To nie jest hip-hop. Rozmowy II Tekst

Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

wydanie pierwsze, Warszawa 2019


copyright © for the text by Jacek Baliński

& Bartek Strowski, 2019


wydawca: No Dayz Off


ISBN: 978-83-948551-4-7


produkcja wykonawcza & redakcja: Jacek Baliński


pomysł tytułu: Rafał Grobel


okładka & ilustracje: Jacek Rudzki Znajomy Grafik


zdjęcia: Ania Bystrowska / aniabystrowska.com


layout: Przemek Hoffer & Jacek Rudzki Znajomy Grafik [adaptacja]


skład & łamanie: Jacek Rudzki Znajomy Grafik


korekta: Ewa Sadowska


skład wersji elektronicznej: Michał Nakoneczny / hachi.media


nodayzoff.pl

info@nodayzoff.pl

Wstęp

Pisząc pod koniec kwietnia 2018 roku wstęp do pierwszej części „To nie jest hip-hop. Rozmowy”, nie zakładałem, że nieco ponad rok później będę pisał wstęp do części drugiej. Nie zakładałem, że w ogóle kiedykolwiek będę go pisał.

Nie chcę popadać w ckliwe tony i powtarzać utartych formułek, że „kto by się mógł spodziewać” albo że „nigdy w życiu bym nie przypuszczał”, ale prawda jest taka, że zeszłoroczna premiera była do pewnego stopnia eksperymentem. Wydając pierwszą tego rodzaju publikację na polskim rynku, nie mogłem mieć pewności, w którą stronę to pójdzie. Brałem pod uwagę dwa wyjścia: albo hit, albo kit. Nie widziałem niczego pośrodku.

Skoro jednak oddaję w twoje ręce drugą część, może to oznaczać tylko jedno: jej poprzedniczka była – choć pamiętajmy, że mówimy o niszy – hitem. Książka spotkała się z entuzjastycznym odbiorem właściwie wszędzie: zarówno wśród czytelników, jak i w branży czy w mediach. Okazało się, że ponad dwa lata naszej pracy nie poszło na marne. Cieszę się, że w dobie scrollowania miałkich treści jest jeszcze naprawdę sporo osób, którym można zaproponować tak opasłą cegłę.

Zanim przybliżę ci, drogi czytelniku, czego możesz się spodziewać po „To nie jest hip-hop. Rozmowy II”, pozwól, że przypomnę najpierw osoby, które wzięły udział w części pierwszej. Było ich dwadzieścia. W kolejności alfabetycznej: Ajron, Bilon, Dizkret, Eprom, Rafał Grobel, Groh, Kasta, Kosi, Łona, Ment XXL, NOON, Pezet, Stasiak, Steez83, Tytus, Wini, Włodi, Tomek Woźniak, Ania Wójcik oraz Żabson. Wszyscy oni uwierzyli w nasz projekt, kiedy jeszcze nie mogliśmy im niczego pokazać. Gdyby nie ci ludzie, nie byłoby sukcesu jedynki i nie byłoby sensu robić kontynuacji. Jeśli już czytałeś wywiady z nimi, dobrze wiesz, o czym mówię. Jeśli jesteś jeszcze przed lekturą pierwszego wolumenu – czym prędzej nadrób zaległości. Warto.

No, to czas na „To nie jest hip-hop. Rozmowy II”.

Po premierze jedynki dość szybko w mojej głowie zapaliła się lampka pod tytułem: „Rób drugą część!”. Na początku października spotkaliśmy się ze współautorem Bartkiem Strowskim, obgadaliśmy szczegóły i niedługo potem mogliśmy już zacząć rozsyłać zaproszenia do wybranych przez nas rozmówców. W międzyczasie udało mi się namówić do dołączenia do teamu fotografkę Anię Bystrowską oraz ilustratora Jacka Rudzkiego (do nich wrócę jeszcze nieco później). Pierwszą osobą, która przystała na naszą propozycję, był Czarny HIFI. Po nim sukcesywnie do składu dołączały kolejne znamienite postacie. Nikogo nie trzeba było dwa razy namawiać.

Inauguracyjnego wywiadu na potrzeby „To nie jest hip-hop. Rozmowy II” udzielił Żyto. Znany dziś już bardziej jako malarz niż raper, Michał okazał się bardzo otwartym człowiekiem, a materiał, który z nim zrealizowałem, tylko zaostrzył apetyt na kolejne spotkania z kolejnymi bohaterami książki. Siłą rozpędu przeprowadzaliśmy następne wywiady, a najbardziej intensywnym okresem dla mnie i dla Bartka było sześć dni pomiędzy dwudziestym piątym a trzydziestym listopada, kiedy to zrobiliśmy kompletne rozmowy z czterema osobami i połówki z jeszcze trzema.

