Krok do piekłaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Górski

Krok do piekła

Saga

Krok do piekła

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Artur Górski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726788730

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wstęp

Drogi Czytelniku, jeśli szukasz traktatu filozoficznego – odłóż tę książkę i oddal się od niej na bezpieczną odległość. Jeśli pociągają Cię przygody detektywów, którzy zamiast poszukiwać bandytów, pogrążają się w alkoholowym marazmie, wspominają byłe kochanki i słuchają szlagierów sprzed lat – nie czytaj mojej powieści. Ale jeśli lubisz szybką akcję, w której zdarzenia następują po sobie jak lawina, jeśli godzisz się na sytuację, w której autor lekko (a właściwie bardzo mocno) pokpiwa sobie z konwencji, ze swoich bohaterów, czytelników i samego siebie – wytypowałeś właściwy obiekt. Powieść Krok do piekła (bohaterem jest samozwańczy śledczy Ryszard Krok, wciągnięty w wir gigantycznego przekrętu) ukazywała się w odcinkach w miesięczniku „Focus Historia” i była pomyślana jako wkład pisma w popularyzację tych historii i obiektów z dziejów naszego kraju, o których można by powiedzieć: „cudze chwalicie, swego nie znacie...” Akcja była interaktywna – czytelnicy, a także czołowi polscy pisarze kryminałów, podrzucali nam swoje propozycje atrakcyjnych miejsc, w których pan Ryszard powinien się pojawić. I zawsze chodziło o zabytki Polski mniej znanej.

Dlatego mój Krok przemierza nie Wawel, Wilanów czy bazar na Stadionie Dziesięciolecia, ale małe miejscowości, w których jednak od wieków drzemią prawdziwe skarby. I skarby te, skrywające rozmaite tajemnice, wręcz wołają do nas z otchłani dziejów: zobaczcie nas, doceńcie, przytulcie!

Krok do piekła powstał po to, aby skarby te przytulić.

Oczywiście, nie wykluczam, że w kolejnej części – jeśli taka będzie – mój bohater wkroczy na historyczne szlaki innych krajów. Ale to już zależy od Waszego zapotrzebowania.

Artur Górski

Krok pierwszy do piekła

Ryszard Krok z trudem otworzył oczy. Nie wiedział nawet, dlaczego je otwiera – miał jedynie poczucie, że dzieje się coś, co wymaga takiej, a nie innej reakcji. Siadł na łóżku i kołysząc się na boki, starał się zsynchronizować wszystkie zmysły, aby podpowiedziały mu, co się, do diabła, dzieje. Nie zawiodły go. Już po chwili Krok chwiejnym krokiem przemierzał pokój hotelu robotniczego w Siedlcach. Na końcu drogi znajdował się aparat telefoniczny, wydający z siebie nieznośne dźwięki. To on zakłócił spokojny, poimprezowy sen Kroka – co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Podniósł słuchawkę, która wydała mu się o wiele cięższa niż zwykle.

– Czego i dlaczego tak wcześnie? – zapytał zirytowanym tonem, nie mając jednak pewności, czy pora faktycznie jest wczesna. Może była późna? Rzecz względna, gdy mowa o przedziale czasowym między północą a październikową ranną zorzą. Poprzedniego wieczoru był królem życia w popularnej restauracji „Słoneczna” – wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi (och, jak szybko zawiera się te przyjaźnie na Podlasiu!) pił, zakąszał i chyba nawet tańczył. A teraz czuł, jak zbliża się pokuta... Tak, to na pewno ten taniec zaszkodził. Pani Wiesia z księgowości tak potrafi zakręcić, że bebechy podchodzą pod gardło. A może to był pan Wiesio, zaopatrzeniowiec? Też mógł zakręcić... Ale dlaczego z facetem? Cóż, co kraj, to obyczaj, a na Podlasiu ludzie serdeczni – do tańca i do tego drugiego. W każdym razie ktoś o imieniu na „Wie”.

– Pan Krok? Policja – oznajmił szorstkim tonem rozmówca. – Musi się pan jak najszybciej z nami spotkać. Stało się coś bardzo ważnego.

Ryszard przełknął ślinę i wytrzeszczył oczy. Nie ujrzał jednak niczego, oprócz gęstej ciemności. No i widoku, podsuniętego przez wyobraźnię: oto idzie długim korytarzem, prowadzony przez dwóch rosłych policjantów. Na rękach ma kajdanki, a na głowie masę kłopotów.

„Zabiłem kogoś”, przeszło mu przez myśl. „Może pana Wiesia? Na pewno pana Wiesia, jeśli próbował mnie uwodzić. Nie ze mną takie numery. Chłop od chłopa musi się trzymać z daleka. Ja nie jestem taki nowoczesny, jak niektórzy”.

– A o co chodzi? – spytał na głos.

– Dowie się pan na miejscu – odparł funkcjonariusz, który nawet nie uznał za stosowne podać swego nazwiska i rangi.

– Ale na jakim miejscu?

– No, tam, gdzie to się stało. A stało się, proszę szanownego pana, w muzeum, Jako że mieszka pan niedaleko, pofatyguje się pan sam, nie będę wysyłał przecież radiowozu do człowieka, który ma do przejścia sto metrów. Benzyny nam brakuje, bryndza w policji. Świeże powietrze dobrze panu zrobi. Bo pan pewnie raczej taki więcej nieświeży, co?

„Skąd on wie, że jestem nieświeży?”, pomyślał Krok, nabierając szacunku dla instytucji, która wie więcej o obywatelu niż on sam.

– Faktycznie, dwa piwka były, może trzy, jedna setka, coś w tym stylu – wybełkotał przepraszającym tonem.

– Znamy takich – powiedział funkcjonariusz. – A potem się idzie pod gazem do roboty i fuszerkę odstawia? Czekam na pana w muzeum i liczę, że będzie pan wcześniej niż później.

Krok skinął głową, wiedział, o jakie muzeum chodzi. Już chciał odłożyć słuchawkę, ale przyszło mu do głowy jeszcze jedno, dramatyczne pytanie:

– Czy szczoteczkę do zębów też mam ze sobą zabrać?

– Szczoteczką nie zaszkodzi – odparł policjant i zakończył rozmowę.

* * *

Krok z duszą na ramieniu zapukał do drzwi. Wiedział, że za chwilę otworzy je jakiś policjant, a on przejdzie na drugą stronę – stronę ludzi oskarżonych, skazanych, niegodnych, wyklętych. Pozostawało pytanie: czy zostanie powalony na podłogę i dźgnięty lufą pistoletu maszynowego, czy też zatrzymany w sposób bardziej aksamitny.

A przecież nie tak miało być: przyjechał do Siedlec nie jako przestępca, ale jako ceniony cykliniarz. Fakt, ukończył historię (w dość niewielkiej, niezbyt prestiżowej, lecz państwowej uczelni), jednak życie zmusiło go do poszukiwania szczęścia na innych polach zawodowych. Na początku wieku wraz z kolegami założył firmę budowlaną i w kilka lat stał się cenionym fachowcem od drewnianych podłóg. Historią interesował się nadal, sporą część zarobków przeznaczał na książki i poważne miesięczniki, ale większość swego czasu spędzał w towarzystwie cykliniarki.

Kiedy Muzeum Diecezjalne w Siedlcach zaproponowało mu kontrakt, nie miał wątpliwości – Kościół potrafi docenić finansowo rzetelnie wykonaną pracę, więc należy skorzystać z oferty. A muzeum wymagało „liftingu” – zawisł w nim właśnie wspaniały obraz hiszpańskiego mistrza, El Greca, przedstawiający świętego Franciszka w stanie ekstazy i cały obiekt musiał się dopasować do arcydzieła, jednego z najcenniejszych obrazów w polskich zbiorach. Muzeum domagało się elegancji, a czyż nie zaczyna się ona od podłogi? Franciszek, podobnie jak Siedlce, był w ekstazie. Ryszard Krok wprost przeciwnie – w desperacji. „No, ale gdzie mi tam do świętego Franciszka?” pomyślał smutno i wtedy otworzyły się drzwi, wypuszczając z wewnątrz snop światła.

