Niewolnicy miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Niewolnicy miłości

Saga

Niewolnicy miłościTytuł oryginału: The Slaves of LovePrzełożyła: Maria Dębicka-KowalczykCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1976, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711771556

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

NOTKA OD AUTORKI

Opisy haremu sułtana są zgodne z rzeczywistością.

Sewastopol padł we wrześniu 1855 roku, a pertraktacje dotyczące zawarcia pokoju zakończyły się w styczniu 1856 roku. Jeśli chodzi o króla Grecji, Ottona I, został zdetronizowany w 1862 roku.

Najsławniejszym ambasadorem Anglii był zapewne vice hrabia Stratford de Redcliffe, który zyskał w historii dyplomacji poczesne miejsce.

W rok po jego śmierci poeta, lord Alfred Tennyson 1 złożył mu hołd w następującym wierszu: 2

O ty, szlachetny Canningu 3 Wielki pomiędzy najlepszymi

Dziś, kiedy kończy się Twój nieustający trud

Milczysz nasz Ministrze Zachodu

Ty, który niosłeś do Orientu głos Anglii.

ROZDZIAŁ 1

1855

Lord Castleford w radosnym nastroju jechał konno, przemierzając drogę wśród wysokich traw, pełnych dzikich, różnokolorowych kwiatów. Czarna masa cyprysów wyraźnie zarysowywała się na czystym, jasnym niebie. Był piękny letni dzień.

Po tygodniach podróży, poświęconej spotkaniom, rozmowom, memorandom dyplomatycznym, oddychał wreszcie z przyjemnością, szczęśliwy z odnalezionej swobody. Zatrzymał na chwilę konia, żeby spojrzeć z daleka na szeroko rozłożone miasto, skrzyżowanie dróg wszystkich światów. Miasto, które widziało rozkwit wszelkich nauk i sztuk.

Z tej odległości Konstantynopol tracił trochę na olśniewającej świetności swych złoconych kopuł, minaretów, marmurowych kolumnad, wielkich pałaców z bogato rzeźbionymi złoconymi balkonami, ale ciągle jeszcze pobudzał wyobraźnię.

Lord Castleford żył w Turcji już sporo lat, a jednak wciąż podziwiał zalaną słońcem stolicę. Pomyślał, że największy jej urok stanowi woda. Z miejsca, w którym się znajdował, widziało się ją wszędzie. Jasna, błękitna, lśniła i mieniła się aż po brzegi spokojnego Morza Marmara, z wąską wstęgą na północy cieśniny Bosforu, w której roiło się od barek, żaglówek, statków, krążowników angielskich, francuskich czy tureckich przewożących ludzi na Krym. Złoty Róg błyszczał przed nim w całej swej krasie dzieląc na dwie części zabudowany gęsto rejon miasta. Nadawało mu to wdzięk dziwny, obcy i czarodziejski zarazem.

Nagle zdecydował się na szukanie jakiegoś podarunku dla swego zwierzchnika, lorda Stratforda de Redcliffe, ambasadora Wielkiej Brytanii. Żałował bardzo, że nic nie przywiózł z Persji, skąd właśnie wracał, ale jego obowiązki specjalnego delegata wysłanego do szacha nie zostawiły mu wolnej chwili. Zresztą wszystko, co zdołał zobaczyć w Teheranie, było zbyt banalne dla lorda Stratforda, dla człowieka, który zreformował cesarstwo osmańskie. „Wielki Elchi”, jak go nazywano, posiadał już całe sterty przedmiotów, nie bardzo nawet wiedząc co z nimi począć. Były tam bogato haftowane kaftany, brokaty tkane złotą nicią, sztylety nabijane drogimi kamieniami.

Lord Castleford szukał przedmiotu godnego człowieka, którego podziwiał i który wprowadził go we wszystkie tajniki dyplomacji.

Pomyślał, że powinna to być rzecz szczególna. Przypomniał sobie, że widział w małym sklepiku w czasie ostatniej tu bytności wspaniałe i autentyczne drobiazgi rzymskie i greckie. Prawdziwe skarby wydobyte na światło dzienne z grobowców przez złodziejaszków lub ciekawskich szperaczy.

Pełen nadziei, że może uda mu się odkryć jakiś drobiazg, który uszedł uwadze wytrawnych kolekcjonerów, skierował konia ku najpiękniejszej na świecie dzielnicy.

