Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Dust World (Undying Mercenaries Book 2)

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Karolina Kaiser

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-57-4

ISBN MOBI: 978-83-66375-58-1

Ziemia i Imperium Galaktyczne

– kalendarium wydarzeń

1922 – Transmisje radiowe oplatają całą Ziemię, stając się pierwszą z wielu form transmisji strumieniowych, które rozchodzą się w kosmosie z prędkością światła.

1943 – Galaktyczne posterunki Imperium wychwytują rosnącą falę transmisji z Ziemi.

Zostaje założona kartoteka, a odpowiednie służby przystępują do zbadania sprawy.

1947 – W związku z rozpoczęciem śledztwa przez Galaktycznych na Ziemi następuje gwałtowny wzrost liczby zaobserwowanych UFO.

1969 – NASA wysyła dwóch ludzi na Księżyc, czyniąc pierwszy krok ludzkości w kosmosie. Ten alarmujący postęp zostaje zgłoszony Centrali Galaktycznej.

1977 – „Voyager 1” startuje z misją eksploracji poza granice Układu Słonecznego.

1993 – Powstaje Unia Europejska – pierwszy z wielu podobnych, wielonarodowych konglomeratów.

1995 – Odkryto pierwszą planetę pozasłoneczną, która okrąża karła 51 Pegasi.

Wkrótce mają miejsce tysiące podobnych odkryć.

2012 – „Voyager 1” zostaje pierwszym przedmiotem wytworzonym przez człowieka, który opuszcza Układ Słoneczny. Galaktyczni obserwatorzy skrupulatnie odnotowują to wykroczenie.

2025 – Załamanie światowej gospodarki przyspiesza formowanie bloków politycznych i podsyca nastroje nacjonalistyczne. Chiny, UE oraz Kolektyw Ameryki Północnej (NAC) wchodzą w epokę nowej zimnej wojny.

2041 – Pierwszy i jedyny ziemski statek kolonizacyjny – „Hydra” – wyrusza w stronę Zeta Herculis. W skład grupy kolonistów wchodzą głównie zesłańcy polityczni z terytorium NAC.

2052 – Wobec zauważonych postępów technologicznych ludzkości oraz wielokrotnego naruszenia zasad w jej postępowaniu Imperium Galaktyczne jest zmuszone do podjęcia działań. Lokalna Flota Bojowa 921 wyrusza do Układu Słonecznego i ustanawia w nim panowanie Galaktycznych.

2054 – Na Ziemi szok kulturowy zaczyna ustępować miejsca akceptacji. Rywalizujące dawniej bloki polityczne formują Rządy Sektorów podległe centralnemu Rządowi Hegemonii, który z kolei pracuje pod dyktando odległych Galaktycznych.

2058 – Victrix, pierwszy ziemski legion najemniczy, z powodzeniem wykonuje dwie misje w pierwszym roku funkcjonowania, przywożąc ze swej wyprawy niezbędne galaktyczne kredyty i udowadniając, że Ziemia jest godna bycia nowym członkiem Imperium.

2076 – Sformowano Legion Varus, którego zadaniem jest realizacja tajnych misji pozaziemskich.

2081 – Stłumiono rozruchy buntowniczych frakcji w Sektorze Brazilia. Następujące po nich czystki pochłaniają siedem milionów ofiar.

2099 – Rodzi się James McGill.

2121 – McGill dołącza do Legionu Varus. Podczas swej pierwszej misji przyczynia się do zerwania wszelkich kontraktów najemniczych z Cancri-9. Katastrofa ta zostaje później uznana za nieuniknioną. Ziemska gospodarka zaczyna staczać się po równi pochyłej.

2122 – „Hydra”, jedyna misja kolonizacyjna Ziemi, w końcu nawiązuje kontakt z macierzystą planetą. Kolonizacja innego systemu gwiezdnego kończy się powodzeniem, stanowiąc jednak naruszenie prawa galaktycznego. Legion Varus wyrusza, by zająć się zaistniałą sytuacją…

Skończyły się trudy!

Skończyły się – dla owych, co tam trupem padli

i nic już więcej nie chcą, nawet wstać na nowo…

– Ajschylos, 479 p.n.e.

(tłum. Stefan Srebrny)

– 1 –

Od samego początku przepustka nie sprawiała mi najmniejszej frajdy. Weterani i adiunkci mówili nam, że po roku harowania w tej krwawej łaźni na pewno będziemy mieli kłopoty z powrotem do dawnego życia. Zanim wypuścili nas na kładki prowadzące do portu kosmicznego w Newark, legionowi psycholodzy wygłosili do nas mówkę o „oderwaniu emocjonalnym” i zasugerowali, żebyśmy skontaktowali się z legionem, jeśli w naszym odczuciu potrzebujemy pomocy.

