Szarada - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Szarada

Saga

SzaradaTytuł oryginału: Beauty or Brains?Przełożyła: Maria Nowakowska Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1990, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771044

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Komedia muzyczna, która zastąpiła starą burleskę, pojawiła się w Gaiety Theatre w 1894 roku.

George Edwardes, nazywany geniuszem teatru, bardzo starannie przygotował „Dziewczynę ze sklepu”, przedstawienie odmienne od wszystkich poprzednich.

Pierwsi bywalcy napływający do Gaiety ujrzeli olśniewający i podniecający spektakl.

Zachwyciła ich wysmakowana scenografia, piękne kostiumy oraz dziewczęta z Gaiety pełne doskonałej kobiecości.

Słowo „dziewczyna” widniało w tytule i idea dziewczęcości przesycała całe przedstawienie.

George Edwardes gloryfikował kobiecość i sprawił, że jego dziewczęta były akceptowane zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety. Przede wszystkim wierzył w przyciągającą moc słowa „dziewczyna”.

Lata od 1894 do 1914 były czasem dziewcząt z Gaiety.

Poślubiały książąt krwi i odnosiły w tej roli takie same sukcesy jak na scenie.

Dobrze znałam Rosie Boote, która później stała się czarującą markizą Headfort, czy Denise Orme, która poślubiła dwóch książąt i była niesłychanie piękna oraz zniewalająco kobieca aż do śmierci.

„Dziewczyna ze sklepu” została przedstawiona w Gaiety 546 razy, bijąc rekord popularności.

Później zastąpiła ją „Moja Dziewczyna” z Ellaline Terriss, czołową gwiazdą Gaiety, jednak jeszcze większy sukces osiągnął następny spektakl — „Uciekinierka”, wystawiony 593 razy.

Nigdy więcej nie było takiego zamieszania wokół aktorek jak w czasach dziewcząt z Gaiety.

Dla młodych mężczyzn z londyńskiego towarzystwa były one marzeniem i ambicją każdego z nich stało się zaprosić którąś na kolację.

Nigdy przedtem ani potem nic takiego nie miało miejsca.

Wejście do Gaiety Theatre stało się wrotami do romansu, ale kiedy kobiety zaczęły stawać się, jak to określono — „wyemancypowane”, utraciły swój blask i olśniewający urok, którego ucieleśnieniem były dziewczęta z Gaiety.

Rozdział 1

1894

Markiz Sherwood wysiadł ze swego nadzwyczaj eleganckiego powozu przed wejściem do Gaiety Theatre.

Gdy wchodził po schodach do westybulu, szwajcar zasalutował mu z szacunkiem.

Nie było mowy o tym, by zażądał od niego okazania biletu; bileter skłonił się z uśmiechem, gdy markiz skierował się do swej loży.

Spektakl już dawno się rozpoczął. Kiedy markiz zajął miejsce, zbliżał się koniec ostatniego aktu.

Wprawdzie już kilkakrotnie widział „Dziewczynę ze sklepu”, jednak wciąż podobał mu się finał, w którym dziewczęta z Gaiety odgrywały najważniejszą rolę.

George Edwardes, najbardziej błyskotliwy dyrektor teatralny swoich czasów, usunął w cień burleskę, niezwykle popularną przez tak wiele lat.

W zamian wprowadził na scenę Londynu komedię muzyczną.

Wyłoniła się ona z opery balladowej, baletu i opery komicznej, a także z muzycznej farsy, a teraz — szalenie popularna, stawała się częścią historii teatru.

George Edwardes zapoczątkował rewolucję, która zachwyciła i oczarowała cały Londyn.

Doskonale ubrane i z nienagannymi manierami, dziewczęta z Gaiety stanowiły kwintesencję kobiecej elegancji.

George Edwardes gloryfikował kobiecość.

Sprawił, że jego dziewczęta były podziwiane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety.

Dziewczęta z Gaiety stały się już słynne, zaś w komedii muzycznej przemijały skąpe staniki i gorsety burleski.

Dziewczęta były elegancko ubrane od stóp do czubka głowy: wszystkim w Londynie było wiadomo, że nawet ich bielizna była z czystego jedwabiu ozdobiona prawdziwą koronką.

Markiz rozejrzał się po teatrze, wszystkie miejsca były zajęte.

Ponieważ zainwestował sporą sumę w spektakl, z satysfakcją pomyślał, że nie tylko udział George’a Edwardesa na tym zyska, ale także i jego.

