Opowiadania letnie, a nawet gorąceTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © 2006, 2020, Prószyński Media

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Judy Kennamer/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-824-9

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Janusz Leon Wiśniewski

NIEWIERNOŚĆ

Przesunęła się w łóżku na drugą stronę i już po kilku minutach zauważyła, że ta też jest zła. Nadal nie mogła zasnąć.

Kolejna taka noc. Najpierw winiła upał i zepsutą klimatyzację, której naprawy nie mogła się doprosić od dwóch tygodni. Personel hotelu miał tutaj tylko obowiązki, praw – oprócz zagwarantowanej umową ośmiogodzinnej przerwy na sen – nie miał żadnych. Gdy po tygodniu poskarżyła się dyrektorowi hotelu, usłyszała, że jeśli chce, to on może do niej przychodzić nocą i chłodzić ją kostkami lodu z drinków, które razem wypiją. „Obłożę cię lodem, podniosę ci sutki, zamrożę ci uda tak, że zaczniesz drżeć z zimna i prosić, abym cię ogrzał…”. Nie dała mu skończyć. Odwróciła się i wyszła z jego biura bez słowa.

Gdyby tylko chciała, z hukiem wyleciałby z tego gabinetu już jutro. Mały, wstrętny, łysy, gruby, obśliniony erotoman w wyświechtanym garniturze i kiczowato-patriotycznie chorwackim krawacie w biało-czerwoną szachownicę. Nie zdejmował tego krawatu chyba nigdy. Gdy zaczynał się nowy turnus, chodził między leżakami turystów wzdłuż basenu i przeszkadzając im, opowiadał, jak ważne jest dla niego, „aby czuli się jak u siebie w domu”. Zaraz potem się przedstawiał, ale tylko imieniem. Bożydar. Powtarzał swoje imię dwa razy i zaczynał snuć zmyśloną opowieść o tym, że urodził się dwudziestego piątego grudnia i był „gift of God”, czyli darem Boga. „Wszyscy synowie urodzeni w ten dzień dostają takie imię w Chorwacji” – dodawał z miną ministranta przed komunią. Oczywista nieprawda, na dodatek wcale nie urodził się w Chorwacji. Od Mileny pracującej w księgowości wiedziała, że nie ma na imię Bożydar, tylko Goran. I że urodził się we Frankfurcie nad Menem. Jego ojciec był muzułmaninem z Bośni, przyjechał do Niemiec za pieniędzmi. Nie zmarł śmiercią naturalną – znaleziono go z przestrzeloną głową w kradzionym samochodzie. Matka jest Niemką, pochodzi z byłej NRD i ciągle mieszka w Hanowerze. Zaraz potem z miną mędrca zmieniał temat i opowiadał o tym, że krawat wymyślili Chorwaci – co jest prawdą – i zapewniał – co wszyscy i tak już wiedzą – że jeśli na Hvar będzie padał deszcz, to za „każdy deszczowy dzień dostaną państwo pełny zwrot opłaty za koszty noclegu”. Oczywiście nie dodawał, że koszty noclegu to nie więcej niż dwadzieścia procent kosztów pobytu. Grube i biedne turystki z Anglii były wniebowzięte, dla nich dzień bez deszczu jest niemal nie do wyobrażenia, więc wydawało im się, że na tym urlopie jeszcze zarobią. Niemki i Austriaczki go nie rozumiały, bo jego niemiecki był nie do zrozumienia. Włoszki ze strachu przed mężami udawały, że go nie zauważają, i odwracały się do niego swoimi ogromnymi pośladkami, a racjonalni Polacy dopytywali się, „ile godzin musi padać, żeby dostać zwrot, i czy trzeba mieć na to jakieś zaświadczenie”.

Czasami, obserwując go, zastanawiała się, co powiedziałby Freud, gdyby wysłuchał go na swojej kanapie w Wiedniu. Miałby z pewnością doskonały materiał do kolejnego artykułu o skutkach kompleksu Edypa, fantazjach seksualnych w dzieciństwie i transferze negatywnych emocji pacjenta na otaczający go świat. Bożydar-Goran, chorwacki krawatowy patriota z niemieckim obywatelstwem, był bowiem klasycznym przykładem pacjenta, który wypychał swoją podświadomość na zewnątrz. I to wcale nie w snach. Robił to w samo południe, w garniturze i krawacie, w czterdziestostopniowym upale, przechadzając się między leżakami, molestując Bogu ducha winnych turystów ze zjednoczonej Europy. Freud musiałby być zachwycony…

