Tajemnicza przystań - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Tajemnicza przystań - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze Mitości

Przekład

Danuta Błaszak

Saga

Tajemnicza przystań - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTranslacja Danuta Błaszak tytuł oryginału Secret HarbourCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ’Playfair’. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1982, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770016

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1795

Grania wbiegła szybko po schodach, po czym zatrzymała się nasłuchując. Dom pogrążony był w ciemnościach, ale nie tylko tego się bała. Strachem napawały ją głosy dobiegające z jadalni. Czuła, że atmosfera jest napięta i dzieje się tam coś niedobrego. Jeszcze miesiąc temu tak bardzo się cieszyła z powrotu do Grenady. Skakała z radości, że będzie w domu i wszystko ułoży się jak dawniej. Zamiast do domu dotarła tylko do zielonych wysp, które zawsze kojarzyły się jej ze szmaragdami zanurzonymi w błękitnym morzu. Od początku układało się źle. Gdy ojciec zapowiedział jej powrót do domu, uwierzyła, że będzie szczęśliwa jak przed laty, bo była to kiedyś jej czarodziejska wyspa, kraina szczęścia. Zamieszkiwali ją nie tylko uśmiechnięci ludzie, lecz także boginki i bogowie na górskich szczytach, a pośród drzew muszkatołowych i palm kokosowych przemykały gnomy oraz elfy.

— To takie ekscytujące wracać do Tajemniczej Przystani — rzekła Grania do ojca, kiedy płynęli po wzburzonym sztormem Atlantyku.

Wkrótce morze uspokoiło się i od gładkiej powierzchni wody odbijały się promienie słońca, a marynarze wspinając się na maszty śpiewali piosenki, które Grania pamiętała jeszcze z dzieciństwa.

— Czy coś cię martwi, papo? — zapytała po chwili, gdy ojciec nie odpowiedział.

Przyglądała mu się uważnie. Nie pił już tak dużo, jak na początku podróży i choć od dawna prowadził rozwiązły tryb życia, jak określała jej matka, nadal był bardzo przystojny.

— Chciałbym z tobą o czymś porozmawiać, Graniu — rzekł. — O twojej przyszłości.

— O mojej przyszłości, papo? — zapytała. Ojciec milczał, a ona poczuła nagły lęk. — O czym mówisz, papo? Moja przyszłość jest z tobą. Chcę się tobą... opiekować tak jak kiedyś mama. Jestem pewna... że nam będzie dobrze razem.

— Mam wobec ciebie zupełnie inne plany.

Grania spojrzała na ojca z niedowierzaniem. W tej chwili podszedł do nich jeden z oficerów marynarki, który chciał o czymś porozmawiać, i ojciec odszedł korzystając z okazji, by nie kontynuować kłopotliwej konwersacji. Tym, co zamierzał zrobić i co chciał powiedzieć, martwiła się przez cały dzień. Później znów chciała z nim porozmawiać, ale jedli kolację z kapitanem, a po kolacji ojciec był tak pijany, że nie mógł sensownie mówić. To samo powtórzyło się następnego dnia i znów następnego, aż do chwili, gdy ze statku można już było dostrzec szczyty gór Grenady. Wówczas udało jej się znaleźć ojca siedzącego samotnie na pokładzie.

— Musisz mi powiedzieć, papo, jakie masz plany, zanim dojedziemy do domu.

— Nie jedziemy prosto do domu — odrzekł lord Kilkerry.

— Nie jedziemy do domu?

— Nie. Zatrzymamy się dzień lub dwa u Rodericka Maigrina.

— Dlaczego? — zapytała ostrym tonem.

— On bardzo chce cię zobaczyć, gorąco tego pragnie.

— Dlaczego? — powtórzyła Grania drżącym głosem.

— Masz osiemnaście lat. Czas, byś wyszła za mąż — rzekł po chwili namysłu z wyraźnym zakłopotaniem.

— Czy sugerujesz... papo... że pan Maigrin chce... ożenić się... ze mną? — zapytała z trudem łapiąc oddech.

To pytanie ledwo przeszło jej przez usta, tak wydawało się niewiarygodne. Pamiętała Rodericka Maigrina. Był ich sąsiadem, lecz matka nigdy go nie aprobowała i nie życzyła sobie jego wizyt. Krępy, niechlujny, dużo pił, wyrażał się wulgarnie. Grania nawet pamiętała podejrzenia o okrucieństwo wobec nadzorców na jego plantacji. Był stary, prawie w wieku ojca, i pomysł wydania jej za niego za mąż wydawał się absurdalny. Gdyby nie była tak bardzo przestraszona, śmiałaby się z tego.

