Zbrodnia prawie doskonałaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10.

Facet miał metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, ciemne, przylizane włosy, jasną cerę i szafirowe, uważne oczy. Nosił druciane okulary. Rozpięty wełniany płaszcz w kolorze ciemnego granatu ukazywał elegancką marynarkę, białą koszulę i bordowy krawat. Nozdrza atakował subtelny, choć męski zapach.

Urzędnik albo...

– Jack Turner z Narodowego Centrum Analiz Zbrodni z Użyciem Przemocy – rzekł cicho, ale w sposób nieznoszący sprzeciwu.

FBI! Jakżeby inaczej! Od ostatniej zbrodni minęły prawie trzy tygodnie. Nic dziwnego, że sprawą zainteresowali się federalni.

– Co tak późno? – przywitał go Flanagan.

Byli w mieszkaniu Rona Stewarta, geja, zamordowanego w piątek rano w autobusie. Pracował jako kelner w barze w Boerum Hill, ale mieszkał na Greenpoincie. Stara, emigrancka dzielnica, zwana też Little Poland, robiła ostatnio karierę w mediach. Nie tak dawno brooklyński Prospect Park był miejscem okrutnych morderstw na tamtejszych gejach. Dzisiaj grasował „Brzytwiarz”. Homoseksualiści i Brooklyn mieli ostatnio pecha do „seryjnych”.

Oprócz Polaków Greenpoint zamieszkiwali Rosjanie, Włosi i Portorykańczycy. Sprawa dotykała więc dwóch mniejszości – narodowej i seksualnej. Śliski problem dla wyznawców politycznej poprawności. Prasa, z właściwą sobie butą, domagała się szybkiego ujęcia sprawcy. Epatowała liczbami na temat wzrostu przestępczości, ubolewając nad wciąż niepewną pozycją homoseksualistów w społeczeństwie. Nie ulegało już wątpliwości, że „Brzytwiarz” poluje na homoseksualistów z Greenpointu.

Wyjątek stanowił porucznik Plaski. Prawdopodobnie natknął się na „Brzytwiarza” przypadkiem w mieszkaniu fotografa. Czego szukał zbrodniarz u swej pierwszej ofiary?

Ksiądz Mazur też nie był gejem, miał tylko homoseksualne skłonności. W dodatku był przyzwoitym człowiekiem. Geje to co innego – traktują obnoszenie się z rozpustą niemal jak obowiązek. Jednak zarówno ksiądz, jak i dwaj zdeklarowani geje zginęli z rąk tego samego mordercy. Opinia laboratorium była jednoznaczna – to samo cięcie i to samo narzędzie zbrodni.

– Późno? – wzruszył ramionami agent FBI. – Lepiej późno niż wcale. Mamy trzecią ofiarę, więc to „seryjny”. Plaskiego, oczywiście, nie liczę.

Spojrzał przelotnie na Kate.

– Czy ofiary znały się nawzajem? Może coś ich łączyło? Nie mam na myśli upodobań seksualnych.

– Pracujemy nad tym, Jack – odparła chłodno.

Flanagan zdziwił się. Są po imieniu?

– A co z pavulonem? – drążył Turner.

– W ostatnich latach zanotowaliśmy jedno włamanie w szpitalu – odpowiedział detektyw. – W maju 1998 z Greenpoint Hospital skradziono trochę narkotyków i pavulon.

– Pavulon wstrzyknięty porucznikowi Plaskiemu, wskazuje, że to robota pielęgniarza albo lekarza.

– Też tak sądzę.

Umówili się na popołudnie w komendzie. Potem przejrzeli każdy kąt w mieszkaniu młodego kelnera. Dokładnie zbadali wszystkie papiery w biurku, każdą gazetę, na której ofiara mogła zapisać adres lub numer telefonu. Przejrzeli każdą książkę, przeszukali wszystkie kieszenie w pełnej ubrań szafie. Stewart lubił się stroić. Skąd miał forsę na ciuchy? Może łatwo i chętnie znajdował sponsorów? Inna ekipa sprawdzała w komendzie stan jego konta, ubezpieczenie i cały oficjalny życiorys.

Znalezli kilka adresów. Sami mężczyźni.

11.

