ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  25,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

t

Tytuł oryginału: Star Force #11. Exile

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-03-1

ISBN MOBI: 978-83-66375-04-8

Rozdział 1

Ze snu wyrwał mnie ryk syren. Wstałem. Było ciemno.

– Włącz przytłumione światła – poleciłem mózgowi Nieustraszonego. Włożyłem mundur, po czym wybiegłem z sypialni, zostawiając Adrienne, która usiadła na łóżku, trąc oczy.

– Co się, do cholery, dzieje? – zapytałem po dotarciu na mostek.

Wachtę pełnił mój oficer wykonawczy i prawa ręka, starszy chorąży Hansen. Jego łysina odbijała światło ekranów. Wskazał holowyświetlacz.

– Coś, albo raczej trzy cosie wyskoczyły z jednego z okien i ścigają Marvina.

Oknami nazwaliśmy otwory w licznych powierzchniach Kwadratu – dziwacznej konstrukcji, którą zostawili po sobie Pradawni. Nasz okręt stał nieco ponad kilometr od niej. Niektóre z okien działały jak pierścienie, czyli portale do innych miejsc. Pozostałe powodowały różne dziwne zjawiska, jak choćby zaginanie czasoprzestrzeni. Marvin i nasi naukowcy badali je od kilkunastu tygodni, ale wciąż nie odkryli nawet jednej setnej ich tajemnic.

– „Cosie”? Konkretniej, proszę.

Spojrzałem na wyświetlacz, ale nie zobaczyłem tam nic nowego, z wyjątkiem czterech ikon, z których jedna oznaczała mojego ulubionego szalonego robota.

Hansen skrzywił się.

– Duże istoty biologiczne, które próbują zjeść Marvina.

– Przecież tu nie ma atmosfery. Jak oddychają?

– Może je pan o to zapytać. Brak powietrza im chyba nie przeszkadza.

– Na zewnątrz przebywa ktoś jeszcze?

– Nie. Jest środek nocy – odpowiedział Hansen z nutą sarkazmu w głosie.

Zignorowałem jego ton i zrobiłem zbliżenie na trzy nieznane ikony.

– Wyświetlić podgląd.

Moim oczom ukazały się stworzenia jakby żywcem wyjęte z koszmarnego snu. Miały po osiem nóg i najeżone kolcami pancerze. Przypominały skrzyżowanie owada z pancernikiem i mierzyły po trzydzieści metrów długości. Marvin uciekał przed nimi, przebierając rojem ruchliwych macek. Zmierzał w stronę Charta, niewielkiego statku, który stał nieco dalej, jednak stwory najwyraźniej wyczuły zamiary robota i odcięły mu drogę. Polowały na Marvina niczym sfora wilków i, co gorsza, były od niego szybsze.

– Niech to szlag – syknąłem. Puściłem się biegiem w stronę drzwi, wołając: – Hansen, zostawiam panu okręt. Nieustraszony, niech Kwon i wszyscy marines na służbie wskoczą w zbroje i chwytają za broń przeciwpancerną. I zrób mi przejście!

Pędziłem korytarzami, mijając wewnętrzne drzwi i włazy, aż dotarłem na pokład marines, gdzie jak najszybciej wcisnąłem się w pancerz.

– Witaj, Cody Riggs – odezwał się mózg zbroi, gdy tylko wyczuł moje dane biometryczne.

– Uszczelnij się i przygotuj na misję bojową. Profil uzbrojenia: bliski zasięg.

Gdy tylko wokół mnie zamknął się trzytonowy pancerz wspomagany, poszedłem do zbrojowni, tupiąc donośnie.

Starszy sierżant Kwon na mnie czekał i wręczył mi ciężki laser. Odrosły mu już nogi, oczywiście dzięki nanitom.

– Co się dzieje? – zapytał z szerokim uśmiechem, rozdając broń podchodzącym kolejno marines.

– Polowanie na potwory – wyjaśniłem. – Jakieś owadopodobne istoty wypełzły z okna i próbują zjeść Marvina.

Kwon roześmiał się głośno.

– Dobrze mu tak. Na pewno nie chce pan zaczekać, aż go nadgryzą? Chyba nie stanie się tragedia, jeśli straci parę macek. Może trochę znormalnieje.

Sprawdziłem emiter wiązek i przewiesiłem go przez ramię.

