Dar gniewuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Niniejszą książkę dedyk uję moim czterem wspaniałym prawnukom – Elizabeth (Ellie), Michaelowi (Micah), Jonathanowi (Jonu) i Mayi, a także wszystkim nowo nar odzonym i dopiero mającym się nar odzić dzieciom świata, które będą musiały stać się zmianą, jeśli ten świat ma zostać ocalony od zagłady.

• przedmowa •

Nauki mojego dziadka

Wybraliśmy się w odwiedziny do dziadka. Dla mnie nie był on wcale wielkim ani wielbionym przez cały świat Mahatmą Gandhim, lecz Bapudżim. Dobrotliwym dziadkiem, o którym często wspominali moi rodzice. Mieszkamy w RPA i aby odwiedzić go w Indiach, musieliśmy przebyć długą drogę. Mamy za sobą 16-godzinną podróż zatłoczonym pociągiem z Bombaju. Odbywała się w przedziale trzeciej klasy, cuchnącym papierosami, potem i dymem z parowozu. Gdy pociąg wtoczył się na stację Wardha, byliśmy bardzo zmęczeni i z ulgą zaczerpnęliśmy świeżego, wolnego od pyłu węglowego powietrza.

Wybiła dopiero 9:00 rano, ale upał już nam doskwierał. Stacja była jedynie platformą z pojedynczym stanowiskiem dla zawiadowcy, ale mój ojciec znalazł bagażowego, ubranego w długą czerwoną koszulę i przepaskę na biodra. Mężczyzna pomógł nam z walizkami i zaprowadził do stanowiska, przy którym czekały powozy (w Indiach nazywane tonga). Ojciec wsadził na wóz Elę, moją sześcioletnią siostrę, i poprosił, abym usiadł obok niej. On i matka mieli iść za powozem.

– W takim razie ja też pójdę pieszo – zadeklarowałem.

– To długa droga, pewnie z osiem mil – powiedział ojciec.

– To nie problem – upierałem się. Miałem 12 lat i chciałem pokazać, jaki jestem wytrzymały.

Wkrótce pożałowałem swojej decyzji. Brukowana droga skończyła się mniej więcej milę od stacji, a słońce grzało coraz mocniej. Szybko opadłem z sił, byłem mokry od potu, brudny i zakurzony, ale wiedziałem, że teraz już nie mogę wejść do powozu. W naszym domu panowała zasada, według której za słowami musiały iść czyny. Nie miało znaczenia, że moje ego okazało się silniejsze niż nogi – musiałem iść dalej.

W końcu dotarliśmy do aśramy* Bapudżiego w wiosce Sevagram. Po długiej podróży znaleźliśmy się w odległym zakątku najuboższej części Indii. Tyle się nasłuchałem o tym, ile piękna i miłości dał światu dziadek, że spodziewałem się zobaczyć na miejscu kwitnące kwiaty i wodospady. Zamiast tego położona na równinie wioska wydawała się wyschnięta, zakurzona i pozbawiona szczególnych cech – były to po prostu chatki z błota, które otaczały wspólny dziedziniec. Podróżowaliśmy tak długo tylko po to, aby dotrzeć w tak jałowe i przeciętne miejsce? Spodziewałem się chociaż ludzi, który wyjdą nam na powitanie, ale oni wydawali się nie zwracać na nas najmniejszej uwagi. „Gdzie są wszyscy?”, zapytałem matkę.

Weszliśmy do prostej chatki, w której wykąpałem się i umyłem twarz. Już raz, gdy miałem pięć lat, widziałem się z Bapudżim, ale nie pamiętałem tamtego spotkania i byłem nieco podenerwowany. Rodzice kazali nam być grzeczni podczas witania się z dziadkiem, ponieważ był bardzo ważną osobistością. Nawet w RPA słyszałem, jak wypowiadano się o nim z szacunkiem i wyobrażałem sobie, że gdzieś na terenie aśramy znajduje się rezydencja Bapudżiego, w której mieszka otoczony pomocnikami.

Zamiast tego ze zdziwieniem wszedłem do prostej chaty, przeszedłem przez werandę z klepiskiem i trafiłem do pokoju nie większego niż 3,5 na 4 metry. W rogu, na cienkim wełnianym materacu przycupnął Bapudżi.

Później dowiedziałem się, że podczas konsultacji z wielkim Gandhim odwiedzający go przywódcy kucali na materacach obok. Teraz Bapudżi powitał nas pięknym bezzębnym uśmiechem i zaprosił do środka.

