Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 7 –

Do tej chwili nie miałem jeszcze okazji odpalić mojej nowej ciężkiej broni w warunkach bojowych. Kilka razy miałem w rękach rzygacz jeszcze na Świecie Stali, ale byłem wtedy nieprzeszkolonym rekrutem i używałem go na chybił trafił. Teraz wiedziałem znacznie więcej o spoczywającym na moim ramieniu miotaczu i nabrałem należytego szacunku do tej broni.

Działa plazmowe były… dziwne. Nie wystrzeliwały litych pocisków ani ładunków wybuchowych. Instruktorzy mówili, żebym traktował je jak miotacze ognia, które wystrzeliwują krótkotrwałą, ale potężną strugę płomieni.

Zaprojektowano je tak, aby uwalniały znaczne ilości ciepła i energii w obrębie stożka rozciągającego się przed strzelcem. Można było je wyregulować do strzelania na długich albo krótkich dystansach, otrzymując wąski promień albo szerokie pokrycie. Wraz z poszerzaniem wiązki traciło się zasięg, ale za to można było razić wiele celów jednocześnie i znacznie łatwiej uzyskać trafienie.

Decyzja o tym, jak nastawić ogień, należała do bombardiera. Dokonałem więc wyboru. Tuż przed tym, jak otwarły się drzwi, sięgnąłem ręką do góry i przekręciłem sztywny kołnierz przy wylocie, żeby otworzyć przysłonę szerzej o dwa ząbki. Przy tym ustawieniu stożek ognia miał szerokość około trzydziestu stopni.

Sargon, który przyklęknął obok mnie na jednym kolanie, rzucił mi spojrzenie pełne dezaprobaty. Zdawałem sobie sprawę, że to wbrew standardowym procedurom. Wróg miał znajdować się na przeciwnym końcu długiego, prostego korytarza prowadzącego na mostek, w związku z czym wąski promień byłby skuteczniejszy.

Napotkawszy wzrok Sargona, trochę straciłem rezon. Byłem żółtodziobem ze swoim pierwszym działem i obydwaj mieliśmy tego świadomość. Zdawałem sobie też sprawę, że nie kwestionowałby wyboru bardziej doświadczonego strzelca. Wahałem się, czy aby nie popełniam błędu, bo on zostawił u siebie bardzo ciasną wiązkę. Miał ku temu dobre powody. Za mną była masa żołnierzy upchniętych na ciasnej przestrzeni. W razie ostrej jatki nie byłbym w stanie oddać strzału bez trafienia swoich.

Może i zmieniłbym zdanie pod naporem Sargonowego spojrzenia, ale nie było już na to czasu. Zdecydowany oparłem broń na barku w chwili, gdy właz rozsunął się przed nami niczym gigantyczne powieki.

To, co nastąpiło później, było całkowitym zaskoczeniem. Po przeciwnej stronie wrót stała gromada pokracznych olbrzymów. Ewidentnie czekali, by nas powitać. Co dziwne, nie słyszeliśmy wcześniej ani piśnięcia. Normalnie mielibyśmy na nich podgląd z pobliskich kamer – ale sprytnie rozbroili nasze systemy monitoringu. Ciekawe, czy przysłuchiwali się naszym rozwlekłym przygotowaniom, śmiejąc się w myślach z naszej głupoty.

Pierwsze, co zauważyłem, to ich rozmiary. Każdy z nich był większy od człowieka, wysoki może na trzy metry i znacznie potężniejszy. Jak dla mnie przypominali kalmary – z tuzinem macek wyrastających z górnej części ciała niczym niezwykle grube pasma włosów. Macki te były grubsze od ludzkiej nogi i rozchodziły się promieniście ze środkowego, mięsistego węzła, gdzie pewnie znajdowały się ich organy. Nie dostrzegałem u nich żadnych oczu ani niczego, co przypominałoby twarz. A jednak pośrodku tej kuli mięśni, która spinała wężowate kończyny, wypatrzyłem jakiś kształt – coś jak dziób. Nie umiałbym inaczej tego opisać. Paszcza złożona z twardej skorupy albo chrząstek. Same macki też nie były miękkie ani oślizgłe. Pokrywały je warstwy metalicznych łusek, każda rozmiarów talii kart.

Biła od nich aura cichego drapieżnika. Obcy nie byli głupi – to było widać od razu po ich postawie i synchronizacji, z jaką skoczyli naprzód.

Nie było w nich żadnego wahania. My daliśmy się zaskoczyć, ale oni wręcz przeciwnie. Dotarło do mnie, że to było ich polowanie. Wyłączyli nasze kamery, przyczaili się pod tym włazem i czekali, aż ich zwierzyna otworzy drzwi. Pewnie zadbali o to, żeby nasz oddział musiał stawić im czoła samotnie. Teraz, kiedy w końcu odblokowaliśmy właz, wzięli się do roboty.