W rzeczywistości to sam markiz przyczynił się do rozsławienia dziewcząt z Gaiety.

Ponieważ był jednym z najpopularniejszych młodych arystokratów, wielu mężczyzn z towarzystwa podążało za jego przykładem, gdy wychwalał dziewczęta z Gaiety.

Oglądał ich przedstawienie prawie każdego wieczora, a następnie zabierał jedną z nich na kolację.

Stało się to ambicją każdego młodego człowieka, którego było na to stać.

Aby zaprosić dziewczynę z Gaiety do Romano, byli gotowi wydać ostatni szyling i potem wracać do domu na piechotę, uniesieni radością.

Nic takiego nigdy przedtem nie wydarzyło się w historii teatru.

Wejście dla aktorów w Gaiety stało się wrotami do romansu.

Nieodmiennie okupowane przez tuziny młodych mężczyzn w cylindrach i frakach, modlących się o to, aby poszczęściło im się przy przekonywaniu jednej z uwielbianych bogini, by poszła z nimi na kolację.

„Dziewczyna ze sklepu” była pełnym życia spektaklem, który wprawiał widzów w zachwyt już od chwili uniesienia kurtyny.

Pierwszy akt osadzony został w scenerii „Królewskich Sklepów”, godnych swego miana.

Drugi akt odbywał się na „Bazarze Przebierańców” w Kensington.

Była to historia miłosna, romans, w którym młody student medycyny, w którego żyłach płynęła błękitna krew zakochuje się w zwykłej dziewczynie ze sklepu.

Akt zbliżał się ku końcowi i markiz pomyślał, odrobinę cynicznie, że tę historię dziewczęta z Gaiety zaczęły odgrywać również w życiu. Niektóre poślubiły swych utytułowanych kochanków — arystokratów lub milionerów.

Był przekonany, że jeszcze wiele z nich szczęśliwie zakończy karierę w ten sam sposób. Sam flirtował ze znaczną częścią tych powabnych, pięknych i eleganckich młodych kobiet. Nie było jednak mowy o tym, by stracił dla którejś głowę i proponował małżeństwo.

Już dawno temu postanowił, że nie poślubi nikogo, dopóki nie będzie zbyt zniedołężniały, by radować się urokami Londynu.

Tymczasem pragnął tylko uchronić się od nudy.

Wydawało się to co prawda niemożliwe, zważywszy, jak wiele posiadał.

Ci, którzy mu zazdrościli, sądzili, że świat leży u jego stóp, niczym ostryga podana na talerzu.

Posiadał nie tylko jeden z najsławniejszych tytułów figurujących w Herbarzu Debretta, ale także jedną z najwspanialszych wiejskich posiadłości.

Jego konie wygrywały wszystkie wyścigi, sfora ogarów zaś była absolutnie doskonała.

Kurtyna opadła przy wtórze ogłuszającego aplauzu, a „gwiazdy” zajęły swoje miejsca.

Bukiet za bukietem wnoszono na scenę pośród okrzyków i gwizdów, jakimi obdarzano aktorki grające główne role.

Jeszcze większy hałas powitał dziewczęta z Gaiety.

Markiz uniósł lornetkę, by uważniej się przyjrzeć tej, którą zamierzał zaprosić na kolację.

Uśmiechała się i wyglądała, pomyślał, nadzwyczaj uroczo.

Jednocześnie jakaś cyniczna część umysłu podpowiedziała mu, że jeśli chodzi o niego, jej panowanie dobiega kresu.

Musiał jednak przyznać, że spędzili razem wspaniałe chwile.

Kurtyna kolejny raz opadła i markiz wiedząc, że uniesie się ona jeszcze przynajmniej tuzin razy, leniwym krokiem podążył ze swej loży w stronę wyjścia dla aktorów.

Bileter otworzył przed nim drzwi, mówiąc:

— Dobry wieczór, milordzie! Miło pana widzieć. Dzisiaj był udany występ!

— Też tak uważam — odparł markiz.

Długim, obskurnym korytarzem przeszedł do żelaznych schodków wiodących do garderoby.

Na lewo znajdowały się drzwi prowadzące na ulicę.

Siedzący w oszklonej portierni sokolooki odźwierny był jak zwykle oblężony przez młodzieńców błagających go, by zaniósł bileciki do dziewcząt z Gaiety.

Obserwując to, markiz doszedł do wniosku, że kieszenie odźwiernego pęcznieją od złotych monet, wpychanych mu wraz z bilecikami, które pragnęli przekazać.

