Córka bankrutaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Córka bankruta

Saga

Córka bankrutaTytuł oryginału: The Bargain Bride Przełożyła: Anna Abramowska Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1989, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770726

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

ROK 1818

Członkowie White’s Club zgromadzeni w małym salonie podnieśli oczy ze zdziwieniem, kiedy hrabia Blakeney wtargnął gwałtownie przez drzwi.

– Na miłość boską, coś do picia, i to szybko! – zawołał do kelnera.

Po drugiej stronie pokoju dostrzegł lorda Fulbourne’a, pospieszył więc w tamtym kierunku i rzucił się na skórzany fotel w pobliżu przyjaciela.

– Jestem zrujnowany, Charles – stwierdził. – Absolutnie i totalnie zrujnowany!

– Domyślam się – odparł Charles Fulbourne – że mówisz o ruinie finansowej. Straciłeś pieniądze?

– Straciłem wszystko, co mam, i na tym wcale nie koniec! – poinformował go hrabia.– Jeśli nie znajdzie się ktoś, kto będzie gotów zapłacić za mnie kaucję, nasze następne spotkanie odbędzie się w więzieniu Fleet!

Lord Fulbournc spojrzał na niego ze zdziwieniem. Ton głosu przyjaciela sugerował, że nie chodzi bynajmniej o żart, ale o sprawę nader poważną.

– Jak mogłeś być do tego stopnia szalony, żeby grać, wiedząc, że cię na to nie stać? – spytał, zniżając głos, ponieważ zdał sobie sprawę, że słucha ich reszta obecnych.

– To była jedyna szansa, żeby spłacić przynajmniej niektórych wierzycieli. Niestety, Cayton będzie musiał odejść z kwitkiem. Z pustego i Salomon nie naleje!

W tej właśnie chwili, jakby na dźwięk swojego nazwiska, do salonu wszedł lord Anthony Cayton, wysoki iprzystojny młody człowiek. Rozejrzawszy się wokół, dostrzegł hrabiego i zbliżył się do niego.

– Jeśli sądzisz, że uda ci się wymigać od zwrócenia mi pieniędzy, Blakeney – powiedział gniewnie – to się grubo mylisz! Ta sztuczka udała ci się wcześniej, ale tym razem dopilnuję, żeby usunięto cię z klubu!

– Sam się z niego usunę! – odrzekł hrabia.

Mówiąc to, podniósł się z fotela i stanął twarzą w twarz z lordem Anthonym. Młodzi ludzie patrzyli na siebie z zajadłością dzikich bestii. Niektórzy członkowie klubu, przysłuchujący się starciu, uśmiechali się dyskretnie. Wiedzieli, że hrabia i lord Anthony pokłócili się dwą tygodnie temu o łaski pewnej urodziwej „damy”. Pojedynek wygrał hrabia, co tak rozjuszyło lorda Anthony’ego, że przysiągł pomścić porażkę. Nie ułagodziła go nawet wiadomość, że przekonawszy się, jak puste są kieszenie hrabiego, taż sama kurtyzana porzuciła go po tygodniu, przechodząc na utrzymanie bogatego protektora.

– Mam zamiar wyzwać cię na pojedynek – oświadczył lord Anthony agresywnym tonem.

– Wyzywaj, ile ci się podoba – odparł hrabia – choćby i do utraty tchu, ja i tak jadę do domu, żeby się przekonać, czy zostało mi cokolwiek do sprzedania. Ale zapewniam cię, że jeśli coś ocaleje z rąk handlarzy, tobie się to nie dostanie.

– Jeśli nie zamilkniesz, znajdziesz się za chwilę na ziemi! – zagroził lord Anthony.

Ponieważ groźba wydawała się jak najbardziej realna, lord Fulbourne podniósł się i stanął między przeciwnikami, mówiąc:

– Uspokójcie się obaj natychmiast! Anthony, wiesz równie dobrze jak ja, że David nie ma w tej chwili złamanego szeląga!

– A ty, Davidzic – dodał, zwracając się do hrabiego – nie masz prawa uprawiać hazardu, wiedząc, że twój dom rodzinny jest w stanie upadku, a ci, których los zależy od ciebie, nie mają co jeść.

Na twarzy hrabiego odmalował się wyraz zawstydzenia. Lord Anthony obrócił się na pięcie i mrucząc coś pod nosem, opuścił salon. Lord Fulbourne położył rękę na ramieniu hrabiego.

