Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 4 –

Następny dzień posłał nas na zupełnie nowy poziom piekieł. Biosy z Hegemonii to chyba najbardziej bezduszna banda, jaką kiedykolwiek spotkałem.

Pobieranie „próbki rdzeniowej” okazało się równie miłe, jak nazwa wskazuje. Do brzucha wbijano nam małe stalowe rurki – z bardzo ostrymi końcami – i zostawiano w naszych bebechach, podczas gdy my mogliśmy swobodnie oddać się zawodzeniu i zwijaniu z bólu. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero wtedy, gdy przyszła pora na wyciąganie z nas tych rożnów.

Biosom zależało, żeby uniknąć zakażenia i uszkodzenia narządów – to byłoby kłopotliwe i wymagałoby przeprowadzenia kosztownego odrostu. Chcieli pomierzyć nasze wnętrzności, a potem zaleczyć rany od środka.

W tym celu rurki wyposażono w dysze natryskujące świeżą tkankę. Kiedy powolutku wysuwano z nas przewody, dysze wypluwały z siebie dość ludzkich komórek, żeby zacerować podziurawione ciało. Po zakończeniu uroczej procedury na brzuchu zostały nam blizny wielkości miedziaka, a na twarzach strugi potu i łez.

– Chcę ci pogratulować, specjalistko Franklin – powiedział Carlos wysilonym, rwącym się głosem. – Wynalazłaś doskonałe narzędzie tortur: ogrom bólu i żadnych szans, żeby ulżyła ci śmierć.

Franklin roześmiała się na ten tekst. Wydawała się szczerze rozbawiona. Doszedłem do wniosku, że chyba jara ją pobieranie tych próbek.

Gdy było po wszystkim, koliste blizny wciąż mocno dawały się nam we znaki, ale mogliśmy już jako tako funkcjonować. Trzymając się za obolałe boki i pełni złych przeczuć co do reszty testów, z ociąganiem podreptaliśmy do kolejnej sali.

Tam czekała nas prawdziwa niespodzianka. Zamiast zrobić nam przerwę albo zorganizować chociaż jakiś test na siedząco, zaciągnęli nas do komór sparingowych. Były to szczelne, bańkowate pomieszczenia. Przypominały trochę namioty. Razem z Carlosem skinęliśmy sobie głową na pożegnanie.

– Powodzenia, stary – rzucił na odchodne. – Ta bioska powiedziała mi, co będzie dalej, i na pewno przyda ci się trochę szczęścia.

– Że ja…? – zawołałem, ale już zniknął, wepchnięty gdzieś za kolejkę marudzących trepów. Wszyscy trzymali się za brzuch z bolesnym grymasem na twarzy.

Ledwie wszedłem do namiotu, złapał mnie jakiś robot. Był chuderlawy i wyglądał jak plątanina stalowych tubek owinięta kablami. Miał palce – mnóstwo palców – i zdawało się, że próbuje urządzić mi rewizję osobistą.

W przeszłości już obrywałem za znęcanie się nad robotami. Prawdę mówiąc, jestem całkiem dumny ze swoich osiągnięć w przerabianiu blaszaków na złom. Tyle że obsługa jakoś nigdy nie doceniała moich poprawek do scenariusza ćwiczeń, tym razem postanowiłem więc dać technikowi szansę.

– Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, dlaczego mam to znosić? – zawołałem głośno w stronę rozedrganych plastikowych ścian.

Odpowiedziała mi jedynie cisza. Typowe. Często w testach chodziło o to, jak sobie poradzę w danej sytuacji. Czasami badanie dotyczyło zarówno psychiki, jak i moich fizycznych możliwości. A bywało i tak, że moje zdanie zwyczajnie nie miało znaczenia i nikomu nie chciało się tłumaczyć, o co właściwie chodzi.

W namiocie było duszno i gorąco. Chyba podkręcono w nim też ciśnienie. Nie zauważyłem żadnej wentylacji i o ile dobrze się orientowałem, całą komorę podtrzymywał nieustanny nadmuch gorącego powietrza.

Kopuła miała średnicę około dziesięciu metrów i mierzyła prawie tyle samo na wysokość. Nie było żadnego problemu, żeby w niej stanąć czy sobie pospacerować – oczywiście gdyby robot zechciał puścić moje ubranie.