Wreszcie usłyszał, że orkiestra zagrała „Boże chroń Królową”, co oznaczało, iż kurtyna opadła po raz ostatni.

Teraz aktorzy schodzący ze sceny przechodzili obok niego.

Kobiety wahały się, uśmiechały, obdarzając go zachęcającymi, a nawet wyzywającymi spojrzeniami w nadziei, że je dostrzeże.

O ile ambicją każdego młodego mężczyzny było wyjść wieczorem z jedną z dziewcząt, o tyle ambicją każdej z nich było towarzyszyć markizowi.

Lucy, dziewczyna, którą zabierał dziś na kolację, wiedziała, że nie należy kazać mu na siebie czekać.

Była istotnie bardzo ładna, ze wspaniałymi rudymi włosami, które nie zawdzięczały swego uroku sztuce fryzjera.

Jej twarz można było zobaczyć na honorowym miejscu w każdej witrynie sklepowej.

Figura wydawała się wręcz nazbyt doskonała, by być prawdziwą, a fantazyjna suknia podkreślała doskonałe kształty.

Markiz był pewny, że należała do garderoby teatralnej.

Ubierał wiele swoich utrzymanek i był świadom, iż George Edwardes nie ufał gustowi swych dziewcząt.

 

— Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo, milordzie? — zaszczebiotał miękki, kobiecy głosik.

Dwoje wielkich oczu uniosło się ku niemu prosząc, by nie gniewał się na nią.

— Powóz czeka na zewnątrz — powiedział markiz.

Wsunął dłoń pod ramię Lucy.

Gdy wyszli przez wejście dla aktorów, tłum na zewnątrz poruszył się, by ich przepuścić.

Powóz zajmował pierwsze miejsce w szeregu pojazdów.

Okrzyki i aplauz przywitał nie tylko Lucy, którą znali wszyscy, ale również markiza.

— Sherwood! Sherwood! — rozległy się głosy, podczas gdy niektórzy mężczyźni wołali:

— Daj nam zwycięzcę!

Ten okrzyk markiz słyszał na każdym wyścigu.

Odwzajemnił aplauz skinieniem dłoni, zanim pomógł Lucy wsiąść do powozu.

Opadła na wygodne siedzenie, ostrożnie, by nie naruszyć kwiatów wpiętych we włosy, dobranych kolorem do sukni.

Gdy powóz ruszył, powiedziała:

— Spóźniłeś się dzisiaj. Brakowało mi ciebie.

— Zostałem zatrzymany na rządowym obiedzie — wyjaśnił markiz — i nie mogłem wyjść wcześniej, ale oczywiście, chciałem cię zobaczyć.

— Liczyłam godziny przez cały dzień — rzekła Lucy — ale biegły tak powoli.

Markiz uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.

Niezliczone rzesze kobiet wciąż mu to powtarzały.

Doprawdy, byłby zdumiony, gdyby powiedziała coś innego.

Pojechali wzdłuż Strandu zatrzymując się przed restauracją Romano.

Sam Romano, ciemny, delikatny, mały człowieczek, pospieszył, by z szacunkiem powitać markiza.

Następnie poprowadził ich na kanapkę pod balkonem.

Lucy wiedziała, że było to najlepsze miejsce w całej restauracji.

Wyprostowała się dumnie, świadoma, że każda z kobiet obecnych na sali zazdrości jej.

Ku markizowi machano dłońmi i przesyłano całusy, jednak gdy zasiadł za stołem, nie wydawał się szczególnie poruszony.

Podłużna sala, o ciemnych zasłonach i pluszowych kanapkach wypełniona była jego przyjaciółmi, którym towarzyszyły szalenie eleganckie kobiety.

Jako że oklaski w teatrze Gaiety trwały zwykle dłużej niż w innych teatrach, niemal wszystkie miejsca były zajęte.

Te, które były wolne, czekały na artystki z Gaiety, które przybyły do restauracji za markizem i Lucy.

Wszystkie dziewczęta miały kwiaty we włosach i suknie z głębokimi dekoltami.

Ich talie były tak szczupłe, że mężczyzna mógł je z łatwością objąć dłońmi.

Siedziały przy zarezerwowanych stolikach, które ich wielbiciele ustroili kwiatami.

Trójka dziewcząt miała nad głowami olbrzymie kwiatowe dekoracje z wypisanymi na nich ich imionami.

Jeden z kelnerów przyniósł markizowi ręcznie wypisane menu, drugi zaś kartę win.