— Maigrin to dobry człowiek — rzekł ojciec. — I bardzo bogaty.

Później stwierdziła, że ojciec nie powiedział jej wszystkiego. Roderick Maigrin był bogaty, a ojciec potrzebował pieniędzy. Jak zwykle był bez grosza i musiał korzystać ze szczodrości przyjaciół, by mieć za co pić. Skłonności ojca do picia i hazardu oraz zaniedbywanie plantacji doprowadziły jej matkę trzy lata temu do ucieczki.

— Jaką nadzieję możesz mieć, kochanie, na odpowiednią edukację w takim miejscu — mówiła do córki. — Nie widujemy nikogo oprócz rozwiązłych przyjaciół twego ojca, namawiających go do picia, grania w karty i wydawania naszych dochodów do ostatniego grosza.

— Ale tacie zawsze jest przykro, gdy się na niego gniewasz, mamo — odpowiedziała Grania

Na moment spojrzenie matki złagodniało, lecz rzekła:

— Owszem, jest mu przykro i wybaczałam mu już wiele razy. Teraz jednak muszę zatroszczyć się o ciebie. — Grania nie zrozumiała, więc matka kontynuowała: — Jesteś bardzo ładna, kochanie. Powinnaś więc mieć szansę, by tak jak ja spotykać się z ludźmi na poziomie, chodzić na bale i przyjęcia odpowiednie dla twojej pozycji społecznej.

Grania znowu nie zrozumiała, ponieważ na Grenadzie nie urządzano przyjęć, chyba że rodzice spotykali się z przyjaciółmi w St. George’s lub Charlotte Town. A ona czuła się szczęśliwa w ich rezydencji w Tajemniczej Przystani. Lubiła bawić się z dziećmi niewolników, chociaż te w jej wieku już musiały pracować.

Zanim pojęła, co się dzieje, matka nakazała służącej po kryjomu spakować walizy i pewnego poranka, gdy ojciec jeszcze spał po nocnych ekscesach, zabrała Granię i obie uciekły z Tajemniczej Przystani. Pojechały do portu w St. George’s i od razu weszły na pokład wielkiego statku, który prawie natychmiast odpłynął, zabierając je za morze, daleko od wyspy, gdzie przez sześć lat miały swój dom.

Po przybyciu do Londynu matka ze wzruszeniem witała się ze swoimi przyjaciółmi z dzieciństwa. Grania szybko zrozumiała, jak wielką musiała mieć odwagę, gdy jako osiemnastolatka poślubiła przystojnego lorda Kilkerry’ego i w sześć lat później rozpoczęła nowe życie na egzotycznych Wyspach Karaibskich.

— Twoja matka była prawdziwą pięknością — powiedziała jej jedna z przyjaciółek matki. — Gdy opuściła Londyn, czuliśmy się jak po stracie bezcennego klejnotu. Teraz wróciła, by spędzić tu resztę dni. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, mogąc ją znów widzieć.

Jednak dość szybko nastąpiły zmiany. Dziadek umarł, pozostali krewni mieszkali poza Londynem, a one nie miały dość pieniędzy, by zostać przyjęte w najbliższym otoczeniu księcia Walii. Hrabina Kilkerry pokłoniła się przed królem i królową i przyrzekła sobie, że gdy tylko Grania osiągnie pełnoletniość, przedstawi ją królewskiej parze.

— Tymczasem, kochanie, będziesz musiała ciężko pracować, by nadrobić braki wykształcenia — zdecydowała matka.

Grania została zapisana do renomowanej szkoły dla panien i rzeczywiście ciężko pracowała, żeby zrobić przyjemność matce, a poza tym zdobywanie wiedzy wydało jej się naprawdę fascynującym zajęciem. Codziennie rano chodziła do szkoły, a po południu do małego domu, wynajętego przez matkę w Mayfair, gdzie przychodzili prywatni nauczyciele udzielać jej dodatkowych nauk. Po lekcjach miała mało czasu dla siebie, czasami jednak matka lub ciotki zabierały ją do włoskiej opery lub ogrodów Vauxhall.

