Zapalczywa księżniczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Zapalczywa księżniczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Maria Jentys

Saga

Zapalczywa księżniczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Translacja

Maria Jentys

Tytuł oryginału

The Passionate PrincessCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1988, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770177

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1870

Księżniczka Thea, śpiewając, przebyła korytarz i zeszła w dół bocznymi schodami. Przykro jej było, że najlepszą część pałacu oddano królewskim gościom. Lubiła Wielkie Schody z ich złoconymi i kryształowymi balustradami. Radował ją widok obrazów zdobiących ściany oraz marmurowych kominków, rzeźbionych przez włoskich mistrzów. To jej pradziad wzniósł tę budowlę, jedną z najokazalszych na Bałkanach. Zdaniem Thei, wynagrodził sobie w ten sposób fakt władania krajem tak małym i tak — w porównaniu z innymi — niewiele znaczącym. Nieraz przychodziło jej na myśl, że w gruncie rzeczy cierpiał na kompleks niższości. Zawsze z uporem domagał się, by oddawano mu wszelkie przynależne monarsze honory i hołdy. Nawet od wnuków żądał okazywania mu przesadnego szacunku, a księżniczce Thei nadał pompatyczne imiona Sydel Niobe Anthea. Ledwie jednak zaczęła mówić, odrzuciła je i nazwała się Theą. Imię przyjęło się i nikt w rodzinie nie zwracał się do niej inaczej.

Weszła do jadalni. Był to miły, choć niezbyt reprezentacyjny pokój, skąpany w słońcu. Przy stole, pożywiając się, siedział brat Thei, Georgi. Spojrzał na przybyłą i rzekł:

— Spóźniłaś się.

— Wiem — odparła. — Lecz ranek jest tak uroczy, a Merkury pędził, jakby chciał wzbić się w powietrze.

Sięgnęła po stojący na kredensie talerz z typowo angielskim śniadaniem.

Jej ojciec, król Alpheus, władca kraju o nazwie Kostas, jako młody człowiek spędził wiele czasu w Anglii. Posiadł dyplom uniwersytetu oksfordzkiego. Przejął wiele angielskich obyczajów i wymagał od swych dzieci, by mówiły po angielsku. Nie było to trudne ani dla Thei, ani dla jej brata. Zdołali już bowiem opanować języki wszystkich krajów bałkańskich. Pewnego razu Georgi stwierdził, iż nauczyć się jeszcze jednego to dla niego akurat tyle, co zjeść ciastko.

Niosąc swój talerz, Thea usiadła przy stole. Myślami była wciąż jeszcze na porannej przejażdżce konnej. Machinalnie wzięła do ręki nóż i widelec.

— Nawiasem mówiąc, płotki powinny być wyższe — oznajmiła.

— Wiem — odparł brat. — Musisz się tym zająć.

— Dlaczego ja?

— Ponieważ ja jutro wyjeżdżam.

— Wyjeżdżasz?! — wykrzyknęła. — Po co i dokąd?

Georgi spojrzał przez ramię.

— Tak się składa — rzekł — iż jadę do Paryża. Tylko nie waż się mówić mamie. Ona jest przekonana, że wybieram się z półoficjalną wizytą do sztabu francuskiej armii.

— Znowu Paryż cię nęci! — zdziwiła się księżniczka. — Nie pojmuję, dlaczego chcesz tam jechać.

— Jest na to jedna odpowiedź — uśmiechnął się. — Paryż jest niezwykle atrakcyjny, a paryżanki fascynujące.

— Chcesz powiedzieć, że wybierasz się tam dla uciechy? — Thea wbiła w brata spojrzenie.

— Oto i cała rzecz w paru słowach!

— Jedziesz... sam?

— Tak, lecz wkrótce będę w towarzystwie.

— Weź mnie ze sobą! Proszę cię, zabierz mnie! — błagała.

— Już słyszę, jak mama wyraża na to zgodę! — rzekł kpiąco.

— Ale przecież mogłabym zatrzymać się u którejś z twoich przyjaciółek?

— Mama z pewnością byłaby temu przeciwna.

— Dlaczego?