Podążając za rodzicami, wraz z siostrą pokłoniliśmy mu się zgodnie z tradycyjnym hinduskim rytuałem. Nie zamierzał się na to godzić. Szybko przyciągnął nas do siebie i czule uściskał. Pocałował nas w policzki, aż zaskoczona Ela zapiszczała z radości.

„Jak wam minęła podróż?”, zapytał Bapudżi.

Byłem tak onieśmielony, że wyjąkałem: „Bapudżi, szedłem całą drogę od stacji”.

Zaśmiał się i dostrzegłem błysk w jego oku. „Doprawdy? Jestem z ciebie dumny”, odparł i obdarował mnie kolejnymi całusami w policzki.

Od razu poczułem, że emanuje bezwarunkową miłością i nie potrzebowałem żadnego innego błogosławieństwa.

Miałem ich jednak otrzymać o wiele więcej.

Moi rodzice i Ela zostali w aśramie jeszcze tylko kilka dni, a potem udali się do innych części Indii odwiedzić liczną rodzinę mojej matki. Ja jednak miałem przez następne dwa lata mieszkać i podróżować z Bapudżim, aby z naiwnego 12-latka wyrosnąć na mądrzejszego 14-letniego młodego człowieka. To, czego się wówczas nauczyłem, na zawsze odmieniło moje życie.

Bapudżi często miał przy sobie kołowrotek, a ja postrzegam jego życie jako złotą nić opowieści i nauk, które przenikają kolejne pokolenia, wzmacniając strukturę ludzkości. Wiele osób zna mojego dziadka tylko z filmów albo pamięta, że zapoczątkował ruch biernego oporu, który ostatecznie dotarł do Stanów Zjednoczonych i pomógł w walce o prawa obywatelskie. Ja jednak zapamiętałem go jako czułego, kochającego dziadka, który szukał we mnie tego, co najlepsze, i starał się to wydobyć. Zainspirował mnie i wielu innych do samodoskonalenia się ponad własne oczekiwania. Zależało mu na sprawiedliwości politycznej nie tylko z teoretycznych pobudek, ale dlatego, że pragnął dobra każdej jednostki. Był przekonany, że każdy zasługuje na możliwie najlepsze życie.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek wszystkim nam potrzeba jego nauk. Dziadka ogromnie zasmuciłaby skala współczesnej fali nienawiści. Mimo wszystko nie poddałby się rozpaczy.

Ludzkość to jedna wielka rodzina.

„Ludzkość to jedna wielka rodzina”, zwykł często mawiać. W trakcie swojego życia zetknął się z zagrożeniami i nienawiścią, ale jego praktyczna filozofia wyrzekania się przemocy pomogła wyzwolić Indie i stała się modelem walki o prawa obywatelskie.

Dziś ponownie musimy przestać ze sobą walczyć, aby móc skutecznie poradzić sobie z prawdziwym wrogiem. Strzelaniny i zamachy stały się w Ameryce codziennością. Widzieliśmy, jak z zimną krwią morduje się policjantów i pokojowo nastawionych protestujących. Dzieci giną w szkołach i na ulicach, a media społecznościowe stały się siedliskiem nienawiści i uprzedzeń. Zamiast szukać kompromisów politycy podżegają do przemocy i gniewu.

Postawa wyzbywania się agresji, której orędownikiem był mój dziadek, nigdy w zamierzeniu nie miała być wyrazem bierności ani słabości. Wyrzekanie się przemocy było w jego odczuciu sposobem umocnienia charakteru moralnego i etycznego oraz krokiem na drodze do zaprowadzenia harmonii w społeczeństwie. Gdy Gandhi zaczynał swoją kampanię na rzecz biernego oporu, prosił ludzi, aby pomogli mu wymyślić nazwę dla tego ruchu. Jeden z jego kuzynów zaproponował pochodzące z sanskrytu słowo sadagraha, co znaczy „stanowczość w słusznej sprawie”. Bapudżiemu podobało się to słowo, ale postanowił je nieco zmodyfikować, wybierając nazwę satjagraha, czyli „stanowczość w trzymaniu się prawdy”. Później czasami tłumaczono to pojęcie jako „siła duszy”, co skutecznie przypomina nam, że prawdziwa siła płynie z dążenia do zmian społecznych w imię słusznych wartości.

Moim zdaniem wszyscy dziś potrzebujemy powrotu do satjagraha, czyli do siły duszy. Mój dziadek zapoczątkował ruch, który doprowadził do poważnych przewrotów politycznych i dał niezależność setkom milionów Hindusów. Przede wszystkim jednak Bapudżi chciał pokazać, że możemy osiągnąć zamierzone cele za pomocą miłości i prawdy. Oraz że największe zmiany zachodzą wówczas, gdy porzucimy nieufność i zaczniemy szukać siły w pozytywnym nastawieniu i odwadze.