Zdawało się, że matka odmłodniała i znów błyszczała jak klejnot, gdy przestała się dręczyć pijackimi wybrykami ojca. Ubierały się też zupełnie inaczej. Zaraz po przybyciu do Londynu kupiły nową bieliznę i eleganckie suknie. Nosiły teraz szerokie muślinowe spódnice, atłasowe szarfy, jedwabne szale, tak bardzo różniące się od prostych sukien, które szyły sobie same na Grenadzie. W St. George’s był bardzo mały wybór materiałów i Grania mogła kupić jedynie jaskrawe, krzykliwe kretony, w których lubowały się niewolnice. Londyn wyrobił w niej dobry gust nie tylko do sukien. W ciągu trzech lat Grania otrzymała bardzo staranne wykształcenie. Znała się teraz na sztuce, zwłaszcza na architekturze, malarstwie i muzyce. Potrafiła też odróżnić człowieka dobrze urodzonego od prostaka.

Gdy skończyła osiemnaście lat i miała być przedstawiona na dworze, matka nagle zachorowała. Może z powodu mglistej i mroźnej zimy, po długim przebywaniu w tropikach, była bardziej osłabiona niż przyjaciele i rodzina. Możliwe też, że dotknęła ją panująca w Londynie zdradliwa gorączka. Cokolwiek to było, hrabina słabła z dnia na dzień, aż kiedyś zdesperowana rzekła do Grani:

— Sądzę, że powinnaś napisać do ojca, aby przyjechał do nas natychmiast... Ktoś musi zaopiekować się tobą, jeśli umrę.

— Nie myśl o śmierci, mamo! Polepszy ci się, jak tylko minie zima.To przez te mrozy kaszlesz i czujesz się taka chora — krzyknęła przerażona Grania.

Matka jednak nalegała i Grania spełniła tę prośbę. Napisała do ojca, zawiadamiając go o chorobie matki i przekazując prośbę o przybycie do Londynu. Spodziewała się, że może upłynąć dużo czasu, nim nadejdzie odpowiedź. Odkąd zamieszkały w Londynie, wieści od ojca nadchodziły sporadycznie. Początkowo przysyłał im informacje o domu i plantacji, o cenach, jakie udało mu się uzyskać za owoce drzew muszkatołowych i kokosowych, a także o tym, czy był to dobry sezon na banany. Z czasem listy od ojca były coraz krótsze i pod koniec trzyletniej rozłąki zmieniły się w króciutkie karteczki, pisane drżącą ręką z trudem utrzymującą pióro. Gdy przynoszono pocztę, matka zaciskała usta, czasami ocierała oczy. Grania podejrzewała, że matka jest coraz mniej pewna, czy słusznie zrobiły uciekając z Grenady. Wiedziała jednak, że gdyby pozostały w Tajemniczej Przystani, powtarzałyby się kłótnie rodziców oraz błagania matki o zerwanie z pijaństwem i hazardem, po których następowałyby przeprosiny, akty wybaczania i przysięgi ojca, których od początku chyba nie zamierzał dotrzymać. Kiedyś, już w Londynie, Grania powiedziała do matki:

 

— Żyjemy z twoich pieniędzy, mamo. Ciekawe, jak tacie idzie zarządzanie plantacją.

Przez moment wydawało jej się, że matka nie odpowie.

— Graniu, wydaję na ciebie mało pieniędzy — odrzekła w końcu hrabina. — Natomiast twój ojciec musi stanąć na własnych nogach. Będzie dużo lepiej, jeśli nauczy się polegać na sobie, nie na mnie.

Grania nie odpowiedziała, ale czuła, że ojciec i tak zawsze znajdzie kogoś, kto da mu się wykorzystać. Jeśli nie matkę, to któregoś z przyjaciół od trunków i hazardu. Choć pił i tracił pieniądze na grę, doprowadzając plantację do ruiny, lord miał niezwykły urok osobisty, potrafił oczarować wszystkich, którzy mieli okazję go poznać. Był duszą towarzystwa. Opowiadał anegdoty w taki sposób, że trudno było go nie słuchać. Fascynował wszystkich, nawet jeśli czasami mówił coś, co mijało się z prawdą, albo jego słuchacze znali go zbyt dobrze, by na nim polegać.

— Daj twemu tacie dwa ziemniaki i drewniane pudło, a on cię zahipnotyzuje i uwierzysz, że to dwukonna kareta, która wiezie cię do pałacu królewskiego — powiedział jeden z przyjaciół ojca, gdy była malutka i uwielbiała baśnie, także i tę o Kopciuszku. Nigdy nie zapomniała tych słów. To była prawda. Ojciec uważał życie za cudowną przygodę, której nie należało brać poważnie. To chyba było zaraźliwe i dlatego ludzie tak dobrze się czuli w jego towarzystwie.