— Dlatego, że choć fascynujące i interesujące, nie byłyby odpowiednim towarzystwem dla wysoko urodzonej damy.

— Że też nie jestem mężczyzną! — sarknęła z goryczą.

— Niejeden mężczyzna, którego spotkasz na swojej drodze, będzie bardzo rad, iż jesteś dziewczyną.

— Mężczyzna? — spytała, patrząc nań drwiąco. — Jestem już chyba skazana na Courtiersa, starca, który stoi już nad grobem!

Brat dolał sobie kawy.

— To prawda — przytaknął. — Ale jeżeli już o tym mowa, papa obmyśla właśnie twoje zamążpójście. Mówił mi o tym zeszłego wieczoru.

— Moje... zamążpójście? — powtórzyła zdławionym głosem, oszołomiona nowiną.

— Masz osiemnaście lat — ciągnął Georgi — i papa uważa, iż musisz podnieść autorytet naszego kraju przez związek z którymś ze znakomitych sąsiadów.

— Z którym? — spytała ostro księżniczka.

— Wydaje się, że mógłby to być król Kanarisu, Otho.

— Mówisz... poważnie? — zapytała znów po chwili gniewnego milczenia.

— Nie przypuszczam, że mógłby to być kto inny.

— Ależ on jest stary... dużo starszy od papy!

— Za to jego kraj jest dwakroć większy od naszego!

— Ale jakże ja mogłabym wyjść za mąż za takiego starca? Gdy go ostatnio widziałam, miał siwe włosy i białą brodę.

— Rzeczywiście nie byłoby ci lekko — przyznał brat. — Jednakże musisz za kogoś wyjść.

— Wyjdę za młodego mężczyznę, którego pokocham.

Georgi usadowił się wygodniej w krześle.

— Wiesz równie dobrze jak ja, Theo, że ze względu na królewskie pochodzenie musimy wyrzec się własnego szczęścia, gdy w grę wchodzi racja stanu oraz interes państwa.

— Jeżeli rzeczywiście tak myślisz, dlaczego sam się nie żenisz? — rzekła.

Zapadła cisza. Potem Georgi powiedział:

— Wiem, że prędzej czy później będę musiał to zrobić i że papa już się rozgląda za odpowiednią dla mnie partią. Z pewnością wybierze mi żonę szczerą, tłustą i śmiertelnie nudną. — Ostatnie słowa wyrzekł porywczo, po chwili zaś dodał cierpko: — Oto dlaczego jadę do Paryża. Pragnę bawić się, póki czas.

— Czy naprawdę muszę wyjść za mąż? — spytała cicho Thea.

— Znasz już odpowiedź — odparł.

— Przecież istnieje chyba ktoś odpowiedniejszy dla mnie niż król Otho!

— To samo wczorajszego wieczoru powiedziałem papie — wtrącił Georgi — ale on zwrócił moją uwagę na fakt, iż każdy z naszych sąsiadów albo jest żonaty i obarczony gromadą dzieci, albo zdążył już owdowieć, jak Otho, albo też jest mizoginistą, jak król Arpád.

— Któż to taki mizoginista? — spytała Thea.

— Mężczyzna, który nienawidzi kobiet — wyjaśnił Georgi. — Przytrafia się to tym, którzy pod wpływem zawodu miłosnego stali się cyniczni i zgorzkniali.

— Przecież znajdzie się chyba ktoś jeszcze — powiedziała księżniczka z desperacją.

— Przykro mi, dziecino — odparł brat. — Ale przepatrzyliśmy z papą wszystkie kandydatury i nie dało to żadnego efektu.

— To nieuczciwe! — krzyknęła dziewczyna. — Nie poślubię go! Odmówię!

Była wzburzona. W głębi serca wiedziała, że jeśli nie znajdzie się inny kandydat, będzie musiała poddać się woli ojca. Obsesja, by umocnić swój tron, uczyniła go nieustępliwym. Cokolwiek mu powie, nie odniesie żadnego skutku. Podniosła na brata pełne łez oczy i rzekła błagalnie:

— Pomóż mi, Georgi, proszę. Ratuj mnie!

