Świat StaliTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świat Stali
Świat stali
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Świat stali
Audio
Świat stali
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Steel World (Undying Mercenaries Book 1)

Copyright © 2013 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-24-6

ISBN MOBI: 978-83-66375-25-3

Tylko umarli widzieli koniec wojny.

Platon

– 1 –

Dzisiejszego dnia miałem wyruszyć z Legionem Germanica, jednym z najlepszych legionów w ziemskiej historii. Właśnie wylądowaliśmy na Cancri-9, by wykonać rutynową misję eskortową. Przez całą odprawę żułem baton śniadaniowy, ale bez problemów dotarło do mnie, o co w zasadzie chodzi. Jakiś łuskowaty kosmita, który był w tych stronach księciem, potrzebował pocztu sztandarowego, żeby przeprowadzić go przez ulice największego miasta planety. Szkopuł w tym, że miejscowi byli w dość buntowniczym nastroju.

Misja zapowiadała się na bułkę z masłem, ktoś jednak się martwił, bo w przeciwnym razie nie wybuliłby kasy na najlepszą ochronę, jaką tylko da się kupić: ludzkich legionistów.

– Dobra, żołnierze – w słuchawkach rozległ się głos mojego centuriona. – Jeśli mają pojawić się kłopoty, pewnie spotkają nas w sektorze jedenastym. Za to nam płacą. Chcę podwoić pieszą ochronę przy aerowozie. Trzymajcie tłumy z dala… szczególnie te raptorowate jaszczury. Ani trochę nie podoba mi się sposób, w jaki ciągle ślinią kły.

Intuicja centuriona była wręcz legendarna, więc słuchaliśmy jego poleceń bez najmniejszych wątpliwości. Zostałem dowódcą drugiej drużyny. Wygoniłem ekipę z opancerzonego transportera piechoty i wybiegliśmy na ulice.

Po raz pierwszy dane mi było wyjść na powierzchnię Cancri-9. Budynki miały z pozoru losowe kształty i wyglądały jak bryłki białej gliny. Kolor roślinności stanowił mieszankę bujnej, jaskrawej zieleni i głębokiej purpury. Żółte i czerwone słońca zawieszone na nieboskłonie przypominały dwie olbrzymie, oślepiająco jasne tarcze. Bez hełmu i pancerza usmażyłbym się na skwarek. Miejscowa populacja Saurian była w stanie znieść niewiarygodne natężenie ciepła i promieniowania.

Moja drużyna zajęła pozycje tuż obok pojazdu jaszczurzego księcia. Trudno było nie kwestionować sensu jego wycieczki krajoznawczej przez sam środek wrogiego miasta, ale takie rozważania należało zostawić wyżej postawionym.

Wiedziałem, że tak naprawdę nie ma żadnej potrzeby szwendać się po tych wąskich, zatłoczonych uliczkach. Aerowóz księcia mógł przelecieć bezpiecznie nad nimi, a jeszcze lepiej – zupełnie ominąć całe miasto. Jednak ród rządzący chciał pokazać, że nie boi się rebeliantów. Pragnął zademonstrować, że książę może pozwolić sobie na beztroską przejażdżkę.

Jak dla mnie była to idiotyczna pokazówka, ale trepów nikt nie pytał o zdanie. Poza tym książę miał mnóstwo kredytów do roztrwonienia, a klient ma zawsze rację.

Gdy dotarliśmy do uliczki, która była jeszcze bardziej kręta i węższa niż inne, kolumna stanęła. Wszyscy obrócili głowy i zaczęli sterować przybliżeniem na wizjerach. Próbowali dostrzec, co się działo na przedzie – co nas zatrzymało.

Poprawiłem chwyt na karabinie. Dzięki układom przenoszenia nacisku mogłem wyczuć kolbę nawet przez grube na cal rękawice.

Nie patrzyłem w dal jak inni. Zamiast tego omiatałem wzrokiem drzwi, okna i boczne przejścia.

Tam. Na wiszącym ponad naszymi głowami balkonie stał obcy teropod, trzymając coś w krótkich przednich łapach. Co to było? Na tym właśnie polegał problem z misjami tego rodzaju: nie mieliśmy pojęcia, czy ten obcy stanowi zagrożenie, czy może robi po prostu zdjęcie dla swoich wnuków.