Trzy lata z dala od żony i córki bardzo go jednak odmieniły. Chociaż nadal śmiał się, opowiadał anegdoty i roztaczał przed słuchaczami magiczny czar podczas podróży przez Atlantyk, Grania miała wrażenie, że coś przed nią ukrywa. Gdy tylko przybyli na miejsce, dowiedziała się, o co chodzi. Jakże bolesne przeżyła rozczarowanie. Przecież była pewna, że po tragicznej śmierci matki ojciec zechce, aby z nim pozostała. Marzyła o stworzeniu dla niego szczęśliwego domu. Pragnęła go kochać, spełniać wszystkie jego życzenia. Wynagrodzić mu te trzy lata, kiedy musiał być sam. Tymczasem on chciał ją wydać za mężczyznę, którego nienawidziła. Za ordynarnego pijaka. Choćby ze względu na pamięć matki nie powinien tego robić. Pamiętał przecież na pewno, jak błagała go przed laty, by unikał towarzystwa tego człowieka.

Zanim statek, którym płynęli, dobił do portu w St. George’s, jak to było w zwyczaju na Karaibach, lekko zboczył z kursu, by wysadzić ich w miejscu wskazanym przez ojca. Plantacja Rodericka Maigrina położona była niedaleko St. George’s. Anglicy nazwali ją St. David. Niezależnie od przywar właściciela, było to ze względu na uroki krajobrazu naprawdę piękne miejsce. Na Western Hall Point, małym półwyspie porośniętym kwiecistymi krzewami i drzewami, Roderick Maigrin wybudował wielki dom. Pretensjonalny, ciężki, kanciasty budynek od dawna wzbudzał w Grani szczególną niechęć. W dzieciństwie nie przychodziła tu często. Była tu zaledwie kilka razy w towarzystwie ojca. Teraz, gdy podpływali do tego domostwa łodzią przysłaną przez Maigrina, Grania miała wrażenie, że przekracza więzienne wrota. Nie potrafiła uciec. Nie mogła być sobą. Miała być teraz całkowicie zależna od mężczyzny o czerwonej twarzy, który czekał na brzegu, by ich przywitać.

— Miło cię znów widzieć, Kilkerry! — krzyknął Roderick Maigrin ochrypłym z przepicia głosem, poufale poklepując lorda po ramieniu.

Potem podał rękę Grani. W jego oczach ujrzała błysk pożądania i dużym wysiłkiem woli powstrzymała się od ucieczki na statek, który odpłynął już na zachód, by okrążywszy wyspę skręcić na północ i dotrzeć do St. George’s. Roderick Maigrin poprosił ich do domu, gdzie służba zajęta była przygotowywaniem ponczu z rumem. Hrabia podniósł szklankę do ust i wypił zawartość niemal jednym haustem. Oczy dziwnie mu rozbłysły, a Grania drgnęła z przerażenia.

— Czekałem na ten moment od opuszczenia Anglii — powiedział.

— Wiedziałem, że to powiesz! — roześmiał się Roderick Maigrin. — Więc pijmy! Mam całą piwnicę rumu. Parę dni temu przyszedł nowy transport. Chciałbym też wypić za zdrowie tej pięknej dziewczyny, którą ze sobą przywiozłeś.

Uniósł szklankę i spojrzał na Granię tak wstrętnie i tak lubieżnie, jakby ją rozbierał w myślach. Poczuła gwałtowny przypływ odrazy do tego człowieka. Pod pretekstem, że jest zmęczona, poszła do swej sypialni. Umyła się i przebrała po podróży, a gdy zapukał służący informując, że kolacja gotowa, zeszła z powrotem na dół. Mimo trudnej sytuacji zachowywała się tak, jakby życzyła sobie tego matka, z godnością i dostojeństwem. Jak prawdziwa dama.