Postanowiła przyzwyczaić się do upałów. Nawet do tych w nocy. To było pewniejsze, niż liczyć na to, że naprawią jej klimatyzację. Otwierała na oścież okno, skrapiała wodą meble w pokoju – tak doradziły jej dziewczyny pracujące z nią w recepcji – kładła się spać po północy, piła czerwone wino i brała gorący prysznic. Czerwone wino po prysznicu zawsze ją usypiało. Zrzucała kołdrę i naga kładła się pod prześcieradłem. Nie pomagało. Gdy po raz kolejny przekonywała się, że żadna strona łóżka nie jest dobra, wstawała i siedząc nago przy małym okrągłym stoliku, robiła notatki do pracy. Sięgała po najnudniejsze książki o Freudzie. Czytała nawet tego wymoczka Adlera. Nikt nie pisał tak nudnie o Freudzie jak Adler. Chciała go szczególnie dokładnie przestudiować, aby nikt nie mógł się podczas obrony przyczepić, że „nie zna Adlera”. Wielu znanych jej profesorów psychologii uwielbia Adlera. Jest momentami tak cholernie do nich podobny. Wylękniony facet z tytułami próbujący wydostać się z cienia rzucanego przez rozłożyste drzewo autorytetu mistrza, który ma zbyt mało czasu, aby przytulać i klepać po plecach wszystkich swoich apostołów. W odruchu desperacji i żałosnej zazdrości – tak jej się wydaje – trzeba było ten autorytet zdradzić. Gdy mistrz jest zbyt wielki, ma się bardzo mało do stracenia. Zawsze znajdzie się cała armia zazdrosnych i zakompleksionych popleczników, którzy przygarną zdrajcę. Ostatnia szansa, aby mieć swoje pięć minut i przez śmierdzącą oparami kuchnię wejść do historii. Alfred Adler swoich pięciu minut, jej zdaniem, nie wykorzystał. Był zbyt nudny w swoim uzasadnieniu zdrady. Może być, że zdrajcy, ze wstydu lub lęku przed zemstą własnego sumienia, nie potrafią interesująco krytykować zdradzonych. Najpierw wysiadywał cierpliwie jaja Freuda, aby potem sprzymierzyć się z chytrymi lisami czyhającymi na te jaja. Ale był dla nich zbyt uczciwy. I na dodatek nie dość, że był Żydem, to jeszcze marksistą. Na wiedeńskich salonach w tamtych czasach uchodziło to za poważną psychiczną przypadłość. Ani razu nie zdobył się na to, aby napisać, że Freud to wierutny kłamca, manipulator i hedonistyczny narcyz, pozujący do zdjęć najczęściej z cygarem. Zawsze pisał tak… dookoła. Nudnie i bełkotliwie o nerwicach wynikających z kompensacji braku uczucia bezpieczeństwa zamiast z nadmiaru „seksualnego libida”. Nigdy nie odważył się, na przykład, na napisanie tego, co często i chętnie powtarzał wśród swoich przyjaciół, że Freud cygar nie palił. Tylko je zapalał. I potem ostentacyjnie ssał. Demonstrując – jego, Adlera, zdaniem – w ten sposób ukryte pragnienia kobiet. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby napisał, że ssąc cygaro, Freud demonstrował homoseksualną część swojej osobowości. Wszystko to oczywiście bzdura. Freud wypalał swoją dzienną rację – dwadzieścia! – cygar, najczęściej w odosobnieniu gabinetu.