– Mamy jednego dino, prosto nad nami – zakomunikowałem na kanale drużyny.

Wszystkie okoliczne hełmy uniosły się. Kiedy dino zdał sobie sprawę, że został wykryty, rozpętało się prawdziwe piekło.

Saurianin otworzył ogień. Było to samobójcze posunięcie, ale może obudził się dziś w złym humorze. Otworzył paszczę, ukazując około pięciu setek zakrzywionych kłów, jednocześnie wystrzelił w dół kulę niebieskiego światła, która trafiła prosto w dach ochranianego przez nas aerowozu. Był to granat plazmowy. Jeszcze zanim kula energii dosięgła celu, poszatkowaliśmy agresora ogniem karabinów.

Było jednak za późno. Kula uderzyła w pojazd, który zatrząsł się i zabrzęczał. Szczęśliwie tarcze i pancerz zdołały uchronić go przed zniszczeniem. Chmura odłamków prysła prosto na nas, ale drużyna składała się z ciężkozbrojnych i mocne pancerze utrzymały nas przy życiu.

Spojrzałem na pojazd, by ocenić zniszczenia. Na dachu widniał wypalony ślad, a tarcza wyraźnie migotała w ostrym świetle dnia. Im jaśniejszy blask, tym mniejsza stabilność pola ochronnego tarczy. Wyglądało na to, że ta konkretna osłona potrzebowała teraz kilku minut, żeby dokonać rekalibracji i przywrócić właściwe pokrycie pola siłowego.

Pojazd miał też trudności z uniesieniem się w powietrze. Od razu zdałem sobie sprawę, że celem ataku nie było przebicie się przez tarczę, lecz powstrzymanie aerowozu przed ucieczką. Standardowe procedury operacyjne w takich sytuacjach były proste – przesyłka, tutaj w osobie księcia, miała opuścić zagrożony obszar i zostawić wojaków z tyłu, by odparli i sprzątnęli atakujących. Tyle że pojazd nie był w stanie wystartować.

Podobnie jak reszta drużyny, opadłem na jedno kolano, szukając jakiejkolwiek osłony. Szczęśliwie uliczki były zastawione wózkami i koszami na śmieci. Chociaż Saurianie zdołali stworzyć zaawansowaną cywilizację, ich miasta wyglądały jak coś rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Ulice nie były brukowane i zalegało na nich mnóstwo zapylonego śmiecia. Oparłem się o ceglany mur, przypominający w dotyku rozpalony piec. Po prawej stała jakaś mechaniczna riksza, a po lewej zobaczyłem stos glinianych urn w kształcie sześcianów. Poświęciłem chwilę, by wystrzelić jeszcze z tuzin jarzących się smug w teropoda leżącego na balkonie, tak na wszelki wypadek, gdyby wciąż miał siłę wstać.

Na dziesięć sekund zaległa cisza i ekipa mogła pomyśleć, że już po sprawie. Mój drużynowy bombardier nawet roześmiał się i rzucił coś o „stracie czasu”.

W tej samej chwili jakiś bydlak wystrzelił z przecznicy i zaszarżował na niego. Nie minęła sekunda, a opancerzony żołnierz tkwił w najeżonej zębami paszczy jak przyduży kęs hamburgera.

Molochy, pieszczotliwie zwane przez nas „bydlakami”, to bardziej wyrośnięte i głupsze teropody. Przypominają tyranozaury z ziemskiej prehistorii. To konie robocze tutejszej cywilizacji – pechowcy, którzy zostali zniewoleni przez mniejszych, bystrzejszych kuzynów.

Bydlak uniósł mojego bombardiera w przerośniętych szczękach. Ciężki pancerz legionisty brzęczał, gdy tarcza powoli poddawała się pod naciskiem kilkunastocentymetrowych kłów.

Pokryty zieloną łuską potwór był najwyraźniej zbiegłym niewolnikiem, dużym samcem o dzikim spojrzeniu. Na jego szyi wisiała przerwana obroża. Miał około pięciu metrów wysokości i ważył pewnie ze cztery tony.

Tarcza siłowa sięga zaledwie kilka centymetrów ponad pancerz i jej zadaniem jest powstrzymanie uderzeń broni energetycznej albo – mniej skutecznie – miotającej. Nie radzi sobie za dobrze przeciwko atakom takim jak ugryzienie. Gdyby miała odpierać ruch tego rodzaju, nie bylibyśmy w stanie podnieść własnej broni.

Wrzasnąłem, wołając o wsparcie, i błyskawicznie je otrzymałem. Na bydlaka zwaliła się nawałnica ognia. Ale to nie wystarczyło. Szczęki miażdżyły bombardiera, nie zważając na ilość wpakowanych w cielsko wyładowań z karabinów. Pancerz mógł znieść nacisk takich zębów jedynie przez kilka sekund. Kły molocha wbiły się na łączeniach płyt i zmiażdżyły napierśnik. Ze zwisających z paszczy butów bombardiera ściekała krew.

Bydlak w końcu osunął się na bok, wciąż trzymając w szczękach poległego członka drużyny. Poświęciłem chwilę, aby rzucić okiem wzdłuż wijącej się drogi. Omiatałem okolicę lufą karabinu, gotowy w każdej chwili otworzyć ogień. Wszędzie zaroiło się od wielkich i mniejszych teropodów. Wyskakiwały z kryjówek na obydwu flankach. Wybrały właśnie to miejsce na zasadzkę.

W tej samej chwili coś pacnęło mnie w ramię, aż wzdrygnąłem się na niechciany dotyk. Skuliłem się i pochyliłem naprzód, próbując skupić na akcji.

Zmietliśmy pierwszą szarżę z oddali, ale nim zdołaliśmy się przegrupować, natarła na nas kolejna fala teropodów. Tym razem mnie dopadli. Strzelałem bezustannie, opróżniając magazynek i wołając o pomoc. Gdzieś nade mną otworzyły się olbrzymie szczęki i niebo zniknęło sprzed moich oczu.

Nagle świat znów wypełniło światło, a wszystko wokół zaczęło wirować. Jakieś palce wczepiły się w moje gogle. Ktoś zerwał i odłączył mój hełm. Nie mogłem oddychać. Wgryzły się we mnie dwa bydlaki, próbując wyrwać dla siebie po kończynie…

 

* * *

Mama ściągnęła mi gogle z oczu. Gumowe zapięcie złapało i wyrwało kilka włosów, wywołując bolesny grymas. Zasłoniłem się przed jaskrawym, prawdziwym światłem, które próbowało wedrzeć się do moich oczu. Mama rozsunęła autorolety w moim pokoju. Cienkie linie białego blasku przebijały się przez srebrzystą siatkę refleksyjną, wpuszczając promienie słońca. Zaprotestowałem donośnym jęknięciem.

Odchyliłem się od symulatora i przewróciłem oczami. Cancri-9, teropody, moi wrzeszczący podkomendni – wszystko to zostało na ekranach gogli. Nie byli prawdziwi, ale dla mnie równie realni jak wszystko wokół. Nasza gra nazywała się „Świat Stali” i moim zdaniem była majstersztykiem gatunku.

– Mamo, przez ciebie mnie zabili!

– Już koniec zabawy, James – odparła. W dłoniach trzymała swój tablet.

Chciała mi go podać, ale nawet na niego nie spojrzałem.

– Zdajesz sobie sprawę, że prowadzę jeden z najlepszych klanów, prawda? – burknąłem. – Wiem, że nic cię to nie obchodzi, ale niefajnie jest marnować czas wszystkich moich kumpli.

Znów próbowała zwrócić moją uwagę na tekst na tablecie, ale nie byłem zainteresowany.

Obróciłem się z powrotem do symulatora. Sprzęt był pierwszej klasy. Miałem wszystko, co tylko można było dokupić: gogle, rękawice reagujące na nacisk – nawet opcję pełnego sprzężenia zwrotnego na opuszkach. Główny ekran pokazywał teraz, że jest po mnie, podobny los spotkał większość drużyny. Wszędzie dookoła biegały rozjuszone bydlaki i pożerały kogo popadnie. W rzeczywistości ta historyczna bitwa zakończyła się zwycięstwem Legionu Germanica, który zdołał ocalić jaszczurzego księcia, uwięzionego wewnątrz aerowozu. Niestety, zawaliłem zespołową powtórkę tej misji i widoczny na ekranie pojazd stał w płomieniach.

Sięgnąłem do klawiatury, żeby zamienić kilka słów z ekipą – wszyscy bez wyjątku byli nieźle wkurzeni. Mama znów poklepała mnie po ramieniu.

W końcu obróciłem się i spojrzałem na nią. Drżały jej ręce. Westchnąłem i zabrałem się za lekturę treści wyświetlanej na tablecie.

Z początku nic nie zrozumiałem. Musiałem przeczytać wszystko ponownie, tym razem skupiając się, aby wyłapać znaczenie każdego słowa.

Tekst był e-mailem z departamentu finansowego Hegemonii. Hegemonia była pożyczkodawcą ostatniej instancji. Obsługiwali kredyt na nasze mieszkanie, moje wykształcenie, nawet nasz rodzinny szynowiec.

Jako obywatel Sektora Północnoamerykańskiego, podlegałem rządowi sektora, rządowi federalnemu i, na samym końcu, rządowi Hegemonii. Istniała jeszcze jedna wyższa sfera władzy – rząd galaktyczny – ale nie łączył go żaden bezpośredni stosunek z jakimkolwiek konkretnym Ziemianinem. Uchodziliśmy uwagi obcych, którzy decydowali o losach odległych gwiazd – chyba że akurat potrzebowali jednego z naszych legionów.

– Wniosek odrzucony – przeczytałem na głos. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. – Zaległości na rachunku? Co to wszystko znaczy?

– To znaczy, James, że koniec z graniem… I ze szkołą też.

Dotarły do mnie emocje malujące się na jej twarzy. To była duża sprawa. To działo się naprawdę, tu i teraz. Jej oczy zmrużyły się w wąskie szparki i pomyślałem, że zaraz może się rozpłakać, ale nic takiego się nie stało.

– Ale dlaczego właśnie teraz chcą mnie wykopać z college’u? Prawie go ukończyłem.

Poczułem, jak moje serce zaczyna się tłuc w piersi. Opadłem na siedzenie i spojrzałem na sprzęt. Była to trójekranowa maszyna z pełnym sterowaniem kontaktowym, interpretacją gestów i śledzeniem ruchu oczu. Około tuzina osób o pseudonimach w stylu „Doop0bij” właśnie zasypywało mnie wiadomościami na priwie i zaproszeniami do czatów. Zignorowałem je wszystkie. Spędziłem całe lata, prowadząc wirtualne życie na tej maszynie – ale teraz ledwie ją dostrzegałem.

– Czy to przez moje oceny? – spytałem. – Aż tak dałem ciała?

– Na pewno nie grożą ci żadne stypendia, co prawda, to prawda. Ale nie w tym rzecz. W końcu jakoś zdajesz egzaminy. Jest coś, czego ci jeszcze nie powiedziałam.

Spojrzałem na nią z otwartymi ustami.

Na twarzy mojej mamy wyrysował się zbolały uśmiech.

– Wyrzucili mnie z pracy – powiedziała.

Mój wzrok podążył ku zegarowi. Była trzecia po południu. Rzeczywiście powinna właśnie być w pracy. Jakby się nad tym zastanowić, ostatnio często spędzała popołudnia w domu, ale nigdy nie zwracałem uwagi na takie drobiazgi. Kto, u licha, miał pojęcie, gdzie o danej godzinie powinni być jego rodzice? Miałem dopiero dwadzieścia dwa lata i to nie był mój problem.

Aż do teraz. Mama wyjaśniła, że tata zachował swój etat, ale jej praca była lepiej płatna. Przez trzy miesiące próbowali jakoś to wszystko odwlec, ale w końcu dopadły nas rachunki. W skrócie: lato dobiegało końca, ale nie wrócę na uczelnię, żeby zacząć nowy semestr.

Mój umysł zupełnie tego nie ogarniał. Przez całe życie to ja się opieprzałem, a rodzice próbowali mnie chronić przed konsekwencjami. Teraz już nie mogli sobie na to pozwolić. Nie miałem grosza przy duszy, a bez ich podpisów i dobrej zdolności kredytowej ukończenie college’u było kompletnie nierealne. Uzyskanie dyplomu wymagałoby wyłożenia co najmniej miliona kredytów, a do takiej sumy brakowało mi jakieś dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy.

Minął tydzień i sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. W czwartek nasza rodzina została wyeksmitowana z lokalu. To był ciężki dzień. Nowe mieszkanie, które dostaliśmy z przydziału, okazało się ciasną kawalerką z obłażącymi ścianami i spękaną betonową podłogą.

Czasami może i bywałem trochę ociężały, ale to akurat zrozumiałem jasno i wyraźnie: najwyższy czas wyfrunąć z gniazda.

Urodziłem się w ostatni dzień 2099 roku. Lekarze wywoływali poród w noc sylwestrową – byłem przedwcześnie złożonym jajeczkiem, które miało zapewnić moim rodzicom ulgę podatkową. W miarę dorastania przeistoczyłem się w typowego męskiego osobnika swojego pokolenia. Od zawsze nie cierpiałem szkoły. Całą energię poświęcałem nie na naukę, lecz uganianie się za dziewczynami albo piłką do kosza. Większość życia spędziłem podpięty do sieci i nie miałem zielonego pojęcia, co zrobić ze swoją przyszłością.

To wszystko zmieniło się tego dnia, gdy zdecydowałem się odwiedzić Izbę Werbunkową. Od lat bawiłem się grami o legionach i, jak każdy dzieciak, we własnym mniemaniu byłem gotowy na prawdziwą walkę.

Dla każdego pełnoletniego Ziemianina Izba Werbunkowa była czymś na kształt legendy. W szkole średniej koledzy rozprawiali o Izbie tonem pełnym brawury i nonszalancji. Każdy był przekonany, że przeszedłby kwalifikacje, żeby dołączyć do najlepszych z najlepszych. Dzieciaki ze szkoły zarzekały się, że mogą trafić do każdego z kosmicznych legionów, jaki im się przyśni – jeśli tylko im się zechce.

Wszyscy przechwalali się, że dołączą do Żelaznych Orłów, Germaniki czy nawet Victrix. Te owiane sławą oddziały miały wręcz błagać nas o podpisanie kontraktu.

W ostatniej klasie rozmowa robiła się nieco poważniejsza, mniej było lekceważenia i przechwałek. Większość z nas nadal nie przyznawała się, że nie mamy dość jaj, żeby dołączyć do któregoś z legionów. Zamiast tego zaczynaliśmy zachwalać nasze plany budowania kariery w księgowości, biotechnologii albo – najczęściej – świetlaną przyszłość, jaka czekała nas w bliżej nieokreślonym biznesie. Nie wyruszaliśmy w kosmos, bo szkoda na to zachodu. Wcale nie było tam tak wspaniale, a tak po prawdzie, nawet nie mieliśmy ochoty lecieć.

Po ukończeniu szkoły średniej następowało nieuchronne zderzenie z rzeczywistością. Przeważająca część młodzieży z całego świata wracała do swoich dziecięcych pokoi, by uświadomić sobie, że jest biedna i pozbawiona perspektyw na pracę. Z czasem znajdowaliśmy jakąś marną fuchę albo udawało się nam przeczołgać przez studia na uczelni, a niektórzy lądowali na bruku, wykopani z domów. Prawda jest taka, że ostatnio bardzo trudno było o sensowne zajęcie. Przeciętny absolwent szkoły średniej wkraczał w życie z bagażem w postaci przeszło miliona kredytów długu. Z takim stanem konta tylko wybrańcy mogli pozwolić sobie na college.

Ja należałem do tych nielicznych szczęśliwców, którzy mieli szansę uczęszczać na miejscową uczelnię. Rzecz jasna, zupełnie tego nie doceniałem. Traktowałem to jako swojego rodzaju unik, sposób, żeby rodzice przestali się mnie czepiać. Moje oceny w szkole średniej były słabe, ale udało mi się ją skończyć dzięki postawie rodziców, którzy nigdy nie pozwolili mi zgnuśnieć do reszty, zamkniętemu w pętli całodziennej gry w koszykówkę i całonocnych sesji przy komputerze. Ich wspaniałomyślna dyscyplina rozciągała się również na mój college, dzięki czemu zaliczyłem trzy pierwsze lata.