Runęli na nas. Po prostu. Każdy musiał ważyć chyba z tonę, ale mimo ciężkiej budowy ich ciała poruszały się z finezją. Pędzili naprzód na mackach, wywijając nimi w niezaburzonym, falującym rytmie.

Sargon strzelił pierwszy, to mu muszę oddać. Zdjął prowadzącego stwora niemal z przystawienia – rozjarzony strumień energii przeszył wroga na wylot.

Ja odpaliłem działo sekundę później, kiedy cielska intruzów niemal wypełniły cały mój wizjer. Widziałem jedynie masę srebrzystych macek, które migotały z chrzęstem w świetle mojego skafandra.

Kiedy błysnął strumień plazmy, odblask z ich łusek aż mnie oślepił.

Zdążyłem jeszcze zobaczyć, że dwoje obcych zatoczyło się w tył wśród kłębów dymu. Reszta napierała bez litości. Fala ciał przetoczyła się po mnie, rzucając mnie na opancerzone plecy.

Gdy tylko odzyskałem wzrok, stratowały mnie obce cielska. Sargon też już leżał. Jedną z wad naszych dział była niska szybkostrzelność. Nie można było zarzucić wroga nieustannymi salwami – działa musiały się schłodzić i przeładować po każdym strzale.

Mój mózg próbował ogarnąć chaos, który obezwładniał moje zmysły. Z gonitwy myśli wykrystalizowała się jedna – że zaraz umrę. Dotarło też do mnie, że skoro nie mamy łączności z centralą, mogło to oznaczać wycieczkę na permy, permanentną śmierć.

Spróbowałem wymusić na sobie skupienie. Nie mogłem wstać, bo nade mną wciąż płynęła rzeka ciał. Masywne kończyny uderzały z miażdżącą siłą w mój napierśnik. Gdybym miał na sobie lekki pancerz, już byłoby po mnie.

Wtem jeden z obcych padł. Otoczyła go grupa strzelających żołnierzy. Gęsta, ciemna ciecz przypominająca stary olej silnikowy wyciekła z dymiących otworów w łuskach. Z trafionej przeze mnie dwójki też się kurzyło. Stwory nie był martwe, ale miotały się bezwładnie. Poczułem ulgę, widząc, że nie zmarnowałem mojego jedynego strzału.

Oddział był w rozsypce, próbując odeprzeć szarżujących obcych. Widziałem, jak jeden ze stworów uniósł dwóch naszych pod sufit i trzasnął nimi jeden o drugiego jak szmacianymi lalkami. Monstrum zdawało się wiedzieć, że przyłbice to słaby punkt naszych pancerzy, bo grzmotnęło głowami legionistów ze straszliwym impetem. Hełmy rozpadły się na pół. Krew eksplodowała, rosząc wszystko czerwonym deszczem wymieszanym z migoczącymi drobinami plastiku. Siła uderzenia zmiażdżyła czaszki obu nieszczęśników.

Gdzieś pośród tego koszmaru dał się słyszeć głos Gravesa, który w kółko wrzeszczał te same słowa. W końcu dotarło do mnie, jak brzmiała komenda. Do innych także.

Użyć ostrzy!

Każdy żołnierz ciężkiej piechoty miał na wyposażeniu karabinek laserowy, naszą standardową broń na dalekie dystanse. Jednak na wypadek gdyby zrobiło się ciasno i paskudnie, mieliśmy w zanadrzu uzbrojenie zapasowe: wiązki energetyczne, które wyrastały z ramion pancerzy niczym klinga noża.

Użycie ostrzy siłowych na pokładzie statku kosmicznego rzadko kiedy było dobrym pomysłem. Mogły przeciąć metalowy kadłub statku równie łatwo co ciało wroga. Ale Graves dał nam rozkaz, więc włączyłem ostrza i skierowałem je ku górze, w stronę wijącej się masy ciał.

Tylko jedno z dwóch moich ostrzy działało poprawnie. Drugie zamrugało do mnie pomarańczową lampką awarii, na co przekląłem każdego technika w jednostce. Użyłem jedynej pozostałej mi broni, by odciąć pobliską mackę. Zajęło to znacznie dłużej, niż się spodziewałem – piłowałem zawzięcie młócącą kończynę, a wizjer zalewała mi oleista maź i oślepiające strugi iskier.

Wszędzie wokół zapaliły się ostrza, tnąc i błyskając płomieniem. Ale wróg nie zamierzał kłaść się pokotem. Kończyny napastników były grubsze od mojego uda, a metaliczna pokrywa z łusek stawiała opór naszej broni. Odcięcie macki od korpusu obcego zajmowało całe dwie sekundy, podczas których stwór miotał się na wszystkie strony, miażdżąc wszystko, co stanęło mu na drodze. Czułem mimowolny podziw, bo wiedziałem, że ludzkie ciało nigdy by tak długo nie wytrzymało pod naporem siłowych ostrzy.