Skwitowałem to śmiechem, złapałem pociąg powietrzny do Georgii i wróciłem do domu. Potem musiałem jeszcze przetrwać imprezę, jaką w blokowej świetlicy zgotowali dla mnie rodzice. Zebrał się tam z tuzin sąsiadów i przyjaciół, więc przykleiłem na gębę uśmiech. Przez cały ten czas nie marzyłem o niczym innym, tylko żeby uciec gdzieś daleko od wszystkich.

Myślę, że przez kilka kolejnych tygodni trwałem w stanie szoku. Cywilne życie zupełnie mnie już nie bawiło. Przy pierwszej nadarzającej się okazji namierzyłem Carlosa i kilku pozostałych z jednostki. Schlaliśmy się jak wieprze. Miło było, ale trwało to ledwie kilka godzin.

Wróciłem zygzakiem do domu i ocknąłem się dopiero rano. Mama zrobiła dla mnie śniadanie. Zjadłem je, wyrzygałem w całości w toalecie i wróciłem po dokładkę.

– Chcesz o tym porozmawiać, James? – spytała.

– Nie – odparłem. – Nic mi nie jest.

– To naprawdę pomaga, kiedy się komuś wygadasz.

Spojrzałem na nią i na jej wymuszony uśmiech. Dostrzegałem jej zmartwienie i nie powiem, żeby było mi to obojętne.

– Snucie wojennych opowiastek nic nie da – skwitowałem.

Spuściła wzrok i uścisnęła mnie krótko.

– Spróbuj może wrócić do starych zajęć – poradziła.

Przez cały kolejny miesiąc robiłem dokładnie tak, jak sugerowała. Próbowałem wpasować się w rytm dawnych zwyczajów, ale czułem się wyobcowany nie tylko wobec kumpli z sieci, ale i byłych dziewczyn ze szkoły, a nawet własnych rodziców.

To nie byłem ja, nie do końca. Czułem to. Pewnie, znajomi zawsze się uśmiechali na mój widok. Klepali mnie po plecach i wciskali kanapki. Kilku nawet postawiło mi drinka.

Ale kiedy na mnie spoglądali, ich wzrok zawisał odrobinę za długo. Ich spojrzenie było jakby zasnute cieniem. Widzieli coś we mnie – coś innego. Między mną a wszystkimi innymi był pewien dystans, jakby niewidzialna ściana. Minęło trochę czasu, zanim dotarło do mnie, skąd to wrażenie.

– Nie macie pewności, czy naprawdę jestem Jamesem McGillem – wypaliłem nagle do taty pewnego czerwcowego wieczoru.

– Co? – spytał, zbity z tropu.

Leżał właśnie na plecach i oglądał wyświetlany na suficie mecz. Była to jedyna płaska powierzchnia w naszej klitce, gdzie mieścił się duży ekran. Tata zmienił ustawienie fotela, przesuwając go do pozycji siedzącej, i zatrzymał grę.

– O czym ty mówisz, synu?

– Nie mogę wam mieć za złe, że nie wiecie, kim jestem – odparłem rzeczowo. – Czasami sam nie jestem do końca pewien.

Tata zaśmiał się nerwowo.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, James.

– No to pozwól, że wyjaśnię. Z tego, co mi wiadomo, siedzę właśnie w moim czwartym ciele. Jestem w innej skórze niż ta, w której się rodziłem, tato. Rozumiesz mnie? Ja umarłem tam, w kosmosie. Umarłem i narodziłem się na nowo w świeżym ciele zbudowanym z jakiegoś pozaziemskiego szlamu.

Kolejny nerwowy śmiech. Czyżby drgnęła mu powieka? Na pewno nie mrugnął do mnie specjalnie, tego byłem pewien.

– Jasne – ciągnąłem – wyglądam jak stary James. Mam ten znajomy śmiech. Te same włosy. Lubię to samo piwo i nadal umiem skopać tyłek większości graczy, jeśli tylko zachce mi się zalogować do strzelanki.

Tata dalej się we mnie wpatrywał. W końcu poprawił się w fotelu.

– Jesteś moim dzieckiem – powiedział stanowczo. – Nadal jesteś moim dzieckiem. Tego jestem pewien.

Uśmiechnąłem się.

– Dzięki, tato. Ale nie da się ukryć, że jestem inny. Musisz to przyznać.

– Po prostu dorosłeś, i tyle. Latałeś wśród gwiazd. No i ludzie od zawsze mieli problem z powrotem do domu po wojnie. Historia nieraz to udowodniła. Może powinieneś skontaktować się z legionem. Może ich ludzie od biomedyki będą w stanie ci pomóc.

Prychnąłem lekceważąco.

