RebeliaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rebelia
Rebelia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Rebelia
Audio
Rebelia
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Rebel Fleet (Rebel Fleet Series Book 1)

Copyright © 2016 by Iron Tower Press, Inc.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-88-3

ISBN MOBI: 978-83-65661-89-0

1

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem gwiezdny przepływ, dobiegała północ, a wtorek stawał się środą.

Siedziałem akurat w barze na tropikalnej wyspie Maui. Bar nazywał się U TJ’a i był tylko odrobinę lepszy od podłej meliny. Przychodzili tu głównie mieszkańcy, a nie szukający luksusów turyści. Tłumek bywalców z reguły siedział cicho, a w środku nie dudniła muzyka, która zagłuszałaby szum fal uderzających o brzeg, znajdujący się jakieś dwieście kroków na prawo. Cieszyło mnie to.

– O kurde! – syknął Jason.

– Co? – zapytałem.

– Leo, czy ty to widzisz?

Jason miał opaloną na głęboki brąz skórę i należał do stałych bywalców baru. Był ode mnie młodszy o jakieś pięć lat, a przez ostatnie dwa miesiące zdążyliśmy się zaprzyjaźnić.

Odwróciłem się i podążyłem za jego wzrokiem. Patrzył nie tyle w niebo, co na fale. Zmarszczyłem brwi i wbiłem wzrok w bulgoczące miejsce na powierzchni. Cokolwiek tam było, rozświetlało spienioną wodę zielonobiałym blaskiem. Wokół łuny rozpościerał się atramentowoczarny ocean.

– Faktycznie dziwne – zgodziłem się. – Może to jeden z tych waszych hawajskich kominów wulkanicznych?

– Po tej stronie wyspy ich nie ma.

Uwierzyłem mu na słowo. Jako przybłęda ze Stanów Kontynentalnych spędziłem tu dwa miesiące i nie uważałem się za eksperta od tego rodzaju zjawisk.

Spojrzałem na Jasona. Oczy miał otwarte jeszcze szerzej niż poprzednio. Tym razem spoglądał w górę.

– Nie mów mi… – zacząłem i urwałem, znów podążając za jego wzrokiem.

Razem wpatrywaliśmy się w niebo. Widok za oknem kazał nam zostawić drinki i wyjść na plażę.

Gwiazdy były wyraźnie widoczne, ale dostrzegaliśmy w nich coś nienaturalnego. Pochodziłem z Kolorado, z Gór Skalistych, więc często mogłem oglądać przepięknie rozgwieżdżone niebo. Jednak to zjawisko było wyjątkowe.

Przez blisko minutę gwiazdy migotały i kołysały się jak roztańczone. A potem między Ziemią a Drogą Mleczną ukazała się mgławica. Znałem to słowo z niedawnych doniesień medialnych. Tak nazywano chmury pyłu i gazu, które wisiały w przestrzeni międzygwiezdnej. Zazwyczaj stanowiły pozostałość po eksplozji nowej, ale w naszym kosmicznym sąsiedztwie nie było umierających gwiazd.

– Nie spuszczaj tego z oczu – odezwał się Jason. – Zaraz zniknie. Widziałem filmiki w Internecie, one zawsze szybko znikają. Świecąca chmura pojawia się na chwilę, a potem jej nie ma.

Nie kłóciłem się z nim. Nawet go nie poprawiłem, że „świecąca chmura” nazywa się mgławica. Milczałem, wpatrzony w niebo, napawając się widokiem wyjątkowego, tajemniczego zjawiska.

– Leo, czy my zginiemy? – zapytał mnie nagle.

– Hm… Mam nadzieję, że nie.

– Jak myślisz, co jest tam w wodzie? – zapytał po chwili, znów zerkając na morze.

Jason był młody, podchmielony i, delikatnie mówiąc, impulsywny. Zaprzyjaźniliśmy się jakiś miesiąc albo dwa temu, bo facet jeszcze sprawniej ode mnie znajdował dorywcze prace i wyrywał laski w spelunach pokroju U TJ’a. Takie właśnie życie prowadziłem, odkąd rzuciłem karierę w marynarce wojennej.

– Hej – powiedziałem – obserwuje nas Kim. Przyszła dziś z koleżanką. Może byśmy…

Zorientowałem się, że gadam do jego pleców. Już wracał do baru stojącego na skraju piaszczystej plaży i zaraz objął ramieniem koleżankę Kim.