Koniec końców potyczka była nasza. Graves nalegał, żebyśmy wzięli jeńca, ale było to niewykonalne. Stworzenia nie wykazały nawet cienia chęci, by się poddać lub wycofać z walki. Atakowały do ostatniej chwili, póki ostatecznie nie poszatkowaliśmy ich na kawałki.

Widziałem, jak ostatni z nich pada, wciąż zaciskając dziobopodobną paszczę na stopie żołnierza. Mężczyzna wrzeszczał z wściekłości i bólu. Piłował centralny korpus stwora, ale dziób nie zamierzał puścić. Zaciskał się na jego metalowym bucie ze zgrzytem, gryzł go, krzesząc iskry. W końcu wspięliśmy się na rozedrganą masę i dźgaliśmy ją ostrzami tak długo, aż przestała się szamotać.

But legionisty był mocno pokiereszowany, a on sam twierdził, że zmiażdżyło mu stopę. Jeden z biosów podał mu środek na uspokojenie i wbił znaczące spojrzenie w Gravesa, który zdołał podnieść się już na nogi.

Dowódca przyjrzał się sprasowanej stopie żołnierza i skinął przyzwalająco głową.

– Szlag – wysyczał mężczyzna.

Zamknął oczy.

Razem z Carlosem przyglądaliśmy się z zaciśniętymi zębami, jak biospecjalistka aktywuje swoim stukiem systemy samozachowawcze jego kombinezonu. Nacisnęła przycisk, potwierdziła komendę dwa razy, po czym rozległ się trzask i chrupnięcie. Kombinezon amputował rannemu stopę. Po tym dało się słyszeć ciche skwierczenie, gdy układ wypalał ranę.

– Paskudnie – rzucił Carlos. – Ale lepiej, niż wylądować na permach.

Powiedziałem mu, żeby stulił pysk. O dziwo, podziałało.

Zabraliśmy się za liczenie rannych i poległych. Straciliśmy osiemnastu ludzi i zabiliśmy siedmiu obcych. Nie podobały mi się te proporcje. Nie mieliśmy pojęcia, ilu jeszcze czaiło się na pokładzie.

– Weteranie, musimy ściągnąć posiłki – powiedziałem do Harrisa.

Spojrzał na mnie z sarkastycznym niedowierzaniem. Gdy odpowiedział przez komunikator, słyszałem, że trochę dyszy.

 

– Noż kurwa, naprawdę? Tak uważasz? A ja myślałem, że sam je wszystkie pozabijam.

Graves podniósł moje działo.

– Specjalisto, miejsce tej broni jest w twoich rękach – upomniał mnie surowo.

Pieczołowicie zbadał miotacz. Zauważyłem, że nie zwracał uwagi na otaczających go rannych. Bardziej interesował go stan tej tuby niż czyjekolwiek zdrowie.

– To jeden z zaledwie dwóch czynnych ciężkich miotaczy – powiedział, wręczając mi tubus. – Ma być sprawny. Jest wart więcej niż każdy z nas.

– Dlaczego tak pan sądzi, sir? – spytałem.

Weteran Harris wziął się pod boki i spiorunował mnie wzrokiem, ale centurion przyjął to pytanie w miarę dobrze.

– Wiem, że nie widziałeś za wiele z tej walki, bo przez większą jej część odpoczywałeś sobie na plecach, ale na jakimkolwiek dystansie te tuby stanowią nasze jedyne skuteczne uzbrojenie. Sargon zdjął jednego z nich, ty unieszkodliwiłeś dwóch kolejnych. Pozostała czwórka obcych dostała się blisko i zadała nam duże straty. Lepiej się ich pozbyć z odległości, zgodzisz się?

Przytaknąłem, uznając jego argumenty. Obejrzałem tubus i uruchomiłem serię testów diagnostycznych na moim stuku.

– Jest trochę poobijany, ale będzie strzelał – powiedziałem.

Graves pokiwał głową i zamachał do wszystkich, by zwrócić ich uwagę. Podoficerom kazał stanąć wokół jednego z trucheł. Chodziło mu o pierwszego z zabitych obcych, tego, w którym Sargon wypalił wielką dziurę. Centurion zwrócił się do Natashy, która była jedynym technikiem w naszej grupie:

– Powiedz mi, z czym mamy tutaj do czynienia. Ta zewnętrza powłoka jest organiczna czy nie?

Natasha przykuśtykała bliżej i zagłębiła dłonie w obcych tkankach, które zadrżały lekko pod jej dotykiem.