Jednak nawet zanudzając się Adlerem, nie mogła zasnąć. Czasami przerywała czytanie i nie zdejmując okularów, wstawała od stolika i podchodziła do okna. W niektóre noce udawało się jej poczuć na skórze delikatnie chłodniejszy dotyk bryzy. Zakrywała wtedy dłońmi piersi i spoglądała na ścianę okien po drugiej stronie prostokąta zamykającego teren hotelu. W jednym z nich, na drugim piętrze, nad bramą, za którą zaczynał się ogród oddzielający budynek od ruchliwej ulicy prowadzącej na plażę, nigdy nie gasło światło. To było okno jego pokoju. Wpatrywała się intensywnie w nieregularną plamę żółtawej poświaty przedostającej się przez nieszczelnie zsunięte zasłony, próbując dojrzeć jakiś ruch lub cień. Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Któregoś razu, stojąc naga przy otwartym oknie, zdała sobie sprawę, że z wypatrywania znaków jego obecności o trzeciej nad ranem i rozczarowania, którego doznaje przy tym za każdym razem, zrobiła sobie jakiś nocny masochistyczny ceremoniał. Że ta utrzymująca się bezsenność to nie żadne termiczne nieprzystosowanie do upałów na wyspie Hvar. Że to coś znacznie poważniejszego.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło się jej, żeby nie mogła spać z powodu mężczyzny, który nie był w tym czasie obok niej w łóżku. Paweł zasypiał po niej. Niezależnie od tego, czy mieli seks, czy nie. Jeśli to prawda – nie wie dlaczego, ale nie może tak do końca uwierzyć w tę chemię – z tymi narkotycznymi endorfinami zwiększającymi swoją koncentrację podczas pożądania, to w jej krwi najbardziej koncentrowała się hypnotyna. Kolejny peptyd „od czegoś”. Tym razem od spania. Czytała w Wiedniu, tuż przed przyjazdem na Hvar, jakiś mądry artykuł o hypnotynie. Wynikało z niego, że ejakulacji samca towarzyszy, z niewielkim opóźnieniem, fluktuacja stężenia hypnotyny. U niektórych badanych szczurów jej koncentracja w płynach ustrojowych wzrastała o ponad trzysta procent. Rzadko kiedy wyniki eksperymentów na szczurach różnią się od badań na ludziach. Jednym słowem, facet zasypia w łóżku zaraz po seksie nie ze swojej winy. Po prostu kobieta go zah(y)pnotyzowała. Analogia do jej zachowań była uderzająca. Najpierw z rozkoszy odpływała w krótkotrwałą nirwanę, potem przytulała się do Pawła, który ciągle jeszcze drżał z podniecenia, aby natychmiast zasnąć, nie czekając nawet, aż skończy szeptać jej do ucha te wszystkie słodkości, których inne kobiety w całym swoim życiu pewnie nie miały okazji wysłuchać. W jej wypadku spełnione pożądanie kończyło się zawsze zasypianiem. I to takim „psychoanalitycznie bezproduktywnym”, ponieważ rano, po przebudzeniu, rzadko kiedy pamiętała swoje sny. Gdy zaczęła pisać doktorat z Freuda, natychmiast założyła także swój sennik. Chciała wiedzieć, czy na sobie samej może potwierdzić jego interpretacje. Nic z tego nie wyszło. Nie śniła o niczym symbolicznym. Ani o złamanych świecach, których nie można wsunąć do otworów w świeczniku (impotencja mężczyzny), ani o przelewających się w nieskończoność wannach (ktoś jest zbędny w otoczeniu), ani nawet o tradycyjnie śnionej nagości (niespełnienie seksualne). Ze wszystkich snów pamiętała tylko te, w których pojawiała się Agnieszka. Ale snów o Agnieszce nie zinterpretowałby nawet Freud. Była zbyt skomplikowana.

 

Agnieszka…

Znały się od zawsze. Ich rodzice byli połączeni jakąś nierozerwalną mistyczną więzią przyjaźni. Byli świadkami na swoich ślubach, rodzicami chrzestnymi dzieci, razem płakali na pogrzebach, razem spędzali urlopy i nawzajem żyrowali sobie kredyty, aby zbudować sobie domy. I razem je budowali. Jeden obok drugiego na przedmieściach Poznania. Jej matka i matka Agnieszki dołączyły wiernie i bezwarunkowo do przyjaźni ich ojców. Czwórka jedynaków, połączona dwoma oddzielnymi ślubami, czterema powinowactwami dusz i brakiem płotu między ogródkami ich szeregowców. Nigdy tego nie sprawdzała, ale była prawie pewna, że wszyscy czworo mają tę samą grupę krwi. Nie pamięta Wigilii, na której nie byłoby „cioci Wandy i wujka Mirka”. Jeśli Freud – ojciec szóstki dzieci – ma rację i jedynactwo jest pierwotnym źródłem osamotnienia, to ich rodzice zrobili wszystko, aby się przed tym obronić, stawiając, z braku więzów krwi, na więzy przyjaźni. Sam Freud nieustannie poszukiwał przyjaźni, chociaż znany był z tego, że nie potrafił ich dochowywać. Uważał, paradoksalnie, że przyjaźń to jeden z symptomów narcyzmu. Wybierając przyjaciół, stawiamy na ich najbardziej możliwe do nas podobieństwo, aby przeglądać się w ich oczach jak mitologiczny Narcyz w zwierciadle, z którym nie potrafił się rozstać. Akurat w wypadku jej i rodziców Agnieszki zupełnie się to nie zgadzało.