– Taa. Dadzą mi jakiś zastrzyk. Będę upuszczali mi krew i każą mi lać do kubeczków, póki nie uschnę na wiór. A jak im się nie spodoba to, czego się doszperają, wiesz, co ze mną zrobią?

Tata powoli pokręcił głową.

– Znowu mnie zabiją, ot co. Ja wyląduję w recyklingu, a oni zrobią nowy odrost z nadzieją, że tym razem lepiej się przyjmie.

Na twarzy taty malowała się groza.

– Nie rozumiem…

Uciszyłem go uniesieniem dłoni. Nigdy wcześniej nie mówiłem nikomu z rodziny, co się tak naprawdę dzieje, kiedy wracasz z martwych. Przemilczałem to wszystko. To nie było nic miłego i nagle poczułem wyrzuty sumienia, że obciążam go całym tym syfem.

 

– Przepraszam, tato… Idę się przewietrzyć.

– Zaczekaj – zawołał, zrywając się z fotela i łapiąc mnie za rękę.

Spojrzałem na niego pytająco.

– Chodzi o coś innego. Źle to wszystko odbierasz. Nie oglądałeś ostatnio wiadomości, co?

Pokręciłem głową, marszcząc brwi.

Tata wziął głęboki oddech.

– Ludzie nie zaprzątają sobie głowy tym, że ileś tam razy zginąłeś. Nie patrzą na ciebie jak na jakiegoś zombie, tym możesz się nie martwić. Nie myślimy w ten sposób, bo to wszystko jest nam zupełnie obce. Zastanawiamy się po prostu, co takiego zrobił wasz legion.

Teraz to ja byłem zupełnie zbity z tropu.

Tata wskazał na sufit.

– Zauważyłeś, że bez przerwy oglądamy tylko sport i jakieś badziewie? Nie chcemy oglądać wiadomości. Nikt nie chce. Ludzie się boją, James. To dlatego jest tak dziwnie.

– Boją się? Czemu?

– Bo Cancri-9 wypowiedziała nam kontrakty. Wszystkie. Germanica, Solstice, Victrix: nikt już tam nie poleci pracować. Agencje informacyjne nie podają, dlaczego tak się stało, ale za to często wspominają, że to Legion Varus jako ostatni służył na Świecie Stali.

Poczułem nagły ucisk w żołądku. To, o czym mówił tata, było znacznie gorsze niż roztaczanie upiornej aury chodzącego trupa. Już wcześniej mi się wydawało, że sprawy wyglądają dość kiepsko, ale właśnie zaczynała do mnie docierać prawdziwa skala problemu. Nie chodziło tu o mnie – przynajmniej nie do końca.

– Chcesz mi powiedzieć, że w powszechnej opinii Legion Varus dał ciała? Że jakimś sposobem udało się nam tak wkurwić książąt, że Ziemi przepadł najlepszy międzygwiezdny klient?

Tata z wahaniem przytaknął.

Westchnąłem ciężko, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.

– W pewnym sensie macie rację – stwierdziłem. – Ale nie do końca. Tato, my nic nie mogliśmy zrobić, żeby zachować te kontrakty. Nic.

– Co tam się wydarzyło?

Pytanie było niewiele głośniejsze od szeptu. Już byłem gotów wszystko mu opowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Nie wolno nam było o tym rozmawiać. Varus może i nie wdrażał tylu zasad postępowania co pozostałe legiony, ale z pewnością zaliczało się do nich zachowanie tajemnicy kontraktowej.

– Nie mogę o tym mówić. Ale uwierz mi, że jaszczury z Cancri-9 tak czy siak zamierzały nas wyrolować. Ziemia nigdy ich nie obchodziła.

Tata pokiwał głową z namysłem.

– Rozumiem. Mam nadzieję, że jest ci chociaż trochę lżej, gdy już wiesz, skąd ten klimat wokół ciebie.

– Taa, jasne – odparłem, próbując zbyć wszystko śmiechem. – Ludzie myślą, że mój legion samodzielnie zrujnował gospodarkę całej planety. To faktycznie znacznie lepiej, niż gdyby uważali mnie za jakieś dziwadło.

– Nie, nie – zaoponował tata słabo. – Nie jest zrujnowana. Wiadomo, czekają nas trudne czasy. Po prostu trzeba zacisnąć pasa i tyle.

Sięgnąłem po pilota i włączyłem wiadomości gospodarcze z notowaniami giełdowymi. Wyciągnąłem się w drugim fotelu obok taty, który bez słowa obniżył oparcie i razem ze mną utkwił wzrok w suficie. Oglądaliśmy reportaż po reportażu – wszystkie mówiły to samo.