– Karniaka mu nalać! – krzyczał ktoś, kto z pewnością nie był policjantem, nawet w cywilu. Oczom Kroka ukazało się kilkunastu rozbawionych mężczyzn (były też kobiety, choć w mniejszości), których twarze powoli rozpoznawał. To byli pracownicy muzeum oraz majstrowie, z którymi bawił się szampańsko jeszcze kilka godzin wcześniej. Czyżby szykowała się dogrywka? Popatrzył na zebranych tępym wzrokiem, wzbudzając powszechną wesołość.

– A gdzie policja? – spytał retorycznie.

– Uwierzył, a to palant, widać, że inteligencik. Aleś mu Wiesiu wyciął numer! – rozległy się sympatyczne docinki i głosy uznania dla autora dowcipu. Do oszołomionego gwałtownym zwrotem akcji Kroka podbiegł jeden z biesiadników i podał mu szklankę, wypełnioną przezroczystym płynem. Nie była to woda, o nie. Na szczęście toastowi towarzyszyła przekąska w postaci kiszonego ogórka.

– Nie mogliście tak po prostu powiedzieć, o co chodzi? – spytał cykliniarz.

– To byś nie przyszedł. Już w restauracji widać było, że masz dość. A przecież jak szaleć, to szaleć, na całego.

Krok wzruszył ramionami – w sumie było mu miło, że traktują go jak swojaka. Wszak spędzi w towarzystwie tych ludzi najbliższe tygodnie.

– To co, będziemy tak pili w sieni? – zażartował. – Może pójdziemy do jakiejś elegantszej sali? Nasza jest noc, jak to mówią.

Spojrzał na zegarek, dochodziła czwarta rano. Była połowa października i na pierwsze promienie słońca trzeba było jeszcze długo poczekać.

– Z Franiem się napijemy – krzyknął pan Wiesio i ruszył żwawym krokiem ku jednej z sal.

– Z kim?

– No, z tym, na obrazie?

– A to wypada tak przed wielkim dziełem sztuki, przed świętą osobą? – zafrasowała się pani Basia, reprezentantka pionu administracyjnego.

– Toż to na jego cześć pijem – odparł Wiesio i imprezowicze wkroczyli do sali. Obecni byli muzealni strażnicy, więc nie zachodziła obawa, że pobudzony alarm wypłoszy zebranych sprzed oblicza świętego Franciszka.

Wkroczyli i stanęli jak wryci. Ściana, którą powinno ozdabiać szesnastowieczne arcydzieło, krzyczała pustką i oskarżeniem: nie upilnowaliście mnie! Patałachy z was. Owcewam paść, a nie skarbów pilnować.

 

Uczestnicy biesiady w pełni zgadzali się z tym stwierdzeniem. Patrzyli to na pustą ścianę, to na siebie, bezgłośnie pytając: – Kto zadzwoni na policję? A jak zadzwoni, to co powie? I co nam grozi?

Wesołość chwili umknęła bezpowrotnie.

Krok drugi do piekła

Ryszard Krok biegł przed siebie, ciężko dysząc – ledwo trzymał się na nogach, ale wiedział, że musi jeszcze wytrzymać. Ostatecznie widział taką scenę na filmie wielokrotnie – pozytywny bohater zawsze ucieka, a gonią go siły zła, wyposażone w broń palną i jak najgorsze intencje. Krok nie wiedział wprawdzie, dokąd biegnie ani kto go goni, ale postanowił pozostać wierny scenariuszowi. Hipotetycznemu, takiemu, jaki powstałby, gdyby ktoś kręcił o nim film. Albo pisał książkę. Na przykład Dan Brown.

Nastrój grozy potęgował tupot czyichś nóg za jego plecami. Nie chciał nawet oglądać się za siebie, wyobrażał sobie, że ma za sobą jeźdźca na koniu. Tymczasem to była pani Basia z administracji Muzeum Diecezjalnego. I nie goniła Kroka, ale tak samo jak on uciekała. Przed kim? Przed sobą samą. Tam, w sali muzeum, z której zniknął obraz, czuła, że już dłużej nie wytrzyma. Że powie im to, co myśli: „Wam to tylko głupoty w głowie, byle się nachlać i pośpiewać. A tu obraz skradziony i trup na podłodze...”.

Obecność pani Basi rozjaśniła umysł Kroka – przypomniał sobie, że biegnie do przystanku PKS. Wsiądzie do autobusu, jadącego w kierunku Sokołowa Podlaskiego, a stamtąd do Węgrowa. Dlaczego akurat do Węgrowa? Jak to dlaczego? Lusterko...

Ale po kolei.

* * *

Na razie jeszcze jesteśmy w siedleckim Muzeum Diecezjalnym. Ci, dla których biesiada zamieniła się w koszmar, stoją, niczym słupy soli w Sodomie. A może Gomorze? Nieważne – ani geografa, ani biblisty wśród zebranych nie ma. Wzrok Ryszarda Kroka, cykliniarza-historyka padł na jakąś sylwetkę, spoczywającą w ogarniętym mrokiem kącie sali. „Że też wcześniej tego nie zauważyłem”, pomyślał, kierując się w stronę odkrycia.

– Jezu, trup jakiś – szepnęła pani Basia z administracji i splotła ręce jak do modlitwy. Nie wiedziała, że wkrótce przyjdzie jej często splatać dłonie w geście przerażenia i bezsilności. Nie wiedziała, że nadciąga koszmar. Niczym w amerykańskim czarnym kryminale, tylko Krok odważył się zbliżyć na dwa kroki do zwłok. Nie było wątpliwości, że szanowny nieboszczyk (nieboszczka?) padł ofiarą bandytów, którzy kradnąc obraz El Greca, zacierali wszelkie ślady po swojej obecności w muzeum. A trup – tyle że jeszcze za życia – był takim śladem (z pewnością widział przestępców, słyszał ich głosy, wyczuwał zapachy. Teraz jednak nie mógł skorzystać ze swych zmysłów. Przestał być z punktu widzenia policji wartościowym śladem).

Krok, który przed laty przeczytał pewną powieść kryminalną (należącą wprawdzie do nurtu „milicyjnego”, ale interesującą), postanowił sprawdzić puls ofiary. Na postanowieniu się jednak skończyło: po pierwsze, brzydził się dotykać osób, które – według wszelkiego prawdopodobieństwa – należały do świata zmarłych, po drugie zaś jego uwagę przykuł pewien dziwny fakt. Otóż denat spoczywał w osobliwej pozie, zupełnie jakby chciał przekazać ostatnią wiadomość tym, którzy go odnajdą.

„Człowiek witruwiański?” pomyślał cykliniarz, ale zaraz odrzucił tę możliwość. Poza leżącego nie miała nic wspólnego z Leonardem da Vinci.

– Ależ tak, to Józef Chełmoński, Babie lato! – wykrzyknął na cały głos, odkopując w pamięci widok sławnego obrazu mazowieckiego mistrza. Nie wiedział, że takie gwałtowne olśnienia staną się już niedługo jego codziennością.

– Zwiariował, wódka mu się w głowie zagotowała – skomentował ktoś posępnie, ale denat faktycznie leżał tak jak pasterka, namalowana przez Chełmońskiego. Brakowało tylko czarnego psa.

I gdy Krok wpatrywał się w ową inscenizację dzieła artysty, doszukując się sensu w przedśmiertnym zachowaniu leżącego, z jego uniesionej prawej dłoni wypadło małe lusterko, które roztrzaskało się na posadzce. Zebrani, wśród okrzyków przerażenia, cofnęli się o krok do tyłu, a wtedy z martwych ust popłynęły słowa:

– Jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce, póki wódka jest w butelce.

Ale pieśń zastygła równie szybko, jak szybko się pojawiła – tym razem denat (a może wcale nim nie był?) rozpłaszczył się na podłodze, przybierając pozę jeśli nie człowieka, to przynajmniej witruwiańskiej małpy.

Krok podbiegł do leżącego, podniósł lusterko i spojrzał w swoje odbicie – popękana tafla ukazała mu oblicze człowieka, który ma do pokonania tysiąc przeszkód, a każda może się okazać tą ostatnią. Z drugiej strony lusterka uśmiechała się gwiazda filmowa Rita Hayworth w wersji czarno-białej. – „Kiedyś takie były modne”, rozmarzył się cykliniarz, przypominając sobie wiejskie odpusty, na jakie z okazji dnia świętego Bonawentury zabierała go babcia.

Zrozumiał – to lusterko nie było tu przypadkowo. Zabity (acz nie do końca) wcale nie przeglądał się w nim, zanim okrutna ręka gangstera pozbawiła go świadomości; ręka trzymająca kij baseballowy albo podająca kieliszek. Lusterko było znakiem, zapowiedzią ciągu dalszego. Ziarnko do ziarnka – lusterko do lusterka. Tylko jakiego? O jakie lustro mogło chodzić przestępcy? I dlaczego po kradzieży bezcennego obrazu El Greca porywa się on na jakieś lustro? Mieszkanie sobie urządza, czy jak?

Ależ tak, to proste – pięćdziesiąt kilometrów na północ od Siedlec leży Węgrów. Tam, nad wejściem do zakrystii fary wisi tajemnicze lustro Mistrza Twardowskiego, pamiątka po magu i alchemiku króla Zygmunta II Augusta. Jazda obowiązkowa dla turystów i obiekt westchnień kolekcjonerów nietypowych staroci. Czyżby zbrodnicza ręka zamierzała sięgnąć i po ten narodowy skarb?

Poczuł, że odkrył jakieś gigantyczne wrota do swojej świadomości. A może podświadomości? Jak zwał, tak zwał – liczyło się tylko to, że jakaś niewidzialna ręka (siła wyższa!) zainstalowała w jego mózgu turbodoładowanie. Wiedział, że teraz – jak nigdy dotąd – jest w stanie kojarzyć fakty, pozornie niemające ze sobą nic wspólnego i znajdować ich wspólny mianownik; że pamięć, niczym na srebrnym talerzu (dlaczego srebrnym? A dlaczego nie?) będzie mu podawała zapomniane informacje – daty, miejsca i postaci. Tak, przejął panowanie nad czasoprzestrzenią, jest wybrańcem. Tylko gdzie jest ta siła, która go namaściła?

Nie czekając, aż ktoś w końcu powiadomi o całym zajściu organa ścigania, Krok, ściskając w ręku lusterko, wybiegł z muzeum. Potem wybiegła pani Basia.

Bo i ona poczuła, że coś jest z nią nie tak. I że dobrze jej z tym.

* * *

Do Węgrowa dotarli, gdy pierwsze promienie październikowego słońca rozjaśniały senne miasteczko nad Liwcem. Przybyli tu nie pekaesem, ale ciężarówką z mleczarni. Kierowca okazał wiele zrozumienia dla nie wiedzieć czemu wystraszonych podróżników i podwiózł ich pod samą farę. Przed bramą główną stał ksiądz w czarnej sutannie i żywo rozprawiał z jakimś starszym jegomościem. Krok i pani Basia zbliżyli się do mężczyzn i grzecznie ukłonili. Ksiądz, którego myśli najwyraźniej krążyły gdzieś wyżej, wskazał na swego rozmówcę i przedstawił go przybyszom z Siedlec:

– Docent Morawski. On o tym lustrze wszystko wie...

„Czyli jednak skradzione”, skonstatował z goryczą Krok i pokiwał głową. Jego wzrok padł na tajemniczy napis, wymalowany na chodniku, tuż przed bramą: „HWDP”.

– Co to może znaczyć? – spytał docenta, licząc, iż jest ekspertem w dziedzinie symboliki historycznej.

– Mane, tekel, fares, coś w tym stylu – odparł niepewnie zapytany, wskazując ręką na literę „H”.

– Faktycznie, manel... Menel musiał być, skoro najpierw na muzeum biskupa, a potem na świątynię podniósł rękę. Ale władza Rzeczypospolitej mu ją utnie – zawyrokowała pani Basia i zaczęła szlochać.

Krok trzeci dopiekła

Zdyszany, zatrzymał się pod drzwiami pięknej, jednopiętrowej kamienicy. Zatrzymała się również pani Basia, i tak samo jak Ryszard Krok ciężko dyszała. Zupełnie jakby drogę, dzielącą Węgrów od Radomia, przebyli szybkim marszem. Tymczasem przyjechali komfortowo, karawanem zakładu pogrzebowego, który akurat miał do pokonania ten sam dystans. Życzliwość okazał nie tylko kierowca, ale także jedyny pasażer czarnej furgonetki, który nie sprzeciwiał się towarzystwu Kroka i pani Basi. Co więcej – przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. Ba – nie kichnął ani nie westchnął. Nawet nie oddychał. Inteligentny czytelnik domyśli się dlaczego.

– To tu... – wyszeptał nasz bohater, wpatrując się w zdobienia fasady kamienicy przy Malczewskiego 7.

– Te masony? Ładnie sobie żyją. Ciekawe, stąd mają na to pieniądze? Pewnie z plucia na naród i Kościół – powiedziała pani Basia.

– Nie, masonów już nie ma. Oficjalnie. Teraz mieści się tu prokuratura. Ale ponad sto lat temu...

– Czyli za Bieruta?

Krok zignorował pomyłkę swej towarzyszki niedoli (a może doli – wszystko zależy od punktu widzenia) i ciągnął dalej:

– Ponad sto lat temu, do połowy XIX wieku, miała tu swoją siedzibę loża „Jutrzenka Wschodząca”.

– Ojej, tak to się przedszkola nazywa. Słoneczko w chmurkach, albo gwiezdny misio zapiszczała wesoło kobieta i nagle spoważniała, skarcona wzrokiem Kroka. – A co my właściwie tu robimy? – spytała.

Dobre pytanie. No, właśnie – co oni robili w Radomiu? Wróćmy na chwilę do Węgrowa.

* * *

– Tu wisiało to lustro. I komu to przeszkadzało – załamał ręce proboszcz i pytająco spojrzał na docenta Morawskiego. Ten nie znał odpowiedzi na retoryczne pytanie duchownego, ale nie miał wątpliwości w kwestii pryncypiów:

– Za takie cacko to się można nieźle obłowić. Furkę jakąś nielichą kupić, i jeszcze na wakacje do Złotych Piasków się przelecieć. Ksiądz myśli, że oni sobie to lustro w łazience powieszą? Już oni swoje złodziejskie wyrachowanie mają, główka pracuje.

– A czemu toto takie drogocenne? – spytała pani Basia, i niby to z przejęcia, wsunęła swą pulchną dłoń w dłoń Ryszarda Kroka. Gdy ten próbował się uwolnić z potrzasku, pani Basia mocniej zacisnęła palce.

– Bo z nim takie jaja można robić, że czacha dymi – zapewnił docent i nikomu nie przyszło do głowy, by podważyć sąd naukowca. Nie był wprawdzie docentem historii, a tylko agrotechniki (tak zapewnił), ale historią interesował się od małego i obecnie mógł zapędzić w kozi róg niejednego zawodowego historyka. Chodzi o to, że żaden historyk nie podejmował się erudycyjnej konfrontacji z Morawskim, więc ciągle czekał on na swoje pięć minut. Kradzież zabytkowego lustra mogła być tym właśnie momentem. Najpierw należało wzbudzić szacunek u pani Basi, a potem u tego przystojniaczka w przyciemnianych okularach. Basia najwyraźniej już miękła...

– Ten Twardowski, czyli inaczej Wawrzyniec Durrus, znaczy się – Twardy, tak, jak ten czołg, ha, ha, był czarnoksiężnikiem.

– Cyrkowcem? Takim, co to szast-prast i królika wyciąga z kapelusza? – domyśliła się pani Basia.

– Coś na podobę. Tyle że w dawniejszych czasach, za króla Zygmunta Augusta, w szesnastym wieku.