Kim niezbyt lubiła Jasona. Mnie chyba też. Obaj wychodziliśmy z siebie, żeby się jej przypodobać, ale obaj dostaliśmy kosza. Jednak młody mężczyzna, taki jak ja, zawsze szuka okazji. W końcu „nie” i „nigdy” to dwa różne słowa. Dołączyłem do nich z uśmiechem.

– Zamierzacie podejść bliżej? – zapytała natychmiast Kim. Na jej twarzy malowała się mieszanka obawy i zaciekawienia.

– No pewnie – powiedział Jason. – Lecimy!

Ruszyliśmy całą grupą przez plażę. Jak mogliśmy nie zbadać tego zjawiska? Od trzech miesięcy słyszało się niezliczone doniesienia o takich przypadkach: fragment rozgwieżdżonego nieba zmieniał się w plamę rozświetlonego pyłu, a potem wracał do dawnej, znajomej postaci białych punkcików na tle czerni. Z tego, co wiedziałem, nie było doniesień o spadających na ziemię odłamkach – aż do tej pory.

– To może się okazać bardzo niebezpieczne – stwierdziła Kim.

– Ciągle się wszystkim martwisz – odezwała się jej koleżanka.

– Jak masz na imię? – zapytałem nową dziewczynę.

– To Gwen – rzucił Jason, posyłając mi twarde spojrzenie.

Natychmiast załapałem. Zaklepał ją sobie. Zobaczyłem, że obejmuje ją w talii. Szybko przechodził do działania, nawet jak na jego standardy. Spotkali się nie więcej niż półtorej minuty temu.

Jason zawsze wolał blondynki, ale mnie podobały się proste i ciemne włosy Kim. Gdy dotarliśmy do brzegu, objąłem ją, biorąc przykład z przyjaciela.

Kim spojrzała na mnie z rozbawieniem.

– Upiłeś się?

– Niewystarczająco – odpowiedziałem. – Patrzcie tam! Ciągle bulgocze. Najdziwniejsze, że coś tam świeci. Ciekawe co?

Kim chyba zapomniała o mojej ręce, bo jej nie strąciła. W sumie to nawet trochę się przysunęła, gdy patrzyliśmy razem na powierzchnię.

Z baru wyglądało to tak, jakby mały wycinek oceanu puszczał bąbelki. Z bliska odnosiło się zgoła inne wrażenie. Cokolwiek znajdowało się pod wodą, było naprawdę spore.

– To na pewno nie zwierzę – oznajmiła Gwen. – Nawet wieloryb nie wypuszczałby tyle gazów.

– Zgadzam się – powiedziałem. – Może do wody spadł niewielki samolot albo jakaś łódź.

– Ale jak mogliśmy to przeoczyć? – zapytała.

Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Od razu dało się poznać, że konkretna z niej kobieta. Sprawiała wrażenie wykształconej i zdecydowanej. Nie byłbym zdziwiony, w końcu przyjaźniła się z Kim. To nie wróżyło dobrze Jasonowi.

– Nie wiem – odpowiedziałem – ale w każdym razie coś tam jest i ma włączone lampy. Nie wygląda mi to na wypływ lawy.

– Nie, to nie lawa – potwierdziła Gwen. – Poświata byłaby pomarańczowa, a woda by parowała.

– Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać – powiedział Jason, ściągając koszulę i wręczając ją Gwen.

– Co ty wyprawiasz? – zawołała dziewczyna. – Czekaj, nie musisz tam iść! Co, jeśli woda jest wrząca?

– Jak tylko poczuję ciepło, zawrócę.

Nie poprosił, żebym do niego dołączył. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Nie odrywał wzroku od Gwen. Wiedziałem, że obserwuję coś w rodzaju tańca godowego. Kierował się instynktem i to najwyraźniej działało. Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną, ale i podekscytowaną. Odprowadziła go do linii przyboju.

Ja tymczasem skierowałem spojrzenie na Kim. Facet zrobi niemal wszystko, żeby zaimponować dziewczynie, a ja nie należałem do wyjątków, ale reakcję Kim trudniej było odczytać. Zdawała się podekscytowana i jednocześnie wstrząśnięta. Skrzyżowała ręce. Chyba miała większą skłonność do martwienia się niż do brawury.

Zdjąłem koszulę i oddałem ją Kim razem z komórką. Spojrzała ze zdziwieniem na moje rzeczy.