Zdecydowanie bardziej sprzyjające warunki i dużo lepsza organizacja pracy, pełne skupienie na projekcie oraz właściwie brak niespodziewanych zwrotów akcji pozwoliły nam skrócić czas potrzebny na przeprowadzenie wywiadów z dwudziestu (część pierwsza) do czterech i pół miesiąca. Ostatnia chronologicznie rozmowa odbyła się z KęKę, który przyjechał do mojego mieszkania dwudziestego ósmego marca 2019 roku. Gdy po kilkugodzinnym spotkaniu ruszył w podróż powrotną do Radomia, byłem dosłownie wbity w ziemię. Piekielnie mocna rzecz; nie mógłbym sobie wyobrazić lepszego zakończenia procesu zbierania wywiadów do „To nie jest hip-hop. Rozmowy II”.

Przez wspomniane cztery i pół miesiąca nie tylko jednak braliśmy na spytki następne osobistości, ale pracowaliśmy też już nad obróbką wcześniej zebranego materiału. Dwunastego lutego część wywiadów została wysłana do autoryzacji, a ostatniego dnia tego miesiąca wrócił do nas pierwszy z nich (Ten Typ Mes – ukłony!). W międzyczasie zaczęliśmy też sesje zdjęciowe – tu palmę pierwszeństwa przejął Ras – które miały zupełnie inny charakter niż w przypadku zeszłorocznego wydawnictwa. Przede wszystkim przed każdą sesją Ania zapoznawała się ze zredagowanym już wywiadem, po czym przedstawiała mi pomysł na zdjęcia i dopiero potem umawialiśmy danego rozmówcę. Jestem więcej niż przekonany, że gołym okiem dostrzeżecie różnicę. Analogowe fotografie, wykonane przez Anię za pomocą średnioformatowego aparatu Mamiya RB 6x7, to majstersztyk.

Mam nadzieję, że różnicę dostrzeżecie także w poziomie samych wywiadów. O ile jestem dumny z wartości merytorycznej pierwszej części książki, tak mam poczucie, że z Bartkiem daliśmy z siebie tym razem jeszcze więcej niż poprzednio. Osobiście spędziłem mnóstwo czasu na przygotowanie się do każdej z rozmów – po to, żeby nikt nie miał poczucia, że chcemy tylko odbębnić robotę. Na youtube’owej playliście z wywiadami danego rozmówcy miałem niekiedy pięćdziesiąt–sześćdziesiąt filmów. Uśrednijmy i przyjmijmy ostrożnie, że średnio jeden taki wywiad trwa dwadzieścia minut. Wynik mnożenia pozostawiam do odgadnięcia. Jeśli dołoży się do tego zapoznanie się z pełną dyskografią i przekopanie internetu od góry do dołu w poszukiwaniu użytecznych informacji, wychodzi na to, że w kwestii researchu nie można nam niczego zarzucić.

Prace nad wywiadami przebiegały dużo sprawniej niż poprzednio – większość rozmów rozpoczęliśmy i zakończyliśmy tego samego dnia. Mimo to, łącznie zebraliśmy blisko siedemdziesiąt godzin nagrań, a rekordziści rozgadywali się na niemal trzysta minut (pozdro, Holak). Chociaż nasi rozmówcy pochodzą z różnych miast z całej Polski, aż szesnaście wywiadów przeprowadziliśmy w Warszawie – na cztery pozostałe wybraliśmy się do Katowic, Koluszek, Poznania i Wrocławia. Większość z nich zaaranżowaliśmy w kameralnych przestrzeniach: czy to w domu, czy w studiu lub biurze. Zależało nam bowiem na tym, żeby każdy rozmówca czuł się swobodnie. Jak czytam teraz niektóre z wywiadów, mam wrażenie, że wyglądałyby one zupełnie inaczej, gdybyśmy usiedli gdzieś w zatłoczonej knajpie.

Zarówno ja, jak i Bartek, zrobiliśmy osobno po osiem wywiadów, a do tego cztery wspólne: z KęKę, Miuoshem, pierwszym u nas duetem Solar / Białas i Taco Hemingwayem. Każdy materiał w książce został opatrzony ilustracją autorstwa Jacka Rudzkiego. Podobnie jak w przypadku Ani i zdjęć, Jacek najpierw zapoznawał się z daną rozmową, po czym zabierał się do pracy. Po długich namysłach, postawiliśmy na kompozycje geometryczne: tyleż abstrakcyjne, co… dosłowne. Dodam, że Jacek odpowiada również za skład całej publikacji, z którego to zadania wywiązał się bezbłędnie i czym wydatnie mnie odciążył. Jeśli chodzi o layout – niby zmieniło się niewiele, a jednak zmieniło się mnóstwo. Nie wszystkie detale zapewne nawet dostrzeżesz, ale gwarantuję, że wpłyną one na twój komfort czytania.