Dziadek nie wierzył w etykietowanie społeczne ani w podziały i chociaż był osobą o głębokiej duchowości, to sprzeciwiał się religii, jeśli prowadziła do podziałów zamiast do jedności. W aśramie każdego dnia wstawaliśmy o 4:30 rano, aby przygotować się na modlitwę o 5:00. Bapudżi czytał teksty pochodzące ze wszystkich wyznań, a jego modlitwy miały charakter uniwersalny. Wierzył, że w każdej religii jest ziarno prawdy, a pogląd, że którakolwiek z nich jest jedynym kompletnym źródłem prawdy, stanowi przyczynę problemów.

Bapudżi sprzeciwiał się rządom brytyjskim i uważał, że każdy powinien decydować o swoim losie. Człowiek, który pragnął jedynie propagować miłość i pokój, spędził prawie sześć lat w indyjskich więzieniach. Jego idee dotyczące pokoju i jedności były dla wielu tak groźne, że oprócz niego uwięziono jego żonę i najlepszego przyjaciela, Mahadeva Desaiego. W 1942 roku Desai zmarł w więzieniu na zawał serca, a Kasturbai, ukochana żona mojego dziadka, odeszła 22 lutego 1944 roku, a jej głowa spoczywała na jego kolanach. Trzy miesiące po jej śmierci dziadek wyszedł z więzienia jako jedyny ocalały. Rok później wziął mnie pod swoje skrzydła i postanowił nauczyć, jak wieść lepsze życie.

Te dwa lata spędzone z Bapudżim były ważnym okresem dla nas obu. Właśnie wtedy jego praca na rzecz niezależnych Indii zaczęła przynosić owoce, ale nie spodziewał się fali przemocy i podziałów, które towarzyszyły transformacji. Gdy on dokonywał zmian na arenie międzynarodowej, ja nauczyłem się zmieniać sam siebie, przezwyciężać własne, często niepohamowane emocje, a także odkrywać, w jaki sposób mogę wykorzystać swój potencjał i postrzegać świat inaczej niż dotychczas. Byłem świadkiem historycznych wydarzeń, a gdy one się działy, Bapudżi dawał mi proste i praktyczne nauki, które umożliwiały osiąganie osobistych celów. Był to intensywny kurs z zakresu filozofii „Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”.

 

Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.

Potrzebujemy dziś tej zmiany, ponieważ obecna skala przemocy i nienawiści jest nie do zaakceptowania. Ludzie rozpaczliwie chcą przełomu, ale czują się bezradni. Dramatyczne zachwianie równowagi ekonomicznej doprowadziło do sytuacji, w której ponad 15 milionów dzieci, które mieszkają w Stanach Zjednoczonych i innych krajach, nie ma co jeść. Jednocześnie garstka osób cieszących się dobrobytem uważa, że ma przyzwolenie na marnotrawstwo. Kiedy prawicowi faszyści sprofanowali niedawno stojący na rynku w północnej części Indii pomnik mojego dziadka, obiecali „pasmo terroru”. Musimy zmienić swoje życie, jeżeli chcemy zakończyć to szaleństwo.

Mój dziadek obawiał się takiej chwili. Tuż przed tym, kiedy go zamordowano, dziennikarz zapytał Bapudżiego: „Co według pana stanie się z pańską filozofią po pana śmierci?”. Przepełniony smutkiem Gandhi odpowiedział: „Ludzie będą za mną podążać za mojego życia, będą mnie wielbić po śmierci, ale nie przyjmą moich idei jako własne”. Musimy przypomnieć sobie te idee. Mądrość mojego dziadka może nam pomóc w rozwiązaniu problemów, z którymi wciąż się borykamy. Nigdy nie potrzebowaliśmy Gandhiego bardziej niż teraz.

Bapudżi zmienił bieg historii za pomocą uniwersalnych prawd i praktycznych porad. Czas, abyśmy wcielili jego nauki w życie.

Lekcje, których udzielił mi Bapudżi, odmieniły mnie. Mam nadzieję, że i do twojego życia wprowadzą one pokój i sens.

* Miejsce przeznaczone dla modlących się lub medytujących ascetów (internetowy Słownik języka polskiego PWN) – przyp. red.


• lekcja pierwsza •

Wykorzystaj gniew, aby czyni dobro

Mój dziadek zadziwił świat, ponieważ na przemoc i nienawiść reagował miłością i wyrozumiałością. Nigdy nie padł ofiarą toksycznego gniewu. Mnie się to nie udało. Dorastając jako indyjskie dziecko w nękanej podziałami rasowymi Afryce Południowej, byłem atakowany przez białe dzieci za to, że nie jestem dość biały, a przez czarne, że nie jestem czarny.