Monumentalna bazylika Św. Zofii 4 , która przyciągała wiernych o każdej porze dnia, wznosiła się tuż przed nim. Dalej szeroki, owalny plac z czterema rzędami pawilonów i galerii. I wszędzie lśniące świątynie, dumnie strzelające w niebo wieżyce minaretów, świadkowie chlubnej przeszłości, opiewanej i uwielbianej przez poetów — przedmiotu zazdrości innych, mniej szczęśliwych narodów.

W dole rozciągał się seraj 5 , porzucony w ubiegłym roku przez sułtana, który zamieszkał w pałacu Dolma Bagdche. Seraj otoczony był gęstym płotem z cyprysów, co nadawało temu miejscu dziwną i niepokojącą atmosferę. W ciągu wieków był seraj areną ciemnych rozgrywek. Ileż nie chcianych już lub stwarzających kłopoty kobiet sułtana ginęło, spychanych z wysokich murów w milczące wody Bosforu...

Uroda, miłość, zbrodnia, ambicje, żądze i okrucieństwo — wszystko się tu tajemniczo mieszało wśród szemrzących fontann i złoconych altan... W seraju, dawnym centrum miasta, życie i śmierć szły w parze.

Lord Castleford wjechał na bazar, ten sam, na którym cesarz Justynian 6 kazał swego czasu rozlokować, jak w stajni, dwa tysiące koni. Dziś sklepiki i stragany oferowały bogaty wybór broni, haftów, wyrobów złotniczych, przeróżnych ubrań, a nade wszystko jarzyn i owoców, z których słynęło wybrzeże Bosforu. Gęsty tłum roił się na wąskich uliczkach. Siedzący na łachmanach Armeńczycy wyróżniali się pięknymi nabijanymi metalem pasami. Kobiety ginące pod woalami i długimi płaszczami, ślepi żebracy wyciągający kościste dłonie po nędzny bakszysz. Opaśli kupcy pod parasolami usłużnie poruszanymi przez sługi. Persowie, których można było łatwo rozpoznać po futrach, w jakie byli odziani i czapach ze skór jagnięcych. Osły, konie uginające się pod ciężarami. Wszystko to tworzyło specyficzny obraz Orientu, który lord tak bardzo lubił.

Mijał starych Turków, dźwigających na głowach tace ze słodyczami, derwiszy 7 w białych turbanach i długich ciemnych kaftanach, oficerów w purpurowych, cylindrycznych nakryciach głowy, którzy jechali dumnie na swych koniach. Lord nie zwracał uwagi na sprzedawców, którzy zachwalali głośno bale wełny, tkaniny o atłasowym splocie haftowane w Bułgarii, perskie dywany czy delikatne tureckie jedwabie. Krążył długo po bazarze nie mogąc odnaleźć sklepiku, którego szukał. Nagle usłyszał dzikie krzyki. Wszyscy patrzyli z zaciekawieniem w kierunku, z którego dobiegał hałas, nawet najbardziej ospali otwierali oczy.

Uzbrojona w kije i drągi grupa ludzi ciągnęła coś, czego nie można było rozpoznać. Kupcy chowali czym prędzej wystawione towary w głąb sklepików. Już leciały jarzyny, owoce, a wszystkiemu towarzyszył krzyk ludzi.

Koń lorda zastrzygł nerwowo uszami, a jego pan skierował go możliwie jak najbliżej muru, tam gdzie uliczka nieco się poszerzała. Oparta o drzwi sklepiku stała tam wyraźnie przestraszona młoda Europejka w białej sukni. Obok niej czekał wyglądający spokojnie i godnie Turek w średnim wieku; najwidoczniej jej towarzyszył, żadna bowiem kobieta nie ośmieliłaby się udać na bazar sama, bez eskorty. Młoda kobieta ubrana była skromnie, lecz elegancko, choć jej krynolina nie była ostatnim krzykiem mody.

Tłum zbliżał się już do nich. Narastał hałas i tumult. Krzyczeli — to szpieg, trzeba go zabić.

Teraz dopiero lord Castleford dostrzegł ciągniętego za ręce, nogi, włosy, ubranie człowieka. Bito go, szarpano i opluwano. Twarz miał pokrytą krwią, oczy przymknięte, wydawał się bardziej martwy niż żywy. Mówiono, że był to szpieg rosyjski.