Cała planeta wpadała w recesję. Tak nazywały to gadające garnitury, ale co bardziej nakręceni rzucali słowem „krach”. Im dłużej ich słuchałem, tym większy był mój niepokój. Firmy i rządy z całego świata ogłaszały niedobory, racjonowanie zasobów i zwolnienia. Rządy dystryktów, sektorów, a nawet sama Hegemonia deklarowały deficyt budżetowy i wygłaszały litanie proponowanych cięć. Nabywanie wszelkich towarów opartych na obcej technologii dla potrzeb cywilnych było teraz zabronione. Każdy galaktyczny kredyt na Ziemi miał wylądować w czymś, co nazywano „funduszem ochronnym”. Nie mogłem powstrzymać się od zastanawiania się, kogo tak naprawdę ten fundusz będzie „chronił”.

Mama wróciła ze sklepu na sam środek transmisji, akurat gdy pokazywano bezczynnych legionistów rozwalonych na parkowych ławkach gdzieś w Azji. Wyglądali na równie znudzonych, co wkurwionych.

– Cholera, Pete – rzuciła oskarżycielsko. – Przecież mieliśmy mu nic nie mówić!

– Sam zwęszył, że coś jest nie tak – bronił się tata. – Prędzej czy później i tak wszystkiego by się dowiedział. Cały świat o tym mówi.

Prychnęła z irytacją i zaniosła zakupy do drugiego pokoju, żeby poupychać je po szafkach.

Znów skupiłem się na ekranie. Moją uwagę przykuł pasek przewijający się w dolnej części ekranu. Czyżby pisali o Legionie Varus?

Kliknąłem łącze i po kilku obowiązkowych reklamach uraczył nas widok jakiegoś obłąkanego politykiera, który obwiniał mój legion za samowolne zrujnowanie relacji międzyplanetarnych.

– Ale to nie nasza wina! – wrzasnąłem do ekranu. – Jaszczury miały to wszystko rozpisane, jeszcze zanim w ogóle zdążyliśmy tam dolecieć. Ten koleś nie ma pojęcia, o czym mówi!

Słysząc moje krzyki, mama wróciła do pokoju. Wyglądała na szczerze zmartwioną.

– Co się tam właściwie stało, James? – spytała.

Znów musiałem oprzeć się pokusie wygadania rodzicom wszystkiego. Kazano nam milczeć, ale jeszcze trochę i byłem gotów to olać. Legion Varus był „wyjątkowy” pod wieloma względami, z czego nie zdawał sobie sprawy nikt poza rządem Hegemonii. Walczyliśmy o nowe kontrakty w kosmosie. Walczyliśmy o nowe terytoria i broniliśmy już zdobytych. Saurianie ze Świata Stali próbowali zakwestionować nasz umocowany w prawie galaktycznym monopol na usługi najemnicze w tym regionie. Powstrzymaliśmy ich, ale tym samym utraciliśmy Świat Stali jako klienta. Stracilibyśmy dużo więcej, gdyby zdołali nas pobić i uprawomocnić się jako rywal handlowy pod samym naszym nosem. Katastrofy udało się uniknąć, ale i tak czekały nas ciężkie czasy.

Spojrzałem na wyczekujące twarze moich rodziców. Wiem, że chcieli usłyszeć ode mnie słowo wyjaśnienia. Że chcieli móc powiedzieć sąsiadom, przyjaciołom czy choćby krewnym, że ich syn nie był członkiem jakiegoś zbuntowanego legionu popaprańców.

Ale nie mogłem im niczego wyjawić. Stawka była zbyt wysoka. Popełniłem już dość błędów w mojej pierwszej kampanii. Nie zamierzałem popełniać kolejnych, będąc jeszcze w domu.

Pokręciłem głową z ciężkim westchnieniem.

– Nie mogę. To wszystko są rzeczy na poziomie Hegemonii. Ściśle tajne, zastrzeżone, zwał jak zwał.

Wyglądali na zawiedzionych. Zapadła ciężka cisza. To było nie do zniesienia. Po kilku minutach wyniosłem się do naszej maleńkiej komórki. Gdy udało mi się zmusić robota porządkowego do wyplucia mojego plecaka, skierowałem się prosto ku drzwiom.

Zatrzymał mnie tata.

– Chociaż nas uściskaj – powiedział z wyrzutem.

– Hm?

– Wyjeżdżasz, prawda? Dostałeś wezwanie?

Na moment zawiesiłem na nim spojrzenie. Był przekonany, że dostałem wiadomość z Varusa, ale tak naprawdę zamierzałem poszukać sobie po prostu innej pryczy na noc.

– Muszę lecieć – odparłem po prostu.

Były uściski, mama płakała. Cała ta scenka wyglądała bardzo znajomo. Już raz przez to przeszliśmy, nieco ponad rok temu. Wtedy moje myśli bujały w obłokach, a jednocześnie zżerał mnie stres. Tym razem moje wzruszenie dusiła głęboka rezygnacja.

– Proszę – powiedział tata, wciskając mi w dłoń jakieś pudełko. – To tak na zamianę. Mówiłeś nam, że poprzedni przepadł.

Spojrzałem na pakunek.

– Ale co to takiego?

– Otwórz. Miałeś go dostać na urodziny.

Wykrzesałem z siebie słaby uśmiech i otworzyłem pakunek. W środku znalazłem nóż – wrednie wyglądającą kosę. Nie jakiś scyzoryk, tylko pełnokrwisty bojowy model, żadna podróba z innego sektora.

Sprawdziłem jego ostrość i mój uśmiech nabrał kolorów.

– Dzięki, tato!

– Nigdy nam nie opowiedziałeś, co się stało z pierwszym – zaczepiła mnie mama, ocierając łzy.

Pokręciłem głową, wciąż zapatrzony w ostrze. Metal był ciemny – z wyjątkiem samej krawędzi, która była tak cienka, że lśniła bielą.

– Nie, nie opowiedziałem. I nie chcecie znać tej historii.

Scyzoryk przepadł, gdy po raz trzeci zginąłem na Świecie Stali. Za pierwszym razem rozerwała mnie na strzępy zgraja jaszczurów, ale potem znalazłem zgubę na stercie odzyskanego sprzętu. Później, po mojej egzekucji, dostałem swoje rzeczy z powrotem, kiedy mnie wskrzeszono – ale za trzecim razem… cóż, do trzech razy sztuka. Rozwalili mnie na kawałki, a ze mną mój nóż.

– Dzięki wielkie – powiedziałem już ze szczerym uśmiechem.

Uściskałem ich jeszcze raz i wyszedłem.

Nie zamierzałem już tam wracać. Nie zawracałem sobie głowy koleją powietrzną. Była za droga, a poza tym nigdzie mi się nie spieszyło.

Przez tydzień kierowałem się na północ, przeskakując z tramwaju do tramwaju. Wiedziałem, że jak tylko będę uważał, kasy starczy mi jeszcze na całe miesiące. Uznałem, że zafunduję sobie małe wakacje. Zwiedziłem kilka mieścinek, spacerowałem kilometrami plaży i oglądałem mnóstwo filmików na moim stuku.

Tyle że szóstego dnia coś w nim nawaliło i już nie mogłem połączyć się z siecią. Nie byłem pewien, czy chodziło o rachunki, czy może trafiła mi się jakaś usterka. Stuki to organiczne ekrany wszczepiane w przedramię. Piękno tego systemu polegało na tym, że nie dało się go zgubić i z założenia mogłeś być non stop połączony z resztą świata. Nie trzeba też było ładować baterii, bo urządzenie zasilały naturalne impulsy elektryczne wytwarzane w ludzkim ciele. Nawet po śmierci żołnierza jego stuk był wiernie odtwarzany przez legionowe wskrzeszarki, bo był organiczny – jak każda inna część ciała.

Kiedy mój stuk wysiadł, zacząłem spędzać większość czasu, drzemiąc na plażach z głową opartą o plecak. Nie była to wcale taka sielanka, jak mogłoby się wydawać, bo często śniły mi się jaszczury odgryzające ludziom ręce czy nogi – i pożerające je przy akompaniamencie podekscytowanych gulgotów.

Mimo tych koszmarów letnie dni upływały mi całkiem przyjemnie. Czułem, że naprawdę dotykam ziemi. Nie było żadnych wrzeszczących na mnie oficerów ani czujnie wpatrujących się we mnie strapionych rodziców. Czułem się jak duch sunący przez świat i całkiem mi to odpowiadało.

Zwykle chodziłem w mundurze, ale na wszelki wypadek zasłaniałem odznakę legionisty. Wilcza głowa Varusa była ostatnio zbyt częstą dekoracją internetowych wiadomości – i nigdy nie towarzyszyły jej wesołe historie.

Moja wędrówka z każdym dniem prowadziła mnie coraz dalej na północ. Wiedziałem już, dokąd zmierzam: z powrotem do Izby Werbunkowej, gdzie wszystko się zaczęło. Znajdę tam ludzi z legionu. Będą wiedzieli, co jest grane. Będą wiedzieli, na kiedy szykuje się kolejny wylot. Wszystko to z założenia miało być tajemnicą – ale zawsze znalazł się ktoś, kto wiedział, co w trawie piszczy.