– Jedź do domu, Davidzie – powiedział cicho. – Mam wrażenie, że sytuacja jest bardziej dramatyczna, niż przypuszczasz.

– Wiem dobrze, jak dalece jest dramatyczna – odparł hrabia. – Najlepszym wyjściem byłoby wpakować sobie kawałek ołowiu w czaszkę!

Z tymi słowy opuścił salon, który zaraz wypełnił się wrzawą głosów, komentujących zajście; dotychczas członkowie klubu w milczeniu przypatrywali się scenie, rozgrywającej się na ich oczach. Lord Fulbourne usiadł na powrót, a wówczas jakiś mężczyżną, który dotychczas zajmował fotel w rogu pokoju, oddając się lekturze „Timesa”, zbliżył się i usiadł obok.

– Nazywam się Winton – oznajmił. – Znałem pańskiego ojca. Dopiero co wróciłem do Anglii i ciekaw byłbym się dowiedzieć, o co chodzi w tym całym zamieszaniu.

Lord Fulbourne odwrócił głowę i doszedł do wniosku, że nigdy przedtem nie widział nieznajomego. Mężczyzna, wyglądający na trzydzieści parę lat, odznaczał się dystynkcją i autorytatywnym sposobem bycia. Był też przystojny, choć lord Fulbourne dopatrzył się cżegoś twardego w wydatnie zarysowanej brodzie, wyrazie oczu i ostrym konturze warg. Twarz nieznajomego zwracała uwagę i lord Fulbourne zastanawiał się, kim on jest i w jaki sposób został członkiem White’s Club. Ten najbardziej ekskluzywny i jeden z najstarszych klubów dostępny był jedynie dla arystokratów o prawdziwie błękitnej krwi. Trudniej było zostać wybranym do niego niż do jakiegokolwiek innego klubu przy St. James’s Street.

Widząc, że siedzący naprzeciw nieznaj omy czeka na odpowiedź, lord Fulbourne wyjaśnił:

– Usłyszał pan zapewne, że lord Blakeney jest zrujnowany. To, niestety, prawda. Z chwilą śmierci swego ojca odziedziczył wielką ilość długów i udało mu się przeżyć jedynie metodą wyprzedawania po kolei wszystkiego, co można było wynieść z rodzinnego domu.

Dostrzegłszy, że pan Winton, jeśli takie było istotnie nazwisko nieznajomego, słucha uważnie, lord Fulbourne dorzucił:

– Te długi osiągnęły, zdaje się, takie roźmiary, że kupcy naciskają, by sprzedać wszystko, co zostało.

– A jeśli młody hrabia nie będzie w stanie im zapłacić? – spytał człowiek o nazwisku Winton. – Czy rzeczywiście oznacza to, że znajdzie się w więzieniu?

– Nie można tego, niestety, wykluczyć – przyznał Charles Fulbourne. – Kupcy mają dość dżentelmenów żyjących na kredyt i przed tygodniem uprzedzili hrabiego, że zamierzają wystąpić przeciwko niemu. Chcą, żeby był przykładem i postrachem dla innych nieodpowiedzialnych młodych ludzi.

Pan Winton milczał przez chwilę.

– Wydaje mi się, że pamiętam poprzedniego hrabiego – powiedział w końcu.

– Był bardzo łubiany – stwierdził lord Fulbourne. – Niemniej był także hazardzistąi teraz jego dzieci cierpią z tego powodu.

– Jego dzieci? – zainteresował się pan Winton.

– David ma siostrę – objaśnił lord Fulbourne – która bez wątpienia znalazłaby się pośród młodych dam obdarzanych mianem „niezrównanych”, gdyby ktoś zapewnił jej spędzenie sezonu towarzyskiego w Londynie. – Zamilkł na chwilę, jakby szukając w myśli stosownych słów. – Jest naprawdę śliczna, właściwie „piękna” byłoby odpowiedniejszym określeniem, ale, w przeciwieństwie do brata, jest zbyt dumna, by przyjąć coś, za co nie jest w stanie zapłacić. W związku z czym pozostaje na wsi.

– Smutna historia – skomentował pan Winton. – Chyba dobrze mi się wydaje, że posiadłość hrabiego Blakeney znajduje się w Hertfordshire?

– Blakę Hall oddalony jest zaledwie o niespełna dwadzieścia mil od Londynu – odpowiedział lord Fulbourne – i tam właśnie handlarze zamierzają zaatakować Davida za pomocą rachunków. – Westchnąwszy, dodał: – Ci spośród nas, którzy mogą sobie na to pozwolić, będą musieli pofatygować się tam i kupić coś niepotrzebnego czy niechcianego, ot tak, z czystej przyjaźni.