Nie spiesząc się markiz zamówił potrawy.

Kelner wiedział, jaki jest jego ulubiony szampan, i miał już przygotowaną butelkę.

Gdy napełnił kieliszki, markiz zasiadł wygodniej na kanapie i powiedział do Lucy:

— Opowiedz mi teraz, co robiłaś, gdy wyjechałem?

— Po prostu oczekiwałam twego powrotu — odparła.

— Nie chcesz chyba, żebym uwierzył, że nie wychodziłaś na kolacje każdego wieczora!

— Nawet jeśli — odparła — to z nikim szczególnym.

Przysunęła się bliżej do niego.

Markiz nagle zauważył młodego mężczyznę, który dopiero co wszedł do restauracji.

— Halo, Rupercie! — krzyknął. — Myślałem, że jesteś na wsi!

— Byłem — odparł Rupert Wick — ale miałem nadzieję, że tu cię znajdę.

— Ja także chciałem się z tobą zobaczyć — powiedział markiz. — Miałem nadzieję, że zapolujesz ze mną dwudziestego trzeciego.

Oczy Ruperta rozbłysły.

Wiedział doskonale, jakim zaszczytem było uzyskanie zaproszenia do domu markiza, ale jeszcze większym honorem był udział w organizowanym przez niego polowaniu.

— Oczywiście z przyjemnością przyjadę — oświadczył. — Tak się złożyło, że również mam dla ciebie zaproszenie.

Markiz popatrzył na niego pytająco.

— Moja siostra Katherine, która, jak zapewne wiesz, zaczęła bywać w tym roku, bardzo pragnie, abyś zechciał przyjść na kolację któregoś dnia.

Markiz przez chwilę nie odpowiadał i Rupert Wick pospiesznie ciągnął dalej.

— To nie będzie wielkie przyjęcie, ale Katherine i kilka jej przyjaciółek pragną cię poznać.

— Z pewnością — powoli powiedział markiz — ale odpowiedź, mój drogi Rupercie brzmi: nie. Jeżeli jest coś, czego unikam, to towarzystwo niemądrych, niezgrabnych, głupiutkich i niezbyt starannie wyedukowanych debiutantek.

Wygłosił to z powagą, po czym się uśmiechnął.

— Przekaż swojej siostrze przeprosiny, a ja oczekuję cię dwudziestego trzeciego u siebie.

Rupert został odprawiony i zrozumiał to.

Zdawał sobie sprawę, że sprzeczanie się z markizem byłoby bezcelowe.

Odszedł więc, by z drugiej strony sali dołączyć do grona przyjaciół zabawiających cztery dziewczyny z Gaiety.

Lavina Vernon wyjrzała przez okno. Padał deszcz.

Była rozczarowana, ponieważ oznaczało to, iż nie będzie mogła po południu jeździć konno.

Po chwili jednak przypomniała sobie, że nie skończyła jeszcze czytać cudownej książki.

Opisywała ona przygody mężczyzny, który ośmielił się w przebraniu wedrzeć do Tybetu i zdołał ujrzeć samego dalajlamę.

Nie było nic zaskakującego w tym, że Lavina lubiła czytać, gdyż plebania była pełna książek.

Jej ojciec, który był młodszym synem lorda Vernona, zanim się ożenił, zdołał zwiedzić spory kawałek świata.

Lord Vernon zamierzał przekazać mu parafię, która stanowiła część jego włości, jednak nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zmarł w czasie, gdy syn bawił za granicą. Spadkobierca zaś sprzedał dom wraz z parafią.

Plebanię ofiarował mu więc hrabia Kenwick, który zawsze był przyjacielem rodziny.

Osiadł zatem ze swoją żoną w Little Wickington, gdzie żyli bardzo szczęśliwie.

Kiedy nie mógł już wyjeżdżać za granicę, jak to czynił będąc kawalerem, Arthur Vernon „podróżował” czytając każdą książkę, jaka mu wpadła w ręce, opisującąte części świata, których nie zdążył zwiedzić.

W wolnych od zajęć chwilach sam pisał książkę, a Ląvinie każdy rozdział wydawał się ciekawszy od poprzedniego.

Rozmawiali o jego pracy podczas lunchu.

— Jak ci poszło dzisiaj rano, papo? — zapytała, gdy jedli proste ale świetnie przyrządzone potrawy, dzieło starej niani Laviny.

