobiną odpoczynku i relaksu, wystarczyły, aby się z nią uporać. Jakby widok twojego psychopatycznego, napędzanego sterydami chłopaka – skina, katującego człowieka na śmierć, był czymś normalnym. Jakby utrata najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, który popełnił samobójstwo, i obecność przy porodzie wykrwawiającej się najlepszej przyjaciółki, i to tego samego dnia, były czymś normalnym. Jakby fakt, że chłopak, który był twoją pierwszą miłością, zaciągnął się do marines zaraz po tym, jak odkryłaś, że zdradził cię z innym chłopakiem, też był czymś normalnym.

 

I to, kurwa, ma być normalne? Raczej dołujące. Ciężar piętrzących się traum ciągnął mnie na dno, a ja nie miałam siły, aby wypłynąć na powierzchnię. Byłam zbyt zmęczona. Dlatego po prostu siadałam na tym dnie, zastanawiając się, jak długo wytrzymam bez oddechu. I choć oczy mnie piekły od nikotynowego dymu, a nie od chloru, mimo spowolnionych, wysilonych ruchów, przygniatającego ciężaru oraz naprzemiennych napadów paniki i rezygnacji było mi wszystko jedno.

Tonęłam.

Ale nie dość szybko.

Niewiele myśląc, zdusiłam peta i wstałam. Gwiazdy zatańczyły mi przed załzawionymi oczami, grożąc niedowidzeniem, ale napędzana bólem duszy, dzielnie przemogłam zawroty głowy. Zgarnąwszy po drodze paskudny wypiek z szafki, ruszyłam do łazienki rodziców w poszukiwaniu ratunku.

W wyuczonym odruchu pokruszyłam muffinkę, wrzuciłam ją do toalety i spuściłam wodę, niszcząc dowód. Wcześniej unikałam jedzenia, bo chciałam być szczuplejsza, ładniejsza, bardziej Kate Moss-owa. Ale teraz nie jadłam, bo, do cholery, nie mogłam.

Bo to mnie coś zjadało.

W szale otworzyłam szafkę z lekarstwami mamy, gotowa połknąć garść czegokolwiek, co wpadnie mi w ręce, aby tylko uśmierzyło ten ból.

Ale szafka była pusta.

Szarpnęłam lustrzane drzwiczki po stronie bliźniaczej umywalki taty. I tu pusto. Tylko sterta recept na opiaty, leki przeciwlękowe i specyfiki na rozluźnienie mięśni, które już zdążyłam sprawdzić i wiedziałam, że są przeterminowane. Znikły nawet zwykłe środki przeciwbólowe i syropy na kaszel. Rozpłynęły się w powietrzu. Buszowałam we wszystkich szufladach, szafkach, szafach i komodach, ale nie znalazłam nic poza kosmetykami, artykułami toaletowymi i ciuchami.

Nie.

Nie.

Niee!

Moje serce zerwało się do galopu, a pokój zachwiał się w posadach. Wparowałam tu, licząc, że znajdę ratunek na swój najgorszy koszmar, a zamiast tego znalazłam się w potrzasku. Znikąd ucieczki, a ściany na mnie napierały.

Walcząc o oddech, kurczowo złapałam się blatu i rozdarłam się jak dzika:

– Mamo! Maaamoo!

Nogi się pode mną ugięły, kiedy usłyszałam jej zbawcze kroki na naszych trzeszczących schodach.

– Jezu Chryste, BB – powiedziała mama, wchodząc i widząc roztrzęsioną córkę, klęczącą przed jej toaletką, z czołem przyciśniętym do drzwiczek dolnej szafki. – Co się dzieje?

Wszystko. Pier-do-lo-ne wszystko.

– Nie mogę znaleźć tylenolu – wykrztusiłam.

– Boli cię głowa, kotku? – zapytała tym swoim maminym empatycznym głosem, który nieodmiennie sprawiał, że chciałam zwinąć się w kłębek na jej kolanach i wybuchnąć płaczem.

Zacisnęłam powieki i kiwnęłam głową, opartą o tani mebel.

– Przykro mi, kochanie. Może to migrena? Czekaj, zaraz dam ci excedrin.

Zamiast sięgnąć do szafki czy szuflady, mama po prostu otworzyła drzwi garderoby, znajdującej się za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak odsuwa na bok naręcze wiszących na wieszakach letnich hippisowskich sukienek tie-dye i obraca srebrną gałkę ukrytego tam niewielkiego czarnego sejfu – raz w lewo, raz w prawo. Nie widziałam, co zrobiła po otwarciu, ale usłyszałam znany grzechot pojemniczków na lekarstwa, kiedy przebierała w nich, aby wybrać coś, czego jej zdaniem potrzebowałam.

Kiedy wreszcie mama wyłoniła się z garderoby z dwiema białymi pigułeczkami na dłoni, zapytałam z urazą w głosie:

– Dlaczego wszystkie leki są tutaj?