Po niedługim czasie ojciec i gospodarz byli już dobrze pijani. Nie tylko z powodu mocy ponczu, ale i zachłanności, z jaką obaj panowie rzucili się na alkohol, zaniedbując zakąski. Żaden z nich nie tknął jedzenia. Pili przez cały czas, wznosząc toasty za siebie, za nią i za ślub, który według nich powinien odbyć się jak najszybciej. Obaj wydawali się pewni swych postanowień i nawet do głowy im nie przyszło, że mogłaby się na to nie zgodzić. Planowali ceremonię nie pytając jej o najmniejszy drobiazg. Czuła się urażona, że Roderick Maigrin nie oświadczył się jej, a ślub uważał za oczywisty. W Londynie zauważyła, że często rodzice aranżują małżeństwo córki, nie pytając jej o zdanie. Jednak dziwiło ją, jak ojciec mógł wpaść na pomysł oddania jej za żonę takiemu ordynarnemu, staremu, rozpitemu człowiekowi jak Roderick Maigrin. Teraz, podczas kolacji, gdy słuchała ich rozmowy, obserwowała gesty i mimikę twarzy, coraz lepiej zaczynała rozumieć całą sytuację. Roderick Maigrin płacił ojcu za przywilej zostania jej mężem, a lord Kilkerry wydawał się zadowolony z transakcji.

Podczas kolacji służba podawała kolejne dania, lecz jej trudno było coś przełknąć z tych smakołyków. Siedziała sztywno przy stole, prawie się nie odzywając. Słuchała mężczyzn traktujących ją jak marionetkę pozbawioną uczuć, wrażliwości i własnego zdania. Miała wyjść za niego, czy chciała tego, czy nie, dołączyć do grona jego niewolników, posłusznych na każde skinienie. Nienawidziła tego człowieka, jego gestów, słów i sposobu, w jaki mówił.

— Coś się zdarzyło, odkąd wyjechałem? — zapytał lord Kilkerry.

— Ten przeklęty pirat Will Wilken podkradł się w nocy i ukradł mi sześć najlepszych świń, tuzin indyków i podciął gardło chłopakowi, który próbował go zatrzymać.

— Dzielny chłopak, że nie uciekł — zauważył lord.

— Skończony kretyn, jeśli mnie pytasz! — wybuchnął Roderick. — Szczyt głupoty, by rzucać się na Wilkena w pojedynkę i bez broni.

— Coś jeszcze?

— Jest jeszcze jeden przeklęty pirat. Francuz. Pływa gdzieś w okolicy. Nazywają go Beaufort. Jak tylko go ujrzę, poczęstuję ołowiem między oczy.

Grania słuchała niezbyt uważnie i dopiero po skończonym posiłku, kiedy służący postawili na stole więcej butelek i opuścili pokój, zdała sobie sprawę, że może już wyjść. Była pewna, że ojciec nawet nie zauważy jej nieobecności, a pijany Roderick Maigrin i tak nie mógłby jej odprowadzić. Odczekała chwilę, po czym bez słowa wyśliznęła się z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Poczuła ulgę, mogąc choć na trochę oddalić się od obu mężczyzn. W czasie wspólnej kolacji miała nerwy napięte do granic wytrzymałości. Zaczęła się zastanawiać, co może zrobić. Drżąc ze zdenerwowania, gorączkowo usiłowała przypomnieć sobie, czy na wyspie jest ktoś, do kogo mogłaby zwrócić się o pomoc. Gdyby nawet znaleźli się tacy ludzie, ojciec mógł ją zabrać, a oni nie byliby w stanie temu zapobiec ani nawet zaprotestować. Gdy stała na schodach i rozmyślała, co powinna uczynić, usłyszała śmiech Rodericka Maigrina. Zabrzmiał tak upiornie, że jeszcze mocniej odczuła swoją bezradność. Nie chodziło o głos pijanego mężczyzny, lecz o jego zadowolenie z siebie i pewność, że zawsze dostanie to, czego pragnie. Dlaczego jednak zapragnął właśnie jej? Czy z powodu urody?

Nagle znalazła odpowiedź. Dzięki małżeństwu z nią Maigrin mógł dostać się do wyższych sfer towarzyskich. Bardzo tego pragnął, nawet w tak małej społeczności, jaka zamieszkiwała Grenadę. Ojciec był dla niego przepustką do tych sfer, ponieważ przyjmowano go w towarzystwie i bywał zarówno u gubernatora, jak i u innych liczących się ludzi.

Jeszcze przed wyjazdem do Londynu Grania zaczęła rozumieć snobizm towarzyski, który pojawiał się wszędzie, gdzie sięgało brytyjskie panowanie. Matka jawnie okazywała niechęć Roderickowi Maigrinowi nie tylko z powodu pochodzenia, lecz przede wszystkim ze względu na brak dobrych manier.

