Pan Samochodzik i skarby wikingów Tom 2 - W objęciach Neptuna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arkadiusz Niemirski

Pan Samochodzik i skarby wikingów Tom 2 - W objęciach Neptuna

Saga

Pan Samochodzik i skarby wikingów Tom 2 - W objęciach Neptuna

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1999, 2021 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832211

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

PRZESŁUCHUJEMY TAŚMĘ * GDZIE PRZETRZYMYWANY JEST STEFAN? * DETEKTYW OD ZABYTKÓW * KTO LUBI LODY? * WIKIŃSKIE I SŁOWIAŃSKIE ŁODZIE * NERWOWA KAREN * TELEFON DO PORYWACZY * ZOŚKA ŚLEDZI RZEPKĘ * ODKRYCIE PAWŁA * WYJAZD DO ELBLĄGA * NAPAD I POŚCIG * KTO NAS PODSŁUCHUJE? * POZNAJĘ DREWICZA–LARSENA * ROZMOWA NA MOLO * REWELACJE SIERŻANTA JANIAKA

Sierżant Janiak uruchomił tani radiomagnetofon znajdujący się na biurku w jego gabinecie na posterunku policji we Fromborku. Ja, Zośka i Paweł zamieniliśmy się w słuch.

Z głośnika urządzenia wydobył się trochę niewyraźny głos młodego człowieka:

– Mamo... Eryku... to ja, Stefan... nie martwcie się o mnie... jestem cały i zdrów... chciałbym już wrócić na “Konkwistadora”... tęsknię za wami...

W tym miejscu nagranie się urywało. Tylko tyle. Ten krótki zapis z kasety magnetofonowej podrzuconej przez porywaczy na fromborską przystań nie pozostawiał złudzeń – Stefan był ich zakładnikiem.

Minęło kilka dni od porwania syna Karen Petersen. Przypomnę tylko, że ta bogata Dunka przyjechała do naszego kraju, aby na pokładzie luksusowego jachtu szukać skarbów ukrytych na dnie polskiego Bałtyku. Szczęśliwym trafem jej starszy syn odkrył starą słowiańską łajbę zagrzebaną w mule Zalewu Wiślanego. Emocji jednak nie było końca! Porwano bowiem młodszego z braci, Stefana, urzeczywistniając tym samym pogróżki ludzi pragnących za wszelką cenę odciągnąć Karen od tego akwenu. Bez wątpienia mieliśmy do czynienia z zawodowcami nie rzucającymi słów na wiatr. Ba, istniały wielce uzasadnione przesłanki, że współpracowali oni z naszym starym znajomym Jerzym Baturą. Radość ze znaleziska przeplatała się zatem z minorowymi nastrojami Duńczyków i nerwową atmosferą wśród załogi “Havamala”, na którym razem z Pawłem gościliśmy w charakterze konsultantów i obserwatorów w ramach operacji opatrzonej kryptonimem “Skarby wikingów”. Jednakże w obliczu przestępstwa jakim było porwanie młodzieńca losy naszej misji stanęły pod znakiem zapytania.

Po spektakularnym odkryciu wraku dębowej łodzi mogliśmy teraz pomóc Karen w odzyskaniu syna. Lubiłem ją, więc postanowiłem zrobić wszystko, aby Stefan wrócił do niej cały i zdrów. Na szczęście moja dawna znajoma dzielnie znosiła całą sytuację, choć przecież wiedziałem, jak bardzo musi cierpieć.