Z jego słów nietmdno było wywnioskować, że żywi wyraźną niechęć do podobnego procederu. Pan Winton obrzucił go przenikliwym spójrzeniem.

– Ciekawa rzecz, że właśnie w takich okolicznościach człowiek przekonuje się Zazwyczaj, jak wielu ma prawdziwych przyjaciół.

Wypowiedziawszy to niewątpliwie cyniczne stwierdzenie, pan Winton podniósł się z fotela i powrócił na miejsce w rogu pokoju, które uprzednio opuścił.

Hrabia Blakeney dotarł do Blake Hall pod wieczór, powożąc końmi pożyczonymi od jednego z przyjaciół i zaprzężonymi do powozu, za który nie zapłacił. Gdy wjeżdżał przez bramę, z której odpadała farba, i mijał puste pawilony z zabitymi oknami, gdzie mieszkała niegdyś służba, miał na twarzy wyraz przygnębienia i rezygnacji. Po chwili u końca podjazdu ukazał się sam dom, zbudowany z cegieł, które z wiekiem przybrały jasnoróżową barwę.

Widok był piękny, ale zbliżywszy się, hrabia widział w oknach stłuczone szyby, które nie zostały wymienione, i dachówki, które odpadły z dachu. Na schodach wiodących do drzwi frontowych, w licznych szparach i pęknięciach, rósł mech oraz trawa.

Zatrzymawszy konie, hrabia zakrzyknął gromko. Jego głos odbił się echem od domu i dotarł do stajni. Po chwili zza rogu wyłonił się siwowłosy starzec. Szedł wolno i minęło sporo czasu, nim znalazł się przy koniach.

– Nie spodziewałem się waszej lordowskiej mości – przemówił skrzekliwym, załamującym się głosem.

 

– Sam się nie spodziewałem, że wrócę do domu – odparł hrabia szorstko, wysiadając z powozu. – Zaprowadź konie do stajni, Glover. Ktoś zgłosi się po nie jutro.

– Dobrze, wasza lordowska mość.

Pomrukując pod nosem, Glover powiódł konie w kierunku stajni. Hrabia natomiast wszedł do domu przez frontowe drzwi, które były otwarte. Widok hallu z ciemną dębową boazerią był tak znajomy, że hrabia nie zwrócił nawet uwagi na kurz na podłodze oraz na brudne, a także popękane szyby w oknach opatrzonych herbem rodowym Blakeneyów. Rzuciwszy cylinder na stół o zmatowiałej politurze, zawołał na cały głos:

– Aleda! Aleda!

Odpowiedziało mu milczenie, ale kiedy chciał zawołać ponownie, usłyszał odgłos kroków. W chwilę później do hallu wbiegła jego siostra.

– David! – zawołała – nie spodziewałam się ciebie!

Hrabia nie odezwał się, więc patrząc mu w twarz, spytała:

– Co się stało? Czym się gryziesz?

– Wszystkim! – odpowiedział hrabia. – Czy w tej norze znajdzie się coś do picia?

– Jest woda i może zostało jeszcze kilka ziaren kawy.

Hrabia prychnął z pogardą i przemierzywszy hall, otworzył drzwi do salonu, pokoju o pięknych proporcjach z oknami wychodzącymi niegdyś na ogród różany. Niewiele w nim było mebli. Na ścianach widniały ślady po zdjętych obrazach, puste miejsce nad kominkiem wskazywało, że zabrano stamtąd lustro. Brakowało także figurek z saskiej porcelany Oraz zegara z Sévres, które hrabia pamiętał z dzieciństwa. Odwrócił się, stając tyłem do pustego kominka. Mosiężny pogrzebacz, a także szufelka i szczypce do węgla leżały nie wyczyszczone, a kosz na węgiel wymagał pomalowania.

Aleda, która weszła do pokoju za bratem, odezwała się z wyraźnym strachem w głosie:

– Powiedz mi o wszystkim... nie skrywaj przede mną prawdy, Davidzie!

– Proszę bardzo – odparł brat. – Moi wierzyciele zjawią się tu jutro, by zażądać sprzedania wszystkiego, co zostało jeszcze w domu, sądzą też, że znajdzie się może wariat, który zechce kupić sam dom!

Aleda wydała okrzyk zgrozy.