— Ten człowiek jest grubiański, wulgarny! ― Pamiętała, jak matka mówiła do ojca. — Nie chcę go widzieć w moim domu!

— To nasz sąsiad — odparł lord beztrosko. — Nie mamy ich aż tylu, żebyśmy mogli być wybredni.

— Ja zamierzam być, jak to nazywasz, wybredna, jeśli chodzi o towarzystwo — odrzekła stanowczo hrabina. — Mamy niewielu przyjaciół, lecz zaręczam ci, że żaden z nich nie chce mieć nic wspólnego z Roderickiem Maigrinem. — Ojciec próbował się spierać, ale matka była nieugięta. — Nie lubię go i nie ufam mu — powiedziała na koniec. — A co więcej, wierzę w te historie, które o nim opowiadają, że źle traktuje swoich niewolników. Nie chcę go tutaj widzieć!

Matka miała swoje sposoby, jak wymóc na ojcu, by Roderick Maigrin nie przychodził do Tajemniczej Przystani. Grania jednak wiedziała, że ojciec nie zrezygnował z wizyt u przyjaciela i ustąpił żonie jedynie w tym, że nie zapraszał go do domu. Teraz matka nie żyła, a ojciec zgodził się na małżeństwo Grani z człowiekiem, który reprezentował wszystko, czego nienawidziła, czym pogardzała i czego straszliwie się bała.

— Co robić? — powtarzała bez przerwy w myślach. Gdy weszła do sypialni, wydawało się jej, że wiatr wpadający przez otwarte okno pyta wraz z nią, co robić? Nie zapaliła świec przygotowanych na toaletce, tylko patrzyła na niebo obsypane tysiącami gwiazd i na palmy powiewające na wietrze w srebrnym blasku księżyca. Nadchodziła ciężka, parna noc. Docierał do niej silny zapach drzew muszkatołowych, dojrzewającego cynamonu i słodkich goździków. Może jej się tylko wydawało, lecz były one częścią wspomnień o Grenadzie. I miała teraz wrażenie, że wonne korzenie rosnące na wyspie witają ją w domu.

— W domu? Ale w czyim domu? — zastanowiła się.

U Rodericka Maigrina, gdzie prędzej umrze, niż wytrzyma strach i cierpienie. Nie wiedziała, jak długo stała przy oknie. Przez moment zdawało jej się, że lata spędzone w Anglii nigdy nie istniały, że zawsze stanowiła część Grenady. Nie była to tylko magia tropikalnej dżungli, gigantycznych paproci, lian i kokosowych plantacji, lecz także historia jej życia. Karaibski świat to poszukiwacze przygód, piraci, huragany, wybuchy wulkaniczne oraz bitwy na lądach i morzach między Francuzami a Anglikami. Znała to wszystko tak dobrze, że stało się częścią jej samej, a wszystkie nauki zdobyte w Londynie zdawały się rozwiewać w gorącym powietrzu. Nie była już żadną lady Granią O’Kerry, ale jednym z żywiołów Grenady: kwiatem, wonną przyprawą, drzewem palmowym albo miękko opadającą falą morza, które słyszała z daleka.

— Pomóż mi! Pomóżcie mi! — krzyknęła w rozpaczy.

Zwracała się do wyspy tak, jakby ta potrafiła zrozumieć jej kłopoty i rzeczywiście mogła jej pomóc.

Było już późno, kiedy Grania powoli rozebrała się i położyła do łóżka. W całym domu panowała cisza. Zastanowiła się, czy ojciec miał dość siły, by dojść do swojej sypialni, czy też zasnął w salonie, ze szklanką rumu w ręce.

Nie martwiła się o niego tak bardzo, jak to zdarzało się w Londynie. Teraz myślała przede wszystkim o sobie. Nawet gdy zamknęła oczy do snu, modliła się o pomoc całym sercem i duszą.