Pamiętam, jak pewnego sobotniego popołudnia poszedłem do dzielnicy zamieszkanej przez białych, aby kupić tam cukierki. Napadło mnie trzech nastolatków. Jeden z nich uderzył mnie w twarz, a gdy upadłem, pozostali zaczęli mnie kopać i szydzić ze mnie. Uciekli, zanim ktokolwiek zdołał ich złapać. Miałem wówczas zaledwie dziewięć lat. Następnego roku, podczas hinduskiego festiwalu światła, moja rodzina przyjechała do miasta świętować wraz z przyjaciółmi. Po drodze do domu znajomych minąłem grupkę młodych Afrykanów, którzy stali na rogu ulicy. Jeden z nich mocno uderzył mnie kijem w plecy – tylko za to, że byłem Hindusem. Kipiałem z wściekłości i chciałem się na nim odegrać.

Zacząłem ćwiczyć podnoszenie ciężarów w nadziei, że gdy nabiorę sił, będę mógł się zemścić. Moi rodzice, którzy uważali się za ambasadorów filozofii biernego oporu, byli zrozpaczeni, że tak często wdawałem się w bójki. Próbowali złagodzić moją agresję, ale nie byli w stanie stłumić narastającego we mnie gniewu.

Nieustannie towarzysząca mi wściekłość nie przynosiła mi szczęścia. Uraza i fantazje na temat zemsty sprawiały, że czułem się coraz słabszy, zamiast silniejszy. Rodzice mieli nadzieję, że pobyt w aśramie z Bapudżim pomoże mi zrozumieć istotę mojej wewnętrznej furii i nauczy, jak sobie z nią radzić. Ja też miałem taką nadzieję.

Podczas pierwszych spotkań z dziadkiem ujęło mnie, że zawsze wydawał się taki spokojny i opanowany – niezależnie od tego, co robili i mówili ludzie. Obiecałem sobie, że pójdę w jego ślady i przez jakiś czas szło mi to nie najgorzej. Po wyjeździe rodziców i siostry poznałem kilku rówieśników z pobliskiej wioski i zaczęliśmy się razem bawić. Stara piłka tenisowa służyła nam jako piłka nożna, a odpowiednio ułożone kamienie wyznaczały bramki.

Kochałem piłkę nożną. Choć dzieci od pierwszego dnia naśmiewały się z mojego południowoafrykańskiego akcentu, wiedziałem, że bywało gorzej, więc tolerowałem ich drwiny. Podczas pewnego szczególnie dynamicznego meczu jeden z chłopców jednak umyślnie podstawił mi nogę, gdy biegłem po piłkę. Upadłem na twardą, brudną ziemię. Moje ego ucierpiało równie mocno jak moje kolano – poczułem znajomy przypływ gniewu, serce zaczęło mi bić mocniej, a umysł domagał się zemsty. Wziąłem do ręki kamień, rozwścieczony podniosłem się z ziemi i uniosłem rękę, aby jak najmocniej cisnąć w oprawcę.

Cichy głos w mojej głowie podpowiedział mi jednak: „Nie rób tego”.

Upuściłem kamień i pobiegłem do aśramy. Odnalazłem dziadka i ze łzami w oczach opowiedziałem mu, co się stało.

– Cały czas czuję gniew, Bapudżi. Nie wiem, co robić.

Zawiodłem go i obawiałem się, że będzie mną rozczarowany. On jednak poklepał mnie kojąco po plecach i powiedział: „Weź wrzeciono i naprzędźmy trochę bawełny”.

Dziadek nauczył mnie posługiwać się wrzecionem, gdy tylko trafiłem do aśramy. Robiłem to codziennie przez godzinę rano i godzinę wieczorem. To było bardzo uspokajające zajęcie. Bapudżi lubił robić wiele rzeczy jednocześnie na długo przed tym, zanim słowo „wielozadaniowość” weszło do powszechnego użytku. Często mawiał: „Gdy siedzimy i rozmawiamy, nasze ręce mogą kręcić kołowrotkiem”.

Teraz miałem przy sobie to małe urządzenie i zacząłem je ustawiać.

Bapudżi uśmiechnął się i przygotował do snucia przędzy i swojej lekcji.

– Chciałbym opowiedzieć ci pewną historię – powiedział, gdy usiadłem obok niego.

– Był kiedyś pewien chłopiec w twoim wieku. Zawsze był rozgniewany, ponieważ nic nie działo się po jego myśli. Nie potrafił docenić punktu widzenia innych i gdy go prowokowano, wybuchał gniewem.

