Martwe SłońceTekst

Z serii: Star Force #9
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Martwe Słońce
Martwe słońce
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Martwe słońce
Audio
Martwe słońce
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Star Force Series #9. The Dead Sun

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-79-1

ISBN MOBI: 978-83-65661-80-7

Rozdział 1

W przestrzeni wokół Ziemi panowała cisza. W Układzie Słonecznym nie było żadnych jednostek wroga, a wokół planety krążyło przynajmniej trzysta okrętów obronnych. W nocy pancerniki i lotniskowce były nawet widoczne na niebie. Odbijające światło słońca okręty wyglądały jak zagubione, gnające po nieboskłonie księżyce i mieszkańcy mojego świata cieszyli się, widząc, że strzegą orbity.

Bardzo chciałem tam być, ale musiałem teraz odgrywać inną rolę. Zostałem uwięziony w szklanej wieży w Genewie. Za ogromnym oknem widziałem biały śnieg i czarne skały Alp. Te góry nie wyglądały jak stare, sterane wzgórza mojej rodzimej Kalifornii. Gdy zachodziło za nimi słońce, przypominały zęby drapieżnika.

Był październik i powietrze stało się już chłodne. Zapowiadało nadejście mroźnej zimy. W to późne, środowe popołudnie moje życie jako dyktatora mocno mi ciążyło.

Ja, pułkownik Riggs z Sił Gwiezdnych, w praktyce rządziłem teraz Ziemią. Nie chciałem tej roboty i nie uważałem, abym wykonywał ją szczególnie dobrze. Wbrew temu, co twierdzili moi wrogowie, nigdy nie pragnąłem zyskać tak wielkiej władzy.

Chcesz rządzić światem? Z pozoru wydaje się to kuszące. Wyobraź sobie: kobiety będą się na ciebie rzucać, a gdyby nie chciały, możesz skazać je na śmierć. Wszyscy będą cię słuchali i ulegali twoim zachciankom. Wrogowie zgniją po cichu w zatęchłych celach, a armia lizusów będzie ci włazić w dupę i oczekiwać nagród za masowanie twojego ogromnego – i wciąż rosnącego – ego.

Nie pragnąłem żadnej z tych rzeczy. Szczególnie odkąd przekonałem się, że ta robota to jeden wielki wrzód na tyłku.

Czytałem kiedyś książkę o facecie imieniem Damokles. Król zaproponował mu, by zasiadł na jego tronie. Ów Damokles nie cieszył się z królowania nawet przez jeden dzień, podczas gdy ja miałem tę robotę od siedmiu długich miesięcy. Chociaż mityczny bohater pożądał władzy, to nie podobało mu się, jak wygląda ona w rzeczywistości. Dobrze go rozumiałem.

Władza to miecz o dwóch ostrzach. Jasne – mogłem skazywać ludzi na śmierć, jeśli gdy tylko chciałem. Ale nie chciałem nikogo zabijać. Pragnąłem zjednoczyć ludzkość, aby wspólnie stanęła do walki z prawdziwym wrogiem: maszynami.

Można by pomyśleć, że obdarzeni wspaniałomyślnym przywódcą, który okazał się dość przyjaznym i rozsądnym gościem, ludzie będą zadowoleni i skorzy do współpracy. Ale nie tak to wszystko poszło. Gdy dowiedzieli się, że nie jestem krwawym tyranem, jak Crow, zaczęły się naciski. Chcieli zobaczyć, jak bardzo mogą manipulować Riggsem albo jak długo da się ignorować jego rozkazy, zanim coś z tym zrobi. Pewnie takie zachowanie leży w ludzkiej naturze.

Okazało się więc, że każdy dzień zaczyna się od nowych problemów. Siedem długich miesięcy wcześniej „wyzwoliliśmy” Ziemię. Przez ten czas sprawy we wszystkich istotnych kwestiach posuwały się powoli. Całe cztery miesiące zajęło samo stłumienie buntów i zamieszek. Gdy o tym myślałem, wracały nieprzyjemne wspomnienia z tamtych dni. Każdy poranek był pełen wieści o kolejnych splądrowanych miastach. Uwolnieni od Imperium ludzie zdziczeli. Próbowali wrócić do przeszłości, do funkcjonowania setek niezależnych państw.

Nie pozwoliłem na to. Rozbicie Imperium oznaczałoby znaczne osłabienie ludzkości. Makrosy mogły wrócić w każdej chwili i musieliśmy zmierzyć się z nimi zjednoczeni.