Granię obudził jakiś dźwięk. Raczej go wyczuła, niż usłyszała. Gdy w pełni odzyskała świadomość, usłyszała go znowu. Przez moment zdawało się jej, że ktoś wszedł do sypialni, i struchlała ze strachu. Ale głos dochodził z zewnątrz. Brzmiał tak, jakby ktoś cicho wymawiał jej imię. W półśnie wstała i podeszła do okna, które w nocy nieopatrznie zostawiła nie zamknięte i nie zasłonięte.Wyjrzała i zobaczyła Abe’a, służącego ojca. To razem z Abe’em ojciec przyjechał po nią do Londynu. Abe’a znała całe życie. To on zarządzał domem jej matki, zatrudniał nowych służących, szkolił ich, pilnował i wszystko utrzymywał w porządku.Właśnie z nim po raz pierwszy pływała łódką, gdy przyjechała na wyspę. Pomagała mu przynosić homary złowione w ich własnej przystani i szukać ostryg, za którymi przepadał ojciec. Abe nauczył ją jeździć na kucyku, gdy była jeszcze za mała, żeby chodzić po plantacji i przyglądać się niewolnikom pracującym przy bananach, drzewach muszkatołowych i kokosowych. Z nim też jeździła do St.George’s na zakupy. Towarzyszył jej nawet wtedy, gdy tylko chciała popatrzeć na olbrzymie statki wyładowujące towary albo zabierające pasażerów na inne wyspy.

 

— Zupełnie nie wiem, co byśmy zrobili bez Abe’a — często mawiała matka.

Gdy pojechały do Londynu, Grania czuła, że mama tęskni za Abe’em tak samo jak ona.

— Powinnyśmy zabrać go ze sobą — powiedziała kiedyś, ale hrabina pokręciła głową.

— Abe należy do Grenady. Jest częścią wyspy — stwierdziła. — Co więcej, ojciec nie poradziłby sobie bez niego w zarządzaniu majątkiem.

Kiedy napisała z Londynu do ojca, przybył w końcu do Anglii, choć za późno, żeby pożegnać się z matką przed jej śmiercią, i przywiózł ze sobą właśnie Abe’a. Grania, zrozpaczona po śmierci matki, tak się ucieszyła na widok starego, wiernego sługi, że przy powitaniu omal nie rzuciła mu się na szyję. Powstrzymała się jednak, bo Abe mógł poczuć się takim potraktowaniem wielce zakłopotany. Lecz to właśnie uśmiech poczciwego sługi i kawowy odcień jego skóry sprawiły, że poczuła chorobliwą tęsknotę domem, za Grenadą. Wychyliwszy się teraz przez okno, Grania zapytała:

— Czy coś się stało, Abe?

— Ja musieć mówić z lady.

Teraz nazywał ją lady, lecz przedtem, gdy była mała, mówił do niej „mała lady”. Słyszała zdenerwowanie w jego głosie. Wyczuła, że musi mieć coś ważnego do przekazania.

— Zejdę na dół — rzekła z wahaniem.

— Być bezpiecznie — odpowiedział Abe, domyśliwszy się, o co chodzi. — Pan nie słyszeć.

Grania miała nadzieję, że ojciec jest zbyt pijany, by cokolwiek słyszeć. Nic już nie mówiąc włożyła suknię i miękkie pantofle, żeby nie robić hałasu, po czym otworzyła drzwi sypialni. Bardziej niż spotkania z ojcem obawiała się gospodarza. Na dole świece nadal się tliły, musieli niedawno skończyć biesiadowanie. Zeszła po schodach, przeszła przez korytarz i pokój na parterze, z którego było wyjście na werandę. Abe wszedł do niej po drewnianych schodkach.

— My uciekać szybko, lady!

— Uciekać? Co masz na myśli?

— Niebezpieczeństwo. Duży niebezpieczeństwo.

— Co się dzieje? Co próbujesz mi powiedzieć? — spytała Grania.

Zanim Abe odpowiedział, obejrzał się, jakby w obawie, że ktoś usłyszy.

— Rebelia, w Grenville zacząć niewolnicy. I Francja przeciwko Anglii.

— Rebelia? — powtórzyła Grania.

— Bardzo zła. Zabić dużo Anglicy.

— Skąd o tym wiesz?

— Niektórzy uciec. Dotrzeć tu przed ciemno. — Abe znowu spojrzał za siebie. — Niewolnicy tutaj planować, że przyłączyć się do rebelia.

Grania nie wątpiła w to, że Abe mówił prawdę. Historia lubi się powtarzać, a tego rodzaju problemy były tu na porządku dziennym. Wyspy na Karaibach często zmieniały swych władców. Raz byli nimi Anglicy, później Francuzi i odwrotnie. Jedni i drudzy potrafili przekupstwem lub w inny sposób przekonać niewolników pracujących na plantacjach do uczestniczenia w walkach przeciwko Anglikom, innym zaś razem do mordowania Francuzów.