Wydawała się tym zupełnie niewzruszona. Przypomniało mi się, że interesowały ją biologiczne osobliwości. Teraz także wydawała się zafascynowana tym, co widzi.

– Nie – oznajmiła. – Powiedziałabym, że to polimer: coś jakby gruby wąż z tworzywa, który osłania ich prawdziwe kończyny. Widzicie te warstwy? Materiał przylega ściśle, ale jestem pewna, że to kombinezon.

Przyglądałem się jej z podziwem. Grzebała w dymiącym truchle obcego jak prawdziwy zawodowiec.

– Tak podejrzewałem – mruknął Graves. – A co z tymi łuskami?

– Warstwa ochronna – wyjaśniła Natasha. – Zdaje się, że coś na wzór lekkiej zbroi. Może to obcy odpowiednik skafandrów kosmicznych. Wygląda jednak na to, że materiał nie jest inteligentny. Nie widzę żadnych oznak, żeby próbował się zasklepić. Ani niczego, co przypominałoby system automatycznego leczenia. To prosty, ochronny skafander kosmiczny.

Graves wyprostował się i oparł dłonie na biodrach.

– Żadnej broni. Żadnej technologii Galaktycznych. Biorę to za dobrą monetę. Wcale nie są tacy zaawansowani.

– Przepraszam, sir – powiedziałem – ale zdołali przebić się przez bańkę czasoprzestrzenną i zaatakować znajdujący się wewnątrz statek.

Graves pokręcił głową.

– Nic takiego. Napadli na nas, kiedy wyszliśmy z nadświetlnej.

Musiałem wyglądać na zupełnie skołowanego, bo prychnął na widok mojej miny.

– Są cwani, ale to żadni geniusze. Wyszliśmy z nadświetlnej, kiedy Skrullowie wykryli nieoznaczone pole odłamków na trasie przelotu. Pamiętajcie, że statek z napędem nadświetlnym wciąż jest podatny na miny i podobne przeszkody. Wyłączyliśmy go, żeby wprowadzić korektę kursu. Wtedy nastąpił atak.

– Żadnych min, sir?

– Nic. Tylko zasadzka.

Pokiwałem głową.

– Zmyłka. Zrobili nas jak przydrożni bandyci.

– Dokładnie – odparł Graves. – Są bystrzy, silni i cwani, ale ich środki są niezbyt wyszukane.

Byłem gotów zgodzić się z tą oceną, ale Carlos był innego zdania.

– Sir? – zaprotestował. – Skąd się tu wzięli? Skąd wiedzieli, gdzie i kiedy dokładnie zjawi się nasz statek?

– Nie jesteśmy tu pierwsi. Znajdujemy się na znanym szlaku handlowym. Statki Galaktycznych już przelatywały przez ten system. Obserwowali go, ale chyba z innych powodów, niż wcześniej zakładaliśmy. W każdym razie ci obcy musieli wiedzieć, że tu trafimy, i zaczaili się na nas.

Jego wyjaśnienia rodziły tyle samo pytań, co odpowiedzi, ale postanowiłem siedzieć cicho. Czy nasi napastnicy czyhali na każdy statek, który trafiał do ich systemu? Byłoby to kozackie zagranie. Otrzymali imperialne ultimatum: dołączcie i pokłońcie się – albo umierajcie. Może nie potraktowali go poważnie.

– Ale… sir? – spytałem. – Co z tutejszymi osadnikami i naszą misją? Skąd się tu wzięli ci obcy? Jak oni się w to wpisują?

– To, co chcę od was słyszeć, to mniej pytań, a więcej odpowiedzi. Na razie skupmy się na odzyskaniu naszego statku. Całokształt ogarniemy później… jeśli będzie jakieś później.

– Tak jest, sir.

Powinienem był przewidzieć, co będzie dalej, ale i tak jakoś mnie to zaskoczyło.

– Ruszamy tym korytarzem na mostek – oświadczył weteran Harris. – Sargon, McGill, idziecie na szpicy.

Chwilę później maszerowałem już rurowatym przejściem ku zalegającej w dali ciemności. Na moim barku spoczywał miotacz, a po moich plecach spływały krople zimnego potu. Przy każdym kroku spodziewałem się, że ze ścian wyskoczą na mnie olbrzymie stwory.

Dotarliśmy do kolejnej grodzi bez żadnych przeszkód. Poczułem ulgę, ale do końca potyczki było jeszcze daleko.

Gdy inni żołnierze mnie otoczyli i zaczęli otwierać kolejny właz, skierowałem swój tubus na sam jego środek. Cała ta scenka wyglądała zbyt znajomo. Trudno było nie myśleć, że pakujemy się w kolejną zasadzkę. Jeśli obcy nie mieli broni strzeleckiej, sprytnym posunięciem byłoby atakowanie nas wtedy, gdy jesteśmy wszyscy ściśnięci przy grodziach.