Tak to wszystko w skrócie wyglądało od kuchni. To, co zobaczycie na kolejnych, grubo ponad czterystu stronach, to efekt blisko roku pracy łącznie niemal trzydziestu osób. Z niekłamaną przyjemnością oddaję „To nie jest hip-hop. Rozmowy II” w twoje ręce. Dla mnie ta książka to najlepszy dowód, że polską scenę i branżę hiphopową tworzy wielu wspaniałych ludzi z intrygującymi i inspirującymi życiorysami. Tym bardziej mnie cieszy, że zechcieli oni być częścią naszej publikacji. Co więcej, przy wielu rozmowach towarzyszyło mi niezwykle miłe uczucie, które brało się z obserwacji, że rozmówcy doceniają książkę i rozumieją jej znaczenie.

Przed wami: Czarny HIFI, donGURALesko, Forin, Holak, KęKę, Staszek Koźlik, Łajzol, Magiera, Matheo, Miuosh, Oskar (PRO8L3M), Otsochodzi, Jan Porębski, Ras, Sobota, Solar / Białas, Taco Hemingway, Ten Typ Mes, Wilku WDZ oraz Żyto. Raperzy, producenci, menedżerowie, wydawcy, realizatorzy dźwięku, projektanci graficzni. Osoby z pierwszego planu i szare eminencje. Ci, którzy na scenie są od zawsze, jak i ci, którzy biorą ją szturmem od niedawna. Każda z tych postaci jest inna, ale wszystkie – wyjątkowe.

Jako pomysłodawca, producent wykonawczy, wydawca i współautor „To nie jest hip-hop. Rozmowy II” żywię głęboką nadzieję, że niniejsza pozycja przypadnie ci do gustu. Chętnie zapoznam się z twoimi refleksjami po lekturze.

Jacek Baliński, 20 lipca 2019

Czarny HIFI

Najtrudniejsza droga do łatwego życia


Dlaczego?

Czarny HIFI lubi mówić o sobie, że jest melancholijnym Słowianinem. Nie da się ukryć, że słychać to w jego muzyce. Fani hip-hopu pokochali producenta za mocne i klasyczne brzmienie na płytach macierzystej formacji HIFI Banda, z którą debiutował ponad dekadę temu. W międzyczasie bity Czarnego zaczęły pojawiać się na albumach wielu popularnych raperów. Wykształcony w Anglii muzyk wydał też dwa solowe projekty, które miały hiphopową duszę, ale oscylowały także w okolicach muzyki akustycznej, filmowej czy trip-hopu. Niedługo później współpraca z takim talentem stała się atrakcyjna także dla przedstawicieli alternatywy i popu, w rezultacie czego Czarny wyprodukował płyty Izy Kowalewskiej czy nawet Ani Dąbrowskiej. Odpowiadał również za oprawę muzyczną do filmu „Kamper”, a w 2018 roku dodatkowo rozpoczął pracę w Universal Music Polska w dziale A&R. Myślę, że ta krótka wyliczanka jest wystarczającą rekomendacją dla jego postaci.

 

Jak?

Szara niedziela, koniec listopada, puste drogi prowadzące do podwarszawskich Łomianek. Spotkaliśmy się z Czarnym w domu będącym siedzibą studia Otrabarwa, którego mój rozmówca jest współwłaścicielem. W bezpośrednim sąsiedztwie budynku znajduje się las, za którym płynie Wisła. Miejsce przypomina odizolowany na łonie natury domek letniskowy, w którym można zapomnieć o wielkomiejskim pośpiechu. Krótko mówiąc: idealne warunki na wielogodzinne sesje nagraniowe, ale także na wywiad-rzekę do „To nie jest hip-hop. Rozmowy II”. Usiedliśmy na piętrze w salonie, które zostało zaadaptowane na studio. Keyboardy, winyle i głośniki dość abstrakcyjnie komponują się w tej przestrzeni z perskim dywanem, starym tapczanem czy drewnianymi skrzyniami, które tworzą swego rodzaju meblościankę. Czarny jest bardzo kulturalnym i dosadnym rozmówcą, więc pół dnia na działce w zupełności wystarczyło do zebrania solidnego materiału.