Zaskoczyło ją, że wydarzyło się to na Grenadzie, gdzie do tej pory udawało się zachować spokój. Wyspa już od dwunastu lat znajdowała się w rękach Anglików, a przedtem tylko przez bardzo krótki czas była w posiadaniu Francuzów. Przypomniała sobie, że podczas podróży statkiem marynarze niemal bez przerwy mówili o Rewolucji Francuskiej i o egzekucji Ludwika XVI, która odbyła się dwa lata wcześniej.

— Jest rzeczą oczywistą, że niewolnicy francuscy na wyspach mogą być niespokojni — mówił kapitan — i gotowi zacząć swoje małe bunty.

Teraz stało się to na Grenadzie i Grania przeraziła się.

— Dokąd pójdziemy? — zapytała.

— Dom, panienko. Więcej bezpieczne miejsce. Tajemnicza Przystań. Niełatwo Francuzi to znaleźć.

Grania przyznała mu rację. Tajemnicza Przystań całkowicie zasługiwała na swoją nazwę. Wybudowany wiele lat przed jej urodzeniem dom mieścił się w dzikiej części wyspy. Ojciec kupił go i wyremontował po przeprowadzce się na Grenadę. Wyglądał naprawdę jak kryjówka, schowany w tropikalnej dżungli, nad głęboko wciętą w ląd zatoką. Tam mogło być bezpiecznie.

— Musimy już iść — rzekła. — Powiedziałeś papie?

— Ja nie budzić pan — odrzekł Abe kręcąc głową. — Lady iść teraz. Pan potem.

Przez moment zastanawiała się, czy powinna zostawić ojca. Nie miała jednak najmniejszej ochoty na towarzystwo Rodericka Maigrina. Obaj panowie znali wyspę znacznie lepiej niż ona. Powinni sobie poradzić.

— Dobrze, Abe — powiedziała. — Lepiej pojechać od razu, jeżeli rzeczywiście istnieje niebezpieczeństwo. Papa dołączy do nas jutro.

— Ja trzy konie gotować — rzekł Abe. — Jeden z bagaże. — Grania już chciała odpowiedzieć, że nie potrzebuje bagażu, ale zmieniła zdanie. Nie była w domu przez trzy lata, więc praktycznie miała tylko te ubrania, które przywiozła z Londynu. Z innych z pewnością wyrosła. Nawet jeśli nie musiała tutaj przejmować się modą, mogły być po prostu na nią za małe. Abe jakby wyczuł jej wahanie. — Zostawić mi... Ja wziąć kufer. — Zamilkł, jakby się czegoś przestraszył. — Szybko! Iść szybko! Nie tracić czas!

Grania cicho jęknęła i podtrzymując spódnicę, pobiegła z powrotem do swojej sypialni. Kilka minut zajęło jej przebranie się w suknię do jazdy konnej i zapakowanie kufrów. Właśnie zapinała muślinową bluzkę, gdy zapukał Abe.

— Jestem gotowa — szepnęła.

Wszedł do pokoju, zamknął kufry i zapiął pasami. Chwycił bagaże silnymi dłońmi i milcząc zszedł na dół. Grania podążyła za nim. W ostatniej chwili doszła do wniosku, że jednak powinna poinformować ojca, gdzie jedzie. Zawróciła. Zauważyła, że w pokoju Rodericka Maigrina, w którym ich przyjmował po przyjeździe, stało biurko. Znalazła tam papier listowy i pióro. Napisała:

Pojechałam do domu.

Grania

Ze świeczką w ręce wybiegła z powrotem na korytarz. Przez moment zastanawiała się, czy nie powinna położyć kartki na brzegu biurka, tak aby ojciec mógł ją zobaczyć. Przestraszyła się jednak, że może zostać zabrana przez Rodericka Maigrina wcześniej, nim trafi do rąk ojca. Z drżącym sercem nacisnęła klamkę w drzwiach jadalni. Uchyliła je lekko i wśliznęła się do środka. Ujrzała stół oświetlony dogasającymi świecami i obu mężczyzn z głowami ułożonymi między butelkami i kieliszkami. Przez moment Grania przyglądała się ojcu i człowiekowi, którego miała poślubić. Obawiając się podejść bliżej, wsunęła liścik w szparę drzwi, przy klamce. Potem przerażona wybiegła na dwór tak szybko, jak tylko mogła, a tam czekał już na nią Abe.