Oczywiście chciałem wolności tak samo jak wszyscy. Sam pragnąłem wrócić do dawnych czasów, ale słabość oznaczałaby zagładę naszego gatunku. Nie mogliśmy żyć przeszłością, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Świat wreszcie się uspokoił. Dostosował się do nowego porządku. Pierwszego dnia, w którym nie doszło do żadnego zamachu czy podpalenia kolejnego miasta, chciałem abdykować. Wyobrażałem sobie, że oddam władzę z powrotem ziemskim rządom i pozwolę im uporządkować sytuację. Żywiłem przekonanie, że wszyscy dostrzegają potrzebę stworzenia rządu światowego, może na bazie czegoś w stylu dawnej Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Ale teraz rozumiem już, że nie było na to szans. Politycy nie potrafili dogadać się co do tego, kto miałby rządzić, i zdecydować, komu oddać władzę. Dawne niesnaski nie zniknęły, zostały jedynie chwilowo odłożone na bok. Jasne się stało, że poważniejsze zmiany wymagać będą pracy całych pokoleń. Gdy tylko dawałem nowemu światowemu parlamentowi nieco więcej suwerenności, stawał się tak egocentryczny, skorumpowany, biurokratyczny i głupi, jak niegdyś ONZ.

Nie mogłem czekać, aż zdecydują, ile powinienem dostać pieniędzy na budowę floty czy kto otrzyma kontrakty. Nie w sytuacji ciągłego zagrożenia atakiem potężnych kosmitów. Nie prosiłem więc, tylko brałem to, czego było mi trzeba, i rozkazywałem ludziom, by zbudowali to, czego chciałem. Miałem za sobą flotę, więc wszyscy wykonywali polecenia.

Nie pozbyłem się też imperialnej infrastruktury Crowa. Nie wszystko oczywiście było takie samo. Wypuściłem wszystkich więźniów politycznych, nawet tych najbardziej wkurzających. Zniszczyłem Ministerstwo Prawdy i przywróciłem wolność prasy. Pozwoliłem na wybory lokalnych i narodowych przywódców w każdym kraju. Poza szczeblem rządu światowego wszystko było bardzo demokratyczne. Ale na samej górze sam mianowałem kogo trzeba i utrzymywałem władzę w rękach Sił Gwiezdnych. Decyzje te były jednocześnie chwalone i krytykowane przez prasę i wszystkie miały też negatywne konsekwencje.

– Myślałem, że to my jesteśmy bezwzględni w boju – powiedziałem do admirała Miklosa, gdy z budynku wyprowadzono w końcu rój interesantów – ale ci biznesmeni to wojownicy w garniturach.

– Używają słów i łapówek jak broni – przyznał. Podniósł lśniące popiersie pozostawione przez jednego z dygnitarzy i zważył je w dłoni. – To chyba szczere złoto.

Miklos wciąż mówił ze słowiańskim akcentem. Miał nieco nieregulaminową brodę i przenikliwe oczy. Wpatrywał się w moją złotą podobiznę tak, jakby spoglądał na obcą istotę.

– Na to wygląda. Kto mi to dał?

– Chyba turecka delegacja – odparł Miklos. – Zapewne uznali, że wszystko, co nie jest szczerym złotem, stanowiłoby zniewagę. Crow lubił tego rodzaju pompowanie ego, a oni trzymają się nadal starych wzorców.

Westchnąłem i wyciągnąłem rękę po podarunek. Miklos zawahał się, zmarszczył brwi.

– Czy to przeszło przez kontrolę, sir? – spytał.

Wzruszyłem ramionami.

– Ty mi powiedz.

Miklos znalazł na tablecie odpowiedni plik i ruchem palca przesłał go na mój ekran. Przyjrzałem się danym.

– Marvin przeprowadził wszystkie testy. Żadnych toksyn, materiałów wybuchowych ani nawet nanitowych wirusów.

– Dobrze. – Miklos podał mi popiersie.

Wyglądało naprawdę nieźle, wiernie oddawało rzeczywistość.

– Turkom musi zależeć na tym kontrakcie – stwierdziłem.

– Owszem, sir.

Poszczególne państwa w Imperium Crowa były dość niezależne, jeśli chodzi o politykę wewnętrzną. To nie stanowiło problemu. Kłopoty się zaczynały, gdy miałem zdecydować o alokacji zasobów Sił Gwiezdnych. Czy przeznaczyć bilion dolarów na odtworzenie ziemskiej floty? A jeśli tak, gdzie ją budować? Gdzie umieścić bezcenne nanitowe fabryki, karmione miejscowymi surowcami?

To był łakomy kąsek dla wszystkich. Lobbyści, celebryci i przywódcy państw tygodniami oblegali moją główną siedzibę w Genewie. Zwykle chodziło im o pieniądze, miejsca pracy i po prostu szczeniackie kłótnie między poszczególnymi państwami. Każdy kraj chciał wielkich kontraktów od Sił Gwiezdnych. Robili co mogli, żeby się podlizać i wyeliminować pozostałych.