Autor: Bartek Strowski

Data: 25 listopada 2018


Z tego, co mi wiadomo, pierwsze próby produkowania muzyki podjąłeś w wieku czternastu lat…

…i na początku wszystko szło chaotycznie. Nie byłem wtedy zbytnim fanem komputerów i średnio je kumałem. Na informatyce z kolei nikt nie uczył oprogramowania audio. Byłem zajarany sportem i słuchaniem muzyki, a nie pecetami. Nie miałem wśród swoich znajomych osób, które interesowały się produkowaniem bitów i które mogłyby mi w tym doradzić. Proces przyzwyczajania się do pracy na komputerze był w moim przypadku długi i żmudny. Przez pewien czas irytowała mnie monotonia szeregu czynności, które trzeba było wykonać, żeby mógł powstać kawałek: wyszukanie i przycięcie sampla, ułożenie bębnów…


Kiedy nastąpił moment, w którym zauważyłeś, że męka wreszcie stała się przynoszącą satysfakcjonujące efekty przyjemnością?

Chwil, kiedy czułem ekscytację, zapewne było sporo, choć niekoniecznie było to uzasadnione (śmiech). W 2005 roku dałem swoje bity Eldoce i Jotuze, którzy chcieli wykorzystać je na płycie Grammatika [ostatecznie do współpracy nie doszło – przyp. red.]. W międzyczasie poznałem też Jurasa z Wigorem i wyprodukowałem cztery utwory, w tym singlowe „To zbyt piękne” z Miodem, na ich wydaną przez Prosto płytę „Wysokie loty”. Niedługo później odezwał się do mnie Marcin Russek, który pracował jako A&R we wspomnianym przed chwilą labelu, i poprosił mnie o podkłady na „Prosto Mixtape: Deszczu Strugi” [do utworów: „Normalne chłopaki”, „Dziś za jutro”, „Podnieś” oraz „Ostatni moment” – przyp. red.]. To wszystko podkręcało moją zajawkę na tworzenie muzyki. Wspomniane produkcje otrzymały bardzo dobre recenzje, choć ja już wtedy wiedziałem, że są one na wyrost i że stać mnie na dużo więcej, więc niespecjalnie się podpalałem. Wyznaczałem sobie wysokie i bardzo konkretne cele. Całą ścieżkę rozwoju. Mimo że od tamtych czasów minęła ponad dekada, przechodzą mi po plecach ciarki na myśl, że wiele rzeczy i wizji spełniło się jeden do jednego. Przy czym nie należę do gości, którzy wierzą w jakieś motywacyjne kocopoły, wizualizacje sukcesu i tego typu bzdury. Ilu gości podobnych do mnie odpadło po drodze?…

W każdym razie, zaraz po tym, jak pierwsze moje rzeczy pojawiły się na oficjalnych wydawnictwach, wyjechałem na studia do Anglii. Puszczałem tam swoje rzeczy ludziom, których produkcje funkcjonowały bardzo dobrze i w UK, i w USA. Mówili mi, że te bity są zajebiste, mają styl. Przy czym sugerowali, żebym nie wypuszczał ich na Wyspach, bo u nich wtedy liczył się tylko rap ze Stanów. Dzięki takiemu pozytywnemu odzewowi nieco wyzbyłem się kompleksów, które miałem jako człowiek urodzony jeszcze za żelazną kurtyną. Przestałem myśleć, że Zachód to wielki, niedostępny świat, w którym wszyscy wszystko robią lepiej od nas. Zrozumiałem, że ludzie tam żyjący mieli po prostu lepsze warunki do rozwijania swoich zdolności niż ich odpowiednicy ze Wschodu. Nie byli z definicji bardziej uzdolnieni.


Dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd akurat do Wielkiej Brytanii? Równie dobrze mogłeś iść do szkoły muzycznej w Warszawie.

Niby tak, ale u nas program nauczania współczesnej muzyki był kiepski, o czym mówili mi starsi koledzy. Poza tym wtedy jeszcze była obowiązkowa służba wojskowa, więc jakiś wybór trzeba było podjąć. Poleciałem na kilka dni na zwiady do Anglii, bo to był jednak odważny plan i rodzice chcieli się upewnić, że podejmę słuszną decyzję. Niedługo po napisaniu matury byłem już w Londynie u znajomego siostry, który tam pracował. Od początku miałem upatrzoną wymarzoną szkołę, ale i tak chciałem zobaczyć jeszcze inne miejsca. Studia nagraniowe, które odwiedziłem, i znajdujący się w nich sprzęt zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Rok wcześniej Polska weszła do Unii, więc można było już wziąć pożyczkę studencką na bardzo dobrych warunkach. Miałem też jednak fart, bo kiedy kończyłem naukę, to rodzimym studentom trzykrotnie podniesiono czesne. Niby dalej można było zaciągać kredyty, ale w całej Wielkiej Brytanii było mnóstwo protestów i rozrób. Ja sam, po ponad dziesięciu latach od obrony dyplomu, dalej spłacam pożyczkę. O tyle dobrze, że wartość funta zdążyła znacząco zmaleć od tamtych czasów.