Agnieszka urodziła się prawie dokładnie rok po niej. Chodziły do tych samych szkół, ubierały się podobnie ekstrawagancko, słuchały tej samej muzyki, czytały te same książki i zakochiwały się w identycznie durnowatych chłopakach. Na szczęście nie w tych samych. Gdy przed maturą ogłosiła, że chce studiować psychologię w Warszawie, to pierwsze, co usłyszała od swojej matki, było: „Jak możesz to zrobić Agnieszce?!”. Po okresie swoistej żałoby, która zapanowała w obu domach, Agnieszka powoli przyzwyczaiła się do myśli, że Warszawa wcale nie jest tak daleko. Ona została w Poznaniu i zaczęła studia na Akademii Ekonomicznej. Na początku spotykały się bardzo często. Potem, zajęte swoimi sprawami, oddaliły się od siebie. Mimo to, gdy wracała na weekendy lub ferie do Poznania, większość czasu spędzała z Agnieszką. I jej mężczyznami. Prawie za każdym razem był to inny mężczyzna. Musiała się koncentrować, aby nie mylić ich imion.

Agnieszka jest bardzo atrakcyjna. Ma wszystko, co przyciąga i pociąga. I na dodatek wzmacnia to w ostentacyjny sposób. Wyjątkowo głębokie dekolty i wypchnięte do góry piersi, rozpuszczone długie włosy, tatuaż, wyglądający spod opuszczonych na pośladki krótkich spódnic lub obcisłych spodni. I do tego twarz lolitki z wilgotnymi, obrzmiałymi wargami i ciągle zdziwionymi ogromnymi oczami. Klasyczny przykład kobiety-samicy ze snów pacjentów Freuda nękanych seksualnymi obsesjami. Gdyby zastosować do Agnieszki to, co Freud nazywał „wolną asocjacją”, bez wątpienia byłaby ona związana z seksem i wyuzdanym pożądaniem. Gdy rozmawiały o mężczyznach, to z jej strony zawsze był wokół tego tematu nastrój smutku, rozczarowania i dziwnej, nigdy niespełnionej tęsknoty wymieszanej z cynizmem. „Zastanawiam się, dlaczego mężczyźni wolą mnie wspominać, niż być ze mną – powiedziała kiedyś, gdy spotkały się w pokoju jej akademika w Warszawie. – Tak mało od nich chcę, płacę swoje rachunki, rozmawiam z nimi, często udaję, że jestem od nich głupsza, interesuję się dla nich elektroniką, żużlem, malarstwem, giełdą, internetem lub piłką nożną, uczę się dla nich gotować, nigdy nie rozmawiam z nimi o małżeństwie, nigdy nie pytam, skąd tak późno wracają, jak najczęściej wydobywam z siebie podziw dla nich, robię im kosmiczne laski, godzę się na przedwczesne wytryski, a i tak po dwóch, góra trzech miesiącach przechodzę wyłącznie do ich wspomnień i czasami używanych jak numer do seksualnego pogotowia ratunkowego wpisów w ich telefonach komórkowych; no powiedz, ty przyszła pani psycholog, co ja robię źle, na czym polegają moje kłopoty ze szczęściem?!”. Nic jej wtedy nie odpowiedziała. Agnieszka i tak sama wiedziała, że wszystko robi źle, goniąc za pragnieniami innych, wierząc naiwnie, iż w ten sposób zaspokoi swoje własne.

Potem na długi czas całkowicie zaniedbała Agnieszkę. Resztę świata zresztą też. Czasami, gdy telefonowała do domu, mama pytała ją, czy jeszcze wie, gdzie jest Poznań. Pojawił się Paweł i wszystko inne zeszło na odległy plan. Była zajęta pielęgnowaniem swojego zakochania. To było jak neuroza lękowa. Lęk, że go utraci, lęk, że nie spełni jego oczekiwań, lęk, że traci czas dla niego, lęk, że poświęca mu zbyt dużo czasu, lęk, że robi dla niego zbyt wiele, lęk, że robi dla niego zbyt mało. Lęk, że jest zbyt gruba, lęk, że nie jest dziewicą, lęk, że pozwoli mu rozebrać się za wcześnie – albo jeszcze gorszy lęk przed tym, że w ogóle nie będzie chciał jej rozebrać. Prawie cały czas się czegoś bała. Gdy spóźniał się na spotkanie pięć minut, wydawało się jej, że mija pięć lat. C.G. Jung, ten niewdzięczny, niepoprawnie zbuntowany i wielokrotnie wymieniany jako spadkobierca mistrza, pieszczoszek Freuda, miał znowu rację: prawdziwa miłość w swojej wczesnej fazie namiętności objawia się głównie neurotycznym lękiem. Sprawdziła to na sobie. Ale Paweł – naprawdę przez długi czas tak uważała – był wart tej neurozy. Powiedział, że ją kocha na dwa dni przed tym, zanim pierwszy raz obudzili się w jednym łóżku. Nie wie, na co bardziej czekała. Czy na to wyznanie, czy na tę noc.