Wojna zawsze zaognia umysły i pociąga za sobą polowania na czarownice. Po przyjeździe do Konstantynopola lord Castleford dowiedział się, że miasto było w szponach gorączki szpiegowskiej. Każdy obcokrajowiec, którego narodowości nie ustalono, stawał się natychmiast podejrzany o to, że jest Rosjaninem.

Ludzie ciągnący ofiarę musieli zwolnić, bo tłum zablokował wąską uliczkę. Ofiara wydawała się pochodzić z wyższej klasy społecznej niż jej kaci.

— Czyż nic nie można zrobić?

Lord Castleford obejrzał się zdziwiony. Zorientował się, że młoda kobieta się zbliżyła ï ona właśnie zadała pytanie. Mówiła po angielsku z leciutkim obcym akcentem.

— Obawiam się, że nie, niestety — odpowiedział. — My także jesteśmy cudzoziemcami i wmieszanie się w tę historię oznaczałoby poważne narażenie się samemu.

— Ale może nie zrobił nic złego? — nalegała dziewczyna.

— Oni go uważają za rosyjskiego szpiega.

— Tak właśnie myślałam... A jeśli się mylą?

— To zupełnie możliwe. Ale nie do nas należy interwencja. I, szczerze mówiąc, nie mielibyśmy nawet odwagi.

Wśród krzyków i wycia tłum posuwał się dalej dochodząc nawet do konia, który zaczął się wyraźnie niepokoić. Uwięziony, ciągle męczony człowiek wydawał się nieprzytomny. Oprawcy zeszli niżej uliczką. Dołączali do nich sprzedawcy lub ich synowie, żeby napawać się okrutnym widokiem.

— Zrobimy rozsądniej, jeśli opuścimy to miejsce jak najszybciej — powiedział lord.

 

Zbyt dobrze wiedział, jaką siłę wyzwala niezadowolenie tłumu, którego nastrój potrafi zmieniać się błyskawicznie. Staje się wtedy jak dzika, ślepa, prymitywna bestia. Dopóki nie opadną emocje, bazar był . bardzo niebezpiecznym miejscem.

— Może zechciałaby pani wsiąść na mego konia — powiedział do młodej kobiety — myślę, że lepiej oddalić się stąd jak najszybciej.

Zbiegowisko coraz bardziej się powiększało. Musiała to również zauważyć, bo odpowiedziała żywo:

— To bardzo uprzejmie z pana strony.

Odwróciła się do swego sługi.

— Wracaj do domu, Hamid. Ten dżentelmen zaopiekuje się mną. Myślę, że tu jest teraz bardzo niebezpiecznie.

— Tak, pani — odparł Hamid.

Lord Castłeford uniósł dziewczynę jak piórko i umieścił przed sobą. Objął ją jedną ręką, a drugą prowadził ostrożnie konia. Mały kapturek, zawiązany pod brodą nie przeszkodził jej oprzeć się o jeźdźca, który mógł w ten sposób swobodniej powodować koniem. Nie śpiesząc się, skierował go pod sam mur, zatrzymując się co chwila dla przepuszczenia ludzi. Na szczęście wszyscy tak się śpieszyli do zbiegowiska, że nikt nie zwracał uwagi ani na konia, ani na jego podwójny ciężar.

W niedługim czasie znaleźli się w małej, wąskiej uliczce, gdzie spotkali już tylko kilku ludzi prowadzących objuczone i zmęczone osły, które z odległych wiosek niosły do, miasta żywność. Wyjechali wreszcie na wolną przestrzeń. Lord oznajmił, że zrobią objazd.

— Czy zechciałaby pani podać mi swój adres? — zapytał. — Dojedziemy do miasta z drugiej strony.

Mieli szansę uciec bez szwanku, ale przewidując jaki straszny los musiał spotkać ofiarę z rąk rozfanatyzowanego tłumu, nie chciał ryzykować. Najmniejsza nieostrożność mogła obrócić furię tłumu przeciwko nim. Fakt, że męczony był obcokrajowcem, Rosjaninem, potęgował wściekłość ludzi.

— Biedny człowiek — szepnęła młoda kobieta — nie śmiem nawet myśleć, jak musi teraz cierpieć.

— W tej chwili pewnie biedak nic już nie czuje...