— Wszystko, co mogę zrobić, to życzyć ci jak najlepiej — odparł. — Sama wiesz, że jadę na tym samym wozie co ty. W przyszłym miesiącu skończę dwadzieścia dwa lata i, zgodnie z wolą ojca, muszę się ożenić w ciągu najbliższego roku, a niebawem pomnożyć liczbę pretendentów do tronu.

Thea podniosła się od stołu.

— To, co mówisz, przyprawia mnie o mdłości.

Podeszła do okna, by wyjrzeć na ogród mieniący się barwami wiosennych kwiatów, lecz wciąż miała przed oczami pobrużdżoną twarz króla Otho i kosmyki siwych włosów na czubku jego głowy. To miałby być jej mąż! Nie do pomyślenia! Kiedy Georgi chodził do szkoły, a potem służył w armii, Thea, czując się bardzo osamotniona, czytywała baśnie. Wierzyła w to, o czym mówiły. Stały się częścią jej życia. Nauczyły ją marzyć. Toteż wyśniła sobie, że pewnego dnia pojawi się w jej życiu wysoki i smukły książę. Zakochają się w sobie od pierwszego wejrzenia i wezmą ślub. On zrozumie, jak wiele dla niej znaczy ojczysty kraj: uroda okalających go gór ze śnieżnymi szczytami, czar srebrzystej rzeki, przecinającej wsie i żyzne zielone pola. Wieśniacy, wprawdzie biedni, ale zawsze mający pod dostatkiem owoców i warzyw, niewiasty zwracające na siebie uwagę nieskazitelnością cery. Kostas leży przy południowej granicy Węgier. Krew mieszkańców tego kraiku i krew Madziarów mieszały się ze sobą przez stulecia, zabarwiając głowy niewiast rudością, tak charakterystyczną dla Węgrów.

Włosy Thei też były rude. Nie ciemnokasztanowe, jak u Austriaczek, lecz raczej czerwonozłociste, a w blasku słońca ogniste jak tańczące płomienie. Oczy zaś, jakżeby inaczej — zielone. Kiedy młoda kobieta odczuwała wzburzenie, przybierały ciemny, prawie granatowy odcień. Thea nie zdawała sobie sprawy, iż brat ją obserwuje. On zaś, przypatrując się jej, myślał, iż w ciągu ostatniego roku przeistoczyła się w prawdziwą piękność. Jej kobiecy czar wprost zniewalał. Wielka szkoda, że nie da się dla niej znaleźć bardziej atrakcyjnego męża niż król Otho. Nic jednak nie mógł na to poradzić. I tak zrobił wiele. Kłócił się z ojcem dopóty, dopóki zirytowany król nie uciął sporu słowami:

 

— Nie rób z siebie głupca. Nie jesteśmy dość ważni, aby zwrócić na siebie uwagę potężniejszych władców. — Jego głos brzmiał ostro, gdy kończył: — A Thea nie ma dość dużego posagu, by ich zwabić.

Georgi był świadom, że tu go boli. Ojciec nigdy nie miał tyle pieniędzy, ile pragnął mieć.

Było to po części skutkiem jego ambitnych przedsięwzięć. Wyłożył ogromne sumy na budowę i urządzenie pałacu, następnie na zakup eleganckich kolorowych mundurów oraz bezużytecznych karabinow dla armii. Georgi wiedział, że nim znajdą złoto w górach lub — co było nieprawdopodobne — perły w rzece, będą borykać się i szarpać, by związać koniec z końcem. Dlatego ojciec szukał dlań bogatej księżniczki. Nie obchodziło go, czy będzie tłusta, czy chuda, nudna czy miła. Zaakceptuje ją, jeśli tylko będzie miała wystarczająco duży posag. Ta właśnie perspektywa pchała księcia do Paryża. Piękne paryskie kurtyzany są wprawdzie kosztowne, ale za to wiedzą, jak dać mężczyźnie rozkosz. Przypomniał sobie, jak się z nimi zabawiał ostatnim razem. Wiedział, że znajdzie tam kilka powabnych cór rozkoszy, które go powitają z otwartymi ramionami. Nie tylko dlatego, że jest księciem i może im zapłacić. Jest przede wszystkim niezwykle przystojnym mężczyzną. Co więcej, pochodzi z Kostas, a tamtejsi mężczyźni cieszą się opinią wspaniałych, namiętnych kochanków. To także odziedziczyli po Węgrach, jak również sławę prześwietnych jeźdźców.