— Przyjrzałem się nieco bliżej rozdziałom o Indiach — odparł ojciec. — Wydaje mi się, żę teraz brzmią już nieźle. Przeczytam ci je dziś wieczorem.

— Będę czekała z niecierpliwością, papo — odrzekła Lavina.

Ojciec zaraz po posiłku powrócił do swego gabinetu, a Lavina pomogła posprzątać ze stołu. Właśnie miała udać się na górę, by włożyć kostium do konnej jazdy, gdy zdała sobie sprawę, że pada.

Przeszła przez pokój, by wziąć książkę, gdy usłyszała stukanie do drzwi.

Wiedziała, że o tej porze niania — osoba w podeszłym już wieku — z pewnością odpoczywa w swoim pokoju. Pospieszyła zatem do drzwi.

Otworzywszy je, zaskoczona ujrzała służącego w eleganckiej liberii.

Zerwał z głowy cylinder z daszkiem i zapytał:

— Czy pani Lavina Vernon jest w domu?

— Tak, to ja — odparła Lavina.

Służący zbiegł ze schodków i otworzył drzwi powozu, z którego wysiadła młoda kobieta.

Dopiero wówczas Lavina rozpoznała lady Katherine Wick, której nie widziała prawie od roku.

Lady Katherine, atrakcyjna i świetnie ubrana dama, weszła po schodach.

— Jesteś zdziwiona widząc mnie, Lavino? — zapytała.

— Jestem zachwycona! — odrzekła Lavina. — Myślałam, że już o mnie całkiem zapomniałaś!

Weszły do hallu.

— Musisz mi wybaczyć, najdroższa, ale cały sezon spędziłam w Londynie, a poza tym nie chciałam cię nachodzić w czasie żałoby po mamie.

Gdy dotarły do salonu, lady Katherine zauważyła:

— Uroczo wyglądasz, Lavino! Gdybyś pokazała się w Londynie, wywołałabyś sensację!

Lavina roześmiała się.

— To mało prawdopodobne. Pomijając fakt, że papa ma swoje obowiązki, wiesz równie do brze jak ja, że nie możemy sobie na to pozwolić.

Lady Katherine usiadła na sofie, a Lavina spoczęła obok niej.

— Opowiedz mi o wszystkich swoich sukcesach w ciągu sezonu — poprosiła. — Rzecz jasna, cała okolica nie plotkowała o niczym innym!

Hrabia Kenwick był właścicielem wszystkich domków w wiosce oraz całego terenu wokół Wick House, okolonego wysokim murem z czerwonej cegły.

Latem widok pustego pałacu napawał Lavinę smutkiem.

Dochodziły do niej zaledwie strzępki informacji od różnych służących, którzy wyjechali z hrabią do Londynu.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że lady Katherine obwołano jedną z piękności sezonu.

I nic dziwnego, pomyślała Lavina.

Zawsze podziwiała Katherine nie tylko za jej urodę, ale również dlatego, że była ona ciekawą, żądną przygód młodą kobietą.

Wspaniale jeździła konno i pokonywała przeszkody nawet przez mężczyzn uznawane za zbyt ryzykowne.

Kiedy przebywała w domu, ciągle organizowała rozrywki dla rodziny i przyjaciół.

Wychowywały się właściwie razem z Laviną.

Lavinie brakowało zgadywanek, wyścigów łódką po jeziorze, kotylionów stanowiących część każdego przyjęcia wydawanego przez Katherine.

— Tęskniłam za tobą, Katherine, tak bardzo za tobą tęskniłam!

— Wstyd mi, że nie pisałam do ciebie częściej — z zakłopotaniem przyznała Katherine. — Szczerze mówiąc, Łavino, bezustannie biegałam z jednego przyjęcia na drugie albo godzinami mierzyłam suknie, dopóki całe moje ciało nie przypominało poduszki na szpilki.

Lavina roześmiała się.

— Słyszałam, że byłaś najbardziej elegancką i najpiękniejszą z debiutantek.

— To lekka przesada — zaprotestowała lady Katherine — ale miło mi to słyszeć. A teraz, Lavino, potrzebuję twojej pomocy.

— Mojej pomocy? — zdziwiła się Lavina.

Popatrzyła na Katherine. Potem wykrzyknęła:

— Chcesz spłatać jakiegoś psikusa! Znam cię dobrze i na pewno się nie mylę.

— Możliwe, że to będzie psikus — odparła Katherine — ale bardzo zabawny.

— Co to takiego?

— Zamierzam coś zrobić, a ty mi w tym pomożesz.