– Przecież to chyba niemożliwe! – zawołała, a ponieważ hrabia nie odpowiedział, dodała po chwili: – Wydawało mi się zawsze, że dom musi przejść na własność ustanowionego prawnie dziedzica i nie można go sprzedać.

– Papa również tak uważał – zgodził się jej brat. – Ale to prawo, majorat, czy jakkolwiek się ono zwie, wygasło z chwilą śmierci siódmego hrabiego, który nie miął syna, a choć majątek odziedziczył jakiś krewny, nie był on bezpośrednim spadkobiercą w linii męskiej. Tak więc wszystko wygląda inaczej niż sądziliśmy.

– Nie miałam o tym pojęcia... – powiedziała Aleda zniżonym głosem.

– Gdyby papa wiedział, jak sprawy stoją, sprzedałby dom z całą zawartością, jestem tego pewien – stwierdził hrabia ostrym tonem. – A teraz ja będę zmuszony to zrobić. Nie sądzę jednak, żeby w stanie, w jakim się znajduje, był wiele wart – dorzucił z goryczą. – W dodatku po wojnie nikt jakoś nie ma pieniędzy.

– Ale... co się w takim razie stanie, Davidzic? – spytała Aleda wystraszonym głosem.

– Jeśli handlarze przeforsują swoją wolę, znajdę się w więzieniu!

– Ach nie, tylko nie to! – krzyknęła Aleda z przerażeniem.

– Są zdecydowani pokazać na moim przykładzie, co spotyka człowieka, który nie wywiązuje się z płatności.

– Ale co wobec tego poczniemy? – spytała Aleda.

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odparł jej brat. – Wiesz równie dobrze jak ja, że w tym domu nie zostało nic wartościowego, bo w przeciwnym razie sam bym to dawno sprzedał!

– Przecież musimy mieć dach nad głową! – zawołała Aleda.

– Przypuszczalnie znajdzie się jakiś niewielki domek na terenie posiadłości – stwierdził hrabia z namysłem – chociaż sama wiesz, że one są w jeszcze gorszym stanie.

Przez kilka chwil brat i siostra stali, patrząc na siebie w milczeniu.

– Jeśli trafię do więzienia – zauważył hrabia – będziesz musiała żyć tu samotnie.

– Tak jest i teraz... – odpowiedziała Aleda. – Została jedynie Betsy, która nie ma gdzie się podziać, i Glover, który martwieje na myśl, że mógłby się znaleźć w przytułku.

Hrabia opadł na kanapę. Nie została sprzedana, ponieważ miała złamaną nogę i opierała się teraz na dwóch cegłach.

Żadne z rodzeństwa nie przerwało ciszy, póki hrabia nie podniósł oczu i nie dostrzegł wyrazu malującego się na twarzy siostry.

– Przepraszam cię, Aledo – powiedział zupełnie innym tonem – wiem, że zachowywałem się, jak skończony głupiec, ale niestety, co się stało, to się nie odstanie i nic na to nie poradzę.

Aleda usiadła obok i położyła rękę na dłoni brata.

– Rozumiem doskonale, mój kochany, że po wojnie chciałeś się rozerwać.

– Nie sądzę, żeby jakiekolwiek moje posunięcia mogły zmienić sytuację, w której się znaleźliśmy – stwierdził hrabia. – A teraz musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Nie łudźmy się, jeśli pójdę do więzienia, ty umrzesz z głodu, o ile ktoś się tobą nie zaopiekuje.

– Jest tylko jedna osoba, która chętnie by się tego podjęła – odrzekła Aleda.

– Pewnie masz na myśli tego Shuttle’a!

– Wpadł tu wczoraj i obiecał mi dom w Londynie, diamenty oraz powóz!

– Co za bezczelność! Niech go piekło pochłonie! – przeklął hrabia. – Jak on śmie tak cię obrażać!

– Trudno to nazwać obrażaniem – powiedziała Aleda półgłosem – kiedy widział, że jestem głodna, a to, co miałam na sobie, przypominało raczej łachman niż suknię, ponieważ nie spodziewałam się jego wizyty.

Hrabia rzucił jej ostre spojrzenie.

– Nie zamierzasz chyba zaakceptować jego propozycji?

– Wolałabym umrzeć! – zawołała Aleda, a jej głos zdawał się wibrować w powietrzu. – On ma żonę i dzieci! Wszystko, co robi i mówi, jest mi nienawistne! – Zerwawszy się z kanapy, podeszła do okna. – Nienawidzę go! Nienawidzę wszystkich mężcżyzn! Ale zarazem... jestem po prostu przerażona!