– Kusząca perspektywa, ale obaj wiemy, że Marvin jest zbyt przydatny, a one mogłyby go połknąć w całości. Proszę zadbać, żeby nie zabrakło nam rakiet przeciwpancernych. Tamte stwory wyglądają na twarde.

– Tak jest – powiedział, a potem odwrócił się w stronę marines i ryknął: – No dobra, Ryje, kończcie się brandzlować, bo robota czeka! Mamy kilka robali do upolowania!

Pobiegliśmy do śluzy szturmowej, którą zainstalowano niedawno na moje polecenie. Pozwalała opuścić okręt ponad trzydziestce żołnierzy w pancerzach jednocześnie. Miała rozmiary połowy kortu tenisowego i posiadała specjalne, szybko działające wrota. Nie wpisywano w jej oprogramowanie żadnych protokołów bezpieczeństwa, więc jeśli ktoś by wszedł do niej bez kombinezonu albo pancerza, czekał go przyspieszony kurs oddychania w próżni.

Gdy tylko przekroczyliśmy próg śluzy, zatrzasnęły się za nami drzwi, a przed nami otworzyły wrota z inteligentnego metalu. Ciepłe powietrze uleciało na zewnątrz. W ten sposób traciliśmy nieco tlenu, ale za to prawie nie musieliśmy zwalniać. Wyskoczyliśmy na pozbawioną atmosfery, kamienistą powierzchnię Orna-6.

– Lecimy na repulsorach, ale lądujemy przed granicą Kwadratu – zarządziłem. Przekonaliśmy się już, że urządzenia kontrolujące grawitację stają się tam nieprzewidywalne i niebezpieczne.

– Ale jazda! – zawołał kapral Fuller, wzbijając się na kilkanaście metrów w górę. Pozostali poszli w jego ślady. Korzystanie z repulsorów sprawiało radochę, ale przy tym narażało marines na ataki. Nie bez powodu nazywano ich trepami – mieli chodzić, a nie latać. Przy ziemi jest bezpieczniej, bo w razie czego zawsze można paść płasko. Uznałem jednak, że skoro stwory nie posiadają broni zasięgowej, nie zaszkodzi skorzystać z możliwości latania.

I cholernie się pomyliłem. Byliśmy już blisko i właśnie mieliśmy lądować, gdy Fullerem szarpnęło do tyłu, a potem spadł na kamieniste podłoże.

– Coś go trafiło! – zawołałem przez komunikator. – Wszyscy na ziemię, nie wychylać się.

Zbliżyłem się do Fullera. Chciałem wiedzieć, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Kapral stanął o własnych siłach na nogi i zrobił szybki przegląd systemów.

– Nic mi nie jest – oznajmił.

– Tak, ale proszę spojrzeć na to wgniecenie. – Wskazałem na jego rękę. – Gdyby to coś trafiło w twarz, mógłby pan już nie żyć. – Osłony twarzy były wzmocnione, ale nie tak wytrzymałe, jak reszta pancerza. – Nie zgrywajcie bohaterów, ludzie – powiedziałem na kanale lokalnym. – Trzymajcie się nisko i miejcie oczy dookoła głowy. Rozproszyć się i strzelać do wszystkiego oprócz Marvina.

Ruszyliśmy ostrożnie naprzód szeroką linią, a Nieustraszony wysyłał do mojego wyświetlacza informacje z krążącego nad okolicą drona.

– Bradley, słyszy mnie pan? – wywołałem swojego DGL-a, czyli dowódcę grupy lotniczej.

– Tak, sir.

– Dałoby radę ostrzelać te stwory parą dronów?

– Nie, sir. Pamięta pan, co się stało ostatnim razem, kiedy podlecieliśmy nimi do Kwadratu? – Odbiło im. Jeden zaczął się miotać i koziołkować, aż zniknął za horyzontem, a drugi strzelał we wszystkich kierunkach, aż w końcu się rozbił. – Próbowaliśmy strzelać z daleka, ale coś zakłóca działanie systemów namierzania.

– Do harmonogramu ćwiczeń trzeba chyba dodać ostrzał w trybie manualnym.

– Bez obaw, sir – wtrącił się Kwon. – Poradzimy sobie sami.

Nie wątpiłem w to, ale wolałbym załatwić sprawę na odległość.

– Jeden stwór jest tuż za rogiem.

Wyłoniliśmy się zza krawędzi jednego z niezliczonych sześcianów, trzymając w gotowości ciężkie emitery wiązek. Po raz pierwszy zobaczyliśmy intruza na własne oczy i natychmiast otworzyliśmy ogień. Lasery trafiły stworzenie w pancerz.