Wyjechali prawie za miasto i byli już poza niebezpieczeństwem. Mógł teraz przyjrzeć, się dziewczynie. Bardzo ładna, zupełnie inna niż kobiety, które dotychczas spotykał. Zastanawiał się, jakiej mogła być narodowości. Na pewno nie Angielka, choć władała tym językiem biegle. Urocza owalna twarzyczka kończyła się lekko spiczastym podbródkiem, cera nadzwyczaj jasna kontrastowała przyjemnie z brunatnymi włosami i dużymi czarnymi oczyma. Maleńki prosty nosek, cudownie zarysowane usta. Była na pewno za piękna, żeby spacerować po bazarze nawet w towarzystwie starego służącego.

— Czas chyba, byśmy się sobie przedstawili — powiedział. — Castleford. Lord Castleford. Jestem Anglikiem i mieszkam w brytyjskiej ambasadzie.

— Jestem Francuzką, proszę pana. Bardzo jestem panu wdzięczna za przyjście mi z pomocą.

Mówiła świetną francuszczyzną, klasyczną, bezbłędną, ale nie wyglądała na Francuzkę.

— A jak się pani nazywa?

— Yamina — odparła.

Podniósł ze zdziwieniem brwi.

— Nie można powiedzieć, że jest to typowo, francuskie imię.

— Całe życie tu mieszkałam.

To wyjaśniało wiele. Nie podała mu swego nazwiska i mógł tylko pochwalić jej ostrożność. Ale zaciekawiło go to bardzo. W końcu, pomyślał, młoda kobieta spotkana zupełnie przypadkowo, nie zdradzą swego nazwiska nieznajomemu.

— Gdzie pani mieszka? — zapytał.

Ku jego wielkiemu zdziwieniu wskazała dzielnicę miasta, gdzie było bardzo niewiele domów, w których mogła bezpiecznie mieszkać rodzina europejska. Zaintrygowany siedzącą spokojnie przed nim uroczą dziewczyną, puścił konia Wolno. Jechali, nie śpiesząc się, przez bujne trawy.

— Czy lubi pani Konstantynopol? — zapytał po chwili.

— Czasami nienawidzę. Zwłaszcza w takie dni jak dziś, kiedy tłum staje się tak okrutny, nieludzki.

Głos jej lekko drżał. Lord uświadomił sobie, że incydent bardzo ją wzburzył.

— Turcy są rzeczywiście czasami okrutni — odpowiedział. — Wydaje się jednak, że ich waleczność bywa często podziwiana tak przez Anglików, jak i Francuzów.

— Ta wojna jest bezsensownym szaleństwem!

— Zgadzam się z panią i Bóg mi świadkiem, że nasz ambasador zrobił wszystko, żeby jej uniknąć.

— Bez większego powodzenia! — odparła Yamina z nutą ironii w głosie.

— Rosjanie są okropni — zawołał lord. — W końcu to oni zmasakrowali oddział turecki, bombardując Sinope.

— Może mieli swoje racje.

— Racje? To, co się zdarzyło w Sinope, to była rzeź, a nie bitwa. Trochę tak jak widziała pani na bazarze, tylko na innym szczeblu.

Yamina milczała, a on mówił dalej.

— Nadzwyczajne zachowanie sił tureckich wzbudziło sympatię i podziw całej Europy. Nic więc dziwnego, że w ubiegłym roku Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Rosji wojnę.

— Każda wojna jest straszna i szkodliwa — odparła gwałtownie Yamina.

Lord uśmiechnął się.

— To typowo kobiecy punkt widzenia. Czasami jednak wojna oznacza sprawiedliwość i tu, pomagając Turkom, właśnie dokładnie bronimy sprawiedliwości.

— Mam tylko nadzieję, że ludzie, których zabito po obu stronach, docenią to, co dla nich robicie.

Tym razem sarkazm był zupełnie jawny.

— Wydaje się, że pani nie jest po stronie ani moich, ani pani rodaków. Jednakże pozwolę sobie przypomnieć, że wojna ta zaczęła się na tle opieki nad świętym miejscem w Jerozolimie.

— Ta sprawa została uregulowana dwa lata temu.

Zdziwiony, że jest tak dobrze poinformowana, lord odpowiedział:

— Rzeczywiście, sprawa została przecięta przez Anglię, Francję i Rosjan. Tylko, jak pani zapewne wie, ambasador Rosji, Mienszikow, okazał się potem bardzo agresywny wobec Turków. Według mego skromnego zdania, był, zdecydowany upokorzyć ich i przedstawił warunki zupełnie nie do przyjęcia przez sułtana.

— Pan myśli naprawdę, że... my możemy wygrać tę wojnę?