Weteran Harris podszedł bliżej, kiedy reszta szamotała się z włazem. Mieli jakieś kłopoty.

– Zaraz otworzą – rzucił. – Wciąż masz ustawiony szeroki strumień?

– Nic nie zmieniałem, weteranie.

Pokiwał głową.

– Myślę, że to był dobry wybór. Nie mówię, że Sargon popełnił błąd, ale jeśli kryją się po drugiej stronie tego włazu, znowu będziesz mógł im zamieść po ryjach.

Sargon przyklęknął obok mnie, wpatrując się w zamknięte wrota w zawziętym skupieniu.

– Wet ma rację – przyznał. – Trochę się martwiłem, ale rozegrałeś tę ostatnią potyczkę jak zawodowiec. Chyba jest już z ciebie prawdziwy bombardier.

– Po prostu robię swoje – odparłem.

Szczerzyłem się do wnętrza hełmu, uradowany pochwałą. Wiedziałem, że będę musiał wycisnąć z niej, co się da. W Legionie Varus przychylne słowo to prawdziwa rzadkość.

Sterczeliśmy tak kolejną minutę, ale właz wciąż był zamknięty na głucho. Graves zaczął się irytować.

– Co się dzieje?

– Ani drgnie, sir – oznajmił Carlos. – Techniczni już nad tym pracują, ale zawiasy się zakleszczyły czy coś takiego.

– No i? Wyważcie je.

Do rozmowy włączyła się Natasha. Stanęła obok mnie i Sargona, który razem ze mną wlepiał oczy we właz w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak zasadzki. Gdyby przyszło co do czego, każdy, kto znalazł się między naszymi ciężkimi tubami a tamtą grodzią, byłby w naprawdę marnym położeniu.

– Nie ma takiej możliwości, centurionie – wyjaśniła Natasha. – To technologia Skrullów i nie mamy kodów, żeby ominąć blokady ani nie możemy odstrzelić zawiasów. Jeśli właz nie zadziała, będzie trzeba pójść naokoło.

– Możemy go wypalić – rzucił Graves niecierpliwie.

Pokręciła głową.

– To zły pomysł. Te grodzie zabezpieczają mostek. Skoro nie chcą się otworzyć, pewnie jest ku temu dobry powód.

Graves utkwił w niej badawcze spojrzenie.

– Sugerujesz, że po drugiej stronie jest pożar?

– Albo otwarta próżnia.

Graves zastanawiał się przez chwilę.

– Mam to gdzieś – stwierdził w końcu. – Przebijamy się.

– Sir, najpierw musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia – zaoponowała Natasha.

– No to się dowiedz. Sargon, wypal mi tu dziurę w tych wrotach, dobra? Skup ogień na dolnej połowie.

– Odsunąć się! – zawołał Sargon bez wahania.

Ludzie rozbiegli się na boki – wszyscy poza Natashą.

– Mam lepszy pomysł – stwierdziła.

– Słuchamy – odparł spokojnie Graves.

– Proszę pozwolić mi wpuścić tam brzęczyk.

Brzęczykiem nazywaliśmy maleńkiego drona szperacza. Techniczni nosili je w swoich plecakach, razem z innymi gadżetami.

Graves machnął na Sargona, żeby się wstrzymał.

– Jak zamierzasz wpuścić go za właz? – spytał Natashę.

Natasha wyciągnęła brzęczyk, który był nie większy od jej kciuka. Z wyglądu przypominał karalucha o żółtawej, metalicznej barwie, trochę jakby odlano go z cyny.

Podeszła do panelu sterującego włazem, z którym walczyła wcześniej, i otworzyła go.

– Są tutaj przewody, które prowadzą na drugą stronę. Ustawię go w tryb zwiadu i wypuszczę, za pańską zgodą, sir.

– Wykonać.

Obudzony brzęczyk wypełzł z jej otwartej dłoni i wsunął się do panelu. Po chwili zniknął, a Natasha uszczelniła panel i spojrzała na stuka. Chciałem się przyjrzeć, ale trwałem na pozycji z bronią wymierzoną we właz.

– Puszczę sygnał na nasze odbiorniki – powiedziała.

Chwilę później na moim ramieniu pojawił się migoczący, zniekształcony obraz. Przełączyłem go na dolny ekran wewnętrzny hełmu, żebym mógł oglądać i jednocześnie pilnować włazu.

Brzęczyk gramolił się w ciemne, ciasne zakamarki. Wszystko, co widział, było bardzo małe, ale z jego punktu widzenia zwykłe śruby wyglądały niczym kolumny.