Wprowadziła się do jego kawalerki na Mokotowie dzień po obronie swojej pracy magisterskiej. Rodzicom oczywiście nie powiedziała o tym. Dumni z córki, wyjechali z Warszawy przekonani, że na czas studiów doktoranckich ich „najmądrzejsza na świecie” córeczka zamieszka w hotelu asystenckim. Ojciec nawet przyrzekł, że sam wyremontuje jej pokój. Nigdy nie zaakceptowaliby czegokolwiek zbliżonego do „nieusankcjonowanego pożycia”. Chociaż Pawła od pierwszej chwili polubili. Szczególnie ojciec.

Agnieszka oczywiście była w Le Madame w Warszawie podczas przyjęcia, które zorganizowała z okazji magisterki. Chciała koniecznie poznać Pawła. „Pamiętaj, przyjeżdżam tylko dla niego. Chcę powąchać i dotknąć mężczyzny, który według mnie nie powinien istnieć. Tylko dla niego. Opowiesz mi, jak całuje? I pamiętaj, tak jak zawsze, zgodnie z naszą umową, zrobię wszystko, aby ci go odebrać!” – oznajmiła jej podczas ostatniej rozmowy telefonicznej.

Oczywiście, że pamiętała. Kiedyś, dawno temu, jeszcze w ogólniaku, podpisały taką perfidną umowę. Agnieszka była wtedy zakochana w Patryku, koledze z jej klasy. W Patryku oprócz minimum czterech klas licealistek były wtedy zakochane chyba również wszystkie młodsze nauczycielki, a także nauczyciel historii, o którym plotkowano, że woli chłopców.

Patryk był ładny, jeśli można tak powiedzieć o mężczyźnie. Milczący, trochę nierozgarnięty – Agnieszka twierdziła, że to jedynie skromność i nieśmiałość – chłopak o długich czarnych włosach zakrywających czoło i zamglonych smutkiem ogromnych błękitnych oczach homoseksualnych modeli z reklam firmy Joop. Miał dwa metry wzrostu, grał wyczynowo w siatkówkę, przyjeżdżał do szkoły zielonym cooperem, w którym ledwie się mieścił, z braku czasu nie należał do żadnej kliki i nie można było z nim praktycznie o niczym oprócz sportu porozmawiać. Powiedziała jej o tym. „Nie znosisz go, ponieważ cię ignoruje i jesteś poza jego orbitą” – skomentowała jej uwagę Agnieszka ze złością w głosie. Po jej zgryźliwej odpowiedzi – „Nigdy nie spadam na tak niskie orbity” – pogniewały się na całe dwa dni. Agnieszka robiła wszystko, aby Patryk zwrócił na nią uwagę. Nieustannie była w jego pobliżu. Kiedyś, na zwolnieniu lekarskim, pojechała za nim na jakieś zgrupowanie do Mikołajek. Wrócili stamtąd już jako para. Triumfalnie demonstrowała to całemu haremowi wielbicielek Patryka, trzymając go za rękę podczas przerw. Któregoś wieczoru przyszła do niej i powiedziała: „Jest cały mój, na zawsze, nikt mi go nie odbierze, nawet ty. Chcesz spróbować?”. I wtedy, tego wieczoru, podpisały tę szczenięcą umowę. To był pomysł Agnieszki. Wyciągnęła fotografię Patryka z torebki i na odwrocie spisała postanowienie „o nieograniczonym prawie do wymiany”. Do dzisiaj nie wie dlaczego, ale poczuła się wtedy bardzo dotknięta. Może dlatego, że histerycznie nie znosiła, gdy okazywano jej wyższość. Miała to po ojcu. Tak czy inaczej, postanowiła „przystąpić do wymiany”. To było idiotyczne, okrutne i egoistyczne. Bo Agnieszka, chyba po raz pierwszy w życiu, naprawdę była zakochana.

Nie pamięta, aby kiedykolwiek aż tak prymitywnie zabiegała o mężczyznę. Postawiła na wygląd, na siatkówkę i na nieustanny podziw. Trzy tygodnie później, podczas studniówki wyższej klasy, Patryk wielokrotnie zostawiał Agnieszkę przy stoliku, aby z nią tańczyć. Gdy udała, że czuje się źle i chce wrócić do domu, zaproponował, że ją odwiezie. W samochodzie udała wdzięczność i dotknęła, tylko raz, jego twarzy. Natychmiast zatrzymał samochód na parkingu przy ulicy i zaczął ją całować i obmacywać. Nie musiała wcale opowiadać tego Agnieszce. Patryk sam przeszedł do historii po kilku tygodniach jej smutku, kilku wybuchach agresywnej rozpaczy, dwóch dietach odchudzających na granicy anoreksji, dwóch postanowieniach pójścia do zakonu i po dwóch długowłosych studentach z ASP, na których Agnieszka postanowiła „zemścić się za siatkówkę”.