Zauważył jej lekkie wahanie przy słowie „my”.

— Oczywiście! Nasze oddziały miały bardzo ciężką zimę, ale teraz jesteśmy o wiele lepiej zorganizowani i myślę, że car niedługo skapituluje.

Yamina zamilkła. Słońce przygrzewało i morska bryza niosła zapach kwiatów. Dziewczyna trzymała się zgrabnie na siodle i lord ledwie odczuwał jej ciężar.

— Czy często jeździ pani konno? — zapytał.

— Kiedyś tak było. Ale teraz już dawno nie jeździłam. Koń taki jak ten to prawdziwa przyjemność.

— Należy do ambasadora. To on go wybierał — wyjaśnił. — Zna się doskonałe na koniach, jak zresztą na wszystkim.

— Podziwia go pan, prawda?

— Jak nie podziwiać człowieka, który jest ważniejszy nawet od sułtana. Dawniej często mówiono, że sir Stratford Canning był rzeczywistym władcą Turcji. Teraz wrócił i wszystko jest jak dawniej.

Yaminę uderzył w jego głosie entuzjazm i ciepło. Zdziwiła się, że nie myślał o sobie, a o podziwianiu innego. Wydał się jej pięknym mężczyzną, ale zimnym i surowym. Wyczuwała w nim wyższość, która tak ją zawsze deprymowała w zetknięciu z Anglikami. Uratował ją z niebezpiecznej sytuacji, to jasne, ale nigdy ten typ urody jej nie pociągał.

Jechali truchtem przez gaj cyprysów wśród krzewów o pięknych, dużych kwiatach, białych i żółtych. Droga, którą wybrał, była rzeczywiście mocno okrężna, ale dziewczyna rozumiała, że decyzja ta była słuszna.

Powiedział nagle, tak jakby zwracał się do małego dziecka.

— Proszę uważać na przyszłość. Proszę nigdy nie Wychodzić tylko ze starym służącym.

— To nie zdarza się często... Mój ojciec jest chory i musiałam pójść po specjalną mieszankę ziół.

— Czy nie lepiej było wezwać lekarza?

— W tym kraju są zioła dobre na wszystko. Większość recept jest przekazywana ustnie od wieków z jednej rodziny na drugą, z ojca na syna. Nigdzie ich pan nie znajdzie, w żadnej książce ani aptece, niemniej są bardzo skuteczne.

— Czy nie jest szkodliwe brać leki, których się nie zna?

— Nie więcej niż ślepe przyjmowanie lekarstw przepisanych przez doktora... Jak słyszałam, niewiele zrobili dla rannych w szpitalu w Scutari.

— Ma pani rację. Jednakże byłoby niesprawiedliwe czynić lorda Stratforda odpowiedzialnym, jak zrobiła to prasa angielska.

— Więc Anglicy są mocno niezadowoleni? Jestem tym zachwycona.

— Zgadzam się, że ta awantura byłą jednym wielkim wstydem — przyznał dość żywo. — Nasz ambasador o niczym nie wiedział, był trzymany w nieświadomości, kwestia rywalizacji, zazdrości. Ale żona ambasadora, lady Stratford, zrobiła, co było w jej mocy, żeby naprawić krzywdy i teraz też robi bardzo dużo pomagając wspanialej Florencji Nightingale 8 — dodał już łagodniej. — Zapewne słyszała pani o niej?

— Jak wszyscy. Gazety ciągle piszą o jej odwadze. A jednak jest nie do pomyślenia, że kobiety tutejsze muszą nosić ząkryte twarze. Turcy są przerażeni, że będą ich pielęgnować kobiety.

— A pani? Nie ma pani ochoty pracować z miss Nightingale? Opatrywać rannych żołnierzy i przede wszystkim udowodnić, że kobiety mają też do odegrania swoją rolę w wojnie.

— Tak się składa, że pełnię w tej chwili rolę pielęgniarki — odparła po chwili, a w jej głosie zabrzmiała nieufność. — Mój ojciec jest ciężko chory.

— Bardzo mi przykro.

— I ponieważ teraz widzę, jak bardzo jestem mu niezbędna, myślę, że wszystkie kobiety powinny być pielęgniarkami bez względu na to, czy kraj jest w wojnie czy nie.