Ponadto uważałem, że nasza przygoda na północy kraju dopiero się zaczęła. Wiele spraw bowiem nie zostało wyjaśnionych. Nie wiedzieliśmy na przykład, jaką rolę odgrywa w tej historii Batura? Kim był tajemniczy obserwator z wieży kościoła palący chesterfieldy i najprawdopodobniej jeżdżący bordo landroverem na fałszywej rejestracji? Czy to ten sam osobnik podający się za pracownika Ministerstwa Kultury i Sztuki, który już dwa razy ubiegł mnie w poszukiwaniach instruktora elbląskiego klubu płetwonurków “Akwalung”? A przecież pan Andrzej wysłał do mnie list, poruszony niecodzienną historią, jaka rozegrała się zeszłego roku na wodach Zatoki Gdańskiej. Podobno jego podopieczni, trzej nastoletni chłopcy, odkryli coś na dnie Bałtyku, lecz zostali szybko przepędzeni z miejsca znaleziska i nastraszeni przez nieznanych sprawców podających się za funkcjonariuszy państwowych. Niestety, na pokładzie “Havamala” znajdował się złodziej, który ten list ukradł. Kim był? Cóż, prawdopodobnie człowiekiem Batury, jego szpiegiem działającym wśród nas. Pewne fakty wskazywały, że tą osobą mogła być pracownica Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku, osoba nadzorująca całą operację niejako z urzędu, pani Anna. Aż dwie osoby – niezależnie od siebie i w dwóch różnych miejscach – widziały ją wysiadającą z volvo Jerzego. Tak więc o przypadku nie mogło być mowy. Oczywiście, nie dysponowaliśmy niepodważalnym dowodem jej współpracy z Baturą, więc pozostało nam czekać na błąd przeciwnika.

Wstałem z krzesła i nachyliłem się nad biurkiem. Cofnąłem taśmę naciśnięciem właściwego klawisza.

– Chciałbym jeszcze raz wysłuchać tego nagrania – odezwałem się.

– Ciągłe przesłuchiwanie kasety nic nie da – mruknął sierżant Janiak znudzony naszą przedłużającą się wizytą. – Nie widzę sensu w nieustannym odtwarzaniu nagrania.

– Zdaje się, że oprócz szumu charakterystycznego dla kiepskiej jakości nagrań – wyjaśniłem – coś słyszę. Jakiś znajomy dźwięk na drugim planie.

Wcisnąłem klawisz “play”, ignorując tym samym uwagę sierżanta.

– Mamo... Eryku... to ja, Stefan... nie martwcie się o mnie... jestem cały i zdrów... chciałbym już wrócić na “Konkwistadora”... tęsknię za wami...

Tym razem nie zwracałem uwagi na dramatyczną mowę młodego Petersena. W tle jego wypowiedzi wyraźnie słyszałem ciche odgłosy ptasich popiskiwań.

– Słyszycie? – ożywiłem się. – Co to za ptaki?

– O, rany! – zawołała podekscytowana Zośka. – Stefana przetrzymują na brzegu morza. To krzyk mew słychać w tle nagrania!

– Racja – dodał Paweł. – Brawo, Zosiu!

Spojrzałem na sierżanta, który wyprostował się gwałtownie w fotelu i cofnął taśmę kolejny raz.

– To nie mewy – oświadczył po uważnym wysłuchaniu nagrania. – Ani nie rybitwy. Znam te piski. To kormorany! Tysiące tych ptaszysk stało się prawdziwą plagą Mierzei Wiślanej. Tak, to bez wątpienia kormorany.

Chrząknął zakłopotany i zerknął na mnie bardziej przyjaźnie.

– Zwracam honor – wydukał, nie przestając na mnie patrzeć. – Dobra robota. Teraz widzę, że jest pan świetnym detektywem. Podobno rozwiązał pan wiele zagadek i znalazł wiele skarbów. Nazywają pana Samochodzikiem, prawda?

– Skąd pan to wie? – zapytałem.

– Syn mi o panu opowiedział. Teraz ma dwadzieścia osiem lat, żonę i dwójkę dzieci. Tylko patrzeć, jak niedługo moje wnuki zaczną czytać przygody o pańskich wyczynach. Podobno nawet we Fromborku rozwiązał pan jakąś zagadkę 1 . Chodziło o rubiny czy coś takiego. Dawno temu.

– O tak! – zawołała Zośka. – Wujek jest sławnym detektywem.

– Nie przesadzaj, mała – bąknąłem zakłopotany.

Najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się głupio, gdyż nie lubiłem delektować się swoimi osiągnięciami jako detektyw tropiący przestępców wywożących za granicę skarby kultury narodowej. Przechwałki były dobre dla tych, którzy nigdy nie zaznali smaku sukcesu. Mimo wszystko zrobiło mi się przyjemnie, że ktoś pamiętał, co zrobiłem w mieście Kopernika ponad dwadzieścia lat temu.

Zmieniłem temat, gdyż w roli gwiazdora nie czułem się najlepiej. W swoim żywiole byłem wtedy, gdy nikt nie zwracał na mnie uwagi.

– Sierżancie, czy coś wiadomo o tym oplu, którym porwano Stefana Petersena? – zapytałem.

– Jeszcze nie – odpowiedział. – Tak samo, jak nie istnieje bordo landrover z rejestracją, którą nam pan podał. To fałszywe tablice. Bez wątpienia mamy do czynienia z dobrze zorganizowaną grupą przestępczą.

Wkrótce opuściliśmy posterunek we Fromborku i spacerkiem ruszyliśmy do portu.

Już piąty dzień bawiliśmy w mieście Kopernika, towarzysząc ekipie zajmującej się wydobyciem z mulistego dna Zalewu Wiślanego łodzi pochodzącej z XI lub XII wieku. Pogoda sprzyjało pracy archeologom. Za dnia było słonecznie i ciepło. Poza tym, co tu dużo mówić, mieliśmy do czynienia z wielkim odkryciem, mimo że celem operacji “Skarby wikingów” było znalezienie normańskiego statku spoczywającego na dnie Bałtyku. Nawet Jorgensen wydawał się pogodzony z losem, że to nie on odkrył wrak słowiańskiej łodzi. Musiał zadowolić się rozgłosem jakie wywołało całe to zamieszanie. Frombork odwiedzali bowiem wysłannicy stacji telewizyjnych i dziennikarze prasowi ciekawi nie tylko sensacyjnego znaleziska, ale także nowoczesnego sprzętu do poszukiwań wraków znajdującego się na pokładzie “Havamala”. Ten wspaniały jacht znalazł się pod ostrzałem spojrzeń setek pasażerów wsiadających i wysiadających z promów czy wodolotów, tym bardziej, że wejście na wschodnie nabrzeże zostało zamknięte szlabanem z tabliczką zakazującą wstępu osobom nieupoważnionym.

Mimo, że lada dzień spodziewaliśmy się ujrzeć większy fragment wraku, moje myśli wciąż krążyły wokół porwania Stefana. Porywacze milczeli. Nastroje na “Konkwistadorze” balansowały między rozpaczą a niemocą. Bałem się, że Karen w końcu pęknie i przy pierwszej próbie kontaktu z kidnaperami zacznie się nimi układać. Kto wie, może właśnie o to im chodziło – zmiękczyć Petersenów i zgarnąć okup. Jeśli, rzecz jasna, ich celem były pieniądze.

Dręczyła mnie też inna sprawa. Próba ustalenia miejsca pobytu autora skradzionego listu spaliła na panewce. Ekipa klubu wyjechała nad Morze Śródziemne, a tajemniczy złodziej, jak poinformował nas rzecznik policji w Elblągu, ukradł z siedziby klubu kilka istotnych dokumentów, w tym niektóre akta personalne. Niemniej jednak próbowano złapać kontakt z kierownictwem obozu w Grecji dzięki pomocy agencji turystycznej załatwiającej ten wyjazd. To dawało jakąś szansę na przeprowadzenie długo oczekiwanej rozmowy z samym panem Andrzejem.

 

Liczyłem też na mojego dawnego zwierzchnika. Niezmordowany dyrektor Marczak wrócił już do stolicy po krótkiej wizycie we Fromborku, obiecując zasięgnąć języka w pewnych wysokich kręgach. Miał mnóstwo znajomości w Warszawie, więc mógł swoimi kanałami dotrzeć do kogoś na wyższym szczeblu władzy, kto ustalał skład ekipy “Havamala”. Interesowało nas jedno – kto wyraził zgodę na udział Pani Archeolog w operacji “Skarby wikingów” lub od kogo wyszła taka propozycja? Przecież Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku dysponowało wieloma innymi fachowcami od badań podwodnych.