– Ty też tam idziesz, Leo? – zapytała poważnym tonem. – Nie spodziewałam się, że jesteś szalony.

Wzruszyłem ramionami.

– Ktoś musi uratować Jasonowi tyłek, jeśli nadgryzie go rekin albo coś.

Nie sprzeczała się ze mną. W ogóle nie odpowiedziała. Odprowadziła mnie wzrokiem, gdy wbiegałem do wody.

Jason już płynął, zgrabnym kraulem przebijając się przez spienione fale. Najpierw truchtałem w jego kierunku, potem brodziłem w głębszej wodzie, aż wreszcie zacząłem płynąć, ale jeszcze nie nurkowałem. Coś mnie powstrzymało.

Gdy znalazłem się bliżej jasnego, wzburzonego miejsca, z zaskoczeniem odkryłem, że woda wcale nie jest gorąca. Wręcz przeciwnie. Była zimna. Nienaturalnie zimna, jak na Hawaje, nawet nocą.

– Hej! Jason! – zawołałem.

Pomachał mi przez ramię, a potem zanurkował prosto w spienionym miejscu.

Więcej go nie zobaczyłem. Minęła może minuta, a ja z rosnącą obawą patrzyłem w miejsce, gdzie zniknął. Jason doskonale pływał, jednak znajdowaliśmy się na otwartym oceanie.

Zbliżyłem się do spienionego miejsca. Chłód narastał. Czułem, że zaraz dostanę dreszczy.

Podświetlona zielonym blaskiem woda wciąż kipiała. Ale mgławica nad naszymi głowami, która tak tajemniczo się pojawiła, znikała, a niebo na powrót pokrywało się jasnymi punkcikami gwiazd.

– Jason! – krzyknąłem.

Odpowiedziała mi cisza. Ocean był pusty.

Naszła mnie myśl, że Jason może się już nie wynurzyć. Zebrałem się w sobie. Wiedziałem, co należy zrobić. W wojsku hołdowaliśmy zasadzie, że nigdy nikogo nie zostawiamy. Poczułem, jak zdrowy rozsądek ustępuje staremu impulsowi, by zaryzykować własne życie.

 

Za sobą, na linii brzegowej, widziałem i słyszałem dziewczyny. Woda sięgała im do ud, znajdowały się jakieś pięćdziesiąt metrów za mną. Coś krzyczały, ale wiatr i fale zagłuszały słowa, docierały do mnie tylko niewyraźne piski.

To bez znaczenia. Zrozumiałem, że są przerażone. Wiedziały, że Jason zbyt długo się nie wynurza.

Wziąłem siedem głębokich oddechów i zanurkowałem w lodowatej wodzie, kierując się w stronę źródła zielonkawobiałej poświaty.

Zazwyczaj ocean nocą jest czarny jak smoła, zwłaszcza w bezksiężycową noc. Jednak tym razem widziałem pod wodą całkiem dobrze. Promienie bijące z dna dawały sporo światła. Było dość jasno – blask był bardziej jaskrawy, niż można by sądzić z plaży. Gdy się zbliżałem, musiałem wręcz zmrużyć oczy.

Na głębokości około sześciu metrów zobaczyłem coś owalnego. Leżało na dnie i wściekle burzyło wodę. Chmura bąbelków zasłaniała szczegóły. Z kolei bijący z obiektu blask przywodził na myśl spawanie łukiem elektrycznym. Czyżby coś się tam paliło? Doświadczenie w marynarce wojennej nauczyło mnie, że pod wodą da się spawać, ale nie przychodziło mi do głowy żadne wyjaśnienie, czemu miałoby tu zachodzić podobne zjawisko.

Zamiast płynąć wprost w kierunku kipieli, zanurkowałem jak najgłębiej i zatoczyłem krąg wokół obiektu. Może Jason o coś się uderzył? Jeśli go zobaczę, może zdołam go wyciągnąć…

I wtedy go zobaczyłem. Od razu zrozumiałem, że ma kłopoty. Jego bezwładne ciało opływały setki pęcherzyków powietrza, ale on tkwił w miejscu, uczepiony dna. Podpłynąłem natychmiast i chwyciłem go za kostkę.

Był zimny. Lodowaty. Jego prawa dłoń dotykała obiektu, który wzburzał wodę. Coś musiało go unieruchomić.