Naukę w Anglii zacząłeś od kursu zawodowego w Islington Music Workshop.

Technicznie rzecz biorąc, to była zawodówka. Tylko, że z SSL 4000 G-Series. Przez rok wdrażano nam głównie techniczną wiedzę. Pamiętam pewnego bardzo zabawnego, a przy tym wymagającego wykładowcę, który ciągle kręcił szyderę ze swoich podopiecznych, kształtując w ten sposób ich charaktery. Wiedza, którą wyniosłem z tej szkoły, przydaje mi się do tej pory, bo nawet gdy podchodzę do nowego, nieznanego mi sprzętu, to wiem, że od lat trzydziestych, kiedy zmontowano pierwszy stół mikserski z dwoma kanałami, niewiele się w jego filozofii działania zmieniło. Przede wszystkim jednak wychodzę z założenia, że liczy się dobrze skomponowany i dobrze napisany numer. Wyleczyłem się z myślenia, że ktoś robi świetną muzykę, bo ma unikalny i drogi sprzęt. To nieprawda. Czasem bywa wręcz przeciwnie, bo przecież nawet na najdroższym sprzęcie można źle zmiksować kawałek.

Nie miałem problemów z integracją na Wyspach, bowiem wszyscy studenci byli w podobnej do mojej sytuacji. Moją rodzinę było stać, żebym mógł spokojnie poświęcić się studiom, więc chodziłem na wszystkie zajęcia, komponowałem utwory na egzaminy i pisałem prace akademickie. Przez dwa lata zrealizowałem trzyletni program w Academy of Contemporary Music w Guildford; konkurencji nie brakowało. W czasie wolnym od nauki raczej nie musiałem dorabiać, ale w pewnym momencie zaczęło mi zależeć na tym, żeby przetestować swoje umiejętności w praktyce. Zacząłem regularnie grać imprezy i nagłaśniałem kameralne eventy w centrum Londynu. Sprzedawałem też bity polskim raperom, więc od czasu do czasu wpadało do mojej kieszeni pięć stówek; zawsze coś. Mieszkałem w dość hardcore’owych warunkach, ale na czymś musiałem oszczędzać. Bywało, że bity robiłem, siedząc w pokoju w kurtce i w rękawiczkach, bo wysiadło ogrzewanie, a landlord zwlekał z naprawą. Totalna rudera.


Warunki nie zniechęcały cię do tworzenia?

Ani trochę. Jarałem się produkowaniem bitów i po cichu myślałem: „Fuck, ale kozacki bit zrobiłem – i to w takich warunkach, na obczyźnie! Będę kiedyś opowiadał o tym w książkach!”. Ziściło się (śmiech).

Muszę podkreślić, że miałem bardzo wyrozumiałych współlokatorów. Produkowałem po nocach. Czwarta nad ranem, muzyka dudniła, jarałem zioło i zapominałem o tym, że jest głośno. Obok nas mieszkał Turek, który miał ice cream truck z namalowanym na boku Kaczorem Donaldem. Mijałem go zawsze, wychodząc do szkoły, kiedy szykował się w tej furgonetce do pracy; był bardzo przyjazny. Albo miał czyste sumienie, albo dobre stopery do uszu, bo nie wiem, jak inaczej można było zasnąć, jeśli muzyka napieprzała nawet do piątej nad ranem. Nie bardzo lubiłem używać słuchawek.


Jaką muzykę grałeś, dorabiając sobie w londyńskich klubach?

Najróżniejszą. Pamiętam, że właściciel lokalu chciał, żebym cały czas puszczał funky house. Widziałem jednak, że wszyscy inni DJ-e prezentowali taką muzykę, a mimo to na parkiecie szału nie było. Starałem się gościowi wytłumaczyć, że warto grać po prostu fajne numery. Jego rodzice byli właścicielami ziemskimi w Indiach i wysłali go do Londynu, gdzie kupili mu kamienicę, w której to urządził sobie później klub. Niby miał jakąś wizję, ale za grosz pojęcia o muzyce; nie wiedział, czego słuchał Londyn w tamtym czasie.


Po rocznym kursie zawodowym rozpocząłeś naukę we wspomnianej Academy of Contemporary Music. Czy wiedza teoretyczna, którą zdobyłeś wcześniej, nie była dla ciebie w jakiś sposób frustrująca?