— Tu nie zgadzam się z panią. W przeszłości zawsze dawaliśmy sobie radę bez odwoływania się w czasie wojny do pomocy niewiast. I, jeśli mogę być zupełnie szczery, jestem przekonany, że bardzo to je krępuje.

Uśmiech wypłynął na małą twarzyczkę Yaminy.

— Dokładnie to spodziewałam się usłyszeć od pana — zauważyła z satysfakcją.

— Czy to znaczy, że jestem człowiekiem o ciasnych poglądach i wypadłem z gry?

— To właśnie chciałam powiedzieć — odparła łagodnie.

Tak więc wypowiedziała mu wojnę. Rozbawiło go to. Była piękna i wydawała się taka delikatna i tajemnicza... A może to jej wielkie, brązowe oczy? A może subtelny zapach perfum, którego nie mógł zidentyfikować? Jaśmin? Tuberoza? A może obydwa? Wiedział tylko jedno, że było to wrażenie nowe i nieopisanie przyjemne.

— Czy zechciałby pan tutaj mnie zostawić? — poprosiła nagle.

Wstrzymał konia. Naprzeciwko w wyłomie muru widać było bardzo stare schody, zbudowane przed wiekami może jeszcze przez Rzymian. Marmur miejscami był popękany.

— Przechodząc tędy — wyjaśniła, wskazując oczyma kierunek — będę daleko szybciej w domu.

Ześlizgnęła się zręcznie na ziemię.

— Dziękuję panu bardzo — powiedziała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.

Lord zsiadł z konia i trzymając go za uzdę, wyciągnął rękę do dziewczyny.

— Jestem szczęśliwy, że mogłem pani pomóc. Czy mogę złożyć pani jutro wizytę, żeby się dowiedzieć, jak się pani czuje po dzisiejszej przygodzie?

Yamina potrząsnęła głową.

— Obawiam się, że mój ojciec jest zbyt poważnie chory, żeby przyjmować wizyty.

— W takim razie, może mógłbym zostawić kartę wizytową, żeby dowiedzieć się o jego zdrowie?

Uśmiechnęła się, widać było, że to naleganie bawi ją. Ale nie miała zamiaru ustąpić.

— Mogę tylko powtórzyć to, co już powiedziałam. Do widzenia. Było mi bardzo miło porozmawiać z panem.

Nie ujmując nawet ręki, którą do niej wyciągnął, odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach. Patrzył, jak oddala się, zbity z tropu jej postawą, zafascynowany gracją ruchów. Nie odwróciła się, nie zrobiła żadnego znaku, gestu. Po prostu wyszła z jego życia.

Zły, poniewczasie zorientował się, że nie wie o niej więcej niż przed spotkaniem. Miała na imię Yamina. Yamina i jak dalej? Była bardzo kulturalną, prawdziwą młodą damą, ale czemu taką tajemniczą?

Bez wątpienia, myślał jadąc ku ambasadzie, była świetnie zorientowana. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż wierzyła w możliwość uniknięcia tej wojny. Jednak dyplomatyczne rozwiązanie nie wydawało się możliwe. Rosjanie lekką ręką odrzucili wszystkie pokojowe propozycje, wysuwane przez lorda Stratforda. A jeśli chodzi o skandal w szpitalu Scutari, nawet ludzie ze świata medycyny woleli, żeby ranni umierali, niż gdyby miano prosić o pomoc Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Gdy tylko ambasador, starannie trzymany z dala od tych spraw, odkrył prawdę, zrobił wszystko, żeby pomóc. Zostały zarekwirowane domy, w tym i pałace sułtana, a Turcy musieli pozostawić do dyspozycji szpitala statek, który codziennie dowoził do Scutari produkty pierwszej potrzeby. Lord Stratford prosił nawet o zajęcie się także rannymi rosyjskimi. Nie spotkało się to jednak z aprobatą ogółu.

 

Dzięki jego interwencji sytuacja zmieniła się całkowicie. Jasne, że będzie musiało upłynąć jeszcze dużo czasu, zanim ludność zapomni o okrucieństwie, wyrzeczeniach, niepotrzebnych śmierciach, które miały miejsce w pierwszych miesiącach. Jednakże lord Castleford nie spodziewał się wcale, że Francuzka postawi go w sytuacji obrońcy ambasadora brytyjskiego. Anglicy zamieszkujący na stałe w Konstantynopolu szanowali lorda Stratforda na równi z Turkami. Mówiono o nim z typowo wschodnią przesadą, że to anioł z ognistym mieczem, który u wrót Orientu strzeże interesów Europy. Zazdrość Francuzów była nieomal zupełnie jawna. Ich ambasador działał mniej skutecznie i Francuzi skarżyli się, że są wręcz ignorowani, albo nawet odsuwani od politycznych kulisów tej wojny. Według Elchiego nie było w tym nic dziwnego. Jeszcze wczoraj mówił, że Wielka Brytania i Francja to ekipa nieco trudna, zwłaszcza w momencie, kiedy Francja chce być w tym tandemie liderem.