W końcu dotarł na drugą stronę. Ciemny korytarz wyglądał na opuszczony. Zobaczyłem, że dron rozłożył cztery miniaturowe skrzydła. Zamachał nimi i zabuczał – ale nie mógł wzbić się do lotu.

Natasha odwróciła się do nas.

– Próżnia – powiedziała. – Nie może latać, bo nie ma tam powietrza.

– No to tyle – stwierdził centurion. – Zablokowałaś za nami pierwszy właz, zgadza się?

Natasha przytaknęła.

– Przygotować się – zawołał do pozostałych.

Potem spojrzał na mnie i Sargona.

– Wysadzić właz.

– 8 –

Przebicie się przez stalowe wrota zajęło nam mniej niż minutę. Kiedy w końcu ustąpiły, przeszyło nas świdrujące, wściekłe wycie. Powietrze było gwałtownie wysysane przez dziurę wypaloną pośrodku dolnej płyty.

Trzeba było poszerzyć otwór. Trochę to trwało, ale razem z Sargonem nie przerywaliśmy ognia. Przestawiliśmy broń na niższą moc i tryb pulsacyjny. Nie sprawdzało się to w walce, kiedy chciałeś szybko powalić cel morderczym uderzeniem plazmy, ale w przypadku nieruchomych obiektów było jak znalazł. Każda wiązka paliła się przez kilka sekund, po czym musieliśmy przeładować miotacze i zaczekać, aż się schłodzą przed oddaniem kolejnej salwy.

Wszyscy mieli założone hełmy. Właz za naszymi plecami był szczelnie zamknięty, ale mimo to w długim korytarzu było do opróżnienia sporo powietrza.

Kiedy zajmowałem się powiększaniem otworu, moje myśli krążyły wokół tego, co zastaniemy po drugiej stronie. Wiedziałem, że nie będzie tam żadnej atmosfery. Ten wyciek nie brzmiał jak lekkie syczenie, które słychać, gdy dwie komory wyrównują ciśnienie. Nie, tu mieliśmy do czynienia z pełnym wydmuchem gazu, który następuje tylko wtedy, gdy za wyłomem znajduje się próżnia – otwarta przestrzeń kosmiczna.

Cokolwiek tam znajdziemy, miałem już pewność, że nie będą to żywi Skrullowie. Nie mieli szans, żeby przeżyć taki atak na mostek.

Przerwaliśmy ogień, gdy przed nami jarzyła się już dziura wielkości studzienki. Na początek miało się przez nią przecisnąć dwoje żołnierzy.

Czekaliśmy około minuty, obserwując, jak w magnetycznych butach z trudem gramolą się przez poczerniały otwór. W końcu wyszli w lodowatą ciemność kryjącej się za włazem sali. Nadawali obraz ze swoich skafandrów – tak samo jak brzęczyk.

Jednym z wybrańców była Kivi i to ona referowała, co widzi.

– Zerowa grawitacja – powiedziała. – Brak atmosfery. Pomieszczenie jest opuszczone, sir.

– Zróbcie szybki obchód – rozkazał Graves – a potem otwórzcie właz od środka.

Obejrzałem się na niego, nie pojmując, dlaczego nie kazał im odblokować przejścia od razu. Ciśnienie już się wyrównało, więc nie groził nam żaden wybuch. Przy otwartym włazie moglibyśmy pomóc obydwu zwiadowcom, jakby coś poszło bardzo nie tak…

Dotarło do mnie.

– No tak – mruknąłem pod nosem.

Centurion Graves nie chciał zostawiać drzwi otwartych na oścież na wypadek kłopotów. Ciężcy piechurzy po niewłaściwej stronie włazu byli co prawda zdani na siebie, ale za to my mieliśmy więcej możliwości reakcji.

W tej chwili chyba po raz pierwszy naprawdę się ucieszyłem, że jestem specjalistą z cennym sprzętem – i wiedzą, jak go użyć. Ci, których łatwiej było zastąpić, zwiedzali teraz mroczne zakamarki.

 

Nerwowo śledziliśmy poczynania zwiadu. Kivi nie traciła zimnej krwi, choć w jej głosie słychać było napięcie. Bardzo okrzepła od czasu naszej pierwszej misji.

– Sprawdzam korytarze. Centurionie, chyba odcięto główne zasilanie. Wygląda na to, że ten moduł działa na bateriach awaryjnych.

Graves milczał. Z uwagą wpatrywał się w transmisję. Większość z nas robiła to samo – poza Sargonem, który zajął pozycję z boku wypalonej dziury. Jego broń spoczywała na ramieniu w pełnej gotowości. Sposób, w jaki wpatrywał się w dziurę, przypominał mi polującego kota. Uznałem, że najrozsądniej będzie dołączyć do niego.