Od tego czasu nigdy nie rozmawiały ani o umowie, ani tym bardziej o Patryku, który po wakacjach przeniósł się do lepszego klubu w Częstochowie. Patryk, tak jej się wydawało, pozostawił tylko puste miejsce na parkingu po swoim mini. To było jedyne, co podobało się jej w Patryku. Jego samochód. Agnieszka jednakże cierpiała z powodu tego pustego miejsca. Przez bardzo długi czas. Potem rozmyło się to wszystko, zdarzyli się inni zdradzający ją mężczyźni i Patryk zniknął ostatecznie.

Agnieszka pojawiła się w Le Madame dopiero około północy. Przytuliły się do siebie. „Tak ci zazdroszczę. Wszystkiego. Jestem dumna z ciebie, siostrzyczko” – wyszeptała jej do ucha przy powitaniu. Agnieszka była bardziej rozebrana niż ubrana. Miała na sobie coś, co przypominało jedwabną czarną halkę, a miało być sukienką. Gdy nachylała się, pokazywała swe ogromne piersi. Gdy stała wyprostowana, było widać opaleniznę ud nad koronką czarnych pończoch. Miała włosy spięte w kok i przeciwsłoneczne okulary na włosach nad czołem. Gdy przedstawiała ją swoim gościom, chodząc od stolika do stolika, mężczyźni sprawiali wrażenie nagle przebudzonych, a kobiety stawały się wyjątkowo czujne. Na samym końcu podeszły do baru, gdzie Paweł rozmawiał z jej ojcem.

– Pawełku, poznaj moją Agnieszkę. Ona zna wszystkie moje tajemnice… No, prawie wszystkie – powiedziała, tuląc się do niego.

Paweł jakby od niechcenia wyciągnął rękę z kieszeni na powitanie, uśmiechnął się jednym z tych jego wyuczonych fałszywych grymasów, które opanował w czasie ćwiczeń z marketingu, i zamilkł. Odczekał cierpliwie, aż jej ojciec wycałuje Agnieszkę, którą widział trzy dni wcześniej w Poznaniu, i natychmiast wrócił do wątku przerwanej rozmowy, zupełnie je ignorując. Pierwszy raz, odkąd znała Pawła, poczuła rozczarowanie i zawód. Opowiadała mu wielokrotnie, kim dla niej jest Agnieszka. Chciała nim Agnieszkę oczarować od pierwszej chwili, a on zachował się jak gburowaty, niewychowany egocentryk. Podczas gdy ona zamarła ze wstydu przy barze, Agnieszka zdążyła zniknąć w ciemności sali. Usiadła przy pierwszym wolnym stoliku i zapaliła papierosa. Po chwili przysiadł się do niej jakiś mężczyzna z tatuażem na szyi. Wtedy zbliżyła się do stolika, nie wiedząc, co zrobić. Agnieszka zauważyła ją i powiedziała:

– Czy mógłby pan teraz wstać, pójść do baru i przynieść nam dwie dobrze schłodzone duże wódki? Proszę! Potem dobrze się panem zajmę, ale najpierw chcę porozmawiać z moją przyjaciółką. Potrzebujemy na to minimum półtorej godziny. Przyniesie pan?

Mężczyzna podniósł się z krzesła bez słowa, robiąc jej miejsce. Za chwilę wrócił z dwoma kieliszkami. Pod kieliszek, który postawił przed Agnieszką, wsunął swoją wizytówkę.

– Widziałaś go? – zapytała, gniotąc ze złością wizytówkę w dłoni. – To jest klasyczny przykład mężczyzny, którego trzeba się wystrzegać. Przed dwoma typami mężczyzn trzeba się strzec, siostrzyczko. Przed tymi, poza Japończykami oczywiście, którzy zawsze mają przygotowaną wizytówkę, i tymi, którzy mają więcej biżuterii na sobie niż ty. Ten warszawkowy artysta spełnia oba warunki. Gwarantuję ci, że będzie tutaj za półtorej godziny co do minuty. Zainwestował przecież ponad trzydzieści złotych w naszą wódkę. I gdy zechcę go wysłuchać, to mi powie, że go fascynuję, że jestem tajemnicza i że go twórczo inspiruję. I cały czas będzie przy tych kłamstwach myślał o tym, czy pojadę z nim do jego mieszkania. Ale ja nie chcę, żeby mnie dotykał w dzisiejszą sobotę ktoś obcy. Już mam dość obcych dotyków. Za dużo musiałam się ich nauczyć w ostatnim czasie. No, twoje zdrowie, pani magister…