Podejrzewałem, że ten chłopiec to ja, więc prządłem dalej i słuchałem jeszcze uważniej.

– Pewnego dnia wdał się w poważną bójkę i nieumyślnie popełnił morderstwo – ciągnął dalej. – W jednej bezmyślnej chwili zniszczył swoje życie, zabierając życie komuś innemu.

– Obiecuję, Bapudżi, poprawię się – nie miałem najmniejszego pojęcia, jak miałbym się poprawić, ale nie chciałem, aby mój gniew doprowadził do czyjejś śmierci.

Bapudżi skinął głową.

– Masz w sobie dużo agresji – powiedział. – Twoi rodzice opowiedzieli mi o bójkach, w które wdawałeś się w Afryce.

– Tak mi przykro – wyjąkałem, czując, że zaraz się rozpłaczę.

Bapudżi jednak miał dla mnie zupełnie inny morał, niż się spodziewałem. Spojrzał na mnie zza swojego kołowrotka.

– Cieszę się, że można doprowadzić cię do gniewu. Gniew jest pożyteczny. Ja nieustannie go odczuwam – oświadczył, cały czas kręcąc kołowrotkiem.

Nie wierzyłem własnym uszom.

– Nigdy nie widziałem, jak się złościsz – wyznałem ze zdziwieniem.

– Ponieważ nauczyłem się wykorzystywać swój gniew do czynienia dobra – tłumaczył. – Gniew jest dla ludzi niczym benzyna dla samochodu. Daje siłę, aby iść do przodu i docierać w lepsze miejsce. Bez niego nie bylibyśmy zmotywowani do stawiania czoła wyzwaniom. To energia, która nakazuje nam ustalać, co jest właściwe, a co takie nie jest.

Wykorzystuj gniew do czynienia dobra. Gniew jest dla ludzi niczym benzyna dla samochodu – daje siłę, aby iść do przodu i docierać w lepsze miejsce. Bez niego nie bylibyśmy zmotywowani do stawiania czoła wyzwaniom. To energia, która nakazuje nam ustalać, co jest właściwe, a co takie nie jest.

Dziadek opowiedział mi, że kiedy jako młody chłopiec mieszkał w Afryce, także cierpiał z powodu uprzedzeń i bardzo go to denerwowało. W końcu jednak przekonał się, że dążenie do zemsty w niczym nie pomaga. Zaczął więc zwalczać uprzedzenia i dyskryminację, używając współczucia oraz odpowiadając na gniew i nienawiść dobrocią. Wierzył w potęgę prawdy i miłości. Szukanie odwetu nie miało dla niego sensu. Doszedł do wniosku, że zasada „oko za oko” doprowadzi do tego, że na świecie pozostaną sami ślepcy.

Zdziwiłem się, że Bapudżi nie był tak opanowany już od urodzenia. Teraz czczono go i określano honorowym tytułem Mahatma, ale kiedyś był po prostu niesfornym dzieckiem. Po zaaranżowanym małżeństwie z moją babcią, gdy oboje mieli zaledwie po 13 lat, czasami krzyczał na nią, a pewnego razu w trakcie kłótni nawet chciał siłą wyrzucić ją z domu. Nie podobało mu się jednak to, kim się staje, więc zaczął zmieniać się w zrównoważonego i opanowanego człowieka, jakim chciał być.

– Czy powinienem się tego nauczyć? – zapytałem.

– Właśnie zaczyna ci się to udawać – odpowiedział z uśmiechem na ustach.

Gdy obaj siedzieliśmy przy kołowrotkach, starałem się zrozumieć, w jaki sposób gniew można wykorzystać w pozytywny sposób. Mogłem wciąż go odczuwać, ale musiałem nauczyć się go wykorzystywać w słusznej sprawie. Takiej jak wdrażanie w RPA i Indiach zmian politycznych, do których powoli dążył mój dziadek.

Bapudżi wyjaśnił mi, że nasze kołowrotki są właśnie przykładem wykorzystywania gniewu do pozytywnych zmian. Produkcja tkanin od stuleci była w Indiach przemysłem chałupniczym, ale teraz duże zakłady włókiennicze ulokowane w Wielkiej Brytanii kupowały bawełnę od Hindusów, przetwarzały ją i sprzedawały z powrotem Indiom po wysokich cenach. Ludzie byli rozwścieczeni i chodzili w starych i podartych ubraniach, ponieważ nie było ich stać na tkaniny brytyjskiej produkcji. Zamiast jednak atakować brytyjski przemysł za powodowanie ubożenia Indii Bapudżi sam zaczął pracować przy kołowrotku, aby zachęcić rodziny do samowystarczalności. Te działania miały olbrzymi wpływ na cały kraj, a ich skutki odczuwano także w Anglii.

Bapudżi zorientował się, że słuchałem go uważnie, więc podsunął mi kolejną analogię (uwielbiał je), tym razem przyrównując gniew do elektryczności. „Gdy odpowiednio pokierujemy energią elektryczną, może ona poprawić jakość naszego życia. Jeżeli jednak będziemy postępować niewłaściwie, możemy przypłacić to życiem. Podobnie jak z prądem, ludzie muszą nauczyć się wykorzystywać gniew w służbie ludzkości”.

Gdy odpowiednio pokierujemy energią elektryczną, może ona poprawić jakość naszego życia. Jeżeli jednak będziemy postępować niewłaściwie, możemy przypłacić to życiem. Podobnie jak z prądem, ludzie muszą nauczyć się wykorzystywać gniew w służbie ludzkości.

Nie chciałem, aby mój gniew powodował spięcia ani w moim, ani w czyimkolwiek życiu. W jaki sposób miałem przekuć tę energię w iskrę napędzającą pozytywne zmiany?

Bapudżi był człowiekiem głęboko uduchowionym, ale potrafił też być praktyczny. Dał mi zeszyt i ołówek, radząc, abym prowadził dziennik gniewu. „Zawsze, gdy poczujesz wielki napływ gniewu, zatrzymaj się i zapisz, kto wywołał lub co wywołało w tobie to odczucie i dlaczego właśnie tak zareagowałeś”, wyjaśnił. „Cel polega na dotarciu do źródła gniewu. Dopiero gdy zrozumiesz, gdzie tkwi problem, będziesz mógł znaleźć rozwiązanie”.

Zdaniem Bapudżiego kluczem do sukcesu było uświadamianie sobie punktu widzenia innych osób. Dziennik gniewu nie był sposobem na złoszczenie się w przekonaniu o własnej racji, co obecnie dzieje się nazbyt często. (Wówczas ludzie wracają do lektury swojego dziennika i ponownie odczuwają gniew, sądząc, że jest on usprawiedliwiony!). To raczej sposób na zrozumienie przyczyn konfliktu i znalezienie dla niego rozwiązania. Musiałem zdystansować się od siebie i dostrzec punkt widzenia drugiej osoby. Nie jest to zachęta do ulegania woli innych, lecz technika umożliwiająca znalezienie wyjścia, które nie będzie prowadziło do dalszej agresji i urazów.

Czasami wydaje nam się, że próbujemy zażegnać konflikt, ale nasze metody tylko pogarszają sytuację. Wpadamy w gniew i zastraszamy ludzi, sądząc, że dzięki temu zrobią to, czego od nich chcemy. Ataki i krytyka oraz widmo kary to metody, które nie sprawdzają się ani w przypadku dzieci, ani dorosłych. Nasze pełne gniewu reakcje mogą doprowadzić do eskalacji konfliktu. Stajemy się wówczas oprawcami, bo nie rozumiemy, że ci ludzie są w istocie bezsilni. Na placach zabaw, w biznesie czy w kampaniach politycznych osoby, które są złośliwe i atakują innych, są zwykle jednostkami najsłabszymi i pozbawionymi pewności siebie. Bapudżi nauczył mnie, że prawdziwa siła tkwi w umiejętności zrozumienia poglądów innych i przebaczania.

 

Dziadek mówił, że chcąc mieć silne i zdrowe ciało, dużo czasu poświęcamy na jego wzmacnianie, ale za mało uwagi przywiązujemy do dbania o silny i zdrowy umysł. Jeżeli nie potrafimy kontrolować własnego umysłu, wpadamy w złość oraz mówimy i robimy rzeczy, których później żałujemy. Zapewne każdy z nas kilka razy dziennie odczuwa przypływ gniewu lub frustracji i musi zdecydować o własnej reakcji. Kolega z pracy coś do nas mówi, a my odpowiadamy kąśliwą uwagą, albo otrzymujemy irytujący e-mail i odpowiadamy bez zastanowienia. Nasz gniew często rani nawet osoby, które najbardziej kochamy – nasze dzieci i partnerów – gdy nas rozczarują lub powiedzą coś, z czym się nie zgadzamy.