– Ja także! – przyznał hrabia.

Aleda wyjrzała na dwór, gdzie gęstwa kwiatów, rozmaite pnącza, a nawet zwykłe zielsko, wyglądały dekoracyjnie w jasnych promieniach słońca.

– Myślałam sobie właśnie dzisiejszego ranka – powiedziała – że zostało nam tylko jedno.

– Co takiego? – spytał brat.

– Nasza duma – odparła Aleda. –– Cokolwiek nas spotka, jesteśmy Blake’ami! Nasi przodkowie walczyli w bitwie pod Agiricourt. Byli rojalistami i ginęli z ręki Olivera Cromwella, a nasz dziadek był jednym z najsłynniejszych generałów w armii księcia Malbourough.

– I cóż nam dzisiaj z tego? – powiedział hrabia lekceważąco.

– Oni walczyli o swoje życie, a my musimy walczyć o nasze – odrzekła Aleda. – Przecież nie możemy dać się pokonać... długom!

Umilkła na chwilę, jakby spodziewając się odpowiedzi brata, ale ponieważ nie odezwał się, podjęła:

– Chociaż nasza sytuacja wydaje się krytyczna, mam takie dziwne poczucie, że duchy tych, którzy żyli tu przed nami, walczą u naszego boku. Oni zginęli, ale rodzina przeżyła... i taka jest również nasza powinność.

Kiedy skończyła mówić, hrabia podniósł się z kanapy i podszedł do niej. Objął ją w pasie, a gdy przysunęła się do niego, poprosił:

– Powiedz mi, co mam robić, Aledo.

Mówił jak mały chłopiec, który boi się ciemności i Aleda odparła:

– Cokolwiek nas spotka, stawimy temu czoło z godnością i nie damy się pognębić. Nawet jeśli zabiorą nam wszystko, co posiadamy, będziemy nadal żyli!

Mówiąc te słowa, Aleda zdawała sobie sprawę, że widmo głodu już nad nimi majaczy. W ciągu ostatniego miesiąca, kiedy David przebywał w Londynie, radzili sobie tylko dlatego, że Gloverovi udawało się schwytać co jakiś czas królika. Dopóki była amunicja, trafiały się gołębie, czasem kaczka czy inny ptak, ale potem nie mogli sobie pozwolić na kupno nowych zapasów. W ogrodzie pozostało jeszcze trochę jarzyn, które stanowiły uzupełnienie do potraw z królika.

– Jesteś bardzo dzielna, Aledo – powiedział hrabia. – Mam nadzieję, że się na mnie nie zawiedziesz.

– Pamiętaj po prostu, ze jesteś Blake’em – odparła siostra. – A kiedy ci ludzie tu przyjadą, zobaczą sami, w jakich warunkach żyjemy.

Hrabia nie odpowiedział, ale Aleda wiedziała, o czym myśli.

Kupcy nie zgodzą się wracać do Londynu z pustymi rękami. Zabiorą go ze sobą i przyjdzie mu gnić w więzieniu Fleet, chyba że zdarzy się cud i znajdzie się ktoś, kto kupi dom oraz posiadłość za dostatecznie wysoką cenę, by David został zwolniony.

– Najlepsze, co mogę zrobić – powiedział hrabia – to strzelić sobie w głowę.

Aleda zwróciła się ku niemu, mówiąc gniewnie:

– To dopiero byłoby tchórzostwo! – Odetchnęła głośno, niemal z łkaniem. – Nie mam nikogo prócz ciebie. Nasi krewni nie akceptowali papy i nie akceptują ciebie. Musimy się wzajemnie podtrzymywać, Davidzie, a ja... nie mogę być sama.

Hrabia wciągnął gwałtownie powietrze.

– Przecież są chyba jacyś inni mężczyźni poza tym łotrem Shuttle’em!

Aleda zaśmiała się.

– Naprawdę sądzisz, że mam jakąś szansę poznania tu kogokolwiek? Nie mogę nawet zaprosić gościa do domu, nie mając możności go podjąć.

– Nie zawstydzaj mnie jeszcze bardziej – powiedział hrabia. – Wiem dobrze, że zachowywałem się samolubnie i że powinienem był myśleć o tobie, zamiast zabawiać się w Londynie.

– Ale ja to rozumiałam – odparła Aleda. – Zresztą kiedy wróciłeś z wojny, miałam zaledwie siedemnaście lat.