— Sewastopol upadnie zapewne niedługo — odpowiedział wtedy lord Castleford. — Może w takim momencie Francuzi uznają się za dostatecznie usatysfakcjonowanych, jeśli chodzi o ich honor.

Ambasador uśmiechnął się smutno.

— Sukces na polu bitwy... tego właśnie brakuje Napoleonowi III dla uświetnienia tandetnej chwały. Francuzi chcą, żeby ta mała, ważna w sumie bitwa należała do nich i robią wszystko, żeby Turcy nie odnieśli zwycięstwa przed nimi.

— Co za bałagan!

— To jest wojna! — odpowiedział wtedy Elchi.

W ambasadzie lord Castleford poszedł dotrzymać towarzystwa ambasadorowi. Znalazł go we wspaniałym pokoju, otwartym na ogrody pełne szumiących fontann.

— Czy miał pan przyjemną przejażdżkę? — zapytał ambasador z uśmiechem.

W sześćdziesiątym ósmym roku życia lord Stratford był ciągle pięknym mężczyzną. Włosy miał już zupełnie białe, ale spojrzenie jego siwych, poważnych i jednocześnie śmiejących się oczu zdawało się przenikać najskrytsze myśli. Grabę, gęste brwi nadawały jego twarzy wyraz mądrości. Tej właśnie mądrości zawdzięczał tytuł Wielkiego Elchiego i znany był na całym Wschodzie. Chrześcijanie imperium tureckiego nadawali mu jeszcze bardziej prestiżowy tytuł nazywając go Szach szachów. Autorytet związany z tym tytułem przyciągał do ambasady ludzi wszystkich ras i religii, zwracających się do niego o pomoc i protekcję.

Na dobitkę, lord Stratford był człowiekiem bardzo skromnym i grzecznym. Ten wybitny erudyta i artysta w wolnych chwilach pisał poematy, a lubił je odczytywać swoim urzędnikom w godzinach, kiedy często po nocnej pracy padali ze zmęczenia. Jeśli prywatnie okazywał duże poczucie humoru, uważał, że w czasie pełnienia funkcji oficjalnych przyczynia się poprzez powagę swojej osoby do szanowania godności i prestiżu swego kraju. Jego gniewu bali się wszyscy. Ale jeśli Turcy drżeli w swoich papuciach, kiedy żądał widzenia któregoś z nich — umiał również uznać swój błąd i przeprosić za uniesienie. Przeprosiny takie czyniły często z ludzi obrażonych jego najlepszych, najwierniejszych przyjaciół.

Tym, których nazywał swoimi uczniami, wykładał arkana sztuki dyplomacji. Wszyscy go szanowali i uwielbiali. Lord Castleford nie był wyjątkiem. Wiedział dobrze, jak ambasador ciężko pracuje, jak los narodu tureckiego leżał mu na sercu i jak on jeden mógł podtrzymać słabego sułtana Abdulla Medjid 9 i pozwolić mu zachować silną pozycję. Sułtanowie żyli zazwyczaj krótko. Większość z nich umierała po kilku zaledwie latach panowania, które sprawowali przeważnie z terenu seraju. Abdul Medjid nie tylko przeżył, ale dzięki Elchiemu zaczął być szanowany na całym Wschodzie.

— Jakie nowiny z frontu? — zapytał Castleford.

— Nic pocieszającego — odpowiedział ambasador.

— Były zamieszki w mieście. Tłum ciągnął przez bazar człowieka podejrzanego o szpiegostwo. Chcieli go wykończyć, ale jestem przekonany, że zmarł, zanim zaciągnięto go na miejsce kaźni.

Ambasador westchnął.

— Przypuszczałem, że to się rozszerzy.

— Polowanie na szpiegów?

— To częste zjawisko w obecnych czasach wojny. Sewastopol broni się jeszcze i mieszkańcy Konstantynopola chcą Walczyć na swój sposób.