Wieszanie ludzi jest okrutne. W poszukiwaniu humanitarnych metod zabijania zbudowano w 1888 w Nowym Jorku krzesło elektryczne. Dwa lata później posadzono na nim Williama Kemmlera. Metoda przetrwała do dziś w Alabamie i Nebrasce. Jednak Ameryka to kraj o dużej sile tradycji. Skazańców wiesza się nadal w Delaware i w Washington (choć tam więzień może wybrać ze śmiertelnego menu „zastrzyk”). W 1924 po raz pierwszy użyto gazu. Cyjanek wpuszczono cichaczem do celi Gee Jona, gdy skazaniec smacznie spał. Cóż za miłosierdzie! I subtelność. A zarazem marnotrawstwo, bo przecież gaz ulatniał się z pomieszczenia. Dlatego w 1936 zbudowano specjalną komorę gazową. Ten typ uśmiercania podoba się ciągle w pięciu stanach.

W dzisiejszych czasach skazaniec może też zginąć przez rozstrzelanie. Oczywiście, jeśli znajduje się w Utah albo Idaho i zrezygnuje ze „śmiertelnego zastrzyku”. Pierwszym skazańcem, na którym wykonano wyrok śmierci za pomocą dożylnej iniekcji, był Charles Brooks. Miało to miejsce w stanie Teksas w 1982. Ale już pięć lat wcześniej zalegalizowano ten sposób zabijania. Pierwszym nowoczesnym stanem była Oklahoma. Dzisiaj trzydzieści sześć z trzydziestu ośmiu stanów stosuję tę „humanitarną” karę śmierci.

Na czym to polega?

Najpierw trzeba uspokoić więźnia zastrzykiem z pentotalu sodu bądź uśpić go anestetykiem, na przykład tiopentalem sodu. To konieczność. I nakaz wrażliwości społecznej. Następnie poraża się układ oddechowy i mięśniowy skazańca pavulonem (albo pancuronium bromide), by na koniec zatrzymać akcję serca dożylnym wlewem starego, poczciwego chlorku potasu.

Tyle zabiegów, by zabić człowieka.

Nikt nie chce dziś wisieć albo smażyć się na krześle elektrycznym. Wymagania bandziorów rosną. Na koszt podatnika. Mordercy mają swoje prawa. Nie wolno ich lekceważyć. Tak ustalili wrażliwi społecznie politycy.

Myśli kłębiły się w głowie Mulligana, gdy czekał w służbowym samochodzie przed budynkiem szpitala St. Catherineʼs Maternity. Zdobył nazwisko ćpuna, który podobno już nie brał. Nazywał się Joe Sliwinski, pseudonim Sliwa. Polak z pochodzenia. Rudy, piegowaty pielęgniarz w wieku trzydziestu lat. Kiedyś pracował w Greenpoint Hospital.

Rozpoznał go łatwo. Ubrany w znoszoną jesionkę szedł spokojnie, nie rozglądał się na boki. Nie wsiadł do samochodu. Pewnie mieszkał gdzieś w pobliżu. Mulligan jechał za nim wolno, jak to często robią w filmach. Dopadł go później na klatce schodowej trzypiętrowej kamienicy w pobliżu oczyszczalni ścieków na Greenpoint Ave.

– Co jest? – zaniepokoił się Sliwa.

– Musimy pogadać – warknął policjant.

– A odznakę masz?

– Nie widzisz munduru?

– Czego chcecie?

– Prowadź! Gdzie mieszkasz?

– Masz nakaz rewizji?

– Chcę zobaczyć twoje mieszkanie.

– Bez nakazu nie wpuszczę!

Mulligan złapał go za jesionkę i z hukiem rzucił o ścianę aż zatrzęsło starym domem. Natychmiast wyszła z drzwi na parterze korpulentna starsza kobieta.

– Co się dzieje, Joe? – zaniepokoiła się.

– Kim pani jest? – zapytał Mulligan.

– Właścicielką tego domu.

– Spokojnie. Jestem z policji.

– To czemu pan go bije?

– Biłem cię?

– Nie – jęknął z bólu Sliwa.

– Widzi pani? Tylko rozmawiamy.