– Za to teraz masz prawie dziewiętnaście – zauważył hrabia – i jesteś naprawdę śliczna, Aledo! Gdybym tylko mógł cię zabrać do Londynu, dostałabyś niewątpliwie tuzin propozycji małżeństwa!

– To ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzyła – odpowiedziała Aleda. – Mówiłam ci, że nienawidzę mężczyzn! Gdyby było choć trochę pieniędzy... czułabym się w pełni szczęśliwa, mieszkając tu z końmi i z psami.

– Tak ci się tylko wydaje, ponieważ spotkała cię obrzydliwa propozycja Shuttlc’a – stwierdził hrabia ze złością. – W jaki sposób go w ogóle poznałaś?

Aleda zaśmiała się krótko.

– Był akurat na polowaniu i jego koń zgubił podkowę, a widząc z daleka imponującą sylwetkę Blake Hall, przyjechał spytać, czy nie mamy własnego kowala.

Hrabia roześmiał się mimo woli.

– Musiał się nieźle zdziwić, zobaczywszy, że stajnie chylą się ku upadkowi!

– Zobaczył mnie – poprawiła go Aleda – i to wystarczyło! Od tamtego czasu nie daje mi spokoju i zmuszona jestem chować się za każdym razem, kiedy go zobaczę na podjeździe.

– Niech go diabli! Powinienem był wyrzucić go dawno temu!

– Na początku przyjmowałeś z przyjemnością wino, które przywoził.

– Nie miałem pojęcia, że proponuje ci, żebyś została jego kochanką!

– Nie jest w stanie zaproponować mi nic innego, ale nawet gdyby był wdowcem, nie chciałabym jego pieniędzy ani jego samego. Nie cierpię go! Przyprawia mnie o gęsią skórkę! A ostatni prezent, jaki mi dał, cisnęłam mu do powozu, kiedy odjeżdżał!

– Co to było? – zainteresował się hrabia.

– Diamentowa bransoletka, zdaję się, o ile dobrze zrozumiałam, ale nie otworzyłam nawet pudełka!

Aleda wiedziała nie pytając, jaka myśl przebiegłą przez głowę brata; diamenty spłaciłyby choć część jego długów.

– Pamiętaj, że jesteś Blake’em – powiedziała zdecydowanie. – Jeśli przyjdzie nam utonąć, pójdziemy na dno z głową dumnie podniesioną do góry!

Późniejszym wieczorem, po zjedzeniu nader skromnej kolacji składającej się z kolejnego królika z jarzynami, Aleda poprosiła brata, żeby otworzył paradną salę biesiadną. Znieśli do niej kilka pozostałych w domu krzeseł, ustawiając je pod galeryjką bardów.

– Przyjmiemy naszych gości tutaj – powiedziała Aleda – i będziesz musiał powiadomić ich dokładnie o naszej sytuacji.

Widząc, że brat zamierza protestować, dorzuciła:

– Nie chodzi o to, żebyś śię upokarzał, tylko żebyś mówił szczerze i otwarcie.

– Właściwie dlaczego? – opierał się nadal brat.

– Dlatego, że nie ma najmniejszego powodu, żebyś zachowywał się niegrzecznie czy robił z czegokolwiek tajemnicę – odparła Aleda. – Bądź szczery! Powinieneś im też powiedzieć, że jest ci przykro z powodu wszystkich nie zapłaconych długów! Jeśli będziesz wobec nich uprzejmy, może nie okażą się tak mściwi, żeby posyłać cię do więzienia, – Widząc, że brat nie wygląda na przekonanego, dodała: – Nic nie stracimy, będąc uprzejmi, a jeśli trafisz rzeczywiście za kratki, to możesz się pożegnać że znalezieniem pracy.

 

– Pracy! – wykrzyknął hrabią. – Jak to: pracy?

– Przecież musi być coś, co potrafisz robić – stwierdziła Aleda. – Myślałeś kiedykolwiek o własnych zdolnościach?

– Nie mam żadnych.

– Co ty opowiadasz! Wszyscy mamy jakieś zdolności. Zastanawiałam się sama, czy moje nadają się na sprzedaż.

– Na sprzedaż? – powtórzył podejrzliwie hrabia.

– Nie jakiemuś mężczyźnie, który zainteresowany jest jedynie moją urodą! – odparła ostro Aleda. – Rozważałam, czy nie mogłabym zostać nauczycielką. Otrzymałam w końcu staranne Wykształcenie, potrafię grać na fortepianie, malować akwarelami no i, rzecz jasna, jeździć końno.