Mama omiotła wzrokiem łazienkę i nawinęła na palec pasmo długich rudych włosów – jak zawsze, kiedy czuła się zakłopotana.

– No wiesz, kochanie – powiedziała z wymuszonym smutnym uśmiechem, kiedy łagodne spojrzenie jej troskliwych zielonych oczu wreszcie spoczęło na mnie – ten psycholog, do którego cię zaprowadziliśmy, powiedział, że może to dobry pomysł, żeby schować pod kluczem wszystkie leki w domu… i niebezpieczne przedmioty. Rozumiesz, dla twojego dobra.

Ciężar słów mamy wyparł mi z płuc tę resztkę powietrza, którą zdołałam jeszcze ocalić. Popatrzyłam na jej twarz i dwa strumienie łez popłynęły po moich bladych, zapadniętych policzkach. Niepewny, dodający otuchy maminy uśmiech nie zdołał zamaskować bólu w jej udręczonych oczach. W tym momencie się rozkleiłam. Spazmy wstrząsnęły moim chudym ciałem, kiedy nieuchronnie uświadomiłam sobie powagę sytuacji.

Mama właśnie uratowała mi życie.

Usiadła obok mnie na podłodze, przytuliła i uciszała, kiedy ja płakałam.

– Wiesz – powiedziała, gładząc moje piegowate ramię dłonią zniszczoną przez lata rysowania, malowania i rzeźbienia – myślę, że powinnaś odstawić te pigułki. Poczytałam trochę, no i jednym ze skutków ubocznych antydepresantów u nastolatków są myśli samobójcze.

– Naprawdę? – mruknęłam, rozciągając T-shirt, żeby wytrzeć nim nos i oczy.

Miałam nadzieję, że mama ma rację. Zrzucenie winy na prochy za to, czego omal nie zrobiłam, sprawiało, że nie czułam się aż takim potworem.

– Naprawdę. Kochanie, myślę, że powinnaś wyrzucić to z siebie. Może chcesz porozmawiać z terapeutą? Albo coś namalować? Zawsze lubiłaś malować. A gdybyś tak coś napisała? Czytałam, że pisanie listów do różnych ludzi, a potem darcie ich jest niezwykle terapeutyczne. A może widziałam to u Oprah.

Skinęłam głową, oparta plecami o szafkę, w za dużym T-shircie, w którym ostatnio sypiałam, naciągniętym na trzymane pod brodą kolana.

– Może powinnam spróbować – wymamrotałam w przesiąkniętą łzami bawełnę.

Wreszcie wzięłam głęboki oddech, uniosłam głowę i uśmiechnęłam się blado, żeby zadowolić mamę.

– Kiedy wrócimy z moim samochodem.

Oczywiście, zanim doszło do kupna samochodu, musiałam dwie godziny odstać w kolejce w DMV i spróbować – bez powodzenia – zaparkować równolegle taurusa kombi mojej mamy pod okiem kobiety z podkładką z klipsem i zbawiennie wysokim poziomem apatii. Potem znów stanęłam w kolejce – tym razem po to, aby zrobiono mi fotkę, na której wyglądałam jak szkielet, z ogoloną głową i zapadniętymi oczami.

Mało kto lubi swoje zdjęcie w prawie jazdy, ale na moje zwyczajnie nie dało się patrzeć. Wyglądałam jak pacjentka po chemioterapii. Albo ćpunka. Jakbym umierała.

Bo tak było.

Umierałam przez chłopaka.

W sumie wszystko, co się do tej pory ze mną działo, zawsze było z powodu chłopaka. Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień był moment, kiedy w przedszkolu pozwoliłam, aby moja ówczesna sympatia odcięła mi jeden z kucyków. Symptomatyczne, jeśli przyjąć, że od tego czasu rozdawałam chłopcom różne ochłapy i kawałki siebie. Może dlatego miałam prawie czternaście kilogramów niedowagi. Dawałam z siebie za dużo.

Wreszcie, z prawkiem w ręku, udałam się do faceta z mustangiem. Byłam wielbicielką mocnych sportowych wozów i dysponowałam budżetem na miarę forda escorta, ale udało mi się znaleźć mustanga hatchbacka z pięciolitrowym silnikiem z dziewięćdziesiątego trzeciego i – ku mojemu niezadowoleniu – z manualną skrzynią biegów za całkiem rozsądną cenę. Miałam za mało pieniędzy, ale mama zgodziła się mi pożyczyć swoje niewielkie oszczędności. Myślę, że przekonała ją perspektywa, że nie będę już musiała prosić chłopaków o podwózki.

Powinnam być wniebowzięta. Odkąd pamiętam, marzyłam o samochodzie, a konkretnie o mustangu. Tymczasem, kiedy siedząc za kierownicą swojego nowego/używanego wozu, zaparkowanego na podjeździe rodzinnego domu, zaczęłam sobie wyobrażać twarze ludzi, którzy nie usiądą na miejscu pasażera, luki, których nie mogłam w swoim życiu zapełnić, stały się jeszcze bardziej widoczne.