Georgi wstał i podszedł do siostry. Otoczył ją ramionami.

— Głowa do góry, dziecino! — rzekł. — Kiedy już wstąpimy w związki małżeńskie, wymyślę powód, by zabrać cię ze sobą do Paryża lub Londynu. — Ponieważ Thea słuchała go z uwagą, dodał: — Kobiecie zamężnej zezwala się robić rzeczy, które nie przystoją młodej pannie.

— Ale ja chcę jechać z tobą już teraz! — upierała się.

— I ja bym sobie tego życzył — zapewnił brat. — Ale obawiam się, że mój tryb życia szokowałby cię, i musiałbym się ze względu na ciebie bardzo powściągać.

Thea przyznała mu rację. Potem powiedziała cicho:

— Nie myślisz chyba, że papa poczyni jakieś kroki w mojej sprawie podczas twojej nieobecności?

— Jeżeli będę miał okazję, postaram się go powstrzymać — obiecał siostrze Georgi. — Nie chciałbym jednak, by to był powód do odwołania mojej podróży.

— Nie, oczywiście że nie — powiedziała z westchnieniem.

— Jedyne, co ci teraz pozostało — ciągnął brat — to cieszyć się jak najdłużej życiem. Jeździć konno, brać przeszkody, pókiś wolna jak ptak.

— Czy chcesz powiedzieć — westchnęła — że jako kobieta zamężna będę musiała mieć stale przy sobie ponure damy do towarzystwa?

Ponieważ brat milczał, zrozumiała, że o to właśnie mu chodziło. Oczywiście że jako królowa będzie strzeżona niczym więzień. Pałac jest po trosze więzieniem. To dlatego tylko po parku wolno jej jeździć konno samej, bez nadzoru stajennego. Tam może być sama, może myśleć, może mówić do Merkurego, nie będąc słyszana. Wiadomo, że nigdy nie wydostanie się poza mury, które go otaczają. Dopiero teraz księżniczka zaczęła uświadamiać sobie rzecz okropną: że być ważną znaczy nie móc być samą. Całkiem czym innym byłyby przejażdżki konne w towarzystwie kogoś kochanego, z kim można by rozmawiać. Mężczyzna z jej marzeń, Czarujący Książę, był zawsze znakomitym jeźdźcem. A ich konie były tak piękne i tak chyże, że nikt nie zdołałby dotrzymać im kroku. Jeździliby więc zawsze sami, ku bezkresnym horyzontom. Myśląc o królu Otho, Thea była przekonana, że ani nie jest on dobrym jeźdźcem, ani w ogóle niczym się nie wyróżnia. Po prostu trzyma się sztywno protokołu.

Sama dokładała starań, by nie słyszeć pouczeń, jakich jej nieustannie udzielali guwernerzy: „Księżniczce nie wypada robić tego”, „Księżniczce nie wypada robić tamtego”, „Wasza królewska wysokość musi pamiętać, że jest księżniczką!” Teraz nabrała pewności, że to samo będzie jej kładł do głowy mąż. Dokładnie to samo z jedną różnicą: „Królowej nie wypada czynić tego, na co ma ochotę!”

Jakby zgadując, o czym myśli, Georgi uścisnął ją i powiedział:

— Muszę już iść. Mam towarzyszyć papie w paradzie, takiej samej, jaką odbierał tydzień temu i dwa tygodnie temu.

— Ale jutro będziesz wolny? — spytała.

— Dzięki Bogu za tę odrobinę miłosierdzia! — westchnął. — Nawet jeżeli będzie ono trwało bardzo krótko.

Z tymi słowy wyszedł z jadalni, Thea jednakże nie podążyła za nim. Wciąż wpatrywała się niewidzącymi oczami w pejzaż za oknem, a każda cząstka jej istoty krzyczała ze zgrozy. Kiedy w końcu weszła do pokoju muzycznego, gdzie czekał na nią nauczyciel, była blada jak płótno.