Lavina klasnęła w dłonie.

— Opowiedz mi o tym.

Gdy to mówiła, dostrzegła ze zdumieniem, że Katherine mierzy ją wzrokiem, jakby oceniała każdy szczegół jej wyglądu.

Potem powiedziała:

— Doprawdy jesteś urocza, Lavino! To okropne, że nie zaprosiłam cię do Londynu, byś mogła chodzić przynajmniej na niektóre bale pod koniec sezonu, gdy skończyła się żałoba.

— Nie ma powodu, dla którego miałabyś tak postąpić — odparła Lavina. — Poza tym, bardzo brak mi mamy, więc wcale nie miałam ochoty tańczyć i spotykać mnóstwa ludzi, choć jestem pewna, że ona sama uznałaby to za niemądre.

— Bardzo niemądre! — zgodziła się Katherine. — Teraz jednak zrobisz coś zabawnego, z czego będziemy się razem śmiały, jak kiedyś.

— Co ty knujesz, Katherine? Jestem pewna, że coś zuchwałego.

— To prawda, ale ponieważ zamierzam dać nauczkę pewnemu upartemu, zarozumiałemu, grubiańskiemu mężczyźnie, jestem całkowicie usprawiedliwiona.

Lavina roześmiała się ze słów Katherine, ale nie przerywała.

— Chyba słyszałaś o markizie Sherwood? — zapytała Katherine.

Lavina zmarszczyła brwi, zanim odpowiedziała.

— Tak, oczywiście. Posiada mnóstwo koni wyścigowych i doskonałą sforę ogarów do polowania na lisy.

— To prawda. Wyobraź sobie, że markiz obraził mnie, więc zamierzam mu się zrewanżować.

— Obraził cię? — zdziwiła się Lavina. — W jaki sposób?

— Zaraz wszystko wyjaśnię. Podczas sezonu zaprzyjaźniłam się z kilkoma dziewczętami, które szczerze mówiąc są równie ładne jak ja.

— Ty jesteś śliczna! — poprawiła Lavina.

— Cóż, one też są śliczne — stwierdziła spokojnie Katherine. — Byłyśmy przyjmowane, prawiono nam komplementy i krążyli wokół nas wszyscy ważniejsi młodzi mężczyźni w Londynie, z wyjątkiem jednego.

— Wyobrażam sobie, że tym jedynym był markiz Sherwood! — uśmiechnęła się Lavina.

— Zawsze szybko rozumujesz — pochwaliła ją Katherine — chociaż on by w to nie uwierzył!

Lavina popatrzyła na nią zdziwiona.

— Pewnego dnia — ciągnęła dalej Katherine — wraz z przyjaciółkami postanowiłyśmy wydać przyjęcie, na które zaprosiłyśmy markiza. Wszyscy wiedzą, że jest zauroczony dziewczętami z Gaiety i wydaje się nie interesować innymi kobietami.

 

Oczy Laviny błysnęły, jakby odgadła finał opowieści. Katherine kontynuowała z oburzeniem:

— Przekonałam Ruperta, który dobrze go zna, aby zaprosił markiza na nasze przyjęcie. Sądziłam, że jeśli Rupert się tego podejmie, markizowi trudno będzie odmówić, nie okazując nieuprzejmości.

— Ale nie wyraził zgody — mruknęła cicho Lavina.

— Nie tylko nie przyjął mojego zaproszenia — mówiła gniewnie Katherine — ale powiedział Rupertowi, że nie widzi sensu spotykać się z „głupiutkimi, niezgrabnymi, niemądrymi i niezbyt dobrze wyedukowanymi debiutantkami”.

— To było rzeczywiście nieuprzejme! — z oburzeniem stwierdziła Lavina.

— Uważam to za przejaw uderzająco złych manier z jego strony! — oświadczyła Katherine. — Tego samego zdania są moje przyjaciółki. I właśnie dlatego postanowiłyśmy wyrównać z nim rachunki.

— W jaki sposób tego dokonacie? — zapytała Lavina.

— Ułożyłam plan, a ty musisz mi pomóc w jego realizacji.

Lavina nie mogła sobie wyobrazić niczego, co mogłaby zrobić w związku z markizem Sherwood.

Uznała całą historię za intrygującą, wobec czego uważnie słuchała przyjaciółki.

— Zastanawiałyśmy się nad tym od jakiegoś czasu i nagle wpadłam na pomysł.

— Byłam pewna, że musiałaś coś wymyślić! — zauważyła Łavina.