 

Podniosła kieliszek i duszkiem wypiła całą zawartość. W tym momencie do ich stolika podszedł Paweł z jej ojcem. Wstała, i biorąc ojca za ramię, powiedziała:

– Chodź, tatuś, poszukamy mamy. Pewnie się o nią martwisz…

Nie wyglądało na to, żeby jej ojciec o cokolwiek się martwił. Wypił już zbyt dużo wódki. Ale wstał posłusznie i zostawili Pawła samego z Agnieszką. Tylko o to jej chodziło. Chciała, żeby sam ją przeprosił za swoje zachowanie.

Po godzinie Paweł ciągle siedział w tym samym miejscu. Agnieszka zdjęła okulary z czoła i włożyła je do szklanki wypełnionej wodą mineralną, rozpuściła włosy. Było także o wiele więcej kieliszków na stole. Facet z tatuażem na szyi niecierpliwie kręcił się w pobliżu stolika, czekając, aż Paweł się oddali.

Nad ranem, gdy wracali taksówką do domu, zapytała Pawła o Agnieszkę.

– Dlaczego ją zignorowałeś? Było mi bardzo przykro… To moja jedyna przyjaciółka.

– Przesadzasz – odpowiedział zniecierpliwionym głosem. – Przecież rozmawiałem z twoim tatą. On był priorytetem. Nie potrafię dzielić swojej uwagi. Potem podarowałem jej całą godzinę. Upijała się i opowiadała mi, jaka jesteś. Ona chyba jest w tobie zakochana. Snuła jakieś długie, dziwaczne opowieści o tym, jak to chodziłyście boso, trzymając się za ręce, po jakiejś łące w Bieszczadach czy Białowieży. Dokładnie nie pamiętam. Czy ona zawsze wszystkim pokazuje te swoje ogromne cycki? Nie mogłem momentami skupić się na tym, co mówi… – Zaśmiał się, wkładając prawą rękę w rozcięcie jej sukienki i ściskając palcami jej sutek.

Ani w Białowieży, ani w Bieszczadach. Chodziły na bosaka po rosie na łące w Zielonce w Borach Tucholskich. Powinien to pamiętać. Opowiadała mu to ze szczegółami kilka razy. Miała wtedy osiem lat i były to jej pierwsze kroki po ponadrocznym pobycie w klinice, gdzie składali, skręcali i znowu łamali jej zgruchotane biodro po wypadku samochodowym. Na tej zroszonej łące nauczyła się chodzić drugi raz w życiu. Ojciec Agnieszki niósł ją na barana, Agnieszka dreptała przy nim i mocno ściskała jej bosą piętę. W pewnym momencie stanęli na środku łąki i poczuła chłód rosy. Zamknęła oczy i zrobiła pierwszy krok. Potem drugi. Za chwilę Agnieszka podała jej rękę i zaczęła głośno się śmiać i krzyczeć z radości. Ona także. Mimo potwornego bólu. Przeszły tak całą łąkę.

Poza tym uwaga o piersiach Agnieszki była prostacka i wulgarna. Na dodatek ta dziwna koincydencja ruchu jego łapczywej ręki z jego ostatnim zdaniem… Nie była pewna, czyj sutek chciał ściskać Paweł. Jej czy ten z cycków Agnieszki. Gwałtownie odepchnęła jego dłoń i odsunęła się na drugi brzeg siedzenia. Wtedy, w tej taksówce, pierwszy raz, odkąd znała Pawła, poczuła, że ten bezwarunkowy zachwyt, którym go szczelnie otuliła, zaczyna się zarysowywać.

Pierwsze wakacje po studiach spędziła w Warszawie. Paweł zmienił firmę i nie mógł wziąć urlopu. Od października miała rozpocząć studia doktoranckie. Dawno ustaliła z promotorem, że pracę będzie pisać z Freuda. W zwykłe dni chodziła do bibliotek, czytała, robiła notatki. Czasami jeździła do Krakowa, gdzie mieszkał jej profesor. Weekendy przeważnie spędzali z Pawłem w Poznaniu. Czasami miała wrażenie, że rodzice bardziej cieszą się z obecności jego niż jej. Szczególnie ojciec.