— To zrozumiałe, ale bardzo niebezpieczne.

— Wiem o tym. Są w tym miejscu ludzie wielu narodowości, w tym i Rosjanie. Mieszkają tu od dawna i nie są wcale zdolni zrobić cokolwiek przeciw temu miastu. Niestety, motłoch rzadko słucha głosu rozsądku.

— Niestety! — szepnął lord Castlęford, myśląc o człowieku, którego widział tego ranka. Jedyną może jego zbrodnią był fakt, że ujrzał światło dzienne w Rosji.

— Było kilka incydentów w ostatnim tygodniu — podjął ambasador. — Władze wspominają o konieczności dokładnych rewizji, systematycznym przeczesywaniu miasta dom po domu. To byłoby zapewne lepsze, bardziej humanitarne, niż pozwolić, żeby tłum brał sprawy w swoje ręce.

Lord Castleford zastanowił się, czy Yamina była ciągle tak wstrząśnięta tym, co widziała. Jemu samemu było bardzo trudno zapomnieć twarz zalaną krwią, oczy zamknięte bólem i ciało rozszarpywane przez tłum. Nigdy kobieta nie powinna być obecna przy takich scenach. Żałował, że nie nalegał bardziej na to, żeby więcej nie przychodziła na bazar. Rozumiał doskonale jej troskę o lekarstwo dla ojca. To nie było zadanie łatwe. Leki bardzo trudno było otrzymać i były bardzo drogie. Dlatego miejscowa ludność wierzyła w dobroczynne działanie ziół leczniczych. Czy mieli rację? Bardzo w to wątpił.

W tym samym czasie Yaminą rozpakowała zioła przyniesione przez służącego, który wrócił do domu przed nią.

— Co mówił zielarz, Hamid?

Mówiła po turecku biegłe, ale z dostrzegalnym greckim akcentem, tak jak mówiła większość tutejszych mieszkańców.

Wysłuchawszy wyjaśnień Hamida, zaczęła bardzo starannie oczyszczać korzenie, zanim je pokroiła na drobne kawałki.

— Czy ten dżentelmen odprowadził was, pani?

— Jak widzisz, bez problemu — odpowiedziała, uśmiechając się.

— To człowiek o wspaniałym wyglądzie, jak sam Wielki Elchi.

— Nigdy nie widziałam Wielkiego Elchiego.

— Wielki człowiek, wielka władza. Sam sułtan go słucha.

— Tego właśnie się dowiedziałam — powiedziała niecierpliwie.

To było typowe dla Anglików — pomyślała. — Tak postępować, żeby nikt nie mógł ruszyć się bez ich zgody. Lord Castleford był zapewne tak samo władzy jak Elchi! Nigdy nie będzie miała nic wspólnego z tymi ludźmi, którzy nie wahali się przed użyciem siły, aby tylko osiągnąć swój cel. Są nieludzcy — pomyślała z pogardą.

Postawiła na ogniu garnuszek z zalanymi wodą ziołami.

— Pójdę na górę zobaczyć, jak się czuje ojciec. Mówisz, że spał, kiedy wróciłeś?

— Bardzo spokojnie spał, pani. Zostawiłem go w spokoju. Sen jest najlepszym lekarstwem.

— Masz rację... źle spał przez ostatnie noce. Jeśli zioła nie pomogą na spędzenie gorączki, nie wiem, co zrobimy.

— Może znajdę lekarza?

— Nie, nie! To za bardzo niebezpieczne! Jak dotychczas, udawało się nam. Byłoby szaleństwem narażać się teraz.

Hamid wyraźnie był bardzo zmieszany, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, jak zacząć.

— Co ci jest, Hamidzie? — zapytała.

— Złe wiadomości, pani.

— Złe?

Głos jej zamarł.

— Dowiedziałem się w mieście, że będą rewidować wszystkie domy.

— Dlaczego? — zapytała, choć znała już odpowiedź.

— Rosjanie...

Yamina przypomniała sobie domniemanego szpiega męczonego i upokarzanego, z twarzą we krwi, z oczyma zamkniętymi w agonii.

— Co zrobimy, pani?

— Nie wiem. Pan jest zbyt chory, żeby go przenosić. Zresztą gdzie?

Spojrzała przerażona na służącego.

— Trzeba mieć ufność w Allachu — odpowiedział.

— Allach? — krzyknęła. — Bóg i Allach nas opuścili!