– Nieźle im wyszło – powiedziałem, odkładając statuetkę. – Jakiś rzeźbiarz naprawdę się postarał. Nawet jest ta drobna blizna, pamiątka sprzed wstrzyknięcia nanitów.

Miklos odchrząknął cicho. Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem.

– Podjął pan już decyzję? – spytał.

– W jakiej sprawie?

– Lokalizacji fabryk nowych okrętów.

– A, tak. Tak, zdecydowałem. Postanowiłem olać ich wszystkich i budować okręty w kosmosie.

Miklos zmarszczył brwi.

– Będą drogie i narażone na atak.

– Tak, wiem. Robienie tego w nieważkości przysparza sporych problemów. Ale budowa będzie w dużej mierze zautomatyzowana. Wszystkim zajmą się maszyny, a nie ludzie w garniturach.

– Jak mówiłem, drogie…

Teraz to ja zmarszczyłem brwi. Gdy chodziło o kwestię floty, Miklos był zawsze zainteresowany nie mniej niż wysłannicy z Brazylii czy Polski. Miał w tym swój interes tak samo jak oni, ale z zupełnie innych powodów.

 

Wstałem zza wielkiego, mahoniowego stołu i przyjrzałem mu się.

– Naprawdę muszę akurat ciebie przekonywać do tego pomysłu? Widziałeś prognozy. Początkowo produkcja nieco zwolni, bo trzeba będzie zbudować platformę orbitalną, ale następnie znacznie przyspieszy. Większość surowców znajdziemy w kosmosie, zwłaszcza w układzie Bellatrix. Nie będziemy musieli wszystkiego zwozić z orbity na powierzchnię.

– To prawda – odparł. – Ale budowa platformy orbitalnej zajmie więcej czasu. To nowa, nie do końca znana technologia. Czy mogę zasugerować szybsze rozwiązanie?

– Oczywiście.

– Można by zbudować ośrodek produkcyjny na Fobosie. Na zewnątrz kadłuba albo w środku.

Przez chwilę rozważałem tę możliwość. Słyszałem już pewne propozycje co do gigantycznej jednostki wojennej, ale ta stanowiła nowość. Fobos był największym okrętem, jakim dysponowaliśmy. Nazwaliśmy go imieniem jednego z księżyców Marsa, bo sam był wielkości wydrążonego księżyca. Miał średnicę około jedenastu kilometrów i sferyczny kształt. Zbudowali go Niebiescy, którym go ukradliśmy, i stanowił najsilniejszą broń, jaką dysponowała Ziemia.

Po chwili pokręciłem jednak głową.

– Nie. Nie chcę, żeby nasz najlepszy okręt zmienił się w fabrykę.

– Dlaczego nie, sir? Proszę pomyśleć długofalowo. Moglibyśmy w razie potrzeby polecieć gdzieś i zbudować flotę na miejscu.

– To akurat dobry argument. Może zbuduję tam drugą stocznię, ale nie pierwszą. Gdyby Fobos uległ zniszczeniu w bitwie, stracilibyśmy zarówno flotę, jak i możliwość zbudowania kolejnej.

– Ale jeśli zbudujemy platformę orbitalną – Miklos podniósł nieco głos – będzie łatwym celem, gdy dojdzie do inwazji na Układ Słoneczny. Nie widzi pan tego?

Sam również podniosłem głos.

– Tak, rozumiem to, ale mówię ci, że jeśli jakikolwiek wróg przebije się przez naszą obronę na tyle daleko, żeby zniszczyć stację orbitalną, to znaczy, że i tak przegraliśmy.

Zacisnął usta, skinął głową i ostatecznie spuścił wzrok. Gdy się wkurzałem, ludzie przestawali się ze mną kłócić. Miało to swoje zalety, ale dziwnie się z tym czułem. Czy naprawdę obawiali się o życie?

– Jak pan sobie życzy, pułkowniku…

Zachowałem tytuł pułkownika, bo nie podobały mi się inne opcje. Jak miałem się nazwać? Imperatorem? Królem? A może „jego wysokością”, jak Crow? Postanowiłem, że na razie pozostanę starym dobrym pułkownikiem Riggsem.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek. Odłożyłem statuetkę, którą obracałem w rękach.

Miklos spojrzał na tablet.

– To kapitan Sarin. Pójdę już, jeśli pan pozwoli.

– Zaczekaj. – Uniosłem dłoń. – Dlaczego gdy tylko się pojawia, ty uciekasz? Między wami nic się nie dzieje, co?

– Dzieje się? – spytał, wykrzywiając usta. – To przecież nie ja mam z nią specjalne relacje.

Skinąłem głową. Sugerowałem istnienie jakiejś rywalizacji między moimi najwyższymi i najbardziej zaufanymi oficerami, ale jemu chodziło o coś innego. Nie podobało mi się to, ale dobrze go rozumiałem.