Od chwili ukończenia osiemnastu lat księżniczka obywała się bez guwernantek, kontynuowała wszakże edukację pod kierunkiem zaangażowanych w tym celu nauczycieli. Najbardziej lubiła starego profesora, który wtajemniczał ją w arkana muzyki. Nim wycofał się w zacisze domowe, odnosił wielkie sukcesy w salach koncertowych Europy. Królowa, matka Thei, stwierdziła, że będzie on idealnym nauczycielem dla córki. Nie myliła się. Profesor uczył dziewczynę wyrażania siebie własną interpretacją utworów muzycznych. Ilekroć pod wpływem piękna doznawała wzruszenia, dokładała starań, by przełożyć je na język muzyki. Przysłuchiwała się śpiewom ptaków, a potem wygrywała na fortepianie całą zawartą w nich radość.

Kiedy weszła do pokoju muzycznego, profesor grał walca o łagodnym, marzycielskim, bardzo romantycznym brzmieniu. Pomyślała o Czarującym Księciu, który — wierzyła w to mocno — zjawi się pewnego dnia. Potem z nieomal brutalnym poczuciem rzeczywistości wróciła do myśli o królu Otho. Profesor powitał ją, a ona usiadła przy fortepianie. Zaczęła dobywać z instrumentu tony wyrażające całą jej przyszłą niedolę: zniewolenie, cierpienie, bunt.

Zmierzchało , gdy wezwał ją do siebie ojciec. Jego adiutant, mężczyzna w średnim wieku, służący królowi od wielu lat, wszedł do jej saloniku i oznajmił:

— Jego wysokość poprosił mnie, bym powiadomił waszą królewską wysokość, iż pragnie widzieć ją w swoim gabinecie.

Thea, czytająca akurat książkę, pomyślała, że oto nadchodzi chwila przeznaczenia. A przecież modliła się, by ojciec odłożył tę rozmowę do powrotu Georgiego z Paryża. Uczepiła się kurczowo zapewnienia brata, iż poprosi ojca, by nie decydował o niczym zbyt pochopnie. Król wszakże, jak zwykle niecierpliwy, chciał załatwić sprawę od ręki. „Zanim się zorientuję, co się święci — pomyślała — będę mężatką.” Zastanowiła się, czyby nie oznajmić adiutantowi, iż jest zbyt zmęczona i nazbyt źle się czuje, by stawić się u ojca. Zaraz jednak uświadomiła sobie, że wówczas nie mogłaby odbyć jutrzejszej porannej przejażdżki konnej. Merkury czekałby na nią daremnie... A przecież jedynie on — pomyślała zapalczywie — jedynie jej koń rozumie naprawdę, co ona czuje.

— Muszę również powiedzieć waszej królewskiej wysokości — dodał adiutant — że książę Georgi zmienił swoje plany i już dziś wieczorem wyjeżdża do Paryża.

— Chcesz przez to powiedzieć, że... już go nie ma? — spytała zaskoczona Thea.

— Jego królewska wysokość ledwo zdążył na ekspres. Prosił, bym pożegnał waszą wysokość w jego imieniu.

Nie powiadomiona o niczym, księżniczka wiedziała już, co się zdarzyło. Georgi poprosił ojca, by poczekał z wydawaniem jej za mąż do jego powrotu. Ojciec odmówił i dlatego brat przyspieszył wyjazd. Nie cierpiał scen rodzinnych, zwłaszcza wzajemnego obwiniania się i oskarżania. W tej sytuacji wolał po prostu zniknąć, lecz Thea go za to nie potępiała. Rozumiała, że zaakceptował wolę ojca. I że jego rola na tym się skończyła. Powoli odłożyła książkę na bok i wstała.

— Powiedz jego królewskiej mości, że będę u niego za chwilę — rzekła.

Adiutant skłonił się i opuścił pokój.

Thea podeszła do ściany, na której wisiało lustro w pięknie rzeźbionej, pozłacanej ramie, zwieńczonej kupidynami. Wpatrzyła się w swoje odbicie. Potem rzekła głośno:

Pomóż mi, zwierciadło moje,

niech mnie wiodą rady twoje...