Ale to nie wszystkie rozterki, które mnie dręczyły. Jak twierdziła piękna i niespełniona aktorka Luiza, to Batura pierwszy zlokalizował wrak starej drewnianej łodzi. Dokładnie rok temu. Czy naprawdę chodziło mu o tę zagrzebaną w mule, bezwartościową dla niego, łódź słowiańską? I dlaczego chciał odciągnąć Karen Petersen od Fromborka? Czyżby Batura został amatorem–poszukiwaczem starych drewnianych łodzi? Nie mogłem w to uwierzyć. Zakładając jednak, że tak było w istocie, nasuwało się wiele wątpliwości. Po pierwsze, jak zlokalizował wrak? Po drugie, w jaki sposób zamierzał wydobyć go z wody? Na oczach całego Fromborka? I po trzecie, co zamierzał zrobić z łodzią, która przeleżała pod wodą setki lat? Doprowadzić ją do stanu muzealnego eksponatu i potem komuś sprzedać? Nie, to nie było zajęcie dla Batury, tylko dla całej grupy konserwatorów. Poza tym wątpiłem, aby Jerzy znalazł kupca? Co innego złoty kielich lub naszyjnik, a co innego kilkumetrowej długości dębowa łódź sprzed prawie tysiąca lat.

Podczas spaceru do portu roztrząsaliśmy jednak wyłącznie sprawę porwania Stefana Petersena, a właściwie prześcigaliśmy się w domysłach, gdzie go przetrzymywano. Wszystko wskazywało, że owa kryjówka znajdowała się gdzieś blisko morza. Ten mglisty trop wyraźnie poprawił nam humory. Na wszelki wypadek nakazałem Pawłowi i Zośce milczenie w tej sprawie.

Kiedy znaleźliśmy się na molo, ruszyliśmy na wschodni falochron, na którym urządzono prowizoryczny sztab. Magister Rzepka przeglądał tam zdjęcia i pierwsze raporty, a towarzyszyła mu rudowłosa Iwona z Centralnego Muzeum Morskiego, koleżanki Anny.

Na nasz widok zerwał się na nogi i podszedł do nas wyraźnie czymś podekscytowany.

– Nie uwierzycie! – zawołał w naszą stronę. – Łódź może mieć dziesięć metrów długości!

Paweł z wrażenia gwizdnął. Szybko dołączyliśmy do pani Iwony. Zapytaliśmy o pozostałych. Okazało się, że Jorgensen i Anna przeglądali jakieś animacje w kabinie nawigacyjnej “Havamala”, a Luiza zażywała słonecznej kąpieli na miejskiej plaży tuż za bosmanatem.

Pani Iwona zamknęła jakąś teczkę z dokumentacją i posłała nam triumfujące spojrzenie.

– Odkryte do tej pory statki słowiańskie są zazwyczaj mniejsze od skandynawskich, co zgadza się z danymi źródeł opisowych – zaczęła mówić. – Na terenie Polski znaleziono już kilka takich statków. Najdłuższy o długości osiemnastu metrów znaleziono w Brzeźnie. Również we Fromborku odkryto inny, krótszy od tamtego zaledwie o metr. Najmniejszy był statek z Mechlinka, mniej więcej dziewięciometrowy.

– A jak wielkie były statki skandynawskie? – zapytała Zośka.

– Statek z Gokstad miał ponad dwadzieścia trzy metry długości, ale zdarzały się i mniejsze, jak chociażby długi na prawie dziesięć metrów statek z Kwalsund. Ale nasze słowiańskie, właśnie dzięki mniejszym rozmiarom, płytszemu zanurzeniu i większej zwrotności, niejednokrotnie odnosiły zwycięstwa nad nieprzyjacielem. Co nie znaczy, że dawni Słowianie nie posiadali dużych okrętów. Mieli takie. