Polski zaklęty światTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Oppman

Polski zaklęty świat

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Leśna królewna (1929), licencja public domain,

źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Artur_Oppman_-_Leśna_królewna_page37.jpg

Tekst wg edycji:

Artur Oppman

Polski zaklęty świat

Księgarnia św. Wojciecha

Poznań 1926

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-961-4

BAŚŃ O PANU TWARDOWSKIM
JAK PAN CZEŚNIK TWARDOWSKI DJABŁU SYNKA ZAPRZEDAŁ.

Jechał szlachcic z kiermasza

I wołał: „Dobra nasza!”

Wypił sobie na zdrowie:

Zaszmerało mu w głowie.

Mierzynek pod nim siwy,

Ognisty, długogrzywy,

To kłusa, to truchcika

Niesie pana cześnika.

Bo trzeba mieć wiadomość: cześnikiem był jegomość, a zwał się pan Twardowski, posesjonat z cnej wioski: z Twardowa z pod Krakowa, gdzie substancja gotowa: ryby, grzyby, pszenica: istny raj dla szlachcica. Jedzie pan cześnik lasem i podśpiewuje czasem. Na duszy mu wesoło, choć głucha noc wokoło. Puszcza w strasznej omroczy, jak mówią: wykol oczy; nic nie słychać, nie widać — i niema się co wstydać! — każdyby stchórzył w drodze w boru tak ciemnym srodze, lecz cześnik, wojak stary, choć w kiesie ma talary, nie lęka się nikogo, śmiało kłusuje drogą. Nagle: wrzask, błysk wystrzału z tęgiego samopału! uderzenie maczugi — i cześnik legł, jak długi! Na łeb zleciał z mierzyna, — aż tu mu trzos odpina zbój srogi, Madej niczem, z okudlonem obliczem; a drugi, ani pyta, kord i konia mu chwyta, a trzeci kontusz zdziera i sam się weń ubiera. W opresji tak straszliwej struchlał cześnik poczciwy: Za szablę! — Niema szabli! — „Ratujcież, choćby diabli!”

Ledwo pomyślał, — ażci,

Cóż z tej całej napaści?

Zbóje znikli, jak cienie.

Obok jego odzienie.

Koń łbem go trąca w ucho.

A trzos — znów za pazuchą!

Zdumiał szlachcic niemało: co się takiego stało? A wtem ktoś basem rzeknie: „Kłaniam się waści pięknie!” Szurgnie nogą z szelestem: „Wzywałeś mnie, więc jestem!” Spojrzy cześnik na stronę: jakieś monstrum skurczone; księżyc z chmur się wykradnie, więc je widzi dokładnie: fraczek kusy, opięty, ogonek bije w pięty, a z pod kapelusika róg się chyłkiem wymyka.

Drgął cześnik pod tym głosem i zwąchał pismo nosem: bies we własnej osobie! Tom piwa zwarzył sobie! Co tu robić w tej biedzie? Nic nie odrzec? Nie idzie! Niegrzeczność licha warta!

Więc tak powie do czarta: za pomoc składam dzięki, żeś mnie z zbójów paszczęki wydobył, ale przecie nic darmo na tym świecie! więc proszę uniżenie: pogadajmy o cenie za czarcie wspomożenie.

Djabeł podwinął chwosta

I rąbnie prosto z mosta:

„Dasz mi, czego nie miałeś,

Ani się spodziewałeś,

O czemś nie mówił komu

I nie zostawił w domu...”

Twardowski duma krzynę, aż puknął w łepetynę: Coś o czem nie wiem wcale? Niech bierze! doskonale! Znam swoje interesa; okpimy pana biesa! z niewiadki mała szkoda!

Walnął go w łapę: zgoda!

Cyrograf podpisali,

Twardowski jedzie dalej,

A tam z pod boru brzega

Śmiech czarta się rozlega.

Poranek złotem świta, Twardowski rżnie z kopyta, już mierzyn rży przy dworze... Wtem — co to? Wielki Boże! Przed dworem, pod ganeczkiem, piastunka z dzieciąteczkiem!

Izba naścież otwarta,

Kołyska się kolebie:

Cześniku! nic ty czarta,

Lecz czart oszukał ciebie!

O dziecku nie wiedziałeś!

Synaczka zaprzedałeś!

JAK MAŁY TWARDOWSKI DO PIEKŁA PO CYROGRAF WĘDROWAŁ.

Mały Twardowski rośnie,

Już jest w dwunastej wiośnie,

Dobre i mądre chłopię,

Wiecznie się w księgach kopie.

W foliały włazi z głową,

A drukowane słowo

Milsze mu stokroć więcej

Od cukrów i tłuczeńcy.

Lecz stary pan Twardowski, choć suty profit z wioski, choć proboszcz chwali syna, coś skiepściał starowina. Trapi się w tajemnicy, ponurość ma w źrenicy, w żałobnej chadza szacie i płacze w swej komnacie.

Więc raz pacholę powie: „Co, tato, masz na głowie? Zaufaj mej odwadze, a może co poradzę! Przykro mi patrzeć na to, jak się zamartwiasz, tato; otwarcie przemów do mnie!”

Poczciwie rzekł i skromnie. Cześnik na takie słowo rozpocznie rzecz ab ovo: ze łzami rozpowrada, jak zbójca go napada; jak — chwilo nieszczęśliwa! — na odsiecz djabła wzywa i jak — bez świadomości — zatracił kość z swej kości.

Malec, gdy tu usłyszał, jął skakać, aż się zdyszał: „Bądź dobrej myśli, tato, ja na to, jak na lato! znam egzorcyzmów wiele, w łeb diabla niemi zdzielę! w mig rogi mu się utrą!

Do piekła ruszam jutro!”

Jakoż nazajutrz rano, gdy w dworze jeszcze spano, na dolę i niedolę wychodzi żaczek w pole. Odmawia w głos pacierze i cóż on z sobą bierze? Muszkiety? Proch? Pałasze?

Święconej wody flaszę!

Biegnie, aż na rozdrożu

Coś zaszeleści w zbożu,

Zabłyszczy ślepek para,

Wyskoczy myszka szara.

I szepnie mordką małą:

„Żaczku, idź za mną śmiało,

Przez lądy i przez wodę

Do piekła cię zawiodę!”

Idą. Przez bory; puszcze, gdzie sina Wisła pluszcze, przez góry, śnieżne Tatry, gdzie wyją mroźne wiatry, przez drogi przeraźliwe, gdzie włazisz wciąż w pokrzywę i przez pustynię piachu, gdzie niema nic, prócz strachu.

Wreszcie po dniach już wielu zbliżają się do celu: prosta jak strzelił droga, a na niej ciżba mnoga; poszóstne pędzą cugi, na koniach strojne sługi, śmiechami brzmi kolaska, a foryś z bicza trzaska.

I co zadziwia żaka, że droga jakaś taka, iż rzadko tam się zdarza napotkać gdzie nędzarza. Ci ścieżką wąską, trudną, ciernistą i mniej ludną, brną o kawałku chleba, by wkońcu zajść — do nieba.

Myszka wciąż mknie na przedzie: do piekła malca wiedzie; krwawieje zachód słońca, omdlewa żak z gorąca: piekielne te upały buchają z czarnej skały i słychać wrzawę wściekłą:

To było właśnie piekło!

Kropidło żak dobywa, flaszkę odkorkowywa i kropi w lewo, w prawo diabłów, lecących lawą; straszliwy ryk się zrobił, jakbyś sto wieprzów pobił, aż któryś z biesów krzyczy:

„Czego waść sobie życzy?”

„Odebrać od was muszę

Cyrograf na swą duszę!”

— „Cyrograf? Pierwsze słyszę!

Niech na Berdyczów pisze!

— Cyrograf? Skądże znowu?

A to mi skarb do łowu!

— Takie to jeszcze mate,

A takie już zuchwałe!

— Hej! kija dać kawalca!”

Tak drwią rogacze z malca...

Jak żak kropidłem machnie! Jak ich różańcem ciachnie! Jak skoczy w piekła środek, z djabłami na wyprzodek! Toż wzburzy się harmider! Ćma wierci się jak świder! Pod ściany gna, pod bramy, — aż wrzasną:

„Już oddamy!

I wiodą Twardowskiego do kufra żelaznego. Kufer tak jak dom wysoki, jak studnia jest głęboki. W nim się zwijają w skręty piekielne dokumenty, odnaleźć coś tam — sztuka!

„Niech waćpan sobie szuka!”

Niemała czasu strata! Żak szukał cztery lata. Ubabrał się po uszy, aż znalazł zapis duszy. Krwią ojca podpisany, przez djabła sygnowany: na pergaminu karcie znak: dwa pazury czarcie.

Zabrał. Do domu rusza,

Raduje mu się dusza,

A z głębi krwawej groty

Diabelskie mkną chichoty.

Śmieją się czarty z niego:

„Bywaj nam zdrów, kolego!

Czas leci chyżym lotem!

Będziesz ty nasz zpowrotem!”

JAK TWARDOWSKI PAKT Z DJABŁEM O MĄDROŚĆ ZAWIERAŁ.

Pan Twardowski w Krakowie

Ulepsza rozum w głowie,

Przez cały wiek młodzieńczy

Wciąż nad księgami ślęczy.

Ukończył akademię,

Zna planety i ziemię,

Czyta przyszłość z gwiazd nieba,

Ale mu więcej trzeba!

Chciałby robić odkrycia, znaleźć eliksir życia i w mądrem pogotowiu złoto czynić z ołowiu.

W alchemickiej pracowni pali głownię po głowni, coś przypieka, przysmaża, — ale nic się nie stwarza! Aż szepnął którejś nocy: „Nie w ludzkiej to jest mocy; szatan zna te arkana: czarem wezwę szatana!”

Księżyc zagląda w okno: ropuchy w słoju mokną, schnie szkielet nietoperza, czaszka zęby wyszczerza. Krokodyl na pułapie, choć wypchany, lecz chrapie, a w kącie, w trumnie swojej, egipska mumja stoi.

Straż wartuje... śpi miasto...

Zegar bije dwunastą...

Twardowski zmarszczył czoło, kredą zakreśla koło, magiczną laską macha i wywołuje stracha: błysnął siny płomyczek, coś chrobota u drzwiczek, westchnęła mumia w rogu — i czart stanął na progu:

 

„Otom jest na wezwanie.

Czego żądasz, mospanie?”

Twardowski wziął się w boki: „Podejdź, diable, dwa kroki, słuchaj mego rozkazu i spełnij go odrazu”!

Błysnęło!

„— Czego chcecie?”

„— Chcę być najmędrszym w świecie,

Posiąść wszystkie bogactwa,

Rozumieć mowę ptactwa,

Słyszeć jak trawa rośnie,

Żyć wiecznie w życia wiośnie,

Leczyć każdą chorobę

I mieć na swą osobę

Sześciu biesów do służby.

To warunki mej drużby.

Com wyliczył — mieć muszę!

„— Cóż dasz za to?”

„— Swą duszę!”

Diabeł skrobnął się w głowę:

„— Ha! spisujmy umowę!”

„— Nie tak zaraz, chwileczkę, poczekaj-no troszeczkę! zanim się zdecyduję na takie ważne sprawy, wprzód, mój czarcie łaskawy, niech twej mocy spróbuję”.

„A więc nie tracąc czasu, niech waść konceptem ruszy!

„— Oj, co to ambarasu

Dla jednej ludzkiej duszy!

Słucham!”

„— Po pierwsze tedy: zapas srebra obfity z całej Rzeczpospolitej, bym nigdy nie miał biedy, w djabelskim animuszu, do kopalni w Olkuszu przeniesiesz” „— To się zrobi!”

„— Dalej: jest pod Ojcowem skala, Sokolą zwana, niechże waszeć do rana postawi ją pod chmury, grubszym końcem do góry: to kraj mój przyozdobi.”

„— Będzie tak! ręczę słowem!”

„— I po trzecie: z ziarn piachu musisz wznieść rodzaj wieży, niech na piętra bieży, — no, może być bez dachu; lecz niech w tym całym gmachu ziarnko na ziarnku leży, a jeśli wiatr popsowa, lub zdmuchnie, choćby ziarno, za robotę niezdarną, — na nic cała umowa!”

„— Czy to tak w izbie parno, czy we mnie biją żary? Kotłuje mi się głowa od tych żądań bez miary. Ha, trudno, co tu gadać! na cześć jaśnie osobie w mig te trzy rzeczy zrobię, gracko, że proszę siadać. Dość będzie z tem kłopotu, lecz ma zasadę piekło, że gdy się słowo rzekło, to kobyłka u płotu!”

Poleciał. Noc już kona,

Gdy wrócił do alkierza:

„— Jest srebro, stoi wieża

I skała odwrócona!

Umowa dotrzymana,

Nasza dusza waćpana!”

Twardowski — lica blade

I w licach ma frasunek:

„Dobrze! ale ja kładę

Jeszcze jeden warunek:

Nigdzie, na całym świecie

Złapać mnie nie możecie.

Tylko w Rzymie!”

I wąsa

Podkręca...

Czart się dąsa.

Zżyma się, ale wreszcie

Rzekł: „Niech będzie w tem mieście”.

Uśmiechnął się złośliwie

I zniknął, gdyby mara...

Ja myślę, że prawdziwie

Oszukać chce, psia wiara!

JAKO TWARDOWSKIEGO DJABEŁ W RZYMIE PRZYŁAPAŁ I JAKO NA KSIĘŻYCU SIEDZI CZARODZIEJ DO DNIA DZISIEJSZEGO.

Żyje długo Twardowski.

Znają go miasta, wioski,

Jak wielka Polska cała

Czarodzieja poznała.

Wszystkie choroby leczy,

Nie lęka się, ni mieczy,

Ni strzelby, ni armaty,

Ni żadnej takiej rzeczy!

Chwat ci to ponad chwaty!

Czasem, w szlacheckiej bucie,

Kłusuje na kogucie,

Czasem zwiedza jarmarki,

Przekupkom tłucze garnki,

Jeździ po całej ziemi

Cugami poszóstnemi,

Wszędzie go zobaczycie...

I tak mu płynie życie ...

Raz był ci on w podróży,

A tu się niebo chmurzy,

Huczy straszne wichrzysko

I deszcz leje jak z cebra;

Przemoczył go do żebra:

Oj, kłopot! Pewna febra!

Aż patrzy: karczma blisko!

Więc wchodzi do karczmiska

I każe dać wieczerzę,

Wtem błyskawica błyska,

Grom uderza po gromie,

Śmiech straszny w całym domie.

Jakieś ryki nad domem, —

Aż wreszcie — z nowym gromem —

Djabeł się skądciś bierze!

Cap! szlachcica porywa:

„Karczma Rzym się nazywa!”

Lecą w górę; nad nimi

Od czartów aż się dymi,

Ogień im z pysków bucha,

A wkoło zawierucha.

Pan Twardowski w tej biedzie,

Gdy tak na djable jedzie,

Młodość swą przypomina,

Pobożne, jasne lata

I w odlocie ze świata

Ogarniać go poczyna

Skrucha chrześcijanina.

Potępił swe uczynki —

I zaśpiewał „godzinki.”

Patrzy, aż diabła niema,

A nogami obiema

Sam siedzi na księżycu

O złotosrebrnem licu.

I słyszy głos zwysoka:

„Serdeczna twoja skrucha

Ocaliła ci ducha!”

Dokoła noc głęboka.

W dole Kraków i wioski

Podkrakowskie. Twardowski,

Na księżycowym progu,

Dziękuje Panu Bogu.

Rok za rokiem przelata

I wiedzą w Polsce wszędzie,

Że on tak siedzieć będzie

Aż do skończenia świata...

BAŚŃ O ŚPIĄCEJ KRÓLEWNIE
I.

Na zamczysku mieszkał król,

Mnogo miast miał, mnogo pól,

A wolaków sto tysięcy,

Sto tysięcy, albo więcej.

Lecz nad berło, nad swój tron,

Jedynaczkę kochał on,

Jedynaczkę, swoją córę,

Śliczne ptaszę złotopióre.

Modre oczy, krucza brew,

A na ustkach zawsze śpiew,

A serduszko miłosierne,

Takie dobre, takie wierne.

Gdy usłyszy biednych płacz;

Już na zamku jej nie patrz!

Już ci leci do nędzarzy:

Miodem, chlebem, mlekiem darzy.

Więc tę cudną, gdyby maj,

Umiłował cały kraj,

Ludzie za nią przepadali,

Krwiby z serca dla niej dali.

Gdzie się ruszy — za nią wślad

Białej lilji rośnie kwiat,

Pędem biegną małe dzieci,

A słoneczko w twarz jej świeci.

I nie schowa się na pewno,

By nie rozstać się z królewną.

II.

Czarne chmury niebem płyną,

Błyskawica je okola,

Ciężka dola nad krainą

I nad królem ciężka dola.

Cóż, że śliczne panny lica,

Że tak dobra i tak miła,

Gdy zła wiedźma, czarownica,

Na królewnę czar rzuciła.

Przyleciała do zamczyska,

Z warg jej bucha płomień siny,

Tak się rzuca, tak się ciska:

„Nie prosiłeś mnie na chrzciny!

Nie prosiłeś mnie na chrzciny!

Ja się srodze zemszczę za to!

Nic nie będzie z twej dziewczyny,

Gdy szesnaste skończy lato!

Śmierć ją dotknie ostrym szponem,

Dziesięcioma szpony naraz!

Bo ukłuje się wrzecionem

I z ukłucia umrze zaraz!

Choć rycerstwo na koń wsadzisz,

Zimnej śmierci nie odgonisz!

Nic ty, królu, nie poradzisz!

Niczem córki nie obronisz!

Nie prosiłeś mnie na chrzciny!

Nic z dziewczyny! Nic z dziewczyny!

III.

Z tej to racji biedny król

Cierpi straszny serca ból,

Płacze we dnie, wzdycha we śnie —

I postarzał się przedwcześnie!

Chcąc zapobiec klątwie złej,

Wydał rozkaz służbie swej:

„Kołowrotki wszystkie spalić!

Wszystkie prządki precz oddalić!

Kto wrzeciono w zamku ma,

Bez pardonu gardło da!

I niech wiedzą wszystkie stany:

To mój wyrok nie do zmiany!”

Od tej pory — prosta rzecz! —

Że wrzeciona poszły precz,

Kołowrotki połamano

I prząść całkiem zapomniano.

A królewna cudnych lic

O tej sprawie nie wie nic;

Król zakazał jej powtarzać,

By córeczki nie przerażać.

Po dawnemu nuci w głos,

Pozłocisty czesze włos,

Zrywa kwiatki, karmi ptaszki

Albo tańczy dla igraszki.

A zła wiedźma zamiar knuje:

„Już ja ciebie dopilnuję!”

IV.

Wielka uczta na zamczysku,

A na uczcie pełno gości,

Gore sala od lamp błysku.

Promienieje od radości.

Król przemawia: „Ma Halinka,

Którą tu widzicie waście,

Dziś dorosła jest dziewczynka,

Bo dziś kończy lat szesnaście.

Już ja teraz — na Bóg miły! —

Będę wesół w noc i we dnie,

Boć się wcale nie sprawdziły

Czarownicy przepowiednie!”

Lecz zaledwo to wyrzecze,

Ażci nagle, jakby mara,

Pomaleńku ktoś się wlecze:

To królewny niańka stara!

Człapu, człapu do panienki

Ściska, pieści i winszuje, —

Wtem wrzeciono pac! z jej ręki

I królewnę w palec kluje!

O, zmartwienie! O, nieszczęście!

Jak nieżywe dziewczę pada;

Król w rozpaczy gryzie pięście,

Trudna rada! Trudna rada!

Już się stała rzecz sądzona!

Śpi królewna urzeczona!

V.

A z królewną cały dwór

Wnet chrapaniem dał jej wtór,

Król się słania i poziewa —

Buch! — i leży, jakby z drzewa!

Dworska służba, gdzie kto stał,

Tylko ziewnął — i już spał!

Kucharz w kuchni, konie w stajni,

Drzemią sobie najzwyczajniej.

Nawet kury, kogut też,

Nawet w parku leśny zwierz,

I kanarków w klatce para,

I w swej norce myszka szara.

Mija jeden, drugi rok,

Obok zamku, krzak, co krok.

Tu kalina, tam tarnina,

Gałązeczki swe rozpina.

Aż rozrosły się, że strach,

Zasłaniają cały gmach,

Cztery wieże, gołębniki,

Dach czerwony i dymniki.

Już nie widać zamku ścian,

Już bór tylko tutaj pan,

Puszcza gęsta, czarna, dzika,

Co do bramy wchód zamyka.

A królewna urodziwa

Śpi, biedaczka, jak nieżywa!

VI.

W świat szeroki idą wieści,

Borem, lasem, drogą wiejską:

Gdy przepłyniesz rzek trzydzieści,

Wejdziesz w stronę czarodziejską,

Tam na górze zamek stoi,

Że zaklęty, to rzecz pewna,

A w tym zamku sto pokoi,

A z nich w jednym śpi królewna.

Rozpuszczone złote włoski,

A twarzyczka, jak śnieg, biała,

Myślisz: Martwa? Zbądź się troski!

Ona tylko sto lat spała!

Lecz wiadomo, że w rocznicę

Na sen długi jej uśnięcia,

Otwierają się źrenice,

Różowieje twarz dziewczęcia.

I rozgląda się dokoła, —

Ale pustka wkrąg, niestety!

Próżno patrzy, próżno woła:

„Mój rycerzu! gdzie ty? gdzie ty?

Czyż na wieki mam się łudzić,

Westchnieniami w śnie się żalić? —

Kiedyż przyjdziesz, by mnie zbudzić

I z zaklęcia kraj ocalić?

Głucha pustka dookoła!

 

Próżno płacze, próżno woła!...

VII.

Młodzi chłopcy słyszą wieść:

Ani spać im, ani jeść!

Ten i owy płacze rzewnie,

Gdy pomyśli o królewnie.

Nie wiem, chłopcze, ktoś ty zacz?

Ale wierz mi, na nic płacz!

Nic płakanie nie pomoże:

Weź miecz! Naprzód, w imię Boże!

Jakoż niema prawie dnia,

By do zamku jeźdźców ćma

Z chrzęstem zbroic, z błyskiem mieczy

Nie dążyła ku odsieczy.

Przez sto lat ich było huk,

Dziadek, syn, a potem wnuk,

Szli odważnie w puszczę ciemną, —

Ale wszyscy nadaremno!

Bo w tej puszczy, kędy mrok

Od drzew gęstych, czyha smok!

I każdego bohatera

W mig zabija i pożera!

Nieszczęśliwy chłopców los!

Już ich kości biały stos

Nowym zuchom zamknął drogę!

Jak ocalić tę niebogę?

Co za trudy! Wielkie nieba! —

Tego smoka zabić trzeba!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?