Czekała na odpowiedź, w lustrze jednak było tylko jej własne odbicie. Drobna owalna twarzyczka z małym prostym nosem i ogromnymi zielonymi oczyma. Ostatni promień zachodzącego słońca rozpłomienił złote włosy. Na poły z jękiem, na poły ze szlochem odwróciła się od zwierciadła, wyszła z pokoju i powędrowała schodami w dół.

Gabinet ojca był urządzony komfortowo. W odróżnieniu od pozłacanych i obitych tkaninami mebli w głównej części pałacu stał tutaj wielki, wygodny fotel ze skóry. Sofa była miękka jak puchowe łoże, a ogromne biurko z wklęsłym blatem wygodne do pisania. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające antenatów. Wszystkie w rzeźbionych, złoconych ramach zwieńczonych koronami. Tu i ówdzie stały piękne chińskie wazy, które król tak bardzo sobie cenił. W każdej tkwił bukiet z fioletowych i białych bzów. Cały pokój — myślała nieraz księżniczka — zdradzał różne cechy ojcowego charakteru. Najbardziej jednak rzucały się w oczy ogromne, złociste i brylantowe insygnia władzy królewskiej umieszczone nad obramowaniem kominka. Siedząc przy biurku król miał je akurat przed sobą. Były tu po to — myślała Thea — by każdego dnia, o każdej godzinie i każdej minucie przypominać mu o odpowiedzialności za królestwo.

Gdy księżniczka weszła do gabinetu, ojciec stał zwrócony plecami do kominka.

— Dobry wieczór, moja droga — powitał ją. — Przez cały dzień byłem bardzo zajęty, dopiero teraz mam czas na rozmowę z tobą.

Thea ucałowała go w policzek i usiadła na sofie. Splotła mocno dłonie, świadoma tego, co nastąpi.

— Masz już osiemnaście lat — zaczął król. — Musimy więc pomyśleć o twojej przyszłości.

— Czuję się szczęśliwa w swoim domu, papo.

— I ja jestem szczęśliwy, iż mam cię u boku — rzekł. — A jednak twoja matka liczyła dokładnie tyle samo lat, gdy została moją żoną.

Thea ugryzła się w język, by nie powiedzieć: „Żoną mężczyzny zaledwie pięć lat od niej starszego.” Na szczęście w porę zdała sobie sprawę, że zawiodłaby zaufanie brata — ojciec zorientowałby się, iż Georgi powiedział jej o królu Otho.

— Przemyśliwałem właśnie, kto mógłby się najlepiej przysłużyć naszemu kochanemu krajowi — ciągnął król — przez alians z nami. — Umilkł jakby w oczekiwaniu na to, co powie córka, ale ponieważ nie odezwała się słowem, podjął: — Tak się złożyło, że dziś rano otrzymałem list od króla Otho, z zapytaniem, czy mógłby przybyć do nas z wizytą za kilka dni.

Thea wstrzymała oddech. Zacisnęła palce tak, że kciuki stały się białe.

— Pomyślałem wtedy, że on, niczym jasnowidz, przejrzał moje zamysły.

— O co chodzi, papo? — spytała dziewczyna nieswoim głosem.

— Oto, córko, że alians między naszymi krajami byłby dla nas bardzo korzystny. — Zerknął na Theę i dodał: — Dlatego też w odpowiedzi poinformowałem go, jak ciepło będzie tu witany i z jakim utęsknieniem oczekujemy jego wizyty.

— Chcesz powiedzieć, papo — spytała — że twoim zdaniem król Otho byłby odpowiednim dla mnie mężem?

— Zostałabyś królową wielkiego i bogatego kraju, a to pozwoliłoby ci, jestem tego pewien, pomagać naszej małej ojczyźnie na tysiąc różnych sposobów.

Thea znów wstrzymała oddech.

— Przykro mi, papo, ale... ja nie mogę poślubić króla Otho.

— Czy ja dobrze słyszę? — spytał niedowierzająco.

— On jest stary... o wiele dla mnie za stary! — rzekła. — A ja, jeżeli wyjdę za mąż, to tylko z miłości!