– 2 –

Pewnej poniedziałkowej nocy dotarłem w końcu do Newark. Tramwaj wypluł mnie na jakiejś nieznanej ulicy. Nigdy nie lubiłem tego miasta. Najlepsze, co mogłem o nim powiedzieć, to że nie było to najpaskudniejsze miejsce na tej planecie. Obecnie spora część Newark przypominała strefę wojny – i to bardziej niż niektóre zdeptane przeze mnie pola bitwy. Ludzie mówili ponoć, że są tu też lepsze dzielnice, ale jakoś nigdy żadna nie raczyła mi się objawić. Pewnie jak jest się dostatecznie nadzianym, w każdym mieście znajdzie się przyjemna okolica. Tyle że nie znałem żadnych burżujów.

Ruszyłem ciemniejącymi ulicami w poszukiwaniu Izby Werbunkowej. Drzwi Izby działały automatycznie i wiedziałem, że po ósmej budynek będzie zamknięty dla cywili, ale jako legionista liczyłem na więcej szczęścia. Gdyby to zawiodło, jedyną opcją było znalezienie pokoju na wynajem, co wcale nie zapowiadało się łatwo. Bez stuka nie miałem dostępu do konta. Nie zostało mi już zbyt wiele gotówki, a co do konta… i tak uznałem, że najlepiej będzie zostawić resztę kredytów rodzinie.

Jeśli serwisy informacyjne mówiły prawdę, rodzicom przyda się każdy grosz. Krach nadciągał wielkimi krokami i ludziom już twardniały serca. Każdy uwijał się w poszukiwaniu jakiejś bezpiecznej lokaty dla swoich pieniędzy.

Na moim osobistym rachunku kiedyś wisiały prawdziwe galaktyczne kredyty. To była twarda waluta, uznawana na każdej planecie w całym Imperium. Jeden dekret później te prawdziwe pieniądze wyparowały z konta, zamienione na kredyty Hegemonii. Waluta Hegemonii była lepsza od dystryktowej, ale była uznawana wyłącznie na Ziemi. Jako że rodzice mogli niebawem wpaść w tarapaty, zostawiłem im większość tych pieniędzy.

Wszystkie ich oszczędności były w walucie Dystryktu, która z każdym dniem coraz bardziej traciła na wartości. Dając im do dyspozycji pieniądze Hegemonii, mogłem mieć przynajmniej pewność, że nie zaczną przymierać głodem.

Odnalazłem gmach Izby około dziewiątej wieczór. Kiedy spróbowałem otworzyć drzwi, wprawdzie pokazały się na nich moje dane, ale poza tym ani drgnęły. Zamiast tego zabrzęczały ostrzegawczo i błysnął na nich symbol z czerwoną dłonią – uniwersalny znak „stop”.

 

Nie miałem co liczyć, że dziś w nocy dostanę się do środka. Drzwi nie pokazały nawet żadnego komunikatu, żadnych wyjaśnień. To był jeden z tych starszych i głupich, pseudointeligentnych modeli.

Odwróciłem się, mrucząc pod nosem przekleństwa, i nagle zastygłem. Nie byłem sam.

Niedaleko rysowały się sylwetki trzech postaci. Niezbyt blisko, lecz kawałek dalej, tuż poza kręgiem betonu wyznaczającym zasięg kamery nad drzwiami. Ich swobodna postawa mówiła, że goście mieli to opanowane do perfekcji. Wiedzieli, gdzie ich nie widać i gdzie nie da się ich nagrać. Pewnie śledzili mnie od przystanku i szybciej niż ja domyślili się, że drzwi mnie nie przepuszczą.

Nie miałem zbyt wielu opcji. Mogłem spróbować wykpić się jakimś blefem albo wezwać policję przez stuka – tyle że ten nie działał. Poza tym i tak nie było pewności, czy ktoś te służby w ogóle jeszcze finansuje. Swoboda zbirów dawała do myślenia – może doskonale wiedzieli, że nie ma żadnych szans, żeby ściągnąć tu patrol. A może było i tak, że gangi opłacały mundurowych lepiej od samorządu i żaden glina nie zamierzał się tu stawić, nawet jeśli udałoby mi się wezwać pomoc.

Ostatnia opcja była najmniej zachęcająca. Mogłem sterczeć pod drzwiami z kamerą i trząść portkami całą noc z nadzieją, że dadzą mi spokój aż do świtu. Z miejsca wiedziałem, że to odpada. Nie miałem zamiaru kulić się tutaj i słuchać drwin, kiedy najdzie mnie potrzeba i będę musiał się odlać na mur Izby Werbunkowej.

Oczy zwęziły mi się w szparki, gdy wezbrał we mnie gniew. Coś takiego dopada mnie od czasu do czasu, zazwyczaj w najmniej odpowiednich momentach. Można to uznać za wadę mojego charakteru – po prostu tak mam i tyle. Normalnie jestem całkiem wyluzowany. Spytajcie kogo chcecie z moich znajomych. Dzień w dzień znoszę ze spokojem, jak srają na mnie z każdej strony. Daję radę.