Słowa potrafią nieodwracalnie skrzywdzić ludzi, których powinniśmy traktować z czułością. Nie rozumiemy, że ten gniew rani także nas samych. Pomyśl, jak się poczujesz, gdy komuś naubliżasz albo okażesz wobec niego okrucieństwo. Całe twoje ciało będzie się spinać i odniesiesz wrażenie, jakby twój umysł płonął. Wybuch gniewu cię pochłania i nie jesteś w stanie skupić się na niczym innym. Gniew zawęża twoje horyzonty i jedyne, co dostrzegasz w danej chwili, to niesprawiedliwość. Być może później ochłoniesz i przeprosisz drugą osobę, ale tego, co się stało, nie da się odwrócić. Gdy reagujemy zbyt pochopnie i wybuchamy gniewem, przypomina to strzelanie pociskami, których przecież nie da się ponownie włożyć do magazynka pistoletu.

Musimy pamiętać, że mamy wybór i możemy zareagować inaczej.

Tego dnia przy kołowrotku Bapudżi wyjaśnił mi, że należy traktować gniew jako ostrzeżenie przed jakąś niewłaściwą sytuacją. Prowadzenie dziennika to tylko pierwszy krok. Zyskując kontrolę nad własnym umysłem, umiałbym w przyszłości lepiej reagować na wyzwania. Zdaniem dziadka, zamiast zbyt pochopnie wypowiadać obraźliwe słowa i krzywdzić uczucia innych, powinniśmy skupić się na rozwiązaniu, które zadowoli obie strony. Jeżeli twoja natychmiastowa reakcja nie pomaga, to co mogłoby uzdrowić sytuację?

„Muszę wzmocnić swój umysł, Bapudżi!”, oświadczyłem. „Jakie ćwiczenia powinienem wykonywać?”

Poradził, żeby zacząć od czegoś prostego: należy usiąść w cichym pomieszczeniu z dala od czegokolwiek, co mogłoby rozpraszać uwagę (dziś oznacza to: żadnych telefonów komórkowych!) i mieć przed oczami coś miłego, na przykład kwiat lub jego zdjęcie. Przez co najmniej minutę koncentrować się całkowicie na tym widoku, a następnie zamknąć oczy i przekonać się, jak długo potrafi się utrzymać ten obraz w swoim umyśle. Na początku po zamknięciu oczu obraz będzie znikał, ale regularne ćwiczenia sprawią, że pozostanie on w świadomości na dłużej. To będzie znak, że zaczynam wypierać wszystko, co mnie rozprasza, i zyskuję władzę nad własnym umysłem.

Dziadek dodał, że gdy dorosnę, będę mógł przejść do drugiego etapu ćwiczeń. W tym samym cichym pokoju zamknę oczy i skupię się wyłącznie na oddechu. Należy wówczas skoncentrować się tylko na wdychaniu i wydychaniu powietrza oraz nie poddawać się żadnym myślom. Zdaniem dziadka dzięki temu zyskam większą kontrolę nad własnymi reakcjami, aby w chwili próby nie działać pochopnie.

Nazajutrz zacząłem wykonywać zalecone przez Bapudżiego ćwiczenia i robię je gorliwie do dzisiaj. To najlepszy sposób na przejęcie kontroli nad własnym umysłem. Kilka miesięcy zajęło mi uczenie się, jak przekuwać gniew w świadome czyny, ale w końcu mi się udało. To ćwiczenie na całe życie. Nie można wykonywać go przez kilka miesięcy i uznać, że już zostało opanowane. Okoliczności naszego życia nieustannie się zmieniają, a wraz z nimi czynniki, które wzbudzają w nas gniew. To bardzo ważne, aby nieustannie mieć się na baczności i być gotowym na niespodziewane sytuacje.

Byłem ciekaw, w jakich okolicznościach mój dziadek po raz pierwszy dowiedział się o tym, że gniew można wykorzystywać w słusznej sprawie.

– Bapudżi, czy mogę ci zadać pytanie?

– Naturalnie, Arunie – odparł.

– W jaki sposób dowiedziałeś się, że gniew może być tak pożyteczny i potężny?

Dziadek zatrzymał kołowrotek i głośno się roześmiał.

– To twoja babcia mnie tego nauczyła.

– Naprawdę? Jak to? Co się wydarzyło?

– Ożeniłem się bardzo młodo i nie wiedziałem, jak postępować z żoną. Po szkole szedłem do biblioteki w poszukiwaniu książek o związkach małżeńskich. Pewnego razu posprzeczaliśmy się i gdy ja krzyczałem, ona odpowiadała spokojnie i rozumnie. Zaniemówiłem. Później długo myślałem nad tym, co zaszło, i uświadomiłem sobie, jak irracjonalnie zachowujemy się w gniewie i jak pięknie twoja babcia rozbroiła tę sytuację. Gdyby zareagowała gniewem na mój gniew, wdalibyśmy się w kłótnię i kto wie, jak by się to skończyło. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany, że muszę nauczyć się inteligentnie wykorzystywać gniew.