— Co to znaczy, jeżeli wyjdę za mąż?! — mówił król wzburzony. — Oczywiście że musisz wyjść za mąż! To jest twój obowiązek.

— Ale nie za mężczyznę, który jest akurat w tym wieku, że mógłby być moim ojcem.

— A cóż ma wiek do tego?! — Ojciec nie miał zamiaru ustąpić. — On jest królem, a ty będziesz królową.

Jego głos brzmiał ostro, lecz Thea również była stanowcza.

— Chcę kochać człowieka, którego poślubię!

— Kochać! Kochać! — sarknął. — Wszystkie młode kobiety tylko o tym myślą. To pozwala mieć nadzieję, że dojrzejesz, by pokochać swego męża.

— Skąd masz tę pewność? — broniła się.

— Jesteś bardzo młoda, moja droga — odparł ojciec, siląc się na pojednawczy ton. — Dlatego właśnie powinnaś pozwolić, bym zadecydował, co jest dla ciebie najlepsze. Jestem przekonany, że król Otho będzie dla ciebie uprzejmy i pełen względów.

— Aleja chcę być... kochana — upierała się przy swoim.

— Miłość przyjdzie po ślubie — odparł król stanowczo.

— Skąd wiesz? — sprzeciwiała się młoda dama. — Jeżeli Otho nie podoba mi się teraz, dlaczego miałoby się to zmienić, gdy włoży mi na palec obrączkę ślubną?

Ojciec zawahał się. Thea zrozumiała, że trudno mu znaleźć słowa wyrażające to, co myśli. Jego milczenie przedłużało się. Księżniczka wstała z sofy.

 

— Przykro mi, papo, lecz nie poślubię króla Otho, byłoby więc błędem zapraszać go tutaj pod fałszywym pretekstem.

Ojciec spojrzał na nią w zdumieniu.

— Uczysz mnie, jak mam postępować? — rzekł gniewnie. — Dobry Boże, dla większości panien na wydaniu perspektywa zostania królową byłaby porywająca.

— Ale nie z człowiekiem tak starym, jak król Otho — sprzeciwiła się księżniczka.

— Cóż to za problem, czy on jest stary, czy młody! — wykrzyknął król.

— Dla mnie to jest problem! Ja mam go poślubić, nie ty, ojcze!

Król stracił panowanie nad sobą.

— Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób?! — zagrzmiał. — Spełnisz, co ci nakazałem, i żebym więcej nie musiał słuchać tych bzdur!

— A co mi zrobisz? — spytała wyzywająco. — Zawleczesz mnie do ołtarza wbrew mej woli? Przysięgam, że nie wypowiem słów ślubowania!

— Do diabła! — wrzasnął król, purpurowy z wściekłości. — Potrafiłabyś wyprowadzić z równowagi świętego. Zrobisz, co ci nakazałem, Theo, i to jest moje ostatnie słowo!

Patrzył na nią świadom, że nie złamał oporu córki. A wydawała się tak drobna i krucha! W tej chwili istniało między nimi dziwne podobieństwo. Z jednakową determinacją obstawali przy własnym zdaniu.

— Poślubisz króla!

Słowa, które wydostały się z ust ojca, obiegły echem cały gabinet.

— Nie, papo! To wykluczone!

— Doskonale! — rzekł. — Jeżeli w ciągu dwudziestu czterech godzin nie zmienisz decyzji, zostaniesz uwięziona w swoim pokoju o chlebie i wodzie.

— Thea patrzyła nań z furią, on zaś ciągnął:

— Nie będziesz też jeździła konno, a twój Merkury zostanie sprzedany na targu końskim za dwa dni.

— Powiedziałeś — spytała blednąc — że sprzedasz Merkurego?

— Nie rzucam słów na wiatr — odparł. — Jeżeli nie zdecydujesz się wyjść za króla Otho, Merkury będzie sprzedany.

Przez chwilę Thea stała bez ruchu, wpatrując się w ojca. Potem z okrzykiem małego zwierzątka złapanego w pułapkę odwróciła się i wybiegła z pokoju.