Trochę była, gdyż pewne tematy w obu tych szkołach się pokrywały. Na Akademii jednak bardzo lubiłem to, że można było sobie w niej bookować studio po zajęciach i bez żadnych opłat robić w nim muzykę. Co tydzień brałem każdy dostępny termin i siedziałem tam praktycznie bez przerwy, o ile nie miałem innych zobowiązań. Gdy już wróciłem do Polski, znajomi, którzy jeszcze zostali w tej szkole, mówili mi, że z mojego powodu wprowadzono limit czasowy korzystania ze studia (śmiech). Moje podejście było słuszne: zero marnowania czasu. Większość rzeczy, które stworzyłem w tym studiu, poszło do kosza, ale to bez znaczenia. Liczyło się nabyte doświadczenie.


Powiedziałeś wcześniej, że – studiując w Anglii – sprzedawałeś bity polskim raperom. Na miejscu też podejmowałeś próby, żeby przebić się ze swoimi produkcjami?

Tak. W pewnym momencie miałem nawet możliwość, żeby zrobić oficjalne remiksy dla bardzo popularnej wokalistki Leony Lewis. Z propozycją wyszedł do mnie jej były menedżer i vocal coach, którego Leona zostawiła, gdy w 2006 roku wygrała trzecią edycję programu „X-Factor” i przeszła pod skrzydła majorsa. Gość natomiast został z materiałem, który artystka nagrała dla niego wcześniej. Wysyłał go do różnych dziennikarzy i otrzymał pozytywne recenzje, ale płyta nigdy nie trafiła do sklepów, bo została zablokowana przez wytwórnię i producentów „X-Factora”. Kończyłem wtedy już studia i nie chciałem czekać na dalszy rozwój wydarzeń, choć facet wpadł na pomysł, żebym współpracował z innym wokalistą. Był jednak zbyt zaaferowany prawnymi problemami z dawną podopieczną. Stwierdziłem, że lepiej będzie, jak wrócę do Polski i tu spróbuję swoich sił. Trochę szkoda, bo kto wie, jak by się potoczyły moje losy, gdybym nagle pojawił się na głośnej zagranicznej płycie, ale koniec końców bez żalu wróciłem nad Wisłę.


Po powrocie poświęciłeś się zespołowi HIFI Banda, który współtworzyłeś z Dioxem, Hadesem i DJ-em Kebsem. W 2010 roku Prosto wznowiło wasz debiut „Fakty, ludzie, pieniądze – 5 minut Mixtape”, który dwa lata wcześniej wydaliście w drugim obiegu.

Ten album zaczęliśmy robić tak naprawdę jeszcze w 2005 roku, czyli przed moim wyjazdem na studia. Trochę brakowało mi wspólnych sesji w studiu, ale mimo to nie było żadnego problemu z komunikacją. Wysyłałem chłopakom bity, a oni mi wokale albo szkice jakichś numerów na bitach Kebsa, które później rozwijałem. Dawało mi to dużo radości, a każde spotkanie przy okazji świąt czy wakacji jeszcze bardziej napędzało mnie do działania. Kiedy w lipcu 2008 roku na stałe wróciłem do Polski, zagęściliśmy ruchy. Założyłem studio i skończyliśmy materiał. Reszta to już historia. Płyta miała oddolne wzięcie. To był podręcznikowy przykład hype’u. Zajebisty czas. Nie można czegoś takiego odtworzyć. W takich okolicznościach wielu rzeczy doświadcza się po raz pierwszy. Klimat sesji nagraniowych z lat 2008–2010 był jedyny w swoim rodzaju.

Nagrywaliśmy pod banderą HIFI Bandy, bo była między nami niewidzialna nić porozumienia, a nasze utwory podobały się wielu ludziom, w tym starym wyjadaczom rapowej sceny. Potem były propozycje wydawnicze z Fonografiki, Hemp Rec. i Prosto. Tamte wydarzenia pootwierały nam naprawdę wiele drzwi. Dały impuls do dalszego rozwoju.

 

Szybko namieszaliście na scenie i równie szybko się rozpadliście; wydaliście bowiem jeszcze tylko jeden album „23:55”. Czemu nie przetrwaliście dłużej?

Po pierwsze, chęć realizowania własnych ambicji muzycznych – pewnie też i finansowych – a po drugie, dużo złej energii, szczególnie między Dioxem a Hadesem. Do dziś nie wiem, o co dokładnie między nimi poszło, skąd dziwne wywiady Hadesa w ostatnich latach, skąd ostateczny rozpad zespołu… Wytwórni bardzo zależało, żebyśmy nie zaczynali od razu solowych karier [w 2011 roku Hades wydał „Nowe dobro to zło” z Galusem, Diox „Logikę gry” z The Returners, a Czarny HIFI rok później stworzył pierwszą płytę producencką „Niedopowiedzenia” – przyp. red.], ale to nie były czasy silnego hiphopowego managementu. To były czasy samowolki. Prosto miało najmocniejszą ekipę w kraju i w dodatku każdy miał mocny solo album w drodze. Wszyscy chyba uznali, że to naturalna droga.