– Tak, wiem. To lustro było jego znakiem firmowym – wtrącił się do tej wymiany zdań Krok.

– No i co dalej? – spytała zafrapowana pracownica pionu administracyjnego.

– Ten Zygmunt miał kochankę, a właściwie żonę. Ale raczej kochankę, bo żaden szlachcic nie chciał słyszeć o tym, aby król taką lafiryndę...

– Tu docent napotkał wyrażające pełne oburzenie spojrzenia Kroka i księdza, więc złagodził swą narrację:

– Barbarę miał.

– No wie pan, ja też jestem Basia! Licz się pan ze słowami! – krzyknęła partnerka Ryszarda Kroka.

– Bez urazy, nie każdemu psu na imię Burek – kontynuował docent, brnąc w bagnie niezręczności. – No więc ta Barbara Radziwiłłówna pewnego dnia odeszła do wieczności i król o mało co nie zwariował. Ale akurat trafił się Twardowski a wiadomo, że na kłopoty to Twardowski, i mówi: „Proszę jaśnie króla, wystarczy popatrzeć w lustereczko, a zaraz z niego nieboszczka wypłynie. Pod postacią mgły, czy innej pary ludzkiej, ale zawsze... Bo to czarodziejskie lustereczko jest. Idziesz pan na ten numer?”. Mówiąc krótko i na temat: lustro Twardowskiego służyło do teleportacji – zakończył swój wywód docent.

– O Matko Boska, do czego? – Pani Basia wzniosła ręce do góry, a jej oczy zaokrągliły się jak monety.

– Teleportacja to przenoszenie się w czasie i przestrzeni. Także, jak w tym wypadku, ze świata zmarłych do świata żywych. Matrix pani oglądała? – spytał Krok, nie bacząc,że jego towarzyszka zaczęła odmawiać trudną do określenia modlitwę. Pokręciła głową – Matrix był dla niej rzeczywistością nieznaną, Matriksem wprost. A jednak nie dawała za wygraną i spytała po chwili: – M jak Matrix?

 

– Prawie, prawie – szepnął ksiądz i ukrył twarz w dłoniach.

– I co, Babara się pojawiła?

– Cholera ją wi... Może tak, może nie – rzucił sentencjonalnie docent, wzruszając ramionami.

* * *

Cała czwórka wzniosła oczy ku górze, by spojrzeć na puste miejsce po lustrze. Ono jednak wcale nie było puste – przestępcza ręka zawiesiła rysunek, wykonany niechybnie dziecięcą ręką. Przedstawiał on roześmiane słoneczko, płynące ponad ciemnymi chmurami. Na dole widniał podpis: „Służę Radom”.

– Bydlak nawet się polskiego dobrze nie nauczył – wycedził docent. – Żeby „radą” pisać przez „om”, anie przez „ą”...

Krok pokręcił głową – miał przeczucie, że ich przeciwnik jest osobnikiem o bardzo wysokiej inteligencji, czego nie można powiedzieć o jego kulturze osobistej. „Nie zmylił się mistrz taki” – przywołał w pamięci cytat z Pana Tadusza, zachodząc w głowę, o co może chodzić złodziejowi. I nagle olśniło Kroka:

– Trzeba co koń wyskoczy pędzić do Radomia.

I szukać słońca. Jakiego słońca? Może promyka? Może zorzy mazowieckiej? A może... Tak, tak!!! Klucza do tajemnicy należy szukać w radomskiej siedzibie loży masońskiej. Jak ona się nazywała? Ależ oczywiście – „Jutrzenka Wschodząca”. Masoneria, której bardzo bał się Kościół. Już nie istnieje, ale... Kto ich tam wie?

W głowie Kroka szalała burza – pioruny myśli uderzały z piekielną siłą, a ulewa wspomnień z lekcji historii groziła powodzią.

– Pan coś kombinuje, panie Ryśku – wyczytała z twarzy swego partnera pani Basia. – Dokąd tera pojedziem?

– Do Radomia, pani Basiu, do Radomia. Ostatni mason wydał nam wojnę! Niewidzialny mason. Albo coś w tym stylu.