Tu Aleda wydała nagle okrzyk.

– Ach, Davidzie, przecież to jest właśnie coś, co ty potrafisz!

– Jeździć konno? Naturalnie! O co ci chodzi?

– Pamiętam doskonale twoją opowieść o tym, jak zaimponowałeś księciu Wellingtonowi, wygrywając zawody, które zorganizował dla oficerów armii okupacyjnej.

– To prawda – zgodził się hrabia – ale nie bardzo widzę, jak mógłbym tym sposobem zarabiać pieniądze.

– A gdybyśmy namówili jednego z twoich przyjaciół, żeby ci pomógł? – zaproponowała Aleda. – Jeśli tanio kupowałbyś konie i następnie je ujeżdżał, może mógłbyś je potem sprzedawać za spore sumy.

Twarz hrabiego rozjaśniła się na moment, ale zaraz potem powiedział:

– Nie sądzę, żeby zysk ze sprzedaży jednego konia, a nawet kilku, wystarczył na coś więcej, niż nasze jedzenie. Byłaby to przysłowiowa kropla w morzu w porównaniu z sumami, które jestem winien.

Aleda przygryzła wargi, żeby nie wypowiedzieć słów, które cisnęły jej się na usta i po chwili zauważyła spokojnie:

– Powinniśmy pokazać ludziom, którzy chcą cię ścigać sądownie, że gotów jesteś podjąć wszelkie starania, by zapłacić długi.

– Dobrze, jak uważasz! Pozostaje mi tylko wierzyć, że jakimś cudem nasze plany się powiodą! – odpowiedział hrabia, ale jego ton nie brzmiał optymistycznie.

W jakiś czas później, leżąc w ciemności we własnym łóżku, Aleda przyznała sama przed sobą, że handlarze nie zechcą pewnie słuchać głosu rozsądku i że nikt nie dostarczy Davidowi koni do ujeżdżania. Wiedziała, że już uprzednio pożyczał niejednokrotnie od swoich przyjaciół w Londynie. Mieszkał u nich, jeździł ich końmi i ich powozami. Była także pewna, że brał od nich pieniądze, wydając je co do grosza na coś, co określała mianem „hulaszczego życia’’. Nie wiedziała dokładnie, co to oznaczą, ale była przekonana, że David pije o wiele za dużo. Przypuszczała również, że spędza sporo czasux w towarzystwie kobiet, których matka z pewnością by nie zaaprobowała.

A przecież nie kto inny, jak matka, a także ojciec, rozpieszczali Davida od urodzenia. Z zupełnie niewiadomej przyczyny, której nie potrafili wyjaśnić nawet lekarze, dziewiąty hrabia Blakeney i jego żona byli małżeństwem od piętnastu lat żanim, ku ich zdumieniu oraz ogromnej radości, pojawił się na święcie ich syn. David był tak ślicznym dzieckięm, a oni byli tak zachwyceni jego urodzeniem, że rządził całym domem od kołyski. Nieuchronnie więc wyrastał w przekonaniu, ze świat należy do niego.

Po następnych czterech latach hrabia i hrabina przeżyli powtórną radość, doczekawszy się córki. Aleda była jeszcze całkiem mała, kiedy zrozumiała, że David jest faworytem rodziców. Chóć kochali ją także, zajmowała zdecydowanie drugie miejsce. Ona sama również kochała Davida; niepodobna było nie darzyć go miłością. Kapryśny, samolubny David odznaczał się zarazem odwagą, dobrym sercem i bystrością oraz inteligencją.

Po ukończeniu szkoły w Eton poszedł prosto do służby w armii. Odznaczony dwukrotnie przez księcia Wellingtona za waleczność, doczekał się też medalu z końcem działań wojennych.

Następnie, na specjalne żądanie księcia, pozostał jako jeden z towarzyszących Wellingtonowi oficerów w armii okupacyjnej.

Dopiero po wystąpieniu z wojska i powrocie do Anglii zrozumiał, że Londyn jest niezmiernie nęcącym miejscem dla hrabiego Blakeney. David miał w kręgach towarzyskich wysoką pozycję, której zazdrościł mu niejeden bratni oficer. Wszystko to uderzyło mu do głowy i sprawiło, że zapomniał całkowicie o posiadłości, którą popadła w ruinę mimo wszelkich starań ojca.

Własna siostra miała się niewiele lepiej od niewolnicy w chylącym się ku upadkowi domu.