Weszli do dwupokojowego apartamentu. Był starannie wysprzątany, ale pachniało w nim starymi gazetami. Mulligan z przyzwyczajenia zajrzał we wszystkie kąty. Szybko zorientował się, że Sliwa jest kawalerem. Raczej ubogim. Nie eksponował upodobań seksualnych zdjęciami roznegliżowanych dziewczyn i nie było też żadnych homoseksualnych akcentów. Facet wyglądał na normalnego.

Zdenerwowany pielęgniarz sięgał właśnie po telefon.

– Gdzie dzwonisz?

– Na policję.

– Masz szczęście. Już tu jesteśmy. O co chodzi?

Pchnął faceta na kanapę.

– Co wiesz o kradzieży pavulonu w Greenpoint Hospital?

– O jakiej kradzieży?

– Tej w maju 1998? Pracowałeś tam wtedy. Kto to zrobił? Ty?

12.

Narada trwała. Policjanci na Mesarole Street pracowali z zaangażowaniem. Każde spotkanie, dotyczące „Brzytwiarza”, traktowali z ogromną powagą.

Mówiła Kate Scratch. Na początku przedstawiła agenta Turnera, co popsuło nastrój niektórych funkcjonariuszy. Teraz omawiała szczegóły śledztwa. Nie udało się jak dotąd ustalić, czy ofiary miały ze sobą cokolwiek wspólnego prócz orientacji seksualnej i miejsca zamieszkania. Pracowano nad tym w pocie czoła. Wyglądało na to, że morderca wybiera ofiary przypadkowo. Ale z pewnością obserwował je wcześniej i czekał na odpowiedni moment. Nie znaleziono żadnych odcisków palców ani najmniejszego włókienka z ubrania „Brzytwiarza”.

– Mamy rozsypany w kinie popcorn – wtrącił OʼNeil. – Plaski go zabezpieczył jako materiał dowodowy. To nie jest ślad?

Twarz agenta Turnera pojaśniała.

– Właśnie! Co z tym popcornem?

Wszedł spóźniony Mulligan. Nikt nie zwrócił na niego uwagi prócz detektyw Scratch. Kate była wkurzona na Turnera, ale udało jej się zdusić wściekłość. Zmiażdżyła wzrokiem Bandytę, który wydawał się rozbawiony.

– Laboratorium bada ślinę z prażonej kukurydzy – wyjaśniła. – Badania nad DNA potrwają dłużej niż standardowa procedura. W poniedziałek, może we wtorek, będziemy coś mieli. Wtedy pogadamy.

– A co z profilem „seryjnego”? – zapytał Turner.

– Dziwne – westchnęła – ale „Brzytwiarz” nie pasuje do zwyczajowego modelu „seryjnego”. Mówię nie jako wiktymolog, bo mam zbyt mało danych, ale jako detektyw. Brałam udział w podobnych śledztwach. Jak na „seryjnego”, sam akt zbrodni jest za krótki. Szybkie podcięcie gardła. Do tego pewnie z zaskoczenia, bez uprzedniego kontaktu z ofiarą. Nie mówiąc już o molestowaniu czy torturach. Żadnego rytuału. Z reguły homoseksualni „seryjni” poznają ofiary, flirtują z nimi. Chcą się nimi nacieszyć, zanim zabiją. Jeśli nie, mordują w sposób brutalny. „Brzytwiarz” nie jest sadystą. Unika konfrontacji z ofiarą. Dlaczego? Oto jest pytanie.

– Sierżant Mulligan sugerował, że motywem zbrodni może być zemsta – wszedł w słowo Donaldson. – Może ma rację? A jeśli to nie pedał, tylko zwykły czub? Może ma coś do pedziów? A może wybiera ich bez powodu? Żeby nas zmylić!

 

– Trochę naciągane – mruknęła Kate. – Motyw zemsty jest charakterystyczny dla tych „seryjnych”, którzy skupiają uwagę na rodzinie. Zabijają od trzech do czterech osób w ciągu dwóch, a nawet pięciu lat. Zbrodnie starannie planują. Ofiary „Brzytwiarza” nie są jednak ze sobą spokrewnione. Zabił je w ciągu miesiąca. Rzec można – ekspresowo! Niemniej jednak czasem seryjny morderca, kierujący się motywem zemsty, wybiera ofiary symbolicznie. Muszę lepiej poznać życiorysy zamordowanych, aby to ustalić. Jak na razie, niewiele o nich wiem. Homoseksualizm jest zapewne najistotniejszą wskazówką.

– Jeszcze raz zapytam o pavulon – zmienił temat agent FBI. – Nie udało się ustalić, kto ukradł ampułki ze szpitali?

– Spokojnie, Jack! Przecież morderca mógł go zdobyć w Bronxie. Albo w innym mieście.

– Państwo się znacie? – zapytał Donaldson.

– Współpracowaliśmy kiedyś w hrabstwie Westchester – wyjaśniła enigmatycznie. – Wracając do sprawy – agencie Turner, chciałam powiedzieć, że złodzieja pavulonu nie złapano. I nie wiemy, kto to był.

Mulligan podniósł wysoko rękę.

– Tak? – popatrzyła na niego. – O co chodzi, sierżancie Mulligan?

– Właśnie w sprawie pavulonu. Byłem w szpitalu położniczym. Namierzyłem i przycisnąłem jednego pielęgniarza. Poskutkowało. Chyba mam złodzieja.

Sala patrzyła na niego.

– Były ćpun. Pracuje w pobliskim szpitalu St. Catherineʼs Maternity. Pamięta niejakiego Larryʼego Delgado, oskarżonego o kradzież pavulonu w Greenpoint Hospital na początku 1999. Sprawę wyciszono, bo nie znaleziono dowodów. Podobnie w 1998, ale wtedy Delgado był poza podejrzeniem. Ustaliłem, że był nosicielem wirusa HIV. Spotykał się z Ronem Stewartem, ostatnią ofiarą „Brzytwiarza”.

– Mamy sukinsyna! – wrzasnął Donaldson. – Dobra robota, Mulligan! Bierzemy się za tego pedała! Od czego zaraził się HIV-em ten Delgado? Od strzykawki czy od kutasa? Stawiam na to drugie!

Policjanci zarechotali radośnie. Mulligan poprosił o ciszę.

– Znalazłem złodzieja pavulonu – rzekł z pokorą – ale nic nie mówiłem o „Brzytwiarzu”...

– Co jest, Mulligan? – warknął dowódca.

Bandyta odkaszlnął i dodał:

– Larry Delgado zmarł dwa lata temu na AIDS.

13.

Po naradzie kapitan wezwał Mulligana. W gabinecie był agent Turner.

– Niedobrze, że łazisz po Greenpoincie ze spluwą przy fujarze i straszysz ludzi – zaczął zmęczonym głosem Donaldson. – Wniesiono dwie skargi o użycie siły. Niektórzy boją się ciebie bardziej niż „Brzytwiarza”.

– Może mają coś na sumieniu? – zaśmiał się Mulligan.

Turner przejął inicjatywę.

– Wystraszył pan ostatnio trzy niewinne osoby i...

– Cztery – poprawił Mulligan.

Donaldson wziął głęboki wdech. Miał dość tej rozmowy. Odwrotnie niż Turner.

– No, proszę – odezwał się z wyczuwalnym sarkazmem. – Nie jest pan od straszenia! Podatnicy płacą za ochronę policyjną. Prowadzimy śledztwo delikatnej natury, nie chcemy mieć przeciw sobie opinii publicznej. Właścicielka kamienicy zadzwoniła, że pobił pan jej lokatora.

– Może go lekko zahaczyłem. Właśnie on powiedział mi o Larrym Delgado. Nie cieszy się pan?

Turner patrzył w sufit.

– Dobra, o co chodzi? – nie wytrzymał Mulligan.

– Udzielam ci nagany – powiedział bez przekonania Donaldson. – Ustnej.

– Niech pan przystopuje – dodał stanowczo Turner.

– Przecież dałem wam trop! Co jest grane? Przez dwa dni szukaliście złodzieja pavulonu. Okazało się, że jestem szybszy od waszych komputerów. Delgado nie był notowany. Sprawę zatuszowano z braku dowodów. Gdyby nie mój informator, co byście teraz mieli?

Turner uniósł rękę.

– Nie wiadomo jeszcze, czy ten trop coś znaczy.

– Delgado znał Stewarta.

– Musi pan przestać węszyć na własną rękę – powiedział cicho agent. – Sprawą „Brzytwiarza” zajmiemy się razem z detektyw Scratch. Wraca pan do patrolu. W razie konieczności poprosimy pana o pomoc. Żadnego działania na własną rękę!

– Zrozumieliście, sierżancie Mulligan? – zapytał niezadowolony Donaldson.

Trzymał jego stronę, ale nie miał wyboru.

Bandyta spojrzał na zegarek. Zbliżał się koniec zmiany. Wzruszył ramionami i wyszedł, trzaskając drzwiami. Chętnie dopadłby Turnera w ciemnym zaułku.

Usiadł ciężko za biurkiem. Ostatnio urzędowała tu Kate przy nowym komputerze, więc ekran wyświetlał równe rządki informacji. Wyciągnął kubek z podobizną prezydenta Reagana i poszedł po kawę.

Pił i odruchowo przebiegał wzrokiem listę podejrzanych o usiłowanie morderstwa z użyciem ostrych narzędzi. Spis obejmował ostatnie dziesięć lat. Przy kilku nazwiskach wyszczególniono słowo „brzytwa”. Jedno z nazwisk wydało mu się znajome. Zastanawiał się przez chwilę. Gdzieś je widział niedawno.

Poczuł zapach damskich perfum, staroświeckich i kiepskich. Kwiatowa woń przypomniała mu, pierwszy raz od dawna, jego żonę Marylin. Też używała słodkich perfum. Ale znacznie lepszych.

Odwrócił się i ujrzał dziarską staruszkę w luźnym kolorowym dresie i białych adidasach. Za nią Kate przeglądała dokumenty. Staruszka popatrzyła przymilnie na sierżanta, a potem zwróciła się do Kate.

– Gdzie mam usiąść?

Kate zerknęła na wstającego Mulligana.

– To pani Teresa Delgado – wyjaśniła. – Babcia Larryʼego. Wezwaliśmy ją.

Mulligan podsunął wolne krzesło. W tym czasie Kate wyłączyła program. Starsza pani usiadła jak ktoś, kto boi się, by nie zajęto jej ulubionego miejsca. Poprawiła tlenioną fryzurę. Na palcach zniszczonych rąk Mulligan dostrzegł kilka pierścionków, w tym jeden tandetny, z hipisowskąpacyfką. Trzydzieści parę lat temu pani Teresa popalała pewnie trawkę na festiwalu w Woodstock i marzyła o świecie bez wojen. Pierścionek wskazywał, że wciąż wierzyła w te brednie.

– Czego chcecie? – zwróciła się do Kate. – Larry zmarł dwa lata temu. Chyba go nie oskarżycie o coś nowego?

– Pracował w Greenpoint Hospital. Ukradł lekarstwa. Interesuje nas, do czego był mu potrzebny pavulon?

– Został oskarżony?

– Nie, skargę wycofano. Nie było dowodów. Ale mamy świadka, który twierdzi, że Larry ukradł pavulon.

– Kim jest ten świadek?

– Niejaki Joe Sliwinski, pielęgniarz. Pracował z pani wnukiem w tym samym szpitalu. Wtedy go krył, ale dzisiaj powiedział prawdę.

Pani Delgado zaczęła się śmiać, ukazując nienaturalną biel sztucznej szczęki.

– Co panią tak bawi? – zapytała Kate.

Kobieta opanowała się z trudem. Poprosiła o kawę.

Mulligan poszedł do automatu. Kiedy wrócił, pani Delgado mówiła:

– Tak. Jestem pewna!

Kate spojrzała na Mulligana.

– Pani Delgado twierdzi, że Larry współpracował ze Sliwinskim – powiedziała. – Ponoć to on namówił Lanyʼego do kradzieży. Zeznania Sliwy uratowały go przed wpadką. W 1998 to Sliwinski ukradł leki.

– Po co mu pavulon? – zabrzmiał cichy głos.

Zjawił się bezszelestnie agent Turner.

– Nie wiem – wzruszyła ramionami staruszka. – Larry kiedyś wspomniał, że Sliwa wysyłał leki za granicę. Do Polski, zdaje się...

– A to drań! – Mulligan uderzył pięścią w stół. – Łgał, rudy pętak!