Jasmine i ja byliśmy kochankami. Od dawna się na to zapowiadało i cieszyłem się tym tak bardzo jak ona. Być może nawet bardziej. Postanowiłem, że nie pozwolę, aby uwaga Miklosa mnie wkurzyła. Takie żarciki były czymś naturalnym.

Uśmiechnąłem się, zamiast warknąć.

– Zabawne. Ale wiesz, to nie jest tak, że obłapiam jakąś siksowatą sekretarkę. To dorosła, niezależna kobieta, która wie, czego chce.

– Pełna zgoda, sir – odpowiedział z kolejnym uśmieszkiem.

– Dobrze, mam ją wpuścić czy najpierw cię wykopać, żebyś poczuł się lepiej?

Jego uśmiech zbladł.

– Niekoniecznie, sir.

Wcisnąłem przycisk na poręczy fotela i drzwi z inteligentnego metalu rozpłynęły się. Weszła Jasmine, na szczęście w mundurze. Nieco niezręcznie byłoby, gdyby chciała mi zrobić niespodziankę i zjawiła się w jedwabnej sukni czy czymś takim. Na szczęście, w odróżnieniu od Sandry, nie przepadała za takimi rzeczami.

– Admirale. – Skinęła głową Miklosowi.

– Kapitanie – odparł. – Właśnie kończyliśmy.

– Zaczekaj – powiedziałem. – Jasmine, o czym chcesz porozmawiać?

– O kontraktach budowlanych, sir.

Spojrzałem podejrzliwie na oboje.

– No tak. Gdzie powinniśmy według ciebie umieścić nową stocznię?

– Nie mnie o tym decydować, pułkowniku.

– Pytam o opinię.

Jasmine spojrzała na Miklosa, po czym znów na mnie. Próbowała ocenić sytuację. Przyszła, żeby prywatnie lobbować w sprawie tych kontraktów, tak samo jak on. Próbowałem powstrzymać irytację. Przekonali ich do tego zdolni manipulatorzy. A oni używali swoich wpływów nie dla zysku, ale dlatego, że byli przekonani, iż postępują słusznie.

– Wie pan, pułkowniku, że najszybciej rozwijający się przemysł lotniczy i kosmiczny na planecie mieści się w Bangalurze?

Muszę przyznać, że wzięła mnie z zaskoczenia. Nie spodziewałem się takiej bezpośredniości. Parsknąłem cicho, na co ona zmarszczyła brwi.

– Nie, nie wiedziałem.

– Początki tego widać było jeszcze przed pierwszą inwazją maszyn. Dwoma najszybciej rozwijającymi się krajami w tym regionie były Indie i Chiny. Niestety, Chiny w większości uległy zniszczeniu po ataku makrosów, gdy…

Miklos aż podskoczył. Warknął, jakby nie mógł jej dłużej słuchać:

– To nie jest miejsce dla takiego kontraktu!

Spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem. Jak policjant regulujący ruch na drodze jedną ręką uciszyłem Jasmine, a drugą kazałem Miklosowi mówić dalej.

– No dalej. Wygłoś szczerą opinię. Cały dzień się czaisz. Gdzie mamy zbudować nowe okręty? Jeśli nie na Fobosie, nie na orbicie, to gdzie?

– Zanim Indie albo dymiące ruiny zwane niegdyś Chinami zbudowały pierwsze zabawki w kształcie rakiet, Rosja budowała już więcej sprzętu kosmicznego niż jakikolwiek inny kraj na Ziemi.

Powoli skinąłem głową. Pomyślałem, że właściwie to Siły Gwiezdne na wyspie Andros były największym producentem statków kosmicznych w ostatnich czasach. Moi oficerowie mówili o staroświeckich rakietach z paliwem chemicznym. My dawno wykroczyliśmy już poza ten poziom i nie byłem pewien, czy istniejące ośrodki lub personel na wiele się przydadzą w przypadku technologii nanitów i makrosów. Jasne, może mieli tam sporo niezłych naukowców i inżynierów, ale ich fabryki i tak byłyby bezużyteczne.

– Nie wiem, czy to wiele pomoże – powiedziałem w końcu. – Na pewno jest wielu emerytowanych astrofizyków, których moglibyśmy zatrudnić, ale…

– Proszę mnie wysłuchać – przerwał mi Miklos. – Jeśli myślimy o budowie okrętów na Ziemi, Bajkonur ma wiele zalet. Nie mówię tylko o korzyściach dla Sił Gwiezdnych. Wojna i kryzys ekonomiczny mocno odbiły się na tym regionie. Ludzie stracili tam ducha. Moglibyśmy im pomóc.