Z bliska przypominało chrząszcza rohatyńca z podzielonym na segmenty cielskiem i podobną do rogu wypustką na łbie. Potwór podskoczył, czując palące wiązki, a potem odwrócił się w naszą stronę i wystrzelił. Tak, „wystrzelił” to chyba dobre słowo, bo z rurowatej wypustki buchnęło coś, co wzbiło tumany kurzu i obsypało nas gradem kamieni. Nie stanowiło to żadnego zagrożenia dla naszych pancerzy, lecz nagle oślepliśmy.

– Wycofać się i przełączyć na aktywne czujniki – rozkazałem, włączając niewielki radar zamontowany w mojej zbroi. Nie przerywając ostrzału, opuściliśmy chmurę kurzu. Obawiałem się, że stworzenie zaszarżuje i kogoś stratuje, a my nie dostrzeżemy w porę zagrożenia. Tu i ówdzie trafiały inne pociski wroga, sypiąc kamykami i kryjąc stworzenie za zasłoną pyłu. Musiało stosować ogień zaporowy jako taktykę obronną.

Niestety, radar nie pomagał. Mój HUD przypominał kubistyczne płótno Picassa. Pewnie za sprawą interferencji Kwadratu.

– Przełączyć się na pasywne czujniki termiczne – poleciłem i zobaczyłem termowizyjne zarysy pobliskich sześcianów.

Potwór zniknął, a bombardowanie ustało. Sprawdziłem sytuację taktyczną. Marvin bawił się w chowanego z dwójką stworów, podczas gdy trzeci zachodził nas od prawej.

– Paskuda na godzinie trzeciej – zawołałem. – Nieustraszony, zacznij tworzyć kompozytowy obraz na podstawie danych ze wszystkich czujników, tych na dronach też, i ślij go na bieżąco do wszystkich marines.

 

Po kilku chwilach na wyświetlaczach hełmów pojawiły się zarysy stworów i robota. W ten sposób przynajmniej nie mogły nas zaskoczyć, choć obraz nie był na tyle szczegółowy, żeby skutecznie celować.

– Do dupy – zrzędził Kwon. – Nie można latać, nic nie widać, nie ma wsparcia z powietrza.

– Witamy w Korpusie Marines Sił Gwiezdnych. Mięknie pan na starość – powiedziałem z szerokim uśmiechem. – Lepiej było w południowoamerykańskiej dżungli, bez pancerza i z pięćdziesięciokilowym generatorem na plecach?

– Co racja, to racja – odpowiedział. – O, tam jest! – Wypalił z lasera. – Dalej, marines, oskrzydlić drania! – krzyknął i ruszył naprzód, strzelając prawie na oślep do opancerzonego potwora, który majaczył między złotymi sześcianami.

Trzymałem się blisko Kwona i strzelałem, gdy tylko wyłaniał się cel. Parliśmy naprzód, spychając jednego ze stworów w głąb Kwadratu. Musiał wyjść z któregoś z większych okien. Było kilka otworów, przez które przecisnąłby się robal tych rozmiarów. Czyżby próbował wrócić do domu? To bez znaczenia. Ci obcy zaatakowali nas pierwsi i teraz za to zapłacą.

Zapędziliśmy jednego w róg między dwoma przecinającymi się sześcianami. Pozbawiony drogi ucieczki, stanął na tylnych nogach i spróbował wspiąć się po gładkiej, złotej ścianie. Jednak powierzchnie Kwadratu były śliskie, niemal pozbawione tarcia.

– Rakiety! – ryknął Kwon, a wtedy kilku marines uzbrojonych w pociski przeciwpancerne strzeliło w grzbiet istoty. Posypiały się odłamki skorupy, bryznęła brązowa posoka. Gęsta ciecz spłynęła po ścianach jak surowe jajka, zbierając się w kałuże.

A jednak chrząszcz przeżył. Bez ostrzeżenia odwrócił się i skoczył na najbliższego z marines, kroczącego na szpicy kaprala Fullera. Sześć albo siedem oślepiających, zielonych wiązek skupiło się na skorupie stworzenia, tnąc jego pancerz. To jednak nie powstrzymało go od nadepnięcia Fullera pazurzastą, ciężką jak u słonia nogą. Ikona żołnierza zamrugała na podglądzie taktycznym, gdy potwór uwalił się na niego całym ciężarem swojego martwego, kilkusettonowego cielska.

– Jasna cholera! – krzyknąłem. – Rozetnijcie tego skurwiela! – Zacząłem metodycznie przepalać pancerz istoty. – Rozrywajcie go po kawałku.

Po kilku chwilach spod maziowatych flaków wyłoniła się stopa. Kwon zauważył ją w tej samej chwili, więc rzucił broń i chwycił Fullera za kończynę. Wyciągnął go spod truchła, położył na ziemi i zaczął zeskrobywać z niego breję. Pancerz na piersi kaprala był wgnieciony, ale nie pękł.

Podszedłem bliżej i dotknąłem przycisków zwalniających napierśnik.

– Zostawcie kogoś, żeby mnie osłaniał, a reszta niech idzie zabić pozostałe dwa dranie – rozkazałem Kwonowi.

– Sierżant Moranian, weźmie pani oddział i zapoluje na robale. Ja zostanę z kapitanem – powiedział Kwon.

Kobieta zasalutowała.

– Tak jest, starszy sierżancie. Marines, za mną! Ruchy!

Oddaliła się, podskakując w niskiej grawitacji. Kwon podniósł laser i stanął na straży.

– Szefie, nie można go tu otworzyć. Tu nie ma powietrza.

Zamiast go słuchać, zwolniłem blokadę napierśnika.

– Bez powietrza przetrwa minutę albo dwie. Ale nie przeżyje z sercem i płucami przyciśniętymi do kręgosłupa. – Zdjąłem wgnieciony napierśnik. – Ma pod spodem kombinezon, więc od razu nie zamarznie. Niech pan schowa rękawice, zrobi mu masaż serca i każe zbroi wpompować trochę powietrza do płuc przez hełm.

Wiedziałem, że Kwon wykona polecenie najlepiej, jak potrafi, więc skupiłem się na napierśniku. Położyłem go na ziemi wnętrzem do góry, a potem z całej siły nadepnąłem, wkładając w to cały ciężar pancerza. Po kilku uderzeniach fragment zbroi zaczął odzyskiwać pierwotny kształt. Podniosłem go, położyłem Fullerowi na piersi i zacisnąłem zaczepy. Inteligentny metal wypełnił szczeliny.

– Pancerz, przejmij kontrolę nad zbroją kaprala Fullera. Niech przejdzie w tryb resuscytacji.

Teraz już nic nie miażdżyło piersi mężczyzny, więc mógł zacząć oddychać, a jego serce wznowić pracę – o ile jeszcze żył.

Po dłuższej chwili i kilku impulsach defibrylatora Fullerowi wrócił oddech i puls. Sprawdziłem sytuację taktyczną. Reszta oddziału właśnie doganiała drugiego stwora, więc już tylko jeden wytrwale ścigał Marvina.

Robot wciąż unikał schwytania, korzystając z lepszej znajomości terenu. Dzięki swoim elastycznym mackom wspinał się po niższych sześcianach i przeciskał się wąskimi przejściami, niedostępnymi dla chrząszcza. Mimo wszystko nie mógł uciekać w nieskończoność. Musieliśmy mu pomóc.

– Jeśli mamy uratować Marvina, będzie trzeba zostawić tu Fullera i mieć nadzieję, że pancerz i nanity utrzymają go przy życiu – oznajmiłem.

– Chrzanić Marvina – odpowiedział Kwon. – Musimy zanieść Fullera do automatu medycznego.

– No to kompromis: ja lecę ratować robota, a pan zaniesie Fullera na pokład.

– Mowy nie ma, sir. Obiecałem pańskiemu ojcu, że będę mieć oko na jego syna, i zamierzam dotrzymać słowa.

– Niby kiedy to było?

– Tuż przed pańskim przybyciem na Nieustraszonego przyszło prywatne, zaszyfrowane połączenie od pułkownika Riggsa… O cholera, zapomniałem. Miałem nie mówić. Przykro mi, szefie.

– Nieważne. Nie powinno mnie dziwić, że on pierwszy domyślił się, dokąd lecę.

Ta niespodziewana informacja kazała mi się zastanowić, co się działo na Ziemi. Czyżby ojciec zawiesił emeryturę i znów zaangażował się w sprawy publiczne? Przez ostatnie dwadzieścia trzy lata odrzucał wszystkie propozycje o charakterze politycznym i wojskowym, z uporem tkwiąc na naszej farmie jako szary obywatel, ale czasem odnosiłem wrażenie, że tęskni za ogniem walki.

Wysiłkiem woli wróciłem do rzeczywistości. Wstałem.

– No dobra, wielkoludzie, pora zasłużyć na krokiewki sierżanta. Marvin jest moim podwładnym, tak samo jak pan albo Fuller. Uratuję go, podobnie jak uratowałbym któregoś z was. Może pan albo zabrać swojego marine na okręt i pomóc go ocalić, albo pójść za mną i mnie osłaniać. Jest pan już dużym chłopcem i może sam podejmować decyzje. – Po tych słowach chwyciłem karabin i pobiegłem.

Na kanale bliskiego zasięgu usłyszałem, jak Kwon klnie, ale nie miałem czasu na psychoanalizę, więc pozwoliłem, żeby sam zdecydował, co należy zrobić. Dla mnie to oczywiste: Fuller miałby większe szanse na przeżycie, gdyby znalazł się w automacie medycznym, za to Marvinowi groziła śmierć, jeśli nikt mu nie pomoże. Skoro chcieliśmy osiągnąć dwa różne cele, należało się rozdzielić. Choć mój przerośnięty opiekun gorąco pragnął mnie chronić, w gruncie rzeczy byłem trudniejszy do zabicia niż on, więc wziąłem na siebie bardziej niebezpieczne zadanie.

Na wyświetlaczu taktycznym zobaczyłem, że ikony Kwona i Fullera przesuwają się razem w stronę okrętu. Świetnie. To upraszczało sprawę. Skupiłem uwagę na Marvinie, który zaraz miał dać się zapędzić na ogrodzony wysokimi ścianami dziedziniec. Ciekawiło mnie, czy robot postępuje umyślnie, czy też popełnił błąd. Mógłbym przysiąc, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy sporządził szczegółową mapę całego obszaru. A skoro tak, to czemu wybrał tę drogę?

– Marvin, biegnę ci pomóc. Nie zatrzymuj się! – zawołałem w nadziei, że odbierze sygnał.

Wyłoniłem się zza ostatniego zakrętu w samą porę, żeby zobaczyć, jak potwór rzuca się na robota, który nie miał dokąd uciekać. A przynajmniej tak mi się zdawało. Nagle Marvin skoczył i dwiema mackami uczepił się parapetu niewielkiego okna. Jednym gładkim ruchem podciągnął się i zniknął w atramentowej czerni.

– Marvin! – wrzasnąłem na całe gardło. Nie mogłem w to uwierzyć. Uciekł przez okno, choć zawsze powtarzał, że to śmiertelnie niebezpieczne. Może kłamał? A może, co bardziej prawdopodobne, w akcie desperacji postanowił zaryzykować?

Przyjąłem pozycję, wycelowałem, pociągnąłem za spust i przytrzymałem. Karabin robił się coraz gorętszy, aż wreszcie system zabezpieczający odciął zasilanie, żeby nie dopuścić do uszkodzenia.

Niestety, wiązka nie zabiła chrząszcza, tylko go rozzłościła. Zaszarżował na mnie. Wskoczyłem na pobliski niewysoki sześcian, odbiłem się niezgrabnie od jego śliskiego dachu, po czym spadłem po drugiej stronie. Zerknąwszy na HUD, zmieniłem kierunek, żeby zbliżyć się do oddziału.

– Pomóżcie, marines. To coś chce mnie zeżreć.

– Robi się, sir! – usłyszałem śpiewny głos sierżant Moranian, a po chwili zobaczyłem osiem albo dziewięć sylwetek. – Niech pan się schowa za nami, sir! – powiedziała.

Pędziłem na złamanie karku i zwolniłem dopiero za linią ludzi. W tym samym momencie otworzyli ogień do ścigającej mnie istoty.

Wyhamowałem i uniosłem broń, aby im pomóc. Dziesięć wiązek skupiło się na celu, pozbawiając owada równowagi, odcinając odnóża i wypalając dziury w pancerzu. Skoczył w naszą stronę, ale nie wytrzymał zmasowanego ostrzału i padł na ziemię.

– Dzięki, Ryje – powiedziałem. Podeszliśmy do wielkiego jak wieloryb trupa. Odciąłem laserem metrowy fragment rogu i chwyciłem go, kiedy spadł. – Trofeum do powieszenia w świetlicy. – Rzuciłem go Moranian.

– Świetny pomysł, sir – powiedziała, łapiąc róg i obracając w dłoniach.

– Rozproszyć się i szukać Marvina – rozkazałem. – Wszedł do tamtego okna. Podejrzewam, że nie zrobiłby tego, gdyby nie wierzył, że zdoła wrócić. Portal musi dokądś prowadzić.

Moranian zasalutowała.

– Tak jest. Dobra, ludziska, rozdzielić się, przeczesujemy teren dwójkami.

Ośmioro marines udało się w cztery strony świata.

– Bradley – nadałem na kanale Nieustraszonego – pomóżcie nam szukać Marvina dronami zwiadowczymi.

– Przyjąłem, sir – odpowiedział mój DGL.

Razem z Moranian niespiesznym krokiem udaliśmy się do „laboratorium” Marvina, czyli sporego placu, gdzie robot trzymał swój sprzęt badawczy. Logicznie rzecz ujmując, powinien pójść albo tam, albo na pokład Charta. Oczywiście najpierw spróbowałby się z nami skontaktować, ale w Kwadracie nie zawsze dało się polegać na łączności radiowej.

Wkrótce dołączył do nas Kwon. Zameldował, że Fuller jest w automacie medycznym i powinien się wylizać.

– Prosił, żebym panu podziękował za uratowanie życia, sir.

Roześmiałem się.

– Nieprawda, ty wielki kłamczuchu. Pancerz nafaszerował go taką dawką prochów, że z pewnością nawet się nie obudził.

Kwon zarechotał z zażenowaniem.

– Pewnie tak powie, gdy się obudzi. Dobry z niego chłopak i ma przed sobą świetlaną przyszłość w Siłach Gwiezdnych, jeśli kiedykolwiek wrócimy do domu.

Pacnąłem go w ramię, aż rozbolała mnie dłoń.

– Kiedy wrócimy, starszy sierżancie, wszystkich nas czeka wspaniała kariera… albo, w pańskim przypadku, jeszcze wspanialsza niż dotychczas. Panią również, Moranian. Odwaliła dziś pani kawał dobrej roboty.

– Z tak dobrym kapitanem to żaden problem, sir – odpowiedziała, a w jej głosie rozbrzmiała niemożliwa do przeoczenia nutka uwielbienia.

„To chyba nic złego” – pomyślałem.

Wszyscy dziś zachowaliśmy się jak bohaterowie… Nawet Marvin, jeśli instynkt samozachowawczy uznać za przejaw heroizmu.

– Widział ktoś robota? – zawołałem na kanale ogólnym. Wszyscy zaprzeczyli.

Razem z Ryjami spędziliśmy następnych sześć godzin na poszukiwaniach, aż poziom energii w pancerzach zbliżył się do zera, a ja zacząłem czuć smród własnego potu. Nadal nie natrafiliśmy na ślady Marvina.

Kazałem Sakurze, szefowej działu inżynieryjnego, przysłać nam kilkanaście standardowych pakietów zasilających. Były to zapasowe baterie dające się podłączyć do dowolnego urządzenia, w tym Marvina. Dwa z nich wrzuciłem do tego samego okna, w którym zniknął robot, dwa zostawiłem na placu-laboratorium, a resztę kazałem rozmieścić w różnych punktach Kwadratu, oznaczone radiolatarniami.

A potem wróciliśmy na okręt. Co jeszcze mogliśmy zrobić? Nie zamierzałem iść za robotem ani nikogo wysyłać do portalu.

Kazałem Nieustraszonemu patrolować okolicę za pomocą drona, kierując jego kamery i czujniki na Kwadrat. Obecnie mogliśmy zrobić tylko tyle. I mieć nadzieję, że Marvin wróci.

Próbowałem nie okazywać niepokoju przed załogą, ale martwiłem się. Nie tylko o Marvina – o nas wszystkich. Robot był najbardziej kluczowym członkiem załogi. Wątpiłem, czy bez jego umiejętności inżynieryjnych jeszcze kiedykolwiek zobaczymy Ziemię.

Dach mojej kajuty wyposażono w okno, które mogłem odsłaniać, by przyglądać się światu na zewnątrz. Tak właśnie zrobiłem, leżąc na łóżku.

Wpatrywałem się w twardy, zimny blask gwiazd i próbowałem odgadnąć, do jakiego punktu czasoprzestrzeni portal przeniósł Marvina.

– A niech cię, robocie – westchnąłem i zapadłem w sen.