Ale tego wieczora nie zamierzałem niczego tolerować, szczególnie ze strony jakiejś trójki frajerów z tą ich żałosną zasadzką. To, co wkurwiało mnie najbardziej, to myśl o legionistach, których już udało im się skroić, spóźnionych po zablokowaniu drzwi. Goście pewnie polowali na rekrutów, a nie pełnoprawnych legionistów. Na biedne dzieciaki, które docierały tutaj z różnych stron, żeby się zaciągnąć. Może wzięli mnie za takiego, bo zakryłem odznakę.

Zamiast spróbować im się wymknąć czy wykpić blefem – względnie uczepić się niepełnosprytnych drzwi jak mamusinej spódnicy – ruszyłem wprost ku najbliższemu z bandy. Był też najwyższy, choć trochę brakowało mu do mnie.

Gdy zacząłem zbliżać się do nich pewnym krokiem, ich swobodne pozy natychmiast stężały. Przywódca został na swoim miejscu, a pozostała dwójka powoli przeszła na boki, żeby zajść mnie z obu stron. Zignorowałem przystawki i podszedłem prosto do herszta.

– Zgubiłeś się, synku? – spytałem głośno.

Szef zmarszczył gębę. Widziałem w zasadzie tylko jego szczękę, bo resztę facjaty zasłaniał ciemny kaptur. Przestępcy nie wychodzili na ulicę bez bluzy z kapturem. Zasłanianie się, żeby uniknąć kamer z rozpoznawaniem twarzy, było nielegalne w większości miast, ale i tak ludzie notorycznie łamali ten zakaz.

– Chyba ty – rzucił z rozbawionym parsknięciem.

– Jak masz na imię, młody?

– Cholerny wsiok – zaśmiał się. – Zbieram podatki. I najwyższa pora zapłacić.

Samozwańczy fiskus wyciągnął do mnie otwartą dłoń, a jego palce zatańczyły wyczekująco.

– Lepiej schowaj łapę, żebraku – warknąłem – bo jeszcze ją stracisz.

Rozbawienie odpłynęło z jego twarzy.

– Odwaliło ci? Dawaj kasę. Całą. Liczyć nie umiesz? Mamy trzech facetów na jednego durnia.

– Nie – odparłem zimno, zdejmując kurtkę i owijając ją wokół prawej ręki. – Facet jest tutaj jeden. Jeden legionista przemawiający do trzech chwastów.

Na kurtce wyeksponowałem moją odznakę. Widniały na niej pełne belki specjalisty, a nad nimi wilczy łeb – symbol Legionu Varus. Nie zdążyłem jeszcze wyrobić konkretnej specjalności, przez co na moim rękawie przybyłoby kilka oznaczeń, ale centurion Graves postanowił mnie awansować przed zejściem na ląd. Szkolenie miałem odbyć w drodze na kolejną misję. Najlepiej rokowałem jako techniczny albo bombardier. Nie byłem jeszcze pewien, na jaką ścieżkę mnie wrzucą – ale po cichu liczyłem na bombardiera.

– Nie widzę, żebyś tachał blaster – stwierdził naczelny bandzior.

Pozostała dwójka ustawiła się po obu stronach, tuż poza moim zasięgiem. Napastnicy trzymali ręce w kieszeniach. Mogli mieć tam broń, kto wie. Jak mówiłem, wziął mnie solidny wkurw, więc zasadniczo miałem to w dupie.

– Wiecie, co będzie, jak sprawy zajdą za daleko? – spytałem.

– Ta, będziesz trupem.

– Nie – wyjaśniłem jak dziecku. – Ja nie mogę umrzeć. Nie tak jak wy. Stoję pod samą Izbą. Maszyny non stop zapisują moją pamięć, a moje ciało zeskanowali już przeszło rok temu. Jeśli zginę, rano wyskoczę stąd cały i zdrowy. Wy, frajerzy, pójdziecie do piachu. Na zawsze.

– Jaki pojeb – mruknął przywódca. – Dobra, zmiataj. Ale następnym razem lepiej odpierdol się od nie swoich spraw.

Uśmiechnąłem się pod nosem i powoli pokręciłem głową.

– Widzę, że jeszcze nie ogarniacie sytuacji. To wy macie tutaj problem i nie wywiniecie się tak łatwo. Nie dzisiaj. Nie pozwolę, żeby jutro wieczorem jakieś ćwoki znowu napadały na rekrutów. To się kończy tu i teraz.

– Że co?! – żachnął się zbir z mojej lewej. – Po co my w ogóle słuchamy tego debila?

– Stul pysk, Abhi! – syknął poborca.

– Aha, czyli Fiskus i Abhi, dobrze słyszę? – spytałem uprzejmie. – Ktoś jeszcze chce mi podać nazwisko albo numer stuka?