– Rozumiem. Sprawa wygląda więc tak: Jasmine jest z Indii, więc chce pomóc swoim ludziom. A ty chcesz pomóc swoim.

Oboje zrobili kwaśne miny.

– Nepotyzm, sir? – odparł sztywno Miklos. – O to mnie pan oskarża?

– Nie do końca. Ale myślę, że nie jesteś obiektywny. To naturalne. Odrzucam obie wasze propozycje. W twoim przypadku dlatego, że nie chcę podejmować decyzji w sprawie obronności Ziemi na podstawie tego, kto jest w większej potrzebie. Gdybym miał to zrobić, zbudowałbym fabryki na pustkowiach dawnej Ameryki Południowej. Ludzie żyją tam w straszliwej nędzy.

Odwróciłem się do Jasmine.

– Twoje argumenty są inne, ale również mają wady. Mówisz o przemyśle kosmicznym Indii tak, jakby był nowoczesny. To nieprawda. Technologia, którą stosujemy, jest nowa. To przypominałoby produkcję nowoczesnych tabletów w fabryce lamp próżniowych. Zupełnie bez sensu.

Oboje wyglądali, jakby ktoś spuścił z nich powietrze. Ku mojemu zaskoczeniu nie kłócili się zażarcie do końca. Na szczęście znali mnie zbyt dobrze, żeby próbować oponować, gdy podjąłem już decyzję.

– W takim razie gdzie? – spytała Jasmine. – W Dolinie Kalifornijskiej?

Spojrzałem na nią spode łba. Sugerowała, że podejmuję arbitralną decyzję, żeby pomóc miejscu, z którego pochodzę, co oczywiście nie było prawdą. Otworzyłem usta, by zaprzeczyć tej insynuacji, ale Miklos mnie uprzedził.

– Wysyła wszystko w kosmos – powiedział. – Na platformę orbitalną.

– Ale dlaczego? – Spojrzała na mnie ze zdumieniem. – To takie marnotrawstwo! Żeby ją zniszczyć, wystarczy jedna rakieta.

Westchnąłem ciężko.

– Już to przegadałem z Miklosem. Może powiedz jej, co i jak, a ja już sobie pójdę.

Oboje wyglądali na zaskoczonych, gdy wstałem i ruszyłem do drzwi. Dość już miałem kłótni o ekonomię. Byłem znudzony i zirytowany całym tym rządzeniem. Jasne, na papierze mogło się to wydawać dobrą zabawą, ale miałem za sobą zbyt wiele podobnych dni. Może trochę rzeczy udało się zmienić na lepsze, ale mało miałem czasu na przyjemności.

Jasmine poszła za mną i dogoniła mnie przy windzie. Dotknęła mojej ręki i nieco spuściłem z tonu.

– Przepraszam – powiedziałem.

– Ja też. Rozumiem, w jakim jesteś stresie. Rządzenie planetą to niełatwa sprawa.

– To nie jest moja pierwsza planeta. Ale w układzie Edenu było prościej. Wszyscy otwierali się na nowe pomysły. Szli tam, gdzie chciałem, zakładali farmy i osady.

– Może to naturalny duch pionierski.

– Nie tylko. Nie byli zanurzeni w tradycji, zazdrości i tak dalej. Ludzie na Ziemi zawsze niosą ten bagaż. Nie są tak naprawdę zjednoczeni. Gdy tylko kosmici znikają z nieba, zaczynamy walczyć o to, co zostało, niczym stado pawianów na kupie bananów.

Uśmiechnęła się na taką analogię.

– Pawiany lubią banany? – spytała.

– Nie mam pojęcia – odparłem, śmiejąc się.

Weszliśmy do windy. Wcisnąłem przycisk i zaczęliśmy zjeżdżać. Wolałbym szyby grawitacyjne jak na naszych co większych okrętach, ale windy były tradycją na Ziemi i moi goście czuli się dzięki nim bardziej jak w domu.

Objąłem Jasmine i pocałowałem ją. Przez chwilę się opierała, ale w końcu dała za wygraną. Nie okazywała złości, tylko rozczarowanie.

Nie zdążyliśmy jednak skończyć naszego krótkiego pocałunku.

Staliśmy w windzie, złączeni ustami, gdy mała złota statuetka w kształcie mojej głowy implodowała, zmiażdżona przez ogromną siłę grawitacyjną. Mała czarna dziura, nie większa niż główka szpilki, pojawiła się na chwilę w moim gabinecie i zassała wszystko wokół, wstrząsając atmosferą wewnątrz budynku.

Rozdział 2

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Najpierw nadeszła implozja, a po niej eksplozja, gdy osobliwość grawitacyjna znikła. Skompresowana materia poleciała na wszystkie strony z ogromną prędkością. Było to jeszcze gorsze niż początkowe zassanie. W kosmosie fala uderzeniowa nie byłaby tak wielka, ale z uwagi na obecność atmosfery przeleciała przez cały budynek. Znajdujący się w nim ludzie czuli wstrząsy jeszcze przez kilka długich sekund.

Jasmin i ja uznaliśmy, że coś trafiło w budynek. Światła w windzie przygasły i zaczęliśmy spadać. Gdy mój gabinet eksplodował, metalowe odłamki przecięły kable. Na szczęście windy wyposażone zostały w awaryjne hamulce, które zgrzytały, podczas gdy spadaliśmy. Kiedy w końcu dotarliśmy na dół, były rozgrzane do czerwoności, ale uratowały nam życie.

Drzwi do windy zacięły się. Próbowałem je otworzyć, ale bez pancerza bojowego było to trudne.

– Czy to bomba? – spytałem.

Jasmine już rozmawiała ze służbami ochrony przez komunikator. Jeśli ktokolwiek wiedział, co to było, zamierzała go znaleźć.

Pokręciła głową.

– Jeszcze nie wiem. Na razie ustalono, że to jakiś rodzaj eksplozji, być może ładunek wybuchowy w budynku.

– Świetnie – powiedziałem. – Myślałem, że po zabiciu Crowa nie grozi mi już zamach. Może mam nowego wroga?

Wróciła do rozmów z ochroną, a ja nadal siłowałem się z drzwiami. Rozsunąłem je na jakieś pięć centymetrów i widziałem już kawałek holu. Strumień ludzi wybiegał na zewnątrz. Nie byli spanikowani, ale poruszali się szybko. Żołnierze Sił Gwiezdnych, urzędnicy rządowi i dziennikarze zachowywali się przepisowo.

– Nie widzę nigdzie płomieni, ulica na zewnątrz też wygląda normalnie. To musiało być jakieś małe, miejscowe uderzenie.

Jasmine położyła mi rękę na bicepsie.

– Potniesz sobie tylko dłonie.

– Zagoją się – powiedziałem, poszerzając szparę o kolejne dwa centymetry.

– Kyle, wezwałam ekipę ewakuacyjną. Poczekajmy tu na nich.

Spojrzałem na nią w końcu.

– Co? Nigdzie się nie ruszam.

– Ktoś próbował cię zabić. Musimy cię stąd wyciągnąć.

Spojrzałem na nią spode łba.

– Co jeszcze wiesz?

Szybko oblizała wargi, spuściła wzrok i znów spojrzała mi w oczy.

– Cokolwiek to było, miało miejsce w twoim gabinecie.

 

– No tak. Kimkolwiek byli, próbowali dorwać mnie. Ale to nie znaczy, że będę siedział bezczynnie w tej puszce.

– Kyle, musimy cię stąd zabrać. Najlepiej w ogóle z planety.

– Na górze są ludzie, w tym zapewne ranni. Nie chcę uciekać, zamiast im pomagać, tylko dlatego, że ktoś spieprzył zamach na mnie.

– Kyle, bądź rozsądny.

Nie miałem nastroju na rozsądek. Byłem wkurzony, zaskoczony i stwierdziłem, że, o dziwo, dobrze się bawię. Dawno nie miałem okazji robić nic osobiście – od wszystkiego miałem ludzi.

Jako że drzwi do windy zacięły się, miałem dwie opcje: walić w nie pięściami albo wyjść przez właz awaryjny na dachu. Wybrałem tę drugą możliwość.

Podskoczyłem i uderzyłem w kwadratowy panel, który odskoczył w górę. Przez otwór widać było kłęby dymu. Wydostałem się na zewnątrz.

Każdy marine Sił Gwiezdnych mógłby zrobić to samo. Mamy wszczepione nanity, zwiększające siłę mięśni i dające nam możliwość regeneracji. Poruszamy się szybko, jesteśmy niezwykle silni i leczymy się nienaturalnie łatwo. Na Ziemi możemy wykonywać skoki tak długie, jak zwykli ludzie na Księżycu.

Teraz miałem możliwość i ochotę wykorzystać potencjał swojego ciała. Wspinałem się w górę szybu windy jak małpa na drzewo. Jasmine stała na dachu kabiny i coś krzyczała. Chyba chciała, żebym natychmiast zszedł, ale uznałem, że jako władca Ziemi mam w takich sytuacjach pewne przywileje. Na przykład wolno mi czasami nie słuchać swojej dziewczyny.

Gdy dotarłem na ósme piętro, usłyszałem, że wciąż gada, ale już ciszej. Wiedziałem, że informuje właśnie ekipę ewakuacyjną, gdzie jestem i jak mnie przechwycić.

Z jakiegoś powodu mnie to wkurzyło. Myślałem o zrzuceniu komunikatora w dół, ale nie zrobiłem tego. Uznałem, że to głupi i lekkomyślny pomysł – mógłbym trafić w Jasmine. Wspinałem się więc dalej.

Na czternastym piętrze znajdował się panel awaryjny. Byłem pięć czy sześć pięter pod swoim gabinetem, ale musiało mi to wystarczyć. Wyważyłem właz kopnięciem i wszedłem na korytarz.

Czternaste piętro okazało się puste i zadymione. Powietrze było gorące i pokasływałem nieco od dymu. Co prawda dzięki ulepszeniom mogłem znosić nawet przebywanie w obcej, mało przyjaznej atmosferze, ale nadal było to nieprzyjemne uczucie.

Ruszyłem w stronę klatki schodowej, gdzie spotkałem pierwszą grupkę ludzi. Zbiegali w dół, kaszląc mocno. Przeciskałem się między nimi.

Kilku chyba mnie rozpoznało. Byli w szoku już wcześniej, ale gdy mnie zobaczyli, szczęki opadły im do ziemi. Ciekawe, jak wyglądałem. Sprawdziłem, czy nie mam jakichś widocznych otwartych ran. Czasami przez nanity wyglądało się jak kosmita. Nie zwracało się uwagi na rany, w których lśnił inteligentny metal, wyglądający jak krople rtęci. Ale taki widok mógł przerazić kogoś niewtajemniczonego.

Nie znalazłem jednak żadnych większych obrażeń. Miałem nieco otarć, a z rąk kapała mi krew, ale poza tym czułem się dobrze. Mój kombinezon z nanowłókna też był w dobrym stanie i załatał po drodze wszelkie rozdarcia.

Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej. Może po prostu zdziwiło ich, że władca pędzi po schodach?

W końcu wbiegłem na piętro, na którym mieścił się mój gabinet. Chciałem zobaczyć to na własne oczy. W momencie ataku było tam sporo dobrych ludzi i chciałem wiedzieć, co się z nimi stało.

Gdy dobiegłem na miejsce, problemem okazał się nie tylko dym, ale i pożar. Pierwsze ciało znalazłem pod jednym z biurek. Cywilna urzędniczka udusiła się dymem.

Jak miała na imię? Chyba Beatrice? Jakoś tak. Pamiętałem, że była Szwajcarką.

Kolejnym trupem okazał się mężczyzna. Wielki facet, który leżał teraz twarzą w dół na środku pomieszczenia z kawałkiem metalu wystającym z pleców.

Gdy dotarłem do sali, w której piętnaście minut wcześniej kłóciłem się z Miklosem i Jasmine, temperatura była już dość wysoka. Osłaniałem twarz ręką, czując, że płomienie przypiekają mi skórę przez mundur z nanotkaniny. Nawet ja nie byłem w stanie znieść przez dłuższy czas temperatury w okolicach stu stopni. Zrobiłem komunikatorem nagranie wideo pomieszczenia, ale musiałem się ostatecznie wycofać. Przeszukałem resztę piętra, jednak nie znalazłem nikogo żywego, co było dość przygnębiające.

Gdy opuściłem płonący kompleks biurowy, zobaczyłem biegnącą w moją stronę grupę marines. Nie byli to wartownicy, ale oddział szturmowy.

– Sir. – Dowódca zasalutował. – Jestem tu, żeby pana stąd zabrać.

Miał na sobie lekki pancerz, podobnie jak pozostali. Jego twarz zasłaniał hełm, ale znałem ten głos.

– Gaines, to ty?

– Tak, sir.

Major Bjorn Gaines był moim dobrym przyjacielem. Cieszyłem się, że osobiście się zjawił, i nie zaskoczyło mnie to. Był krępym, czarnoskórym facetem, który często dowodził oddziałami w czasie walk na planetach.

Rozejrzałem się wokół.

– Niezły burdel, co? Szkoda, że musiało zginąć tylu dobrych ludzi.

– Sir, musimy ruszać. Transport czeka na dachu.

– Dobrze. Miałem nadzieję, że kogoś tu uratuję, ale nie znajduję nawet złotej statuetki, którą dostałem wczoraj od Turków.

– Słucham, pułkowniku?

– Mniejsza z tym. Idziemy.

Byłem w połowie schodów, gdy zdałem sobie sprawę, że Jasmine została sama w kabinie windy. Skrzywiłem się na myśl o tym. Nie zostawia się swojej dziewczyny w niebezpieczeństwie. Zatrzymałem się, a Gaines zrobił to samo.

– Zaczekajcie. Muszę wrócić na parter.

– Po co, sir? – spytał Gaines. Nie widziałem jego twarzy, ale zapewne przewracał oczami.

– Muszę zabrać Jasmine z windy.

Patrzył na mnie przez chwilę.

– Zostawił ją pan tam?

– Tak.

– Możemy po nią iść. Zaraz wyślę tam ludzi. Nasz transport…

– Nie – powiedziałem stanowczo. – Nie odlatuję. Znasz kobiety tak samo dobrze, jak ja. Wracam po nią.

Westchnął i podążył za mną w dół, uznawszy, że nie ma sensu się kłócić. Gdy do głowy przyszedł mi jakiś pomysł, nie porzucałem go łatwo.

W czasie gdy zbiegaliśmy po schodach, próbowałem wymyślić, co powiem Jasmine. Musiałem jakoś ją podejść. Nie było mnie na tyle długo, że odpadały wymówki w rodzaju „wspinaczka zajęła mi więcej, niż się spodziewałem”.

Gdy dotarliśmy na miejsce, miałem płonną nadzieję, że ktoś uratował już Jasmine. Hol opróżnił się, a ekipy ratownicze albo zajmowały się rannymi na zewnątrz, albo martwiły się mną.

Przyjrzałem się ludziom Gainesa, a przede wszystkim ich sprzętowi. Jeden z nich miał przy sobie łom, który odpiąłem od jego plecaka bez pytania i otworzyłem drzwi windy jak puszkę. Metal rozsunął się z głośnym zgrzytem.

Wetknąłem do środka głowę, ale Jasmine tam nie było.

– Cholera. Musiała pójść za mną w górę szybu. Pomóżcie mi rozsunąć drzwi na tyle, żebym mógł się przecisnąć.

Gaines położył mi dłoń na ramieniu.

– Damy radę, sir. Powinien pan pozwolić się ewakuować. Ekipy ratownicze zrobią swoje.

– Tak, wiem. Ale jeśli to akcja ratunkowa, chcę, żeby zobaczyła moją twarz jako pierwszą, gdy ją znajdziemy.

– Dobrze, pan tu rządzi.

Gdy otworzyliśmy drzwi, wszedłem do środka i zacząłem ją wołać przez otwór w dachu kabiny. Było tam ciemno i cicho. Nie odpowiadała. Próbowałem połączyć się przez komunikator, ale bezskutecznie.

Zaczynałem się poważnie martwić. Wyskoczyłem na dach, a za mną reszta oddziału.

Gdy w końcu ją znalazłem, próbowała wcisnąć się do jakiegoś biura przez szyb wentylacyjny. Była silna dzięki nanitom we krwi, ale utkwiła w wąskiej przestrzeni. Wyciągnąłem ją za nogi.

– Cześć, kochanie! – powiedziałem wesoło.

Wyglądała na oszołomioną.

– Nie wiedziałam, co się z tobą dzieje!

– Wróciłem po ciebie, ale cię nie było.

Kaszlała, ale uśmiechnęła się lekko.

– Spodziewałeś się, że będę tam siedzieć po wieki wieków?

– Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

Spojrzała przez moje ramię na oddział ewakuacyjny. Gaines niecierpliwie wskazał, że mamy iść za nim.

– Miałam nadzieję, że nikt zobaczy, jak utknęłam w tym szybie.

Roześmiałem się.

– Dlatego nie odpowiadałaś na wezwania?

Wzruszyła ramionami.

– Pycha kroczy przed upadkiem. Zabierajmy się stąd.

Zanim opuściliśmy szyb windy, pocałowała mnie lekko.

– Cieszę się, że to ty mnie stamtąd wyciągnąłeś, Kyle.

Uśmiechnąłem się szeroko. Bingo! Udało mi się.

– Oczywiście, że ja! Przepraszam, że tyle mi to zajęło. Znalazłem po drodze kilka ofiar wybuchu.

– Ktoś przeżył?

Pokręciłem głową.

– Nie na moim piętrze.

– Dach, sir? – przypomniał Gaines.

Staliśmy teraz w holu i widzieliśmy, że na ulicy gromadzą się dziennikarze. Drony z kamerami unosiły się za nimi jak brzęczące osy.

– Niech transport przyleci za pięć minut – poleciłem.

– Co? – spytał Gaines zaskoczony, ale już wychodziłem przed budynek.

Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, dramatycznym gestem wsparłem Jasmine. Była dość zaskoczona.

– Mogę iść sama – syknęła.

– Nie możesz. Jeszcze nie.

Jasmine była zażenowana, ale ja grałem pod publiczkę. Każda kamera wysyłała teraz obraz do jakichś mediów. Jasmine uśmiechała się wstydliwie. Wiedziałem, że będą z tego niezłe zdjęcia na pierwsze strony portali internetowych, z nagłówkami o heroicznej akcji ratunkowej.

„Kapitan Sarin, partnerka pułkownika Riggsa, widowiskowo uratowana z miejsca ataku…”