Graves posłał nam krótkie spojrzenie. Nic nie powiedział, ale pokiwał głową z aprobatą. Była to miła odmiana.

Kivi przeszukała najbliższą okolicę wokół włazu, po czym otworzyła wrota. Wszyscy odruchowo się spięliśmy. Po tym, jak rzuciło się na nas z dziesięć ton pancernych kalmarów, byliśmy dosyć nerwowi.

Ruszyliśmy do wnętrza. W miarę naszych postępów rozglądałem się trochę na boki. Znajdowaliśmy się w kwaterach mieszkalnych załogi – przynajmniej tak mi się wydawało. Przestrzeń wypełniały ciała martwych Skrullów. Znajdowaliśmy się w stanie nieważkości, więc zwłoki unosiły się upiornie wokół nas.

Skrullowie to dziwaczna rasa. Nie byli zbyt okazali, mieli może z metr wzrostu i pomarszczone twarze o niewyraźnie humanoidalnych rysach, a ich korpus pokrywała twarda skorupa. Z tego pancerza wyrastało kilka cienkich kończyn. Niepokojąco przypominały ramiona martwych dzieci dryfujące w zamarzniętej mgiełce własnej krwi.

– Jak nazywają te cudaczne małpy z Madagaskaru? – spytał mnie Carlos.

Zastanowiłem się chwilę.

– Lemury?

– No. Ci tutaj tak właśnie wyglądają. Wielkie, żółte oczy.

– Ja myślałem bardziej o żółwiach z długimi, chudymi łapkami i człekokształtnymi gębami.

– Jasne, to też pasuje.

Nie widywaliśmy Skrullów zbyt często, chociaż spędziliśmy z nimi ponad rok w kosmosie. Uderzyła mnie myśl, jak łatwo można było mieszkać tuż obok przedstawicieli innego gatunku i tak naprawdę nic o nich nie wiedzieć, bo każda grupa trzymała się ze swoimi. Teraz wydali mi się bardziej bliscy. Pokojowe, pracowite istoty, które wycięto w pień jak zwierzęta.

– Wiesz co, teraz to mnie już trochę ruszyło – rzuciłem, gdy brnęliśmy naprzód wąskimi przejściami w stronę głównego korytarza, prowadzącego do sterowni.

Mówiąc to, musiałem odgarnąć sprzed twarzy rude nitki zmrożonej krwi. Krwawa rosa tworzyła coś na wzór kruchej pajęczej sieci, która pękała pod najlżejszym dotykiem.

– Czemu? – spytał Carlos.

– Nie wiem, jakoś tak. Nikomu nie robili krzywdy. I krew też mają czerwoną, tak jak my. Nie wiedziałem.

Carlos zaśmiał się w głos.

– Ale z ciebie mazgaj, McGill. A dlaczego mielibyśmy nie kochać tych wężorękich maszynek do zabijania? Prawda, nie są zbyt miłe… ale my też nie. Pamiętaj, to Galaktyczni najechali ich system i zaczęli się tu rządzić. Musisz przyznać, że te wielgachne kalmarostwory mają jaja. Stawiają większy opór niż my kiedyś.

Pokiwałem głową z namysłem. W życiu bym nie przypuszczał, że Carlos będzie miał coś głębokiego do powiedzenia na jakikolwiek temat, ale tym razem mu się udało.

– Coś w tym jest – przyznałem niechętnie.

– Dość już paplania tam na przedzie – burknął weteran Harris, przeciskając się bliżej nas. – Ortiz, skończ rozpraszać specjalistę. Jego działo i on sam muszą być w gotowości, jeśli chcesz dalej oddychać.

– Czy byłoby lepiej, gdybym walnął samobója tu, gdzie stoję, weteranie? – spytał Carlos usłużnie.

– Byłbym bardzo, ale to bardzo szczęśliwy – odparł Harris i wierzyłem mu z całego serca. – Ale nie, potrzebne nam jest nawet twoje marne dupsko. Po prostu zawrzyj gębę.

Ponieważ Skrullowie byli mniejsi od ludzi, a my dodatkowo nosiliśmy ciężkie pancerze, trasa szła nam jak po grudzie. Zastanawiałem się, jak to było z naszymi przeciwnikami. W porównaniu do nas byli ogromni. Jak zdołali manewrować w tych tunelach?

– Kontakt! – zawołał głos z pierwszej linii.

Byłem dość pewien, że należał do Kivi. Rzuciłem się naprzód, ale Sargon przywołał mnie na kanale prywatnym.

– Najpierw niech zajmą się tym regularni – doradził. – Nie wyrywasz się, jak masz jedyną dobrą broń.