Trudno jednak powiedzieć, co by się stało, gdybyśmy wydawali kolejne płyty jako HIFI Banda i czy wyszłoby to grupie na dobre. Mało osób wie, że przed „23:55” Diox i Hades realizowali solowe materiały i nie było im do końca po drodze. Tak więc ta grupa chyba musiała się rozpaść, ale słabe jest to, że odbyło się to w takim stylu. Pokazuje to jednak, jak bardzo młodzi ludzie wchodzący do branży nie potrafią radzić sobie z decyzjami, presją, asertywnością wobec „doradców”, którzy wyrastają spod ziemi po sukcesie. Dla mnie już wtedy podejrzana była liczba osób kręcąca się wokół HIFI. Nie miałem ochoty na to, żeby latała za mną ekipa klakierów. Byłem skupiony na muzyce.


Czujesz dumę, obserwując kariery poszczególnych członków zespołu? W końcu każdy z was – w tej czy innej roli – wciąż funkcjonuje w branży muzycznej.

Na pewno czuję większą dumę niż przed laty, kiedy to było dla mnie rozmyte i umniejszałem swoim dokonaniom. Byłem w środku, a wspomnienia obserwuję dopiero teraz – z dystansu. Miało to dobrą stronę o tyle, że dawało chorobliwy napęd do rozwoju. Dziś już jednak nie chciałbym się aż tak nakręcać. Wiem, że sukces jest konsekwencją ciężkiej pracy, ale też nie byłoby sukcesu, gdyby się nie spotkało po drodze właściwych ludzi. Czasem muzycy, których zespoły się z jakiegoś powodu rozpadły, mówią w wywiadach, że nie zawdzięczają niczego pozostałym członkom i do wszystkiego doszli sami. Straszna bzdura. Mimo że nasze relacje w HIFI Bandzie psuły się i bywało źle, to jednak wzajemnie nakręcaliśmy się do pracy. Czasami przyjaźń podszyta rywalizacją wywołuje sportową złość, która sprawia, że chce się coś udowodnić i dzięki temu uzyskuje się lepsze efekty. Nie wiem, co na ten temat sądzą Diox, Hades i Kebs, ale ja uważam, że nie zaszedłbym tak daleko bez nich, tak samo jak oni beze mnie. Nasza współpraca nie trwała jakoś szczególnie długo, ale dla każdego z nas był to bardzo ważny czas. Figura self-made mana to mit. Jak ma się dwadzieścia lat, fajnie jest sobie coś takiego wkręcić, ale w dłuższej perspektywie to się nigdy nie sprawdza.


W tym, co mówisz o HIFI, w pewnym stopniu wybrzmiewa twoje dyplomatyczne podejście.

Nie zawsze jednak i nie na każdy temat umiałem rozmawiać na spokojnie. Nie jestem doskonały, ale staram się szukać rozwiązań i nie umiem się zbyt długo przejmować. Krzyki, obelgi – zdążyłem się tego nasłuchać. Bycie grubiańskim i chamskim nie jest równe byciu szczerym. Zawsze tak uważałem i starałem się nie prowadzić dyskusji w ten sposób – bez znaczenia, czy na tematy artystyczne, finansowe czy koleżeńskie. W rapie brakuje mi rozmów o kasie bez emocji. Gdy pojawiają się pieniądze, od razu pada wiele polaryzujących zwrotów: „nigdy”, „zawsze”, „bo wszystko ja”, „bo ty coś tam”. Trzeba umieć znaleźć kompromis.


Po zakończeniu edukacji na Wyspach Brytyjskich nie tylko robiłeś bity dla HIFI Bandy, ale także założyłeś z DJ-em Deszczu Strugi studio nagraniowe Otrabarwa, w którym zresztą przeprowadzamy ten wywiad. Z biznesem ruszyliście w 2010 roku.

Tak, niedługo po powrocie do Polski wróciłem do dawnego pomysłu. Wszystko miałem zaplanowane, więc poszło sprawnie. Któregoś razu zadzwoniłem do Bartka, bo wiedziałem, że kończy budowę studia. Chciałem go podpytać, czy nie byłby zainteresowany nawiązaniem współpracy, a w odpowiedzi usłyszałem, że też miał do mnie dzwonić w tej sprawie. Kilka dni później spotkaliśmy się i wkrótce pracowaliśmy już wspólnie, choć nie znaliśmy się jeszcze zbyt dobrze. Niezmiennie trwamy ze sobą do dziś, co bardzo sobie cenię. W międzyczasie zdążyliśmy się przenieść z Ursynowa do Łomianek. Po drodze zdarzały się trudne chwile, czego nie sposób było uniknąć, bo nie jest łatwo zaczynać interes od zera – nawet w dziedzinie, w której obraca się od jakiegoś czasu. Produkowanie muzyki a prowadzenie studia to zupełnie odrębne tematy. Studio to oddzielny organizm, którym trzeba nauczyć się zarządzać i pracować wokół niego. Nigdy constans, ale tak chyba po prostu musi być. Cykl koniunkturalny składa się z przypływów i odpływów, a wahania są spore, na co wpływa wiele czynników. Ktoś kombinuje, gdzie nagrać taniej, czyjś projekt przesuwa się w czasie, jeszcze ktoś inny zmienia zdanie…