Byłem na dobrej drodze ku dyplomowi z informatyki, jadąc na trójkach i czwórkach z niezbyt imponującą średnią, kiedy trafił do nas ten niespodziewany mail. Ale teraz to już historia.

Żegnając się ze mną, tata powiedział jedno:

– Tylko nie wyląduj na permach, synu.

„Permy” i „permazgon” to slangowe określenia na „permanentną śmierć” – tak oficjalnie nazywano stan, którego chciałby uniknąć każdy wojak we wszechświecie. Chociaż nasza medycyna i techniki rekonstrukcyjne były o niebo lepsze niż kiedyś, usterka albo inny ekstremalny przypadek mogły sprawić, że człowiek umierał naprawdę – i na zawsze.

Westchnąłem i przewróciłem oczami.

– Nic mi nie będzie. Z tego, co słyszę, coś takiego nie zdarza się prawie nigdy.

Odpowiedział mi stanowczym spojrzeniem.

– Plotki i reportaże lubią kłamać. Po prostu uważaj na siebie.

– No pewnie – powiedziałem i przytuliłem ich ostatni raz na pożegnanie. – Nie martwcie się.

Sprzedałem moją maszynę do gier i oddałem rodzicom pieniądze, żeby choć trochę zrekompensować im cały ten bajzel, który ściągałem na ich głowy przez ostatnie dwadzieścia lat. W końcu wybrałem się koleją powietrzną do olbrzymiej Izby Werbunkowej w Newark.

Rodzice opowiadali mi, że w czasach ich młodości Newark nie należało do najprzyjemniejszych miast na północnym wschodzie Stanów. Po wyjściu z pociągu musiałem stwierdzić, że od tamtej pory sytuacja raczej nie uległa poprawie. Po ulicach przemykały targane wiatrem kłęby śmieci. Wszyscy ludzie, których mijałem po drodze, spoglądali na mnie nieprzychylnym wzrokiem. Kryła się w nim jakby bezinteresowna nienawiść, tyleż do mnie, co do własnego losu.

Na szczęście nie wyglądałem na mięczaka, więc nikt nie próbował ze mną zaczynać, a od celu dzieliło mnie raptem kilka przecznic.

Tablice kierujące mnie w stronę Izby Werbunkowej pozostawiały niezatarte wrażenie. Były pełne krzykliwych kolorów oraz półnagich męskich i damskich postaci w zapraszających pozach. Zobaczyłem błyskające karabinki laserowe, padające trupem potwory, a potem jeszcze więcej uroczych ludzi przemieszanych z tematycznymi zdjęciami gwiazd, mgławic i pokrytych zielenią planet.

Może i jestem młody, ale dobrze wiem, kiedy próbują mi coś wcisnąć. Zauważyłem, że okoliczni mieszkańcy też nie dawali się nabrać. Rzadko unosili wzrok, by spojrzeć na te olbrzymie, odpicowane hologramy.

W końcu wziąłem głęboki oddech, mocno ścisnąłem uchwyt sportowej torby i przyłożyłem dłoń do panelu przy drzwiach Izby.

Po chwili z upaćkanego, spękanego ekranu wyłoniła się moja podobizna. Zaraz potem ukazały się moje podstawowe dane.

James McGill, włosy piaskowy blond, oczy niebieskie. Dwadzieścia dwa lata i dokładnie dwa metry wzrostu.

W przeciwieństwie do większości kolegów nie dźwigałem zbędnych kilogramów. Zawdzięczałem to bardziej dobrym genom i koszykówce niż jakiejś szczególnej wstrzemięźliwości w kwestii jedzenia.

Dałem sobie spokój z dalszą lekturą. Chwilę później zamek wreszcie szczęknął i drzwi otworzyły się, zapraszając mnie do środka.

Wszedłem do Izby Werbunkowej przy akompaniamencie zatrzaskiwanych drzwi i powracającej na miejsce zasuwy.