Odruchowo opierałem się maszynie. Chyba tak już po prostu mam. Byłem w stanie znieść fakt, że jakiś bios wbija mi we flaki metalowe szpikulce, ale molestowanie przez robota – tego było mi za wiele.

Blaszak zdołał usunąć materiał owinięty wokół mojej klatki. To, co nosili legioniści, nie było koszulą. Nie do końca. Jak na inteligentną odzież, nasze mundury były dosyć tępe. Umiały tylko dopasować się do ludzkiej sylwetki oraz przywierać do skóry i innych świadomych tkanin.

Kiedy robot rozerwał mój mundur, miarka się przebrała. Byłem już obolały, wnerwiony i zgrzany. Zmierzyłem wzrokiem napastującą mnie stertę drutów. Byłem pewien, że ktoś mnie obserwuje – w końcu nie była to dla mnie pierwszyzna – zrezygnowałem więc z bezpośredniego ataku. Zamiast tego chwyciłem prawą dłoń robota, pchnąłem go w prawy bark i jednocześnie wysunąłem stopę tak, aby przydepnąć biegnący z tyłu przewód zasilający. Ten chwyt judo sprawdzał się doskonale wobec takich blaszaków.

Skutek był niezwykle satysfakcjonujący. Robot stracił równowagę, runął na plecy i grzmotnął w podłogę z metalicznym brzdękiem, który był niczym muzyka dla mych uszu.

– Próba niezaliczona! – zawołał głos z niewidocznego głośnika.

Rozejrzałem się, ale nie umiałem nigdzie namierzyć kamery. W namiocie robiło się coraz goręcej, ale na te słowa obruszyłem się i poczułem w sobie rosnący upór.

– Sir? Dlaczego oblałem, sir?

– Nie bawimy się w „sto pytań do”. Proszę opuścić namiot, żołnierzu!

Nie ruszyłem się z miejsca.

– Wasz robot miał chyba awarię – stwierdziłem.

Automat próbował się podnieść z jękiem serwomotorów. Trzymałem stopę na kablu, żeby nie mógł wstać.

– Uderzyłeś maszynę – oświadczył głos. – To oczywisty pokaz złej woli. Odnotowuję to jako brak tolerancji przy narażeniu na umiarkowany stres i dyskomfort. Próba niezaliczona.

– Powtarzam, wasz robot miał awarię – powiedziałem, przybierając rzeczowy, a nawet pogodny ton.

Ma się rozumieć, tak naprawdę chciałem przyłożyć właścicielowi tego głosu znikąd, ale odzywałem się przyjaźnie, starając się nawet wpleść gdzieniegdzie nutkę zatroskania.

– Próbowałem go złapać, gdy się przewracał. Może nie dał rady w tym ukropie.

Na jakieś dziesięć sekund zaległa całkowita cisza. Stawiając wszystko na jedną kartę, pochyliłem się nad robotem i zacząłem udawać, że próbuję mu pomóc. W rzeczywistości przeszukiwałem panel na jego torsie, dopóki nie wymacałem wiązki cienkich jak włos przewodów. Szarpnąłem za nie lekko i robot przestał się miotać.

Chwilę później odwróciłem się, słysząc za sobą jakieś szuranie. Do namiotu weszła niska, korpulentna blondyna ze zdegustowaną miną. Wzięła się pod boki i spiorunowała mnie wzrokiem. Była technicznym – specjalistą zajmującym się zaawansowanym sprzętem, takim jak roboty.

– Ten automat przeszedł przegląd ledwie dwie godziny temu – rzuciła oskarżycielsko. – Dlaczego teraz przestał działać? Co z nim zrobiłeś, specjalisto?

– Nie mam pojęcia. Może ma usterkę żyroskopu. Nie uderzyłem go, po prostu stracił równowagę i upadł.

Uraczyła mnie chmurnym spojrzeniem i zabrała się za oględziny robota. Gniew na jej twarzy szybko zastąpił wyraz troski.

– Nie ma zasilania…

– Jak już mówi…

Nagle poderwała się na równe nogi i prawie wetknęła mi do nosa wyprostowany oskarżycielsko palec.

– Jesteś jednym z tych pajaców z Varusa, co?

Poklepałem dłonią odznakę na moim ramieniu.

– Specjalistko, ja noszę ten wilczy łeb z dumą.

Mrucząc przekleństwa, odciągnęła robota na bok. Zaoferowałem swoją pomoc, ale zbyła mnie machnięciem ręki.