Teraz lepiej widziałem podstawę obiektu: czarną powierzchnię, z której wydobywały się pęcherzyki powietrza i wiązki jaskrawego światła. Nie przyglądałem się jej zbyt długo, bo blask przypaliłby mi siatkówki.

Chwyciłem Jasona pod pachami, najmocniej jak mogłem zaparłem się piętami o dno i pociągnąłem. Nawet nie drgnął. Przejechałem palcami po jego uwięzionej prawej ręce i z ogromnym zdziwieniem odkryłem, że jest pokryta lodem od dłoni po łokieć. Czarna bryła jakimś sposobem zamrażała wodę. Pomyślałem, że jeśli jej dotknę, mnie też unieruchomi.

Nie miałem pojęcia, czy Jason jeszcze żyje, ale zostało mi w płucach trochę powietrza. Zawsze świetnie nurkowałem i w razie potrzeby umiałem zostać pod wodą przez trzy minuty. Napiąłem mięśnie, oplotłem rękami jego klatkę piersiową i pociągnąłem. Stopy ślizgały mi się po piaszczystym dnie i omal nie dotknąłem obiektu, który uwięził Jasona.

Wiele bym oddał za nóż. Mógłbym rozrąbać nim lód albo nawet odciąć rękę w nadgarstku. Niestety, niczego ze sobą nie zabrałem. Nie byłem przygotowany na taki obrót spraw. Nie miałem czasu wracać do baru po pomoc. Jeśli Jason nadal żył, nie mógł tak długo czekać.

Kończył mi się tlen, ale nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Zamiast ciągnąć bezwładnego mężczyznę, zacząłem szarpać jego ciałem na boki, żeby odłamać kawał lodu. Zawsze byłem silnym, barczystym facetem. Wystarczyło kilka sekund. Lód puścił, a Jason dryfował teraz swobodnie w moich rękach.

Płuca paliły mnie żywym ogniem, a krew pulsowała w żyłach, gdy z całej siły odbiłem się od dna. Desperacko pragnąłem zaczerpnąć tchu. Wreszcie wyciągnąłem Jasona na powierzchnię.

Jedną ręką obejmowałem go wpół, a drugą wiosłowałem, płynąc stylem bocznym. Z trudem chwytałem powietrze. Myślałem, że zaraz zwymiotuję.

Dowlokłem go do plaży. Dziewczyny podbiegły do nas, chlapiąc i piszcząc. Pomogły mi wciągnąć go na brzeg. Z baru wyszli ludzie z latarkami.

– Zadzwoniłam po pomoc, jeszcze zanim zanurkowałeś – powiedziała Gwen. – Nie wierzę, że udało ci się go wyciągnąć. Co się stało?

– Ręka mu przymarzła do czegoś na dnie.

– Przymarzła? – zapytała. – Jak to możliwe?

Nie umiałem odpowiedzieć. Położyłem Jasona na piasku. Odwróciłem mu głowę na bok, żeby woda mogła swobodnie wypływać z ust, po czym zająłem się masażem serca. Co chwilę wdmuchiwałem powietrze do płuc, ale z marnym skutkiem. Włożyłem mu dłoń pod kark, żeby odchylić jego głowę do tyłu i odblokować drogi oddechowe…

I wtedy Kim nagle zaczęła krzyczeć. Nawet na nią nie spojrzałem, bo byłem zbyt zajęty reanimacją Jasona.

– Jego dłoń – zaszlochała. – Gdzie jego dłoń?

Te słowa przykuły moją uwagę. Spojrzałem, żeby przekonać się, o czym mówi.

Prawa ręka Jasona zniknęła. Wyglądała jak gładko odrąbana siekierą. Ale ja wiedziałem, co tak naprawdę zaszło. Jego zamarznięty nadgarstek musiał być tak kruchy, że się odłamał, gdy nim szarpałem.

Co mogło być aż tak cholernie zimne?

2

Jason nie przeżył. Dobry był z niego chłopak, nauczył mnie o świecie tyle samo, co ja jego. Ale to należało już do przeszłości.

Gdy z sali wyszedł lekarz, by przekazać nam wieści, Gwen wybiegła ze szlochem za szklane drzwi przesuwne. Trudno ją winić. Była tylko turystką, która dopiero co nas poznała. Spotkało ją aż zbyt wiele strasznych rzeczy, jak na wtorkową noc w maju, zwłaszcza na wakacjach.