Przerażona pani Delgado wypuściła z ręki kubek i gorąca kawa ochlapała jej dres oraz posadzkę. Kubek roztrzaskał się.

– Mulligan! – krzyknął Turner. – Sami zajmiemy się Sliwinskim! Kate, niech Flanagan zbierze ekipę. Dziękujemy, pani Delgado. Sierżant Mulligan odwiezie panią do domu. Jutro ponownie panią przesłuchamy.

– Mój mąż cierpi na reumatyzm – wyjaśniała staruszka. – Nie mogę codziennie wpadać do was na kawę. Ted wymaga opieki.

– OK. Odwiedzimy panią w domu. Mulligan, rusz się!

Bandyta z trudem się opanował. Popatrzył wyniośle na Turnera, ale agent odwrócił się plecami.

Facet spijał śmietankę.

14.

Whisky smakowała coraz gorzej.

Wątroba z trudem przerabiała szklankę mocnego trunku dziennie. Alkohol, papierosy i widok wymiętych twarzy przy barze z każdym dniem zadawały coraz bardziej bolesny gwałt resztkom godności i przyzwoitości. Po rozmowie u Donaldsona nie chciało mu się nawet z siebie żartować ani użalać nad sobą. Nie chcieli go. Policja schodziła na psy. Gierki, kunktatorstwo i polityka. Nastała era wazeliniarzy. Czas na emeryturę! Choć dzisiaj to właśnie on „złapał trop”. Sliwinki kłamał. Miał coś na sumieniu. Kate z Turnerem nie znaleźli go w mieszkaniu. Wyparował, drań jeden! Właścicielka domu zeznała, że wyszedł z dużą torbą.

Kim był Sliwinki? Co miał wspólnego z morderstwami? Pewnie dużo, skoro naplótł bzdur i zwiał. Nigdy nie ufał takim spokojnym facetom i właśnie dziś po raz pierwszy zrobił to głupstwo. Sliwa dobrze udawał niewiniątko. Całą winę zrzucił na Larryʼego Delgado. Jeśli facet jest pedałem, to sprawa jasna. Uciekł im „Brzytwiarz”! Kamuflował się w szpitalu położniczym! Pedzio, pomagający kobietom przy porodach. Ale heca!

Mulligan nie miał wielkich szans na złapanie „Brzytwiarza” dzięki zaletom swego umysłu. Choć nie należał do głupich, jego siłą była rutyna. Większość przestępstw miała zbliżone motywy, przestępcy byli do siebie podobni. A Mulligan miał nosa. Był traperem, samotnym wilkiem, Bandytą. Jeśli łapał mordercę, to dzięki doświadczeniu i starym, wypróbowanym policyjnym metodom. Właściwie dorwał sukinsyna. Tyle że łobuz uciekł!

Niewiele wiedział o „seryjnych”. W podobnych sprawach myślał emocjonalnie. Żeby złapać świra, trzeba znać jego chorobę, umieć myśleć jak on. Mulligan nie posunąłby się do takiej subtelności. Był jak kryształ o niezmiennej strukturze. Kiedyś Marylin powiedziała mu, że człowiek inteligentny potrafi się dostosować do zmiennych warunków. On sam uważał, że najszybciej i najlepiej do otoczenia dostosowywały się szczury. Wpierdalały szkło i beton, gdy były głodne. A ludzie? Z jego obserwacji wynikało, że najszybciej zmieniali się słabi. Upadali moralnie.

Mulligan był typem skurwysyna. Cieszył się w duchu, że ginęli homoseksualiści. Ba! Sprawiało mu to przyjemność. Nie za to ich nie lubił, co robią między sobą, a za to, co zrobili światu. Zdeprawowali go, wmówili, że zboczenie jest darem. Wiedział też, że każda mniejszość – seksualna czy etniczna – jest tylko narzędziem w rękach polityków. Ofiarami tej perfidnej gry padali zwykli ludzie. Współczucie, przeliczane na argumenty pieniężne, było zarezerwowane dla odmieńców. Nikt normalny przecież nie głosuje na demokratów.

Odstawił whisky. Nie mógł pić.

Wyszedł z lokalu.