– Po prostu zostaw mój sprzęt w spokoju. Wiesz, co zrobię? Zaliczę ci tę próbę. To w sumie najgorsze, co mogę ci zafundować… Tak, dostajesz ode mnie piątkę z plusem, gnoju!

Spojrzałem na nią krzywo, ale – nie wiedząc, jak właściwie zareagować na te groźby – po prostu zwinąłem się szybko z namiotu. Na zewnątrz łapczywie zaciągnąłem się chłodnym powietrzem. Oddając się rozkoszy oddychania, dostrzegłem znajomą twarz wynurzającą się z innego namiotu. Dziewczyna miała na imię Kivi. Minęło kilka miesięcy, odkąd widziałem ją po raz ostatni. Jej widok podziałał jak balsam na moje serce.

Kivi miała budowę ciała typową dla niskich dziewczyn: krótkie ręce i nogi, ale bardzo dużo krągłości. Lubiłem jej kędzierzawe włosy i bystre spojrzenie. Pochodziła gdzieś z Bliskiego Wschodu. Na jej widok znowu zrobiło mi się gorąco.

Pożerając ją wzrokiem, nie mogłem powstrzymać się od szczerzenia gęby. Była częściowo roznegliżowana i właśnie próbowała zmusić inteligentne ubranie, żeby znów przylegało do ciała.

Dostrzegła mnie kątem oka i zauważyła, że się jej przyglądam. Uśmiechnęła się.

– Zdałeś? – spytała.

– No jasne – odparłem, wciąż nie mając pojęcia, na czym tak właściwie miała polegać próba.

Wydęła usta w zamyśleniu.

– Jestem zaskoczona. Ten robot rozebrał cię do końca?

Zamrugałem z niedowierzaniem, ale zaraz do mnie dotarło – a więc o to w tym wszystkim chodziło!

– Pozwoliłem mu – oświadczyłem. – Tak jak należało.

– No to bardzo się zmieniłeś.

Podeszła bliżej i stuknęła palcem w moją odznakę specjalisty. Jej samej jeszcze nie udało się takiej zdobyć.

– Wygląda na to, że nie będziemy już w tej samej jednostce – stwierdziła.

– To się okaże – odparłem.

Uniosłem dłoń i musnąłem jej łokieć. Przyszło mi to zupełnie naturalnie – spędziliśmy z Kivi niejedną wspólną noc. Rozstaliśmy się dawno temu, ale kilka miesięcy rozłąki zwykle sprawia, że człowiek zapomina o wszystkim, co doprowadzało go wcześniej do szału.

Uśmiechnęła się do mnie wstydliwie, ale nie dałem się nabrać. Kivi nie miała w sobie ani krztyny nieśmiałości.

– Według technicznej zaliczyłem – podjąłem – ale cholera wie czemu w ogóle zafundowali nam taki rąbnięty test.

– Też nie jestem pewna. Ale idę o zakład, że tam, gdzie lecimy, będzie wilgotno i gorąco.

Po krótkim namyśle przytaknąłem.

– Sprawdzali, jak szybko tracimy nerwy w upale i pod ciśnieniem?

– Pewnie tak.

– Wyglądasz na nieco rozpaloną – stwierdziłem, rzucając jej rozbawione spojrzenie. – Co powiesz na coś zimnego, zanim te gnojki z Hegemonii zaciągną nas na kolejne tortury?

 

– To jest myśl – odparła.

Pokonaliśmy niskie schody prowadzące do stoisk, które otaczały centralny obszar testów. Połowę budek zajmowali przedstawiciele różnych legionów, ale reszta najwyraźniej pełniła rolę zwykłych straganów.

Postawiłem Kivi piwo i nie zwlekaliśmy z osuszaniem butelek. W Legionie Varus nigdy nie wiesz, kiedy ktoś przyłapie cię na leserstwie.

Kiedy właśnie się pochylałem, żeby pocałować dziewczynę, na ramieniu zabrzęczał mi stuk. Usłyszałem, że jej zrobił to samo. Skrzywiła się trochę. Wibracje tuż pod skórą nie należały do przyjemnych. Większość z nas ustawiała urządzenie tak, żeby wydawało wyłącznie dźwięki albo mrugało kolorami na ręce. Ale legionowy regulamin nie pozostawiał żadnych wątpliwości: na rozkazy przychodzące w trybie nagłym musiały być ustawione wibracje.

Uniosła moją rękę, żeby zerknąć na ekran naprawionego już stuka. Kiedy ją puściła, pozwoliłem dłoni opaść swobodnie na jej ramię. Odpowiedziała uśmiechem i wyciągnęła się, by objąć mnie za szyję.

– Zapomnij o tym na chwilę – szepnęła.

Pociągnęła moją głowę w dół, żeby mnie pocałować. Dzieliła nas niemała różnica wzrostu… ale jakoś zawsze udawało się nam znaleźć na to sposób.

* * *

Następny dzień minął jak z bicza trzasnął. Zaserwowano nam kolejne testy, a sam charakter tych prób sprawiał, że nabierałem podejrzeń co do naszej misji. Mierzone parametry dotyczyły podatności na irytację, ból, ciepło i ciśnienie. Większość z nas dobrze sobie radziła. Żołnierze z Varusa różnili się od innych legionistów, których dane mi było spotkać. Może i nie byliśmy najsprytniejsi ani nie mieliśmy najbardziej wypasionego sprzętu, ale mogliśmy za to dostać niezłe wciry i maszerować dalej jak gdyby nigdy nic.

Trzeciej nocy byliśmy już naprawdę wykończeni, ale nie dawaliśmy za wygraną. Jakoś po północy spędzili nas do pociągu powietrznego, kierunek: port kosmiczny. Nikt nie narzekał. Nikt nie odezwał się praktycznie ani słowem. Mieliśmy znów opuścić planetę i – w przeciwieństwie do świeżych rekrutów – wiedzieliśmy, że czeka nas ostra jazda.

Na szczęście podczas lotu na „Corvusa” oficerowie nie bawili się w żadne gierki. To już nie był obóz dla rekrutów. Byliśmy weteranami: nasze twarze były jak z kamienia, a spojrzenia ponure. Nikt się nie uśmiechał. Prawie nikt nie silił się na żarty. Wszyscy mieliśmy poczucie, że zanim ta misja dobiegnie końca, zyskamy garść zupełnie nowych powodów, by żałować wyboru kariery.

„Corvus” prezentował się równie imponująco jak za pierwszym razem, gdy go zobaczyłem. Ta długa na pięć kilometrów jednostka należała do klasy drednotów. Jej sylwetka była pełna ostrych kątów i gładkich linii, a kadłub pokrywały całe hektary metalowych płyt, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. „Corvus” był dostatecznie pojemny, by pomieścić cały ziemski legion wraz z załogą obcych zwanych Skrullami, a do tego wszystek nasz sprzęt. Po pokładzie włóczyły się tysiące żołnierzy – przywiozły ich dziesiątki transportowców, które startowały z portów rozrzuconych po całej planecie.

Po tym jak odnaleźliśmy przydzielone nam kwatery, cała nasza jednostka miała stawić się w mesie na odprawę. Cieszyło mnie to i bynajmniej nie byłem w tym odosobniony. Rzecz w tym, że górka często nie zawracała sobie głowy wyjaśnianiem, z czym właściwie przyjdzie się nam zmierzyć. Tym razem uznali to za wystarczająco istotne, by wtajemniczyć trepów.

– Zeta Herculis – oświadczył centurion Graves, jakby te dwa słowa wyjaśniały wszystko.

Stał w przedniej części mesy, mierząc laserowym wskaźnikiem w ścienny ekran. Na nim płomiennym kolorem oznaczono system o dwóch gwiazdach. Jedna z nich była dużym obiektem klasy K o pomarańczowej barwie, a druga wyraźnie mniejszym białym karłem.

Graves rozejrzał się po obecnych, na co mogliśmy odpowiedzieć jedynie tępymi spojrzeniami.

– Na Boga, ludzie… – zirytował się. – Czy was już niczego nie uczą w tych szkołach?

Carlos zadarł łeb. To było silniejsze od niego.

– Ależ tak, sir! Mówią nam, żeby zaciągnąć się do legionów i zwiedzić Galaktykę, sir!

Weteran Harris podszedł do Carlosa i zawisł nad nim w gotowości. Widziałem, że się wkurzył i tylko czekał na choćby najdrobniejszą wskazówkę od Gravesa, żeby przycisnąć żołnierza. Ten jednak nie dał mu upragnionej wymówki.

Graves wydawał się rozbawiony spostrzeżeniem Carlosa. Zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.

– Tak, to chyba rzeczywiście wszystko, co słyszy świeży rekrut. Łby pełne pogodnych bajeczek i kłamstw. Ale dzisiaj wyjawimy wam pewien drobny sekret: nie jesteśmy sami w kosmosie.

Chyba nikt na sali nie wiedział, o czym on, u licha, bredzi, ale byliśmy już na tyle rozgarnięci, żeby być cicho i patrzeć przed siebie. Nawet Carlos zamknął gębę na kłódkę.

– Tak jest, Ziemia nie jest osamotniona. Tam, pośród gwiazd, znajduje się jeszcze jedna kolonia. A dokładnie… tutaj.

Uderzył dłonią o ekran, który zajmował całą ścianę mesy. Obraz nawet nie drgnął. To nie była projekcja, ale obraz generowany przez światłoczułe, organiczne diody LED naniesione natryskowo na samą powierzchnię ściany.

Przez salę przetoczył się pomruk. Wielu żołnierzy uniosło dłoń. Było to dozwolone podczas odprawy, jeśli mieliśmy pytania.

– Specjalistko Elkin? – powiedział Graves, wywołując kobietę z pierwszego rzędu.

Wytężyłem wzrok. Oto i ona, słodka Natasha. Podobnie jak z Kivi, trochę poromansowaliśmy na Świecie Stali, ale wszystko się rozleciało po powrocie do domu.

Natasha Elkin bardzo różniła się od Kivi – i w zachowaniu, i z wyglądu. Była dość cichą osobą, ale zawsze potrafiła zrobić wrażenie swoją wiedzą i pewnością siebie. Miała wydatne kości policzkowe – jak u dziewczyn z kolorowych magazynów, ale gdy się uśmiechała, jej oczy niemal znikały, zmrużone w wąziutkie szparki. Była wysoka, wysportowana i naprawdę śliczna.

– Sir? – podjęła Natasha. – Czy mówi pan o nieudanej misji badawczej z dwa tysiące czterdziestego dziewiątego roku?

– Aha! Tak, dokładnie. Miałem nadzieję, że ktoś z was o tym słyszał. Dobrze mieć tu kogoś z prawdziwym wykształceniem.

Byłem trochę zbity z tropu, ale wcale mnie to nie zaskoczyło. Natasha zawsze była niezłym mózgiem i miała w sobie coś ze szkolnego pupilka. Wiedziałem z pewnego źródła, że kiedyś praktycznie zbudowała sobie zwierzaka ze sztucznie wyhodowanych elementów – i została za to wydalona ze szkoły.

– Wyjaśnię co nieco dla niewtajemniczonych – oświadczył Graves. – W roku dwa tysiące czterdziestym dziewiątym, kiedy nawet mnie nie było jeszcze na świecie, Ziemia wysłała ludzi z misją do gwiazd. Projekt nazwano „Hydra”.

Gdy to powiedział, gdzieś w głowie w końcu zapaliła się lampka. Przypomniało mi się, że gdzieś już czytałem o tej misji. W tamtych czasach ludzie byli przekonani, że to właśnie „Hydra” była tym, co przyciągnęło uwagę Galaktycznych do naszego świata. Na tyle, na ile byłem w stanie sobie przypomnieć, statek opuścił Ziemię i już nikt nigdy o nim nie słyszał.

– Zadaniem misji „Hydra” była eksploracja i kolonizacja egzoplanety, którą w owym czasie mogliśmy obserwować jedynie przez teleskop – ciągnął Graves. – Według wszelkich pomiarów świat ten przypomina Ziemię i znajdują się na nim duże akweny z ciekłą wodą. Od tamtego czasu udało się nam odnaleźć zamieszkałe planety położone jeszcze bliżej, ale wtedy nikt nie wiedział o ich istnieniu.

Natasha znów uniosła dłoń. Natychmiast przewróciłem oczami. Uwielbiała się popisywać, kiedy wiedziała coś, o czym reszta nie miała pojęcia. Graves wywołał ją ponownie.

– Sir? Myślałam, że misję uznano za straconą.

– Taka była oficjalna wersja. Ale przyszedłem tu po to, żebyście się dowiedzieli, jak było naprawdę… Przynajmniej według naszej wiedzy. Musicie zdać sobie sprawę, że gdy statek kolonizacyjny opuszczał Ziemię, nasze rodzime systemy napędu prezentowały się bardzo mizernie. Pokonanie około trzydziestu lat świetlnych dzielących nas od docelowego układu trwało przeszło pięćdziesiąt lat czasu lokalnego.

Na sali rozległ się szmer niedowierzania.

– Zgadza się – Graves przytaknął. – Nawet biorąc pod uwagę efekt dylatacji czasu przy wysokich prędkościach, musimy założyć, że ludzie żyli i umierali na tym statku jeszcze długo przed osiągnięciem celu. Niektórzy musieli urodzić się w drodze, a inni pewnie nie dożyli końca podróży. Krótko po odlocie, czyli mniej więcej wtedy, gdy przybyli tu Galaktyczni i miłosiernie zaproponowali nam dołączenie do swego Imperium, utraciliśmy kontakt ze statkiem. Po części było to jednak zamierzone. Nowo utworzony rząd Hegemonii wysłał do „Hydry” komunikat, nakazując im ciszę radiową. Obawiano się, że jeśli Galaktyczni odkryją, iż wysłaliśmy już statek z kolonistami, zostaniemy skazani na natychmiastową zagładę.

Rozejrzałem się po sali. Wszędzie widziałem chmurne spojrzenia, gdy ludzie przyswajali to, co właśnie usłyszeli. To były szokujące wieści. Dziwnie było uświadomić sobie, że Ziemia wysłała statek do gwiazd bez pomocy jakiejkolwiek obcej technologii. Ta myśl napawała mnie dumą. Najwyraźniej byłem w tym odosobniony – wszystkie inne twarze zdradzały jedynie niepokój.

– „Hydra” zamilkła na jakieś siedemdziesiąt lat. Kilka miesięcy temu w końcu otrzymaliśmy od nich krótki komunikat z informacją, że misja dotarła do celu i załoga założyła tam kolonię. – Graves przerwał na chwilę. – A teraz prawdziwie szokujące wieści: wiadomość wysłano trzydzieści pięć lat temu. To oznacza, że misja dotarła na miejsce przeznaczenia i kolonia funkcjonuje do dziś. A przynajmniej zakładamy, że pionierzy zdołali utrzymać się przy życiu. Przez trzydzieści pięć lat sporo może się wydarzyć.

W tym momencie uniosłem dłoń. Zaciekawił mnie pewien kluczowy detal, którego nie poruszono na odprawie.

– Sir? – podjąłem. – Co właściwie mamy robić, kiedy już tam dotrzemy? Kto podpisał z nami kontrakt?

Graves wycelował we mnie palec.

– Dobre pytanie, McGill. Co cała ta heca z zaginioną kolonią ma wspólnego z Legionem Varus? Cóż, faktycznie mamy tam robotę do wykonania, i mamy kontrakt. Otrzymaliśmy zlecenie, aby udzielić pomocy kolonistom… znaczy jeśli znajdziemy tam kogoś żywego.

Zmarszczyłem brwi. Wciąż nie trzymało się to wszystko kupy.

– Udzielić pomocy? Ale w czym?

– Tego nie jesteśmy pewni. Ale zakładamy, że potrzebują zbrojnego wsparcia. Może mają tam wojnę domową, do końca nie wiadomo. Nie dysponują nowoczesnymi systemami komunikacji, więc ich łączność jest nadal ograniczona do prędkości światła.

Wiele można było powiedzieć o Imperium Galaktycznym, ale na pewno nie to, że było ostoją transparentności. Każdy świat członkowski wiedział o pozostałych układach gwiezdnych tylko tyle, ile mu przekazywano. Ziemia sprzedawała usługi najemników wyłącznie okolicznym światom na obszarze o średnicy około stu lat świetlnych. To był nasz rewir. Poza granicami tego terytorium nasze mapy gwiezdne pokazywały jedynie nieskończoną pustkę. Udzielano nam tylko tych informacji, które uznawano za niezbędne do wypełnienia naszych zobowiązań handlowych – to jest dostarczania najemnych żołnierzy sąsiadującym światom.

– Pozwólcie, że z wyprzedzeniem odpowiem na wasze następne pytanie – powiedział Graves, rozglądając się po twarzach zebranych. – Dlaczego uważamy, że nasi koloniści mogą być w niebezpieczeństwie? Cóż, spore znaczenie ma to, co dociera do nas od Galaktycznych. Na mocy udzielonych nam uprawnień możemy prowadzić monitoring lokalnej łączności. Wyłapaliśmy nietypowy ruch na kanałach. Wiadomości dotyczące właśnie tego układu gwiezdnego. Uważamy, że Galaktyczni odkryli naszą kolonię.

Dłoń Natashy znów wystrzeliła w powietrze.

– A co, jeśli tak naprawdę nic im nie grozi? Co, jeśli planują wysyłać własnych najemników, żeby konkurować z Ziemią?

Twarz Gravesa stężała.

– W takim przypadku parametry naszej misji ulegną zmianie. W razie czego nakazano nam zniechęcić ich do podejmowania konkurencyjnej działalności.

Zniechęcić. Słowo zawisło na chwilę w moich myślach. Miałem nadzieję, że koloniści nie zamierzają wystąpić przeciw nam. Hegemonia już miała nie lada kłopoty, a było jasne, że „zniechęcanie” ich będzie oznaczało przemoc. Współczułem tym osadnikom. W jak trudnym położeniu musieli się teraz znajdować… Po prawie stu latach całkowitego odcięcia od Ziemi w końcu nawiązują kontakt – i co robimy? Wysyłamy wojsko, żeby zniechęcić ich do handlowania jedyną rzeczą, która może uczynić ich pożytecznym członkiem Imperium.

Wydawało mi się to głęboko niesprawiedliwe.

– Ale… centurionie Graves – wypaliłem, nie podnosząc ręki. – Przepraszam, sir, ale czy oni nie muszą wymyślić czegoś, czym mogliby handlować? W przeciwnym razie przecież zetrą ich w pył.

Graves utkwił we mnie twarde spojrzenie.

– A wolałbyś, żeby zamiast tego zmietli Ziemię?

Zastanowiłem się krótką chwilę.

 

– Nie, sir.

Centurion wyprostował się i widziałem, że zaraz każe się nam rozejść. Jeszcze raz uniosłem dłoń.

Weteran Harris podszedł bliżej. Czułem, że dosłownie wisi nade mną, i aż ścierpła mi skóra na karku. W końcu Graves gestem udzielił mi głosu.

– Jeszcze ostatnie pytanie, sir – powiedziałem. – Kto nas wynajął, żebyśmy tam lecieli? Znaczy skoro koloniści dopiero się tam urządzają, to nie mają żadnych kredytów, prawda?

– Zgadza się – odparł. – To nie ich pomysł. To inicjatywa Hegemonii. Pracujemy na ich zlecenie. Zasadniczo tę wycieczkę opłaca Ziemia.

– To tak można?

Graves prychnął.

– Oczywiście. Każdy członek Imperium może zamawiać własne towary i usługi. Welluzjanie wynaleźli pastobeton, zgadza się? Zapewniam cię, że wolno im go używać i robią to na co dzień.

W sumie miało to sens. Usługi naszego legionu musiały być zakontraktowane, żeby można nas było wycofać z obiegu – co oznaczało, że w tym czasie nie mogliśmy podejmować żadnych innych zadań. Trzeba było też opłacić inne koszty, na przykład wynagrodzenie Skrullów, którzy przewozili nas na pokładzie „Corvusa”. Kupowanie własnych usług wydawało się trochę dziwne i kosztowne, ale zupełnie legalne. Ciekawe, czy klepnęliśmy sobie jakiś rabat.

Po skończonej odprawie ustawiliśmy się znów jeden za drugim. Wymaszerowałem z mesy ze zmarszczonym czołem. Hegemonii brakowało pieniędzy, ale mimo to rząd zdecydował się wydać niemal ostatni grosz, by pozbyć się potencjalnego rywala. Jako że wysyłali tam właśnie mój legion, nie miałem dobrych przeczuć co do losu kolonistów. Varusa wyciągano tylko do naprawdę brudnej roboty, a ta zapowiadała się na najgorszą ze wszystkich… bratobójstwo.

Mogli sobie to ubierać w piękne słówka, ile chcieli, ale dokładnie tak to dla mnie wyglądało. Zatrudniono nas, żebyśmy zabijali własnych pobratymców. Już żałowałem, że uczestniczę w tej misji. Im więcej o niej wiedziałem, tym mniej mi się to wszystko podobało.