Moja babcia niedawno zmarła w więzieniu, na które skazano ją wraz z Bapudżim za obywatelskie nieposłuszeństwo. Wiedziałem, jak dziadek bardzo za nią tęskni. Co miesiąc organizował nabożeństwo ku jej pamięci. Jego historia uświadomiła mi, jak wielką potęgę ma w sobie reagowanie ze spokojem, gdy odczuwa się gniew. To coś niebywałego. Zazwyczaj, gdy ktoś podnosi głos, druga osoba przyjmuje postawę obronną i również zaczyna krzyczeć, co prowadzi do coraz większej eskalacji konfliktu. Jeżeli jednak potrafisz z uprzejmością zwracać się do ludzi, którzy cię skrzywdzili lub rozgniewali, to sytuacja przybiera zupełnie inny obrót.

Teoretycznie rozumiałem to w czasie objaśnień Bapudżiego, ale właściwie dotarło to do mnie dopiero kilka lat później, gdy zetknąłem się ze szczególnie konfliktową sytuacją. Kiedy miałem 22 lata i mieszkałem w RPA, wybrałem się do Indii, aby odwiedzić krewnych. Planowałem powrót i dalszą walkę z dyskryminacją i apartheidem, ale nabawiłem się ostrego zapalenia wyrostka i potrzebowałem natychmiastowej operacji. Pielęgniarka Sunanda Ambegaonkar, która mnie przyjmowała do szpitala, była uprzejma i piękna. W ciągu następnych pięciu dni, które spędziłem w szpitalu, całkowicie skradła moje serce. Oboje byliśmy bardzo nieśmiali i sporo czasu minęło, zanim w końcu zaprosiłem ją do kina. Czekałem tam na nią od 15:00. W końcu pojawiła się tuż przed 18:00 i była bardzo zakłopotana. Twierdziła, że musiała zostać dłużej w pracy z powodu nagłego wypadku. Później przyznała, że po prostu stchórzyła.

Po tym trudnym początku zakochaliśmy się jednak w sobie i w końcu wzięliśmy ślub. Sunanda potrzebowała wizy, aby pojechać ze mną do RPA, ale nie spodziewałem się żadnych trudności. Byłem obywatelem tego kraju, więc powinienem mieć prawo zabrać ze sobą swoją żonę. Był to jednak okres apartheidu i nie chciano wpuścić jej do RPA. Przez ponad rok robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby przekonać rząd do wydania zgody, ale nasze starania spełzły na niczym. Sunanda nie mogła ze mną jechać. Byłem wściekły i zrozpaczony. Dlaczego rząd skazywał nas na tak wielkie cierpienie? To była trudna decyzja, ale postanowiłem zostać z żoną i zamieszkać w Indiach.

Mniej więcej 10 lat później do Indii przyjechał mój bliski przyjaciel. Gdy czekałem na niego w porcie, podszedł do mnie nieznany biały mężczyzna. Złapał mnie za rękę i oznajmił, że będzie w Bombaju przez prawie tydzień i bardzo chciałby zwiedzić miasto. Byłem pierwszym Hindusem, jakiego spotkał, i dlatego poprosił mnie o pomoc. Przedstawił się jako Jackie Basson, członek parlamentu RPA.

Poczułem, jak rozpala się we mnie dawna furia. Jego rząd upokorzył mnie i nie pozwolił mi wrócić do kraju. Nie miałem ochoty mu pomóc – chętnie wrzuciłbym go do wody i zemścił się za krzywdy. Wtedy miałem już jednak w głowie nauki Bapudżiego dotyczące rozważnego kierowania gniewem, więc wziąłem głęboki oddech i postanowiłem nie działać pochopnie. Uścisnąłem mu dłoń i grzecznie wyjaśniłem, że jestem ofiarą apartheidu i zostałem zmuszony do pobytu w Indiach, ponieważ jego rząd nie zezwolił na wjazd do kraju mojej ukochanej żonie.

– Nie zgadzam się z działaniami pańskiego rządu – powiedziałem – ale jest pan tu gościem i zadbam, aby miło spędził pan czas.

Na początku zająłem się moim przyjacielem, a przez następne kilka dni oprowadzaliśmy państwa Bassonów po Bombaju, traktując ich z szacunkiem i pokazując wszystkie ciekawe miejsca. Rozmawialiśmy o apartheidzie i o tym, jak rozbił on moją rodzinę. Ostatniego dnia przy pożegnaniu Bassonowie się rozpłakali.