Lekarz, facet nazwiskiem David Chang, smutno pokręcił głową.

– Bardzo dziwny przypadek. Jego dłoń… Mówi pan, że przymarzła do jakiegoś przedmiotu znajdującego się pod wodą?

– Zgadza się – odpowiedziałem. – Wyrwałem go z lodu.

– A jak pan się nazywa?

– Leo Blake.

Kiwnął głową z wieloznacznym wyrazem twarzy. Ewidentnie coś go gryzło. Zresztą nic dziwnego. Cała sytuacja była nadzwyczaj osobliwa.

– Dobrze pan się spisał w trakcie resuscytacji. Jednak mimo to pacjent nie odzyskał przytomności, nawet w ambulansie.

– No cóż – odezwała się Kim – przynajmniej nie cierpiał.

Doktor Chang zerknął na nią, po czym znów popatrzył na mnie.

– Badania krwi wykazały ślady infekcji. Czy Jason ostatnio chorował?

– Nie, wcale. Miał końskie zdrowie. Wskoczył do oceanu, bo uparł się, że sprawdzi, co tam jest.

Lekarz pokiwał markotnie głową.

– Cóż, będę to musiał zgłosić do CDC[1], tak na wszelki wypadek. I prosiłbym pana o pozostanie w okolicy. Dobrze się pan czuje?

Przeszedł mnie dreszcz. Czyżby ten facet sugerował, że mogłem zostać nosicielem groźnej choroby?

– Nic mi nie jest – oznajmiłem z naciskiem.

– Doskonale! Proszę przyjść jutro rano. Przez całą noc będziemy badać Jasona, ale pana, jako ostatnią osobę, która weszła z nim w bliski kontakt, również chciałbym obejrzeć.

– Świetnie – mruknąłem z niezadowoleniem.

Opuściłem szpital razem z Kim. Zdaliśmy sobie sprawę, że zostaliśmy bez transportu. Gwen nas tu przywiozła, a potem uciekła.

– Nic tak nie orzeźwia jak spacer – powiedziałem. – Odprowadzę cię do hotelu.

Ruszyliśmy w dół łagodnego zbocza. Obok nas przemykały samochody. Noc była ciepła, wilgotna i wietrzna. Kim szła, pogrążona w myślach, więc dałem jej czas. Wreszcie, po kilkuset metrach, spojrzała na mnie dziwnie.

– Dotknąłeś tego czegoś? – zapytała. – Tam na dnie?

– Nie – odpowiedziałem. – Widziałem, co się stało z Jasonem, i nie chciałem, żeby to samo spotkało mnie.

– Rozumiem, ale jednak dotykałeś Jasona.

– Tak samo jak ty – zauważyłem.

Wyraźnie się zaniepokoiła.

– Masz rację – stwierdziła. – Razem wyciągaliśmy go z wody. Już wtedy nie miał ręki… Musiał krwawić, a my tego nie widzieliśmy, bo było ciemno i cały ociekał wodą. Mógł być zainfekowany…

Roześmiałem się.

– Daj spokój, Kim – powiedziałem. – Przestań się tyle martwić.

– Nic na to nie poradzę – przyznała.

– Posłuchaj, jeśli grasuje tu jakiś zarazek z kosmosu, będzie potrzebował czasu na inkubację. Bo chyba tak działają choroby? Nie można jej złapać natychmiast.

– No, normalnie tak to działa.

– Doktor Chang jest po prostu ostrożny.

Westchnęła, a jej dłoń wślizgnęła się w moją. Kroczyliśmy w dół zbocza, trzymając się za ręce i zmierzając w kierunku jasno oświetlonych hoteli ciągnących się między plażą a drogą.

Zaprowadziłem ją pod pokój. Jeszcze chwilę staliśmy przed drzwiami.

– To, co tam zrobiłeś, wymagało mnóstwo odwagi – powiedziała.

– Więcej odwagi miał Jason. To on zanurkował za jakimś zatopionym UFO.

Pokręciła głową.

– Nie, ty byłeś dzielniejszy. On nie miał pojęcia, że cokolwiek mu grozi. Ty wiedziałeś.

Dostrzegałem pewne luki w jej rozumowaniu, ale jeszcze nie zdurniałem na tyle, żeby je wytknąć. Zamiast tego uśmiechnąłem się, a ona spojrzała na mnie, zamyślona.

– Jasnobrązowe włosy, jasnobrązowe oczy, wydatna żuchwa… Masz ciało goryla, ale twarz niewiniątka. Pewnie masa rzeczy uchodzi ci na sucho, co?

– Yy… – zawahałem się.

– Może wejdziesz? – zaproponowała. Nagle wydała mi się zawstydzona. – Nie ma mowy, żebym dzisiaj zasnęła.

– Pewnie – powiedziałem radośnie. Byłem zmęczony, ale facet nie może sobie pozwolić na przepuszczanie takich okazji.

Przez następną godzinę kochaliśmy się, a w przerwach zwierzaliśmy się sobie z najgłębszych przemyśleń. Kim nigdy wcześniej nie miała tak bliskiego spotkania ze śmiercią i mocno to przeżyła. Gdy człowiek jest świadkiem odejścia innej osoby, dociera do niego kruchość życia. Przerażała ją więc wizja długiej, bezsennej nocy i miała ochotę na odrobinę intymności… nawet z kimś takim jak ja.

Gdy wreszcie odpłynęła, okazało się, że to ja mam problem z zaśnięciem. Nie mogłem przestać myśleć o dzisiejszych wydarzeniach.

Poczucie obowiązku kazało mi kogoś o tym powiadomić – kogoś z władz. W ciągu kilku bezsennych godzin podjąłem decyzję. Wyślizgnąłem się spod pogrążonej we śnie Kim, wziąłem komórkę i wyszedłem na balkon. A potem połączyłem się z Waszyngtonem.

Można by pomyśleć, że nocny telefon do stolicy jest nie tylko bezsensowny, ale wręcz nieuprzejmy, jednak sześciogodzinna różnica czasu zmieniała sytuację. Na Wschodnim Wybrzeżu był późny ranek.

Spróbowałem połączyć się ze swoim dawnym dowódcą, ale się nie udało. Zamiast zrezygnować, zadzwoniłem do biura informacji Pentagonu. Odebrał jakiś znudzony urzędniczyna. Gdy wyjaśniłem, o co chodzi, połączył mnie z kimś postawionym o szczebel wyżej. Była to kobieta, która przynajmniej brzmiała jak ktoś, kto ma pewne pojęcie o swojej pracy.

– Nazwisko? – zapytała.

– Porucznik Leo Blake, rezerwista marynarki wojennej.

Usłyszałem stukanie w klawisze.

– Co mogę dla pana zrobić, poruczniku?

– Zeszłej nocy brałem udział w zdarzeniu związanym z przepływem gwiezdnym.

– Poruczniku Blake – przerwał mi głos – każdego tygodnia coś takiego widzą na niebie tysiące ludzi. To naturalne zjawisko, którego nauka po prostu jeszcze nie umie wyjaśnić. Wpadanie w panikę jest zupełnie nieuzasadnione i…

– Proszę posłuchać – teraz to ja jej przerwałem – nie dzwonię do was, żeby się wypłakać. Coś chyba spadło na dno oceanu i podpłynąłem do tego obiektu. Mój przyjaciel dotknął tego czegoś i zmarł.

Głos ucichł na kilka sekund.

– Panie Blake, mam rozumieć, że wszedł pan osobiście w kontakt z nieznanym obiektem mającym związek z przepływem gwiezdnym?

– Dokładnie to staram się powiedzieć.

– Proszę chwilkę zaczekać.

Wywróciłem oczami, ale posłuchałem. Rozmowa z urzędasami przywodziła najróżniejsze wspomnienia. Poszedłem do marynarki wojennej przekonany, że zrobię w niej karierę. Byłem wówczas świeżo po ślubie. Jednak małżeństwo się rozpadło, żona mnie zostawiła. Ja z kolei porzuciłem karierę wojskową.

Na Hawaje wyjechałem, żeby się odprężyć i zebrać myśli, zastanowić się nad przyszłością. Szybko zmieniłem się w śpiącego na plażach włóczęgę, ale to nie było złe życie. A teraz wracały wspomnienia z dawnej egzystencji.

Czekałem na linii dziewięć minut. Taki już jest problem z komórkami – one dokładnie powiedzą człowiekowi, ile czasu zmarnował.

Wreszcie coś znowu zatrzeszczało na linii. Rozległy się jakieś piśnięcia i już myślałem, że mnie rozłączyli, gdy nagle usłyszałem nowy głos.

– Mówi wiceadmirał Shaw – powiedział.

Natychmiast się ocknąłem. W całej US Navy było tylko dwustu szesnastu różnego rodzaju admirałów, czyli maksymalna liczba dopuszczona przez prawo. Nie można więc powiedzieć, że są często spotykani. Fakt, że rozmawiałem z jednym z nich, zakrawał na cud.

– Hm, przepraszam, że zawracam głowę, admirale Shaw – powiedziałem. – Chciałem tylko donieść o nietypowym spotkaniu, które mogłoby…

– Zadam panu kilka pytań, Blake – przerwał mi Shaw. – Dotknął pan znalezionego obiektu?

– Nie, sir, nie bezpośrednio. Zanurkowałem, żeby ratować kolegę, który to zrobił. Ręka przymarzła mu do obiektu, z którego unosiły się pęcherzyki powietrza.

 

– Więc to ktoś inny wszedł w kontakt z obiektem? – zapytał ostro Shaw.

– Tak jest. Ale nie przeżył. Zmarł przed paroma godzinami.

– Rozumiem.

Nastąpiła przerwa, podczas której dotarło do mnie, że admirała wcale nie zdziwiło to, co mówiłem. Nie dopytywał o pęcherzyki powietrza ani o światło, ani o zimno. Nawet nie zaskoczył go fakt, że Jason zmarł po dotknięciu obiektu.

Odniosłem wrażenie, że mężczyzna konsultuje się z kimś jeszcze, a może robił notatki, więc czekałem. Z natury jestem niecierpliwy, ale potrafię siedzieć grzecznie i cicho podczas rozmowy z admirałem.

– Blake, czemu wystąpił pan z marynarki? – zapytał mnie nagle Shaw.

– Yy… z przyczyn osobistych, sir.

– Ach tak, pańska żona. Daty się pokrywają. Przykro mi słyszeć, że pańskie życie osobiste wywróciło się do góry nogami, ale zobowiązania wobec sił zbrojnych są ważniejsze. Jest pan wyszkolonym lotnikiem, a my tego rodzaju inwestycji nie lubimy marnować.

Zmarszczyłem brwi. Nie wiedziałem, jak zareagować. Facet brzmiał jak rekruter.

– Odsłużyłem swoje i wypełniłem warunki kontraktu, sir. I nadal jestem na liście rezerwistów.

– Zgadza się. A ja, z tytułu stanu wyjątkowego, niniejszym przywracam pana do czynnej służby. Ze skutkiem natychmiastowym. Proszę nikomu o tym nie wspominać, zrozumiano?

– O Jezu! – wykrzyknąłem, nie mogąc się opanować. – To znaczy… Przepraszam, sir, jestem w szoku. Hm… A odpowiadając na pytanie: tak, zrozumiałem.

Shaw zaśmiał się pod nosem.

– Witamy z powrotem w marynarce wojennej, Blake. Proszę pozostać w promieniu piętnastu kilometrów od swojej obecnej pozycji. Tak, namierzyliśmy pański telefon. Wyślę tam kogoś z Pearl[2], żeby pana odebrał.

Mój umysł wirował jak spuszczony w toalecie owad. Wszystko działo się za szybko. Co miałem robić? Co powiedzieć? Nie mogłem się z nim przecież kłócić o kwestie prawne. Wiedziałem, że jeśli zechce, zdoła pociągnąć za odpowiednie sznurki. I wtedy przyszło mi do głowy jedno pytanie.

– Sir, więc co to było, tam na dnie? Pan na pewno wie.

Odpowiedź nie nadeszła. Telefon zamilkł. Admirał musiał się w którymś momencie rozłączyć. Drań nawet nie raczył powiedzieć „do usłyszenia”.

– Cholera – syknąłem, odsuwając komórkę od ucha.

Popatrzyłem na panoramę miasta, ale mój wzrok zbłądził na rozciągający się dalej ocean. Był czarny jak atrament, rozświetlany tu i ówdzie jasnymi punkcikami przepływających łodzi. Dalej od brzegu przesuwały się większe statki, a na niebie migały samoloty. Wkrótce miało świtać, a niebo na wschodzie już rozjaśniała różowa łuna przedświtu.

Świat żył po staremu, we własnym tempie, ale moje życie obrało nowy, niespodziewany kierunek.

Raz po raz powtarzałem sobie pytanie: „Leo, co cię podkusiło, żeby wykonać ten cholerny telefon?”.