Zatrzymałem się, ale nie było to łatwe. Było to całkowicie wbrew mojej naturze. Chciałem pomóc Kivi… ale jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że Sargon ma rację. On sam nie zawsze trzymał się na tyłach, ale ta misja miała zbyt duże znaczenie. Po prostu nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia. Co gorsza, jakbym w tym momencie zginął, nawet nie miałem pewności, czy mnie kiedykolwiek wskrzeszą. Reszta legionu była wciąż nieuchwytna – a wraz z nią wskrzeszarki.

Usunąłem się na bok do pobliskiej wnęki, żeby przepuścić kilku ciężkozbrojnych. Wyglądali tak, jakby próbowali wspinać się po drabinie pod wodą. W warunkach zerowej grawitacji właściwie każdy porusza się tak, jakby pływał, przeciągając swój ciężar od jednego uchwytu do drugiego i odbijając się nogami od każdej dogodnej powierzchni. Nie dało się zwyczajnie iść ani czołgać, bo brakowało ciążenia, które by cię dociskało i zapewniało niezbędny kontakt z podłożem.

Carlos był jednym z żołnierzy, którzy popędzili naprzód na rozkaz Gravesa i Harrisa. Przechodząc obok, zagrał mi na nosie – mniej więcej. Wizjer trochę ograniczał jego możliwości.

Gdy tylko ruszyłem w jego ślady, poczułem, że mój oddech przyspiesza z każdym krokiem. Byłem czwarty w szeregu, gdy wyszliśmy na większą, bardziej otwartą przestrzeń.

– Kontakt! – Głos Kivi przeciął ciszę, ostrzegając przed wrogiem.

Ale kiedy wyłoniłem się z dziupli, która wieńczyła karłowaty korytarz, nie zobaczyłem żadnych kałamarnic.

– Gdzie one są? – spytałem.

– Na naszej drugiej – syknęła. – Patrz.

Kivi przywarła do tylnej ściany. Widziałem, że wpatruje się i mierzy z broni w jakiś otwór. Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałem, na co patrzę. W kadłubie statku ziała olbrzymia wyrwa. Znajdowała się na szczycie kopuły pokładu obserwacyjnego przy mostku. Dziura miała około pięciu metrów długości i ze dwa szerokości. Robiła piorunujące wrażenie.

– Nie widzę żadnych kalmarów – szepnąłem przez radio, mierząc z tuby prosto w wyłom. Wokół niego wirowały odłamki ciemnego metalu, zza których sączyło się światło gwiazd.

– Ja widziałam – wydyszała ciężko do mikrofonu. – Zauważyłam cień, przemknął jak błyskawica. Coś przeskoczyło nad tą wyrwą.

Razem z Sargonem oparliśmy plecy o pokład i wymierzyliśmy broń w górę. Gdyby coś się na nas rzuciło, mielibyśmy czas na jeden dobry strzał – i tyle.

– Sargon, zgłoś się – usłyszałem głos Harrisa. – Wchodzimy czy nie?

– Twoja decyzja, weteranie – odparł. – Wykryliśmy wroga. Na kadłubie może pełzać tylko jeden, a może ich być i milion.

Harris zaklął szpetnie i przerzucił temat do oficerów na tyłach. Zdecydowali się podciągnąć resztę żołnierzy naprzód, najwyraźniej równie zachwyceni swoim położeniem w tunelu co ja chwilę temu. Kilku naszych ludzi weszło na mostek.

Może wróg na to właśnie czekał. Tego już się nie dowiem. W każdym razie kiedy do pomieszczenia zaczęli przeciskać się kolejni piechurzy, kałamarnice wykonały swój ruch.

W kosmosie ludzie są dosyć nieporadni. Jesteśmy przyzwyczajeni do grawitacji i nie funkcjonujemy dobrze bez niej. Co gorsza, żeby zachować sprawność, potrzebujemy powietrza do oddychania i uciążliwej regulacji temperatury. Chociaż walka na Świecie Stali wydawała mi się koszmarem, była to pestka w porównaniu do warunków otwartej próżni.

Nasi przeciwnicy najwyraźniej nie mieli takich problemów i ograniczeń. Liczne macki zapewniały im swobodny chwyt, czy to na ścianach, czy to w innych punktach zaczepienia, przez co napastnikom łatwo było się odbić i nabrać rozpędu. Co więcej, w przestrzeni kosmicznej zdawali się czuć jak ryba w wodzie. Pływali w niej z równą lekkością. Skojarzenie nasunęło mi się od razu, gdy zaczęli dosłownie przelewać się zza krawędzi wyłomu i nurkować ku nam z zabójczą prędkością.

Dotarło wtedy do mnie, że te istoty – przynajmniej częściowo – żyły pod wodą. Już przy pierwszym ataku zwróciła moją uwagę ich niebywała zwinność, ale w stanie nieważkości poruszały się z jeszcze większą precyzją.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?