…a my zmienimy temat. Opowiesz, jaki był młody Olek zdobywający kolejne punkty doświadczenia w tworzeniu muzyki? Chłonął rady jak gąbka czy raczej, słuchając ich, z tyłu głowy pojawiała mu się myśl: „Ja wiem swoje”?

Pół na pół. Jakiś czas temu przyznałem się sam przed sobą, że nienawidzę krytyki – a już zwłaszcza tej konstruktywnej. Z dumą i bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że zawsze miałem ją jednak w pamięci i jak tylko była ku temu sposobność, pracowałem nad aspektem, który został skrytykowany. Zastanawiałem się nad argumentami, które ktoś wysuwał. Jeśli rzeczywiście mogę zrobić coś lepiej, to się tego nauczę. Pewna osoba zwróciła mi kiedyś uwagę, że nie umiem robić w utworach fajnych przejść, co mnie na maksa wkurzyło i sprawiło, że już chwilę potem starałem się podszkolić w tym temacie. Jak gram w piłkę, mam to samo. Ktoś krzyczy: „Podaj!”, a ja myślę tylko: „Zamknij się!”, ale następnym razem mu podam. Tym niemniej ważne jest, żeby umieć odsiać wartościowe opinie, które mogą coś wnieść, od tych wygłaszanych przez ludzi niemających zielonego pojęcia, o czym mówią.

Wydałem dwie autorskie płyty pod swoją ksywą, co oznacza, że mam nieco przerośnięte ego, bo ono jest niezbędne, żeby móc się porywać na takie rzeczy. Publikuje się numer, nad którym pracowało się tygodniami, i z miejsca słyszy się opinie: „E, wolałem kawałki w dawnym stylu”. Trzeba czasem umieć stanąć ponad tym, mieć swoje zdanie i wiedzieć, kiedy kogoś słuchać, a kiedy lepiej nie…


W jednym z wywiadów trafnie zauważyłeś, że słuchacze łatwo przywiązują się do danej stylistyki danego wykonawcy: „(…) jak muzyk coś zadeklaruje, to ludzie to wyłapią i będą cię męczyć (…) [d]łużej niż polityka”.

Moje podejście zawsze opierało się na tym, żeby tworzyć po prostu fajne rzeczy. Wychodzę z założenia, że w trakcie całej kariery zdążę zrobić wszystko. Mogę nagrywać z różnymi wykonawcami: nieważne, czy to Pezet, czy Ania Dąbrowska. Nie obchodzi mnie, co się stanie po drodze, bo jeśli sam uważam, że to, co robię, jest dobre, to moje zmiany stylistyczne się obronią. Przed laty pracowałem nad płytą Monopolu, przez co słyszałem wiele sarkastycznych pytań w stylu: „Ale ty tak na poważnie?”. Odbijałem piłeczkę, pytając: „Jeśli mam czas i możliwości ku temu, to czy nie mogę sobie zarobić i popracować nad zupełnie innym projektem niż te, z których do tej pory byłem znany?”. „Nie, bo zaraz wyjdzie HIFI Banda i wizerunkowo ci się to posypie” – taka była kontra. Przede wszystkim szukam doświadczeń w muzyce. Zaryzykuję katastrofę, by spróbować czegoś nowego. I patrz, jakoś żyję, nie narzekam na brak ofert współpracy. Współtworzyłem kilka albumów, które sprzedały się łącznie w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Naprawdę nie sądzę, żebym miał się czego wstydzić.

Spod moich rąk wyszło też trochę produktów stricte komercyjnych, o których ludzie nie mają pojęcia, że jestem ich autorem. Czy naprawdę byłoby mi lepiej, gdybym wydawał same klasyczne produkcje z raperami, co sugeruje mi część odbiorców?… Nie wydaje mi się. Jestem przykładem, że można robić spore artystyczne rewolucje i odnajdywać się na różnych polach. O ile jest się samokrytycznym wobec siebie – bo często wykonawcy nie potrafią się odnaleźć w nowej stylistyce. Robią wolty stylistyczne bez odpowiedniego przygotowania.

Inne książki tego autora: