ImperiumTekst

Z serii: Star Force
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Imperium
Imperium
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Imperium
Audio
Imperium
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  25,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Star Force Series #6. Empire

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem ficyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-40-1

ISBN MOBI: 978-83-65661-41-8

Rozdział 1

Stałem na mostku stacji bojowej i wpatrywałem się w sferę pełną fotoreaktywnych nanitów. Nazywaliśmy ten system obrazowania trójwymiarowego „holotankiem”. Trochę zajęło przyzwyczajenie się do niego, ale na pewno lepiej przedstawiał bitwy kosmiczne niż nasze dawne stoły z ekranami. Podstawę jednostki otaczały konsole z płaskimi ekranami dotykowymi. Położyłem palce na konsoli i obraz w holotanku zmienił się, pokazując dane z całego układu Edenu.

Podobnie jak w innych układach gwiezdnych, i tutaj znajdowały się dwa pierścienie. Były to masywne, zbudowane przez obcych portale międzygwiezdne. Większość z nich została zlokalizowana w przestrzeni kosmicznej, na stałych orbitach. Miały całe kilometry średnicy i z tego, co było nam wiadomo, zbudowano je z materii gwiezdnej. Okręt przelatujący przez pierścień natychmiast przenosił się w inne miejsce, zwykle w innym układzie gwiezdnym.

Nie wiedzieliśmy, kto stworzył te niesamowite struktury, ale stanowiły one jedyną dostępną metodę podróży międzygwiezdnych. Nasze okręty nie były dość szybkie, by pokonywać takie przestrzenie. Zajęłoby im to wiele lat.

Pierścienie łączyły ze sobą długi łańcuch układów. Jedno z jego ogniw stanowiła Ziemia, kolejne – Bellatrix. Po tej stronie łańcucha odkryliśmy poza Edenem tylko jeden układ, który nazwałem Thor. Łącznie odwiedziliśmy ich sześć.

Stacja bojowa, na której pokładzie się znajdowałem, była jedyna w swoim rodzaju. Zbudowałem ją bardzo blisko jednego z pierścieni, aby ochronić układ Edenu przed inwazją. Jak zamek na przełęczy, strzegła go przed intruzami, skupiając wszystkie siły obronne na jednym małym punkcie wejścia. Zarówno stacja, jak i pierścień orbitowały wokół Helu –

najzimniejszej, najdalszej od słońca planety w układzie. Po drugiej stronie znajdował się układ Thora, zamieszkany przez niezbyt przyjazny gatunek Skorupiaków. Nie wiedzieliśmy, dokąd dalej prowadzi łańcuch. Podejrzewałem, że połączonych nim gwiazd jest o wiele więcej, a wokół każdej orbitują obce światy.

Holotank rutynowo pokazywał lokalną sytuację taktyczną. Znów przełączyłem konsole, zmieniając obraz. Pojawiły się zielone światełka lecące przez kosmos. Symbolizowały moje okręty, rozrzucone wokół gwiazdy Edenu. Większości z nich kazałem pilnować drugiego pierścienia, który pośrednio prowadził do Ziemi.

Nie potrzebowałem okrętów tutaj, przy pierścieniu połączonym z Thorem. Wystarczyła stacja bojowa, której zbudowanie wymagało sporego wysiłku. Nie została jeszcze ukończona i nie miałem dość ludzi, by ją w pełni obsadzić, ale już stanowiła fortyfikację. Nikt nie mógł przelecieć przez portal, nie mając do czynienia z tym pogranicznym monstrum.

Spędziłem godzinę na czytaniu raportów i określaniu tras patroli. Nie działo się nic szczególnego. Opuściłem centrum dowodzenia, szedłem długimi, niosącymi pogłos korytarzami. Stacja bojowa była wielkości drapacza chmur i jeżyła się od broni. Niepokoiło mnie trochę, że być może wpakowałem zbyt wiele zasobów w ten fort i zaniedbałem flotę. To była elementarna luka w mojej strategii. Wystarczy spytać każdego dowódcę wojennego, a ten odpowie, że potrzebne są floty, nie tylko forty. Fortyfikacje były tanie i potężne, ale nie mogły ruszyć naprzeciw wroga. Jeśli Ziemia zostanie zaatakowana, a Crow będzie błagał mnie o pomoc, ta monstrualna stacja kosmiczna może okazać się kolosalnym marnotrawstwem. Jeśli okaże się, że zbudowałem ją w złym miejscu, nie uratuje ani jednego ludzkiego życia.

Podszedłem do wielkiego okna obserwacyjnego po słonecznej stronie. Odsunięto osłony i widziałem gwiazdy gołym okiem. Wpatrywałem się w surowe piękno przestrzeni kosmicznej. Poza stacją widać było tysiące świetlnych punkcików. Tak daleko od słońca klasy G gwiazdy świeciły intensywnie na tle absolutnej czerni.

Buty stukały o metalową podłogę. Podszedłem do wielkiego okna. Stała tam Sandra, niemal przyciśnięta do mroźnej kwarcowej powierzchni. Przypominała mi domowego kota, wyglądającego przez okno na świat.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę.

– Wiedziałam, że przyjdziesz mnie szukać. – Rzuciła mi uśmiech przez ramię. Następnie odwróciła się w stronę kosmicznej otchłani, która obracała się na naszych oczach.

– Myślę, że na razie powinniśmy dać sobie spokój ze stacją i wrócić na planety, przekierować produkcję fabryk na mobilne systemy obronne.

– Okręty?

– Tak.

Stanąłem obok niej przy oknie. Nie ruszała się, wciąż wpatrzona w gwiazdy.

– Czasami je widzę – powiedziała. – Moje oczy nie są już normalne. Widzę, gdy coś tam się rusza, kiedy jeden z naszych okrętów zasłania którąś z gwiazd.

Milczałem. To, co mówiła, nie powinno być możliwe. Okręty były za daleko, zbyt małe w stosunku do gwiazd. Może zauważyłby to specjalny teleskop. Ale nikt, nawet sama Sandra, nie rozumiał możliwości jej nowego ciała. Była częściowo człowiekiem, częściowo nanitowym superżołnierzem, a częściowo czymś innym. Zmieniła ją wymarła kolonia mikrobów. Była jedyna w swoim rodzaju. Sam pod nadzorem Marvina odbyłem kąpiele w mikrobach, ale wtedy działały jedynie punktowo i pod kontrolą. Sandrę zmieniły same, eksperymentując na jej ciele.

– Myślałem, że gdy sam przez to przeszedłem, staliśmy się sobie bliżsi. Prawda?

Teraz na mnie spojrzała. Wydawała się zakłopotana.

– Po to to zrobiłeś? Nie, żeby być pierwszym człowiekiem, który zaryzykuje życie, lądując na gazowym olbrzymie?

W zasadzie to nie wylądowałem na gazowym olbrzymie, o ile w ogóle to możliwe. Jedynie zanurzyłem się kilka tysięcy kilometrów w głąb gęstej atmosfery. Spotkałem tam Niebieskich i rozmawiałem z nimi w ich naturalnym środowisku. A co ważniejsze, przeżyłem.

Kwestia zmian w jej i moim ciele była nieco drażliwym tematem, więc postanowiłem go zmienić. Znów skierowałem uwagę na zewnętrzną scenerię. Wiedziałem, że moje okręty gdzieś tam są, ciemne i nie do zauważenia gołym okiem między przypominającymi klejnoty gwiazdami. Przegrupowałem je, kiedy wygoniliśmy makrosy z układu. Jeden okręt patrolował każdą z zamieszkałych planet, a pozostałe krążyły wokół drugiego pierścienia.

– Jak myślisz, co się dzieje na Ziemi? – spytałem.

– Zapewne Crow przejmuje kontrolę – odpowiedziała cicho.

– Skąd taka pewność?

– Gdyby miał poważne kłopoty, błagałby już o pomoc. Gdyby miał niewielkie kłopoty, narzekałby. Skoro siedzi cicho, to nie jest dobrze. Wtedy coś knuje.

Skinąłem głową.

– Twoja analiza pasuje do mojej. On coś planuje. Nie mówi nic, bo chce nas wziąć z zaskoczenia.

– Już wcześniej go nie doceniałeś. Zastanówmy się. Co najgorszego mógłby zrobić?

Wzruszyłem ramionami.

– Wysłać na nas flotę. Dość okrętów, by nas sobie podporządkować. Albo coś innego, co nie przyszłoby mi do głowy.

– Co z tym zrobimy?

Spojrzeliśmy po sobie. Wydawała się odprężona, ale widziałem w jej oczach niepokój. Uśmiechnąłem się lekko.

– Nie martw się. Sam buduję flotę.

– Mamy tylko trzystu marines. Gdy każdego wytrenujesz w pilotowaniu okrętów, co zrobimy?

Zmarszczyłem brwi. Miała rację. Moja stacja bojowa była sprawna, a ja miałem pewność, że powstrzyma małą inwazję makrosów, sto okrętów lub mniej. Ale nie po obu stronach układu równocześnie.

– Moglibyśmy zbudować drugą stację przy pierścieniu do Heliosa.

Pokręciła głową.

– Skąd weźmiesz materiały?

– W tym problem. Przy drugim pierścieniu nie mamy pod ręką planetoidy, którą można przekopać w poszukiwaniu metali i paliwa. Nie wiemy nawet, czy ta stacja powstrzyma makrosy, gdy znów się zjawią. Jak wielka będzie flota wroga, gdy w końcu przyleci? To dość niepokojące nie wiedzieć, jakimi siłami dysponuje wróg.

– Nadal brak danych?

– Zero.

– W takim razie musimy zgadywać, i to dobrze.

Nie uśmiechało mi się, że to ja mam zgadywać. Makrosy nie miały papierów ani plików na twardych dyskach, objaśniających ich plany. Na tyle, na ile udało nam się stwierdzić po przeanalizowaniu ich sztucznych mózgów, nie miały żadnego wielkiego planu. Działały jak kopce termitów. Każda jednostka była połączona z innymi w zasięgu komunikacji. Każda robiła swoje bez żadnego centralnego dowodzenia poza co najwyżej układem gwiezdnym. W pewnym sensie były scentralizowane i zdecentralizowane jednocześnie. Gdy siły makrosów były dość blisko siebie, by koordynować działania, robiły to automatycznie, ale nie wydawały się mieć jakiejś ogólnej strategii.

 

Kiedyś myślałem, że może jest jakiś inny rodzaj makrosów, jednostek dowódczych. Ale teraz porzuciłem ten pomysł. Wyglądało na to, że stają się inteligentniejsze, gdy jest ich sporo w małej odległości. Ale to wynikało z ich konstrukcji, a nie z istnienia jakiejś zwierzchniej kasty. Gdy się do siebie zbliżały, automatycznie zaczynały wspólnie przetwarzać informacje. W ten sposób powstawało tak zwane dowództwo makrosów. W pewnym sensie, gdy rozmawiałem z ich dowództwem, tak naprawdę komunikowałem się ze wszystkimi makrosami w okolicy. Nie było żadnego supermakrosa, który nimi dowodził.

Logika mówiła, że mniejsze grupy powinny być głupsze i że powinno brakować im strategii. Nie miały żadnego wielkiego planu, po prostu serię heurystycznych zasad, którymi się kierowały. Najwyraźniej im to jednak nie przeszkadzało. Poszczególne kolonie nieźle radziły sobie z rozbudową sił do czasu przejścia do kolejnego układu gwiezdnego w łańcuchu. Nie potrzebowały planu, który zresztą trudno byłoby koordynować na tak wielkiej przestrzeni. Jeśli każdy mały robot wykonywał swoje zadanie, skutek i tak stanowiła potężna horda maszyn bojowych.

Nie mogłem wiedzieć, jak wielka będzie kolejna flota, przez co nieustannie się martwiłem. Wiedziałem, że stacja poradzi sobie z flotami wielkości tych, jakie do tej pory widzieliśmy, ale może były to jedynie niewielkie misje zwiadowcze na obrzeżach ogromnego imperium.

– Wylatuję jutro – powiedziałem. – Odwiedzę wewnętrzne planety i zobaczę, jak radzą sobie nasi ludzie. Lecisz ze mną?