Agnieszka, gdy była akurat w Poznaniu, zachowywała się… schizofrenicznie. Tak by to nazwała. Z jednej strony bezpośrednio i demonstracyjnie unikała Pawła, z drugiej nie pozwalała, aby nie zauważał jej obecności. Gdy oni z rodzicami koło południa jedli na tarasie spóźnione sobotnie śniadanie, potrafiła pojawić się w ogrodzie i opalać się prawie nago – nie licząc kilku sznurków wokół bioder oraz mikroskopijnego trójkąta na podbrzuszu – dokładnie naprzeciwko ich stołu. Ojciec przesuwał stopniowo i najciszej, jak się dało, krzesło, aby lepiej widzieć, Paweł przestawał mówić, ona czuła się niezręcznie z budzącą się w niej nieznaną dotychczas zawiścią; matka, odwrócona do ogrodu plecami, nie wiedziała, o co chodzi.

Obnażona seksualność przy rodzinnym śniadaniu na tarasie szeregowca pod Poznaniem! Freud miał rację. Seksualne libido jest w ludziach zawsze i wszędzie. Krytykowano go za to, że ciągle mówi o płciowości, zarzucano mu, że ta myśl nim zawładnęła, że uczynił z niej numinosum, czyli świętość, którą trzeba otoczyć bastionem i uczynić z niej dogmat. Namiętnie i bez rezultatu przekonywał do tego Junga. A jednocześnie nie potrafił zdobyć się na to, aby nadać jej mistyczny, religijny sens. Ograniczał się wyłącznie do biologicznego. Uświęcając biologię, bliżej jest się Darwina niż Mojżesza. W Darwina nie można nawet wierzyć. Darwin nie potrzebuje dogmatów i kościołów, ponieważ sam się naukowo dowodzi. Darwinowi można więc co najwyżej uwierzyć. Co nie przeszkadza, aby pragnąć go ukrzyżować. Jak najbardziej. Tego chcieliby, o prawie dwa wieki za późno, co najwyżej niektórzy bardzo zacofani farmerzy z południowych stanów USA. Może dlatego Freud, podobnie jak Darwin, był tak zgorzkniały. Obydwaj poszukiwali prawdy, niszcząc po drodze iluzje, obydwaj postawili na biologię. A to był najgorszy z możliwych wyborów. Ludzie bowiem całą mocą będą wypierać się swojej zwierzęcości.

Paweł i jej ojciec nie wypierali się jej zbytnio, jedząc jogurt, popijając kawę i wpatrując się zwierzęco w sterczący biust Agnieszki. W pewnym momencie nie wytrzymała i zapytała:

– Tatuś, mam ci przynieść okulary?

– Nie, nie… Tak tylko patrzyłem na żywopłot. Chyba go przytnę dzisiaj – odpowiedział zmieszany.

Wstała bez słowa od stołu i podeszła do Agnieszki. Klękając na trawie przed jej leżakiem, zasłoniła Freuda swoimi plecami. Mężczyźni natychmiast wrócili do rozmowy. Mama zaczęła zbierać naczynia ze stołu.

Wieczorami przeważnie wychodzili z Pawłem do jakiegoś klubu w Poznaniu albo jechali do kafejek nad Jezioro Maltańskie. Czasami pojawiała się tam Agnieszka. Nigdy sama. Za każdym razem z kimś innym. Poświęcała tym mężczyznom około piętnastu minut uwagi, tak mniej więcej na jednego drinka, po czym, zupełnie ich ignorując, zabierała ją od stolika i zaczynały rozmawiać. Paweł był wściekły. Czasami wyrażał to podniesionym głosem przy Agnieszce. Nie znosiła tego. Po trzech takich incydentach zaproponowała mu, że sama będzie odwiedzać Poznań. Najpierw się zgadzał, a potem i tak jechali razem.

Prawie pół roku później zdarzyło się w jej życiu coś niezwykłego. W lutym dowiedziała się, że następne wakacje ma spędzić w Austrii! Jej promotor jest bardzo dobrym znajomym rektora Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu – z jego referencjami i oficjalnym zaproszeniem z Wiednia udało się jej otrzymać stypendium z europejskiego programu Sokrates. W czerwcu i lipcu badania w Wiedniu, a potem, od października, na sześć tygodni do Grazu, gdzie powstało pierwsze w świecie laboratorium psychologiczne i gdzie Freud ze swoim mentorem Breuerem publikowali nowatorskie prace dotyczące histerii. Wracała tamtego dnia do domu jak na skrzydłach. Najpierw chciała obwieścić to Pawłowi, potem zadzwonić do rodziców, a na samym końcu przegadać o tym godzinę lub dwie z Agnieszką.