— Jak wiesz, zawsze szybko znajduję rozwiązanie, nad którym inni długo się głowią — uśmiechnęła się Katherine.

— To prawda — przytaknęła Lavina. — Czy przypominasz sobie poruszenie, jakie wywołałaś, kiedy przyprowadziłaś na przyjęcie tygrysa z cyrku? Ugryzł ulubionego psa twojego ojca.

Katherine roześmiała się.

— Przyznaję, że to był błąd. Ale pozostałe przyjęcia przynosiły sukcesy.

— Oczywiście! — przyznała Lavina. — I zawsze przypominały mi coś bajecznego.

— Taki efekt chciałam osiągnąć, a teraz dla markiza zainscenizujemy bajkę, z której zbudzi się jak pechowy klown!

Lavinie wydało się to mocno nieprawdopodobne.

Wiedziała jednak, jak uparta potrafi być Katherine, jeśli już raz na coś się zdecyduje.

— Przypomniało mi się — powiedziała Katherine, zaczynając od początku — że markiz jest zafascynowany dziewczętami z Gaiety i, zgodnie z tym co mówi Rupert, nigdy nie widziano, aby rozmawiał z młodymi kobietami takimi jak my.

— Trudno w to uwierzyć — zauważyła Lavina. — Skoro chodzi na przyjęcia, z pewnością się z nimi spotyka.

— Bywa tylko u księcia Walii w Marlborough House — wyjaśniła Katherine — a także u starszych pań, mądrych i inteligentnych kobiet, które zapraszają londyńskie piękności.

Lavina wiedziała, że wokół znanych piękności gromadziły się tłumy w parku i wszędzie, gdziekolwiek się pojawiły.

Przed rokiem spędziła dużo czasu w domu Katherine i słyszała, jak jej dwaj bracia rozprawiali o urokach Londynu. Była świadoma, że starszy brat Katherine, wicehrabia, jest mocno zajęty piękną lady de Grey. Jej młodszy brat — Rupert — spędzał czas zabierając na kolacje dziewczęta z Gaiety.

— Mój pomysł — ciągnęła Katherine — polega na tym, by Rupert namówił markiza na udział w przyjęciu, podczas którego przedstawi mu kilka dziewcząt z Gaiety.

— Jak Rupert może tego dokonać, skoro markiz chodzi do Gaiety każdego wieczoru?

— George Edwardes zawsze wysyła jedną grupę na tournée — wyjaśniła Katherine. — Odwiedza ona wszystkie duże miasta, jak Birmingham i Manchester, aby wykryć wszelkie możliwe błędy w spektaklu i poprawić je przed premierą w Londynie. To dlatego zawsze w Londynie odnoszą sukces.

— Nie wiedziałam o tym — rzekła Lavina.

— Rupert powiedział mi o tym jakiś czas temu — stwierdziła Katherine. —A kiedy zapytałam go, czy tak jest nadal, odpowiedział, że George Edwardes właśnie wystawia sztukę pod tytułem „Dziewczyna” w tournée po całym kraju, zanim zastąpi ona „Dziewczynę ze sklepu”, po zdjęciu jej z afisza.

Lavina zastanawiała się, czy Rupert zamierza przedstawić dziewczęta, które brały udział w tournée i w jaki sposób Katherine chce upokorzyć markiza.

Jakby odgadując jej myśli, Katherine zapytała:

— Na pewno, domyślasz się już, Lavino, co zamierzam zrobić?

— Przykro mi... — odparła Lavina — ale doprawdy... nie mam pojęcia.

— Markiz też nie — oświadczyła Katherine. — Otóż zostaniemy mu przedstawione przez Ruperta jako dziewczęta z Gaiety.

Powiedziała to radośnie, ale Lavina tylko patrzyła na nią zdziwiona.

— Powiedziałaś... „my”? — zapytała.

— Oczywiście, że powiedziałam „my” — odparła Katherine. — To stanie się dwudziestego trzeciego, gdyż markiz będzie organizował polowanie dla ośmiu myśliwych, a ja mam już siedem „Dziewcząt z Gaiety”, włączając mnie, więc ty zostaniesz ósmą!

— Chyba oszalałaś! — zawołała Lavina. — Jak mogłabym udawać dziewczynę z Gaiety? A nawet ty, chociaż jesteś tak śliczna, nigdy nie będziesz wyglądała tak jak któraś z nich!

— Bądź rozsądna — perswadowała Katherine. — Przecież nie mamy zamiaru wystąpić tak jak teraz. Kilka razy byłam w Gaiety i dokładnie wiem, jak one się ubierają. Noszą urocze suknie w najlepszym guście. I rzecz jasna ich twarze są umalowane i upudrowane, rzęsy utuszowane, a wargi pokryte szminką.

Lavina z osłupieniem wpatrywała się w przyjaciółkę.

— Nie zamierzasz chyba tak się przebrać!

— Zamierzam wyglądać tak jak one, a nawet lepiej! — odparowała Katherine. — To, czego musimy dokonać, Lavino, to przekonać markiza, że nie tylko jesteśmy piękne, ale także o wiele bardziej inteligentne, wykształcone i mądrzejsze od jakiejkolwiek dziewczyny z Gaiety.

Lavina cicho krzyknęła.

— Czy... czy to możliwe?

— Postaramy się, aby to stało się możliwe — odrzekła Katherine. — Jeśli nie zdołasz przekonać markiza i jego przyjaciół, że jesteś o wiele bardziej interesująca od zwykłej dziewczyny, której jedyną zaletą jest ładna buzia, to będę głęboko rozczarowana!

— Nie mogę uwierzyć, że mogłybyśmy naprawdę zrobić coś tak... niestosownego i zachować się przy tym... przekonująco! — stwierdziła Lavina.

— Wobec tego mogę tylko powiedzieć, że oszukiwałaś mnie przez te wszystkie lata, bo uważałam cię za mądrzejszą ode mnie! — odparła Katherine.

Lavina roześmiała się, gdyż zabrzmiało to zabawnie. Potem odezwała się:

— Nie mówisz tego... poważnie, prawda... Katherine?

— Oczywiście, że tak! — zawołała Katherine. — Nie pozwolę, by ten nudny zarozumialec pogardzał mną, choć nigdy mnie nawet nie spotkał!

Machnęła gniewnie dłonią i ciągnęła dalej:

— Millicent, której mama jest księżną Cumbrii, powiedziała mi, że trzykrotnie zapraszali go na przyjęcia i nigdy nawet nie pofatygował się, by odpowiedzieć!

— To istotnie bardzo grubiańskie! — zgodziła się Lavina.

— Księżna była wściekła, książę też!

— Ale on musi bywać na jakichś przyjęciach! — upierała się Lavina, czując, że coś się nie zgadza.

— On bywa tam, gdzie — jak sądzi — będzie dobrze się bawił, to znaczy wśród osób starszych od siebie; albo też zaprasza dziewczęta z Gaiety na kolację do Romano, gdzie oczywiście one lśnią, gdyż nie mają żadnej konkurencji.

Pogardliwy ton głosu Katherine świadczył, jak bardzo rozgniewało ją to, co powiedział markiz.

— Jestem pewna — zaczęła nieśmiało Lavina — że możesz znaleźć kogoś lepszego... ode mnie... do odegrania tej roli. Ja mogłabym... wszystko popsuć.

— Znowu mówisz głupstwa. Wiesz równie dobrze jak ja, że jesteś mądrzejsza od innych moich przyjaciółek. Pamiętam, jak dobrze sprawiałaś się w szaradach, jakie urządzaliśmy na Boże Narodzenie. Kiedyś Rupert powiedział, że powinnaś zostać aktorką.

— Mama byłaby przerażona samym pomysłem! — wykrzyknęła Lavina.

— Oczywiście, że nigdy nie mogłabyś wystąpić na prawdziwej scenie — przyznała Katherine — ale możesz odegrać swoją rolę tak samo jak w szaradzie. A potem, kiedy wyjedziemy, Rupert wyjawi markizowi, kim naprawdę jesteśmy, a on zda sobie sprawę, jaki był głupi, dając się tak nabrać.

— Wydaje mi się, że... może to nie jest... dobry pomysł... — zaczęła Lavina.

Katherine wyciągnęła rękę i ujęła jej dłoń.

— Nie możesz mnie zawieść Lavino. Wiesz, że zawsze polegałam na tobie. Zranisz mnie i rozzłościsz, jeśli mi odmówisz.

Lavina wstrzymała oddech.

Czuła się, jakby brała bardzo wysoką przeszkodę, nie mając pojęcia, co znajduje się z drugiej strony.

W końcu, gdy Katherine patrzyła na nią prosząco, odezwała się słabym głosem:

— Dobrze... skoro żądasz tego ode mnie... oczywiście... pomogę ci!