Obecnie jednak David zmuszony był podołać trudnej sytuacji i Aleda wiedziała, że musi podtrzymać go na duchu i pokrzepić, jakby to uczyniła matka, gdyby żyła.

– Nie będzie to łatwe, mamo – powiedziała w ciemności – ale modlę się najgoręcej, żeby David nie został skazany na więzienie, Pomóż mi, proszę... pomóż nam obojgu. Nie uwierzę, że i ty, i papa nie martwicie się o nas.

Aleda czuła, że jej modlitwa płynie prosto z serca i słowa wymawiane przez jej usta ulatują do nieba. Zasypiając nabrała zupełnie irracjonalnej pewności, że matka jej wysłuchała.

Rano Aleda wcześnie zeszła na dół. Po dłuższym poszukiwaniu pośród chwastów i traw, porastających zadbany niegdyś wybieg dla ptactwa domowego, znalazła jajko zniesione przez jedną z nielicznych, wiekowych już kur. Zaniosła je ostrożnie do domu i kiedy David zszedł na śniadanie ugotowała dla niego. Spojrzawszy na brata pomyślała, że wygląda zdecydowanie lepiej niż poprzedniego dnia, co prawdę powiedziawszy musiało się wiązać z brakiem jakiegokolwiek napitku do skromnej kolacji. Ilości wina i brandy, które David wypijał w Londynie, z pewnością mu nie służyły.

Aleda dała bratu jajko oraz kilka tostów z chleba, który dostała od piekarza w zamian za królika złapanego w sidła przez Glovera. Masła nie było, ale któryś z mieszkańców miasteczka, orientujący się, jak zresztą wszyscy, w jej ciężkiej sytuacji, darował Aledzie plaster miodu z własnej pasieki. Używała go oszczędnie, tak że teraz miała dość dla Davida i dla siebie.

Zastanawiała się jednak z desperacją, co zjedzą na śniadanie nazajutrz. Tymczasem David oznajmił:

– Muszę wyznać, że nadal jestem głodny!

– Może któryś z twoich przyjaciół wybierających się tu na wyprzedaż z Londynu przywiezie ze sobą coś pożywniejszego i bardziej treściwego – poddała Aleda i roześmiała się, dodając – zapewniam cię, że udziec barani albo kawałek dzika byłby znacznie milej widziany niż skrzynka wina.

– Jeśli chodzi o mnie, chciałbym dostać jedno i drugie – odparł David.

– Wobec tego będziesz musiał zadowolić się chceniem, jak zwykła mawiać mama – oświadczyła Aleda.

– Przyznasz, że raczej trudno Zadowolić się czymś tak nieuchwytnym!

Roześmiali się oboje z tego absurdu, po czym David, przyjrzawszy się siostrze uważniej, wykrzyknął:

– Wyglądasz dziś bardzo szykownie!

– To ostatnią Z sukien mamy – wyjaśniła Aleda – Oszczędzałam je, ale musiałam w coś się ubierać, żeby nie chodzić nago. Tę zachowałam na specjalną okazję.

– Więc uważasz to za specjalną okazję! – powiedział David z goryczą.

– Owszem, tak uważam – odparła Aleda. – A ty włóż, proszę, najelegantsze ubranie i zawiąż krawat na „matematyczny” węzeł, który jest podobno ostatnim krzykiem mody w eleganckich klubach.

– A któż ci o tym, na miły Bóg, powiedział?

– Głover, którego przed tygodniem odwiedził syn. Jest on osobistym służącym księcia Northumberland, jednego z najelegantszych, jak mnie zapewniono, dżentelmenów.

– Nie pbwinnaś wdawać się w rozmowy ze służbą– zawyrokował hrabia.

– W takim razie z kim mam rozmawiać? – zainteresowała się Aleda. – Zapewniam cię, że łatwiej mi zrozumieć służbę niż rechotanie żab czy krakanie wron.

David miał wyraźnie zawstydzoną minę.

– Przysięgam – powiedział – że jeśli zostanie choć grosik, kiedy ta zgraja żarłocznych wilków nas opuści, to wydam go na ciebie!

Słysząc jego zatroskany ton, Aleda podniosła się i złożyła mu ukłon.

– Dzięki, łaskawy panie – powiedziała – ale nie uwierzę w swoje grosikowe szczęście, póki go nie zobaczę na własne oczy.

Hrabia roześmiał się mimo woli.

Potem jednak oboje udali się na górę, ponieważ czas upływał, a nie byli pewni, o której pojawią się wierzyciele.