W końcu uśmiechnęła się szeroko.

– Spróbuj tylko mnie powstrzymać. Mam dość tej świecącej pustkami stacji. Powietrze na niej jest zatęchłe, niezależnie od tego, iloma zbiornikami alg ją wypełnisz.

Poszliśmy do naszej kwatery. Sandra nie była szczególnie zadowolona z moich niedawnych relacji z kapitan Sarin, ale przeszło jej, gdy Jasmine opuściła układ. Osobiście się cieszyłem – odzyskałem swoją dziewczynę i znowu dzieliliśmy łóżko.

Na stacji zapadła sztuczna noc. Kadłub dziwnie brzęczał i skrzypiał. Wewnętrzne warstwy fortu były grubymi płytami metalu, ale zewnętrzny pancerz składał się ze skał. Warstwy wciąż się przesuwały, jako że poszczególne metalowe sektory poszerzały się i kurczyły w reakcji na źródła promieniowania. W dodatku stacja powoli się obracała, wystawiając kolejne części kadłuba na promieniowanie gwiazdy, a następnie na mroźną pustkę.

Sandra i ja przyzwyczailiśmy się do hałasów i nie przeszkadzało nam to w byciu podobnie głośnymi. Myśl, że rano opuścimy stację, chyba dodała nam obojgu energii.

Jako w pewnym sensie nowo narodzony człowiek, byłem teraz w stanie dotrzymać tempa Sandrze. Pomyślałem, że przyjemnie będzie w końcu nie obudzić się poobijanym.

Nasza miła impreza pożegnalna nie potrwała jednak do rana. Długo przed końcem nocnej zmiany odezwały się syreny i rozbłysły światła alarmowe, zanurzając nasze spocone ciała w rytmicznym bursztynowym pulsowaniu.

Rozdział 2

Syreny sprawiły, że natychmiast się rozbudziłem. Wciąż nagi i ociekający potem, przycisnąłem ścianę pięcioma palcami. Natychmiast wyrósł z niej interfejs komunikacyjny. Inteligentny metal rozpoznał mnie i wyświetlił dostępne opcje. Przycisnąłem co trzeba i w kwaterze rozległ się głos:

– Sir? Pułkowniku Riggs?

– Mów, Welter.

Komandor Welter był moim pierwszym oficerem i dowodził stacją, gdy nie byłem na służbie. Jego głos mnie nie zaskoczył, ale nieco zirytował. Pomyślałem, że dopiero co udało mi się zasnąć, więc lepiej, żeby nie chodziło o drobną usterkę. Welter miał tendencję do nadmiernego przejmowania się detalami. Sprawiało to, że był świetnym pierwszym oficerem, ale bywał też wkurzający.

– Zwiadowca jeden wrócił do bazy, sir. Coś wypatrzyli.

– Ile okrętów? Jakiego typu? – spytałem, siadając na łóżku i kierując stopy w stronę butów. Buty to wyczuły, rozpoznały właściciela i owinęły się wokół moich stóp.

– Właśnie przeglądam raport – odparł Welter. – Proszę dać mi dziesięć sekund.

– Co się dzieje, Kyle? – szepnęła za moimi plecami Sandra.

Wzruszyłem ramionami, starając się tymczasem aktywować spodnie. Kolejna część garderoby próbowała chwycić mój tors, ale zrobiłem unik. Inteligentne ciuchy były świetne, ale czasami grały mi na nerwach. Nadal nie byłem pewien, czy to dobry pomysł. Nie zawsze rozumiały, kiedy chciałem pozostać nagi, na przykład pod prysznicem. Czasami zastawiały na mnie pułapki, zasadzając się za szafą albo rzucając na mnie z podłogi.

– Cholera – powiedziałem, strząsając kurtkę. Musiałem najpierw założyć spodnie, żeby części skafandra prawidłowo się połączyły. Jeśli czekała nas bitwa, chciałem, żeby kombinezon działał jak należy w przypadku nagłej utraty ciśnienia. Kurtka nie poddawała się. Trzymała się łokcia, wyrywając mi przy okazji kilkadziesiąt włosków. Trochę tak, jakbym był owinięty taśmą klejącą.

– Pułkowniku? – odezwał się znów Welter. – Nadlatuje okręt. Nieznana klasa. Z wodnych księżyców Skorupiaków.

– Tylko jeden? – zdziwiłem się. – Alarm przez tylko jeden okręt? Jest jakiś wielki czy coś?

– Nie, sir. Według raportu jest wielkości jednego z naszych krążowników.

Skinąłem głową.

– Spory, ale to nie powód do paniki. Nadają?

– Tak, sir. Twierdzą, że mają misję na rzecz zrozumienia i jasności.

– Czy chodzi o misję dyplomatyczną?

– Nie wiem, sir. Poprosiłem ich o nieco bardziej zrozumiały przekaz, jeszcze zanim tu dolecą. Zwiadowcy przekazali wiadomość, na co tamci odparli, że lecą nas „osobiście oświecić”.

– Świetnie. Czas przybycia?

– Jakieś sześć godzin.

Jęknąłem. Ale w końcu udało mi się założyć spodnie.

– Sześć godzin? Ogłaszasz pełny alarm dla jednego okrętu dyplomatycznego, który przyleci dopiero za sześć godzin?

– Ja tylko wykonuję rozkazy. Pańskie rozkazy.

Przerwałem połączenie i mruknąłem coś niemiłego o matce Weltera.

Sandra stała obok mnie, naga i piękna.

– Nie weźmiesz prysznica? Wygląda na to, że masz jeszcze czas. A naprawdę ci się przyda.

Westchnąłem ciężko. Miała rację. Wcisnąłem odpowiednie przyciski na ubraniu, które spadło na podłogę. Oddaliłem się, zanim zmieniło zdanie, i ruszyłem w stronę kabiny prysznicowej.

Odświeżony, ale nieco śpiący, ruszyłem przez serię nanitowych drzwi, które rozpływały się, gdy nadchodziłem. Oprócz nich były też ciężkie, automatyczne grodzie, które otwierały się z sykiem i zamykały z brzęknięciem. Gdy dotarłem do mostka, zdążył się tam zgromadzić mój sztab.

Alarm uruchomił jeden z moich okrętów zwiadowczych. Dwa z nich wysłałem na drugą stronę pierścienia, do układu Thora, który zamieszkiwały Skorupiaki. Miały wyraźne rozkazy: gdy tylko wykryją cokolwiek nietypowego, jeden z nich ma wrócić na naszą stronę i to zgłosić. Drugi powinien pozostać po tamtej stronie i obserwować sytuację do czasu, aż będzie bezpośrednio zagrożony. Dopiero wtedy miał się wycofać i również zdać raport.

Wydałem takie rozkazy, aby zabezpieczyć się przed atakiem z zaskoczenia. Jeśli coś będzie się działo po drugiej stronie, chciałem o tym wiedzieć. Szybko zdałem sobie sprawę, że jeden okręt nie wystarczy. Gdyby zwiadowca od razu wrócił, dostalibyśmy wczesne ostrzeżenie, ale brakowałoby nam szczegółowych informacji. Dlatego zdecydowałem się na dwie jednostki.

Skorupiaki były dziwnym gatunkiem. Jak sama nazwa wskazuje, wyglądały mniej więcej jak homary. Były to jednak inteligentne, gigantyczne, ośmionogie homary. Skorupy miały grube i niebieskie. Zdecydowanie były gatunkiem wodnym. Wiedzieliśmy, że mogły przetrwać w atmosferze takiej jak nasza, ale wolały funkcjonować pod wodą.

Ich układ gwiezdny składał się z trzech gazowych olbrzymów i całej masy skalistych planet, okrążających dwa słońca – jasną, białą gwiazdę klasy F i małego czerwonego karła. Z jakiegoś powodu nazwałem większą z gwiazd Thorem, a mniejszą Lokim. Z tego, co wiedziałem, same gazowe olbrzymy nie były zamieszkane, ale jeden z nich znajdował się w strefie, w której mogła występować woda w stanie ciekłym. Otaczały go pokryte oceanami księżyce, na których mieszkały Skorupiaki.

Choć ich światy wyglądały na całkiem przyjemne, kosmici nie byli zbyt przyjaźni. Okazywali podejrzliwość i od początku z nami rywalizowali. W każdym stwierdzeniu doszukiwali się zniewag i często je znajdowali. Lubili się też przechwalać, dlatego sprawiali wrażenie snobów. Nie lubiłem z nimi rozmawiać, ale nie chciałem kierować się uprzedzeniami. W końcu toczyliśmy wojnę biotów przeciwko maszynom i wszystkie żywe istoty powinny być po tej samej stronie – nawet te nieznośne.

Nalałem sobie kawy i spojrzałem na swoich ludzi nieprzytomnymi oczami. Nie byłem zbyt zmęczony – marines pełni nanitów i mikrobowych usprawnień mogli sporo znieść. Jednak nasze mózgi też potrzebowały snu.

– Czy próbowaliśmy nawiązać dalszy kontakt z okrętem? Czego właściwie chcą?

– Wciąż nie odpowiadają na pytania. Mówią tylko, że przybywają nas „oświecić”, cokolwiek to może znaczyć.

Skorupiaki były zadufaną w sobie rasą, która uważała się za największych myślicieli w kosmosie. Lubili wykazywać, że wszyscy inni się mylą. Tym razem najwyraźniej chcieli też być tajemniczy.

Oczywiście ufałem sile bojowej swojej stacji. Pojedyncza jednostka Skorupiaków nie miałaby z nią szans w razie próby ataku. Skorupiaki zbudowały całkiem imponujący okręt i zapewne chciały pochwalić się, jak bardzo zaawansowany jest w porównaniu z naszymi.

Czekaliśmy. Na pokładzie stacji znajdowało się jedynie czternaście osób. Większość z moich podwładnych była w załodze jednego z okrętów lub w oddziale desantowym marines. Czternaścioro w zupełności wystarczyło do obsadzenia stacji, dzięki jej centralnemu sterowaniu. Została zaprojektowana tak, aby mogło ją obsadzić tysiąc osób. Inspirowałem się łańcuchem dowodzenia makrosów. Działami można było sterować z mostka. Gdybym miał pełną załogę, mogłaby też obsadzić bezpośrednio pojedyncze baterie na wypadek uszkodzenia centralnego punktu dowodzenia.

– Pozwolimy im po prostu wlecieć do doku? – spytał po raz dziesiąty komandor Welter. Niepokoił go widok zbliżającego się okrętu obcych.

– Tak. Co innego nam zostaje? Przeskanowaliśmy jednostkę, na pokładzie jest tylko jeden homar. Nie usmażę dyplomaty za to, że przyleciał porozmawiać.

– Co, jeśli zacznie sprawiać kłopoty?

– Wtedy możesz załadować główne działo elektromagnetyczne i osobiście go rozwalić na atomy.

Welter uśmiechnął się na tę myśl, podobnie jak paru innych członków załogi. Nikt nie przepadał za zarozumiałymi Skorupiakami.

Czekaliśmy dalej. Po sześciu godzinach drugi okręt zwiadowczy wrócił na naszą stronę, a jego pilot zdał raport.

– Przelatuje, pułkowniku.

– Dobrze, a teraz wracaj tam i obserwuj dalej.

– Pułkowniku – odezwał się Welter – sugeruję, aby skontaktować się z Ziemią i dać im znać o sytuacji.

Myślałem o tym. Ziemia ostatnio nawet nie odpowiadała na moje raporty, ale ponoć takie mieliśmy zadanie.

– Zrobię to, gdy dowiemy się, czego chcą Skorupiaki.

Welter nie był szczególnie zadowolony z tej decyzji, ale nie powiedział nic więcej. Nadal czekaliśmy. A tymczasem pojawił się piętnasty członek załogi. Marvin wleciał do pomieszczenia, ciągnąc za sobą swoje metalowe cielsko z masą stalowych macek.

– Czy posłaniec przybył? – spytał.

– Za chwilę.

– Świetnie. Niedługo wszystko będzie dla nas jasne. Lecę na dolne pokłady, jeśli to panu nie przeszkadza, pułkowniku.

Spojrzałem na niego z ukosa. Zauważyłem, że skupia na mnie sporo kamer jednocześnie, co oznacza, że bardzo interesuje go moja odpowiedź. Wyglądało na to, że dziś korzystał z siedmiu wzmocnionych kamer wojskowych. Nie była to dla niego standardowa konfiguracja, zwykle wolał dokładniejszy sprzęt naukowy. Myślałem, żeby spytać go, czemu szykuje się do bitwy, ale nie zrobiłem tego. I tak zostało nam tylko kilka minut.

– Dobrze, Marvin – stwierdziłem. – Nie potrzebujemy cię tutaj. Możesz się udać, gdzie chcesz.

Robot przybrał cylindryczny kształt i wymknął się przez okrągły otwór w podłodze. Wszyscy obecni przyglądali się, jak odchodzi. Załoga już się nieco do niego przyzwyczaiła, ale mimo wszystko ludzie wciąż przewracali oczami na jego widok. Był dziwny, ale w znajomy sposób, zupełnie jak nietuzinkowy, mieszkający na strychu wujcio.

– Oto i on – oznajmił Welter.

Mój wzrok powędrował do holotanku na środku pomieszczenia. Okręt Skorupiaków przeleciał przez pierścień bez większego szumu. Nie było wybuchu promieniowania po jego przybyciu. Po prostu bezszelestnie przeleciał z innej części Galaktyki do układu Edenu.

 

Oczywiście od razu go przeskanowaliśmy. Sprawdziłem wszystkie odczyty – wydawały się w porządku. Okręt był uzbrojony, ale nie wyglądał na latającą bombę z głowicami fuzyjnymi. Na pokładzie znajdowały się radioaktywne pierwiastki, ale na krążowniku tej wielkości można się było tego spodziewać, dokładnie w takiej ilości i rodzaju. Gdyby wystrzelił do naszej bazy z bardzo małej odległości, na pewno by ją uszkodził, ale za cenę utraty niezłej jednostki. Byłem pewien, że wielowarstwowy pancerz i rozproszone systemy mojej stacji bojowej wytrzymałyby atak. Chyba nie mieliśmy wyboru, jeśli chcieliśmy z nim porozmawiać. Istniało niewielkie ryzyko ataku, ale normalizacja stosunków z tymi pyszałkami była warta jego podjęcia.

Okręt obcych wytracił nagle prędkość, podlatując do stacji. Najwyraźniej planował zadokować. Konstrukcja jednostki była dla mnie nowa. Kadłub miał dość dziwny kształt –

zamiast geometrycznego, symetrycznego planu widziałem wybrzuszenia w pozornie przypadkowych miejscach. Okręt wydawał się pozbawiony równowagi, ale zapewne dla Skorupiaków był czymś pięknym.

– Przelatuje przez główne pole minowe – poinformował Welter, majstrując przy panelu sterowania holotanku.

Rozejrzałem się i stwierdziłem, że większość załogi nie robi nic, tylko się gapi.

– Uwaga, macie się wszyscy rozejść. Sandra, Welter – wy zostańcie. Lester, udaj się do maszynowni. Pramrod, do sekcji naprawczej. Reszta niech obsadzi baterie dział. Tam również możecie pić kawę i patrzeć na ekran.

Przez chwilę na mnie spoglądali, po czym ruszyli się z miejsc. Nikt nie kwestionował moich rozkazów, ale niektórzy wyglądali na skonsternowanych. Zmarszczyłem brwi. Byli nieźle wyszkoleni, choć nieco zbyt powolni.

– Ruszać się! – ryknąłem nagle, klaszcząc. – Za dziesięć sekund nie chcę widzieć nawet waszych tyłków. Wynocha!

Wreszcie do nich dotarło. Wszyscy pobiegli do korytarzy i wind prowadzących ku dalszym częściom stacji. Gdy już ich nie było, zauważyłem, że Sandra patrzy na mnie zamiast na holotank. Okręt Skorupiaków był już w połowie drogi między pierścieniem a stacją.

– Co to było, Kyle?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Ale gdy zobaczyłem, jak Marvin się ulatnia, uznałem, że może jest mądrzejszy niż my. Co byś zrobiła, gdybyś miała tylko jeden okręt, który miałby przeprowadzić samobójczy atak? Gdzie byś uderzyła?

Szeroko otworzyła oczy.

– Mostek?

– Dlaczego nie?

– Ale nie mogą wie… – zaczęła mówić.

– Obcy okręt dokuje za dziewięćdziesiąt sekund – przerwał jej Welter donośnym, ale spokojnym głosem. Zajmował stanowisko sternika, mimo że stacja nie była zdolna do samodzielnego lotu. Mógł jednak kierować jej nachyleniem, obracając olbrzymią konstrukcją. Dzięki temu w razie potrzeby, gdyby część stacji została uszkodzona, moglibyśmy strzelać z kolejnych dział. Miałem nadzieję, że nigdy nie będę miał okazji się przekonać, jak układy sprawują się pod ostrzałem.

Sandra spojrzała na niego i znów na mnie. Odezwała się w końcu szeptem:

– Nie mogą wiedzieć, że mamy tylko garstkę ludzi na pokładzie.

– Nie mogą. Ale może i tak to wiedzą. Nie zrozum mnie źle, mam nadzieję na pokojowe pogaduszki. Może zdali sobie sprawę, że czas całować ludzi w tyłki za ochronę. Szanuję to. Ale już wcześniej nas zaatakowali, więc nie zamierzam dać się wykiwać ponownie.

Razem patrzyliśmy więc, jak okręt Skorupiaków wyhamował i wleciał do doku. Widok automatycznie przełączył się na kamery wewnętrzne. Holotank pokazał, że okręt połączył się ze stacją i rejestrowała go jedynie kamera w hangarze, który otworzył się szeroko.

Dałem Sandrze znak, by włączyła kanał komunikacyjny.

– Przybyłeś, ambasadorze – powiedziałem. – Skoro już tu jesteś, może podasz nam swoje imię?

Na ekranie pojawił się niebieskawy blask, który rósł, aż zobaczyłem sylwetkę Skorupiaka siedzącego w pomieszczeniu wypełnionym wodą, w której pływały różnego rodzaju przedmioty. Wokół jego czułków krążyły brązowe płatki. Ambasador był kiepsko oświetlony. Zapewne tak się czuł najlepiej. Mieszkająca na dnie morza istota nie była przyzwyczajona do jasnego światła.

– Ambasador? – odparł kosmita. – Tak, ten tytuł można uznać za odpowiedni. Jestem samicą Piątego Stopnia, starszym adiunktem. Zaszczycam cię bardzo swoją obecnością tutaj, pozwalając, byś mnie oglądał. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wielkim darem jest moje przybycie?

Te aroganckie owoce morza potrafiły być cholernie irytujące. Zmusiłem się do uśmiechu, starając się robić dobrą minę do złej gry. Wziąłem głęboki oddech i stwierdziłem, że dostosuję się jednak do ich stylu.

– Jesteśmy wniebowzięci, wasza wielkoduszność – odparłem. – Słowa nie są w stanie wyrazić, jak bardzo cieszy nas wasz majestat.

Czułki falowały przez chwilę, po czym uniosły się nieco w wodzie, otaczającej kolczastą głowę ambasadora. Uznałem, że Skorupiakowi spodobało się tłumaczenie, które otrzymał.

– Doskonale. Dobrze jest, gdy pomniejsze istoty pojmują majestat poświęcenia, którego będą świadkami. Cokolwiek innego byłoby nieodpowiednie.

Mój uśmiech nieco zrzedł, gdy próbowałem stwierdzić, o co chodzi kosmicie. Czasami obcy używali idiomów, które z początku wydawały się nie mieć sensu.

– Być może czas, byśmy poznali cel twojej misji. Oświeć nas, proszę.

Czułki znów się poruszyły, po czym stanęły w miejscu.

– Zgoda – odparło wodne stworzenie.

Otworzyłem usta, by coś dodać, ale myśl w jednej chwili wyleciała mi z głowy. Do dziś nie jestem w stanie ustalić, co właściwie zamierzałem powiedzieć.

Bo w ułamku sekundy statek ambasadora Skorupiaków eksplodował.