Jadąc do domu, przypomniał sobie listę podejrzanych na komputerze Kate. Było tam nazwisko Ferguson. Przypomniał sobie! Widział je na ulotce, którą młody chłopak wyrzucił do kosza pod domem Donovana. Ferguson figurował na liście! Z ulotki wynikało natomiast, że prowadzi jakąś sektę na Greenpoincie.

Znalazł plakat na słupie ogłoszeniowym i odczytał z niego adres. „Dom Wiecznych Cnót Ojca Fergusona” zapraszał w poniedziałki, środy i piątki między piątą a siódmą po południu. W środy odbywały się prelekcje.

Dochodziła szósta, idealna pora na mały remanent duszy.

Siedziba sekty mieściła się na pierwszym piętrze kamienicy z czerwonej cegły. Niezbyt ciekawe miejsce. Krzywe chodniki, zaśmiecona ulica. Na rogu stał supermarket, a nad Meeker Avenue biegła estakada z międzystanową 278. Wejście do „Domu Wiecznych Cnót” znajdowało się na spokojniejszej Driggs Avenue. Mulligana to nie uspokoiło.

Wszedł po trzeszczących schodach. Młoda, ładna kobieta wpuściła go bez pytania do małego przedsionka. Przedstawiła się jako córka Fergusona i wręczyła ulotkę. Każdy mógł tu wejść. Zimą zapewne przychodzili na kazania bezdomni, by się ogrzać. Ferguson był więc pożyteczny. Dziewczyna poprosiła o nazwisko i adres. Podał.

Zerknął na ulotkę, wyznaczającą „Zasady boskości”. Dowiedział się, że Bóg pragnął stworzyć „doskonałą ludzką rodzinę”. Ale wmieszał się szatan i uwiódł pierwszych ludzi. Dlatego wszyscy mamy w żyłach szatańską krew. Jesteśmy dziećmi Kaina. Doskonały mężczyzna musiał zatem wychować kobietę na doskonałą Ewę i założyć wolną od wpływów szatana rodzinę. Jakież to proste!

„Świątynia” Fergusona była schludną salką o powierzchni dużego apartamentu. W oczy kłuły białe ściany. Na lśniącej od pasty, drewnianej posadzce stały rzędy starych krzeseł Przycupnęli na nich słuchacze w różnym wieku. Pod ścianą naprzeciwko wejścia ustawiono niedużą mównicę. Za nią wisiało logo: promieniste centrum, kwadrat i koło. Wysokie, łukowate okna wychodziły na ulicę, ale szyby zasłonięto żaluzjami. Po prawej znajdowały się drzwi, przez które zapewne wychodził kaznodzieja.

 

Ferguson był rosłym mężczyzną pod pięćdziesiątkę z wypielęgnowaną bródką wokół ust. Brunet z małą kitką z tyłu głowy, ubrany w lśniącą, niebieską koszulę. Miał ciemne i przenikliwe oczy. Kiedy Mulligan wszedł do sali, nie przerwał mowy. Zaświecił tylko białkami oczu. Pewnie spojrzeniem hipnotyzował głupców, dla których kościół przestał być ostoją nadziei.

Mulligan usiadł w przedostatnim rzędzie obok starszych ludzi, od których zalatywało naftaliną. Był ciekaw, co sekciarz ma do powiedzenia. Patrzył i starał się ignorować przykry zapach sąsiadów.

Czy ojczulek był tym samym Fergusonem, którego w 1989 oskarżono o napaść z brzytwą w ręku? Stało się to w Oklahomie. Ferguson, zły na nieposłusznego „wiernego” – któremu nie podobało się, że guru posuwa jego przyszłą żonę – chciał go zabić. Podobno był też inny powód. Chłopak nazwał go „ciotą”. Prawdziwa była raczej pierwsza wersja. Ferguson miał opinię niezłego koguta. Hetero. Policja wsadziła ojczulka do aresztu, ale chłopak niespodziewanie wycofał oskarżenie. Niedługo potem został zamordowany. Znaleziono go z poderżniętym gardłem. W innym stanie, w motelu na odludziu. Fergusona przesłuchano, ale miał niezbite alibi – kilkudziesięciu świadków wsłuchanych w jego intelektualne brednie.

Tyle dowiedział się z komputera Kate.

No i jeszcze jedno. Używał brzytwy do golenia.