Pognała schodami na górę, do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz. Padła na łóżko i wybuchnęła płaczem. Szlochała rozpaczliwie, wiedząc, że ojciec zwyciężył. Kochała Merkurego, który należał do niej od źrebięcia. W pewien sposób kochała go bardziej niż własną rodzinę. Był jej częścią, jej własnością i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Przez chwilę całym sercem nienawidziła ojca. Posłużył się bronią, wobec której była bezradna. W poczuciu bezsilności pomyślała, że poślubi bodaj samego diabła, a nie dopuści, by Merkury dostał się w obce ręce. Mogliby go źle traktować, dręczyć lub bić, a ona nie miałaby możliwości przeciwdziałania. Nie wiedziałaby, co się z nim dzieje. „Muszę poślubić króla Otho.” Odnosiła wrażenie, że zawładnął nią demon. Że zmusza ją, by poniżyła się i zaakceptowała decyzję ojca.

Leżała płacząc, na łóżku, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

— Kto tam? — spytała.

— To ja, Martha, wasza wysokość. Pora przebrać się do kolacji.

— Nazbyt źle się czuję, by zejść na dół — odparła Thea.

— W takim razie powiem, żeby przyniesiono waszej wysokości kolację na górę.

Martha odeszła. „Ciekawe — myślała księżniczka — czy dadzą mi do jedzenia to, co wszystkim, czy jedynie chleb z wodą.” Nie wątpiła, że ojciec wie doskonale, iż wygrał tę batalię. Złamał jej opór. Musi teraz, niczym niewolnica w królewskim rydwanie, być posłuszna jego rozkazom. Poślubi króla Otho i odbędzie się huczne wesele. Mieszkańcy miasta wylegną na ulice, wiwatując, powiewając chorągiewkami i obsypując nowożeńców płatkami róż. W katedrze będzie na nią czekał stary, siwowłosy człowiek. Pochował pierwszą żonę i oto bierze sobie drugą, ponieważ — jest to dla Thei oczywiste — pragnie mieć dziedzica.

Na samą myśl o tym zadrżała. Uczucie wstrętu, które nią owładnęło, było silniejsze niż jakiekolwiek z wcześniej poznanych uczuć. Nie miała pojęcia, na czym polega miłość między mężczyzną a kobietą. Wiedziała oczywiście, że gdy są małżonkami, sypiają w jednym łóżku. Król Otho będzie więc chrapał u jej boku, będzie jej dotykał starczymi żylastymi dłońmi. Pewnie będzie też ją całował. Wzdrygnęła się na samą myśl o jego wąskich wargach muskających jej usta. „Nie zniosę tego! Nie chcę!” Łzy popłynęły strumieniami po jej policzkach. Wtedy znów stanął jej przed oczyma Merkury. Jak wspaniale brał przeszkody dziś rano! Jak pieszczotliwie trącał ją pyskiem, gdy wchodziła do stajni. A kiedy wołała go, zjawiał się natychmiast. Merkury! Merkury! Nie zniosłaby jego utraty! Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Właśnie zachodziło słońce, wiosenne niebo czerwieniło się i złociło na horyzoncie. Ostatnie promienie ślizgały się po śnieżnych szczytach gór, a wysoko ponad wierzchołkami błyszczała na niebie pierwsza gwiazda wieczorna.

Był to tak urzekający widok, że mimo swej niedoli Thea poczuła się pokrzepiona. Na ziemi życie może być okropne, poniżające i obmierzłe. Ale tam w górze jest niebo i trzeba go tylko dosięgnąć. Pomyślała o bogu słońca Apollinie, przemierzającym na swoim wspaniałym rydwanie przestworza niebieskie. Wszak to on przyniósł światło ludziom trwającym w ciemności. Światło, które nie tylko rozproszyło mrok w ich sercach, ale i oświeciło umysły Wyobraziła sobie, jak galopuje po niebiosach na Merkurym. I gdy w wyobraźni zbliżyła się do purpurowozłocistego nieboskłonu, tknęła ją pewna myśl. Myśl tak niesłychana, tak szalona, że przez chwilę umysł Thei nie mógł jej sprostać. Szlochając, wyciągnęła ramiona do gwiazd, jakby błagała o pomoc. I wtedy z góry spłynęło na nią światło.

— Zrobię to! — wykrzyknęła. — Oto co zrobię!