Knight? Na obozie dla rekrutów.

Juliet? Niańczy dzieciaka.

August? Nie żyje.

Lance? Dla mnie nie żyje.

Zanim moje żałosne oblewanie bryki zdążyło dojść do etapu otwarcia piwa i włączenia kasety z muzą, zakurzona stara toyota tercel z jarzącym się logiem pizzerii na dachu wparowała na nasz długi podjazd. Mieszkałam z rodzicami w niewielkim szarym domu na zadupiu w Georgii. Mama go lubiła, bo mogła sobie bez przeszkód hodować zioło. Tata go lubił, bo wydawało mu się, że rząd podsłuchuje rozmowy telefoniczne i kombinuje, jak zabrać obywatelom broń. A ja byłam wkurzona, bo od przyjaciół dzieliło mnie co najmniej pół godziny drogi. To znaczy w czasach, kiedy jeszcze miałam przyjaciół.

Westchnęłam i zsunęłam się nisko na siedzeniu, bo w tym opłakanym stanie wolałam unikać wszelkich interakcji.

Nasłuchiwałam, czy koleś od pizzy już odjechał, a zamiast tego usłyszałam, jak mama nawołuje:

– BB… Bii-Biiii… Chodź, kochanie, zjedz coś!

Zdemaskowała tym samym moją kryjówkę.

Wysiadłam z westchnieniem i opuściłam głowę, aby uniknąć spojrzenia dostawcy pizzy, kiedy się mijaliśmy. Nie chciałam widzieć jego reakcji na drobną, wątłą, bladą istotę – ni to chłopaka, ni to dziewczynę, która niespodziewanie wyłoniła się z auta z szybami zasuniętymi w środku czerwca. Byłam pewna, że wyglądam jak Gollum po raz pierwszy wypełzający ze swojej jaskini. Nie musiałam tego widzieć wypisanego na twarzy jakiegoś obcego faceta.

W salonie, zamiast jak zwykle przy telewizyjnym stoliku, usiadłam z rodzicami przy kuchennej „wyspie” – tanim stole ze stołkami zamiast krzeseł, kupionym przez mamę w Walmarcie – aby się poddać przymusowemu świętowaniu urodzin. Po pizzy, którą ledwie uszczknęłam, mama podsunęła mi jeden z tych swoich autorskich bezkształtnych, lekko przypalonych domowych wypieków. Jak można się było spodziewać, moi wiecznie ujarani starzy za cholerę nie mogli znaleźć świeczek, i w końcu mama wetknęła w lukier zapaloną zapałkę. Odśpiewali mi Sto lat, a ja grzecznie się uśmiechnęłam, licząc minuty do chwili, kiedy to się skończy i będę mogła popędzić do swojego pokoju na dymka.

Kiedy rozciapciałam widelcem ciasto na talerzyku i skrycie nakarmiłam nim pod stołem naszego golden retrievera, tata wręczył mi jakąś złożoną ulotkę.

– Sto lat, mała – powiedział z uśmiechem.

Facet był od lat bezrobotny, więc domyśliłam się, że prezent jest od mamy, ale fakt, że tata uśmiechał się od ucha do ucha, wręczając mi ten papier, świadczył o tym, że on to wymyślił i wybrał, cokolwiek to było.

Rozwinęłam ulotkę i moje zmarszczone z zaciekawienia czoło wygładziło się, a brwi się uniosły. Było tam zdjęcie czterech nowiutkich kół z pięcioramiennymi alufelgami i firmowym emblematem pędzącego konia. Mustang, którego kupiłam, miał absolutnie żałosne plastikowe dekle i prawie łyse opony, ale nawet nie pomyślałam, że można by je wymienić.

– Mama chciała, żebyś miała bezpieczniejsze opony, ale namówiłem ją na jeszcze coś lepszego – powiedział tata i puścił do mnie oko. – Jesteś umówiona na zmianę kół w A&J Auto Body, w poniedziałek.

Ten, kto twierdzi, że pieniądze szczęścia nie dają, nigdy nie podarował kompletu nowych kół do mustanga szesnastolatce z niezamożnej rodziny, fance podrasowanych fur.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów się uśmiechnęłam. Uśmiechnęłam? Nie, do diabła, to był wrzask. Wyściskałam tatę. I skakałam pod sufit.

Pognałam do siebie na górę i z camelem w zębach zadzwoniłam z rewelacjami do ostatniej przyjaciółki, jaka mi pozostała. Kiedy Juliet z płaczącym berbeciem w tle zapytała, czy miałam fajne urodziny, zapewniłam, że tak. I ku swojemu zaskoczeniu miałam wrażenie, że chyba rzeczywiście tak było.