W tym momencie wydawało mi się, że było już pozamiatane. Zaczęli pękać. Przywódca wymiękał, a jeden z jego przydupasów właśnie miał się zbuntować. Pomyślałem, że zaciągnę ich siłą na najbliższy posterunek i będzie po sprawie.

Ale się myliłem. Nie wycisnąłem ani słowa od trzeciego gościa, który stał po mojej prawej. A on właśnie na tym etapie rozmowy postanowił wyciągnąć broń. To nie była spluwa, nie do końca. Broń palna podlegała ścisłej kontroli i w miastach stanowiła prawdziwą rzadkość. Ale to, co wyciągnął spod płaszcza, tak czy inaczej było bronią. W jego rękach zmaterializowała się nitownica. Narzędzie budowlańca.

W moich czasach główny budulec większości konstrukcji stanowił pastobeton – czy prościej paston. Był to pozaziemski produkt, który można było formować w dowolne kształty i który po zastygnięciu stawał się twardszy i lżejszy od nawęglonej stali. Ta wytrzymałość mogła sama w sobie stwarzać problemy, bo ekipy budowlane często mierzyły się z koniecznością łączenia gotowych pastonowych płyt. Jak to zrobić, kiedy miało się do czynienia z praktycznie niezniszczalnym materiałem? Odpowiedzią były właśnie nowoczesne nitownice.

Ustrojstwo było małe, niewiele większe od wiertarki, ale działało podobnie do naszych karabinków. Tak jak amunicja w legionowych trachach nit rozpędzał się do niewiarygodnych prędkości i na krótkim dystansie wbijał się we wszystko z miażdżącą siłą. Był równie morderczy jak karabinowy pocisk – a kto wie czy nie bardziej.

Posunięcie trzeciego gościa zmusiło mnie do działania. Wiadomo, pozowałem na twardziela, który nie boi się śmierci, ale to wszystko bujda. Bałem się jak diabli, pewnie bardziej niż cała trójka tych błaznów razem wzięta. Doświadczyłem już śmierci i ostatnie, czego chciałem, to zaliczyć ją od nowa.

Z umieraniem jest trochę jak ze szczepieniami. Każdy dzieciak jest ciekaw i nie ma pojęcia, co się stanie, kiedy przynoszą igły, ale potem bardzo szybko uczy się ich bać. Mnie dziabnęło już o jeden raz za dużo i nie interesowała mnie powtórka z rozrywki.

Nowy nóż trzymałem schowany pod zdjętą wcześniej kurtką. Ten manewr miał dwojaki cel: ujawnił moją rangę, ukrywając zarazem moją jedyną broń.

Nie planowałem użyć jej tak szybko. Nie spodziewałem się w ogóle wyciągać jej z pochwy przed opuszczeniem Ziemi – ale najwyraźniej byłem w błędzie.

Wykonałem jeden szybki krok w stronę gościa z nitownicą i zamachnąłem się nożem. Niestety, zbir zdążył wystrzelić. Oberwałem w lewe biodro. W miejscu trafienia eksplodował piekący ból. Miałem nadzieję, że nit nie trafił w kość, ale chwilowo nie miałem czasu się tym przejmować. Noga jeszcze się pode mną nie ugięła, ale w każdej chwili mogło się to zmienić.

Napastnik nie miał czasu na kolejny strzał, bo nitownica podskoczyła mu w rękach i prawie odbiła się od jego gęby. Siła podrzutu po wyzwoleniu takiej energii zaskoczyła gościa całkowicie. Był ewidentnym amatorem z prowizoryczną bronią, a nie specjalistą, który używa tego narzędzia na co dzień.

Jeden wypad, jeden cios – na tyle starczyło mi czasu. Mój nóż błysnął w powietrzu i odciął przy nadgarstku dłoń strzelca. Pozostała dwójka już gnała do nas z wyciągniętymi rękoma. Coś wrzeszczeli, ale mnie już nie obchodziło, co mówią. Żarty się skończyły.

Fiskus był na tyle przytomny, żeby złapać obiema dłońmi rękę, w której trzymałem nóż. Niezbyt mu to pomogło. Upuściłem broń i szarpnąłem nim do przodu, wykorzystując jego własny pęd przeciw niemu. Wpadł prosto na swojego koleżkę, który jakoś już nie umiał utrzymać języka za zębami. Klęczał na ziemi i darł się wniebogłosy, zaciskając palce jedynej pozostałej mu dłoni na świeżym kikucie i próbując zatrzymać strugi krwi pryskające wszystkim na buty. Z moją uprzejmą pomocą Fiskus runął głową naprzód, a po drodze spotkał się jeszcze z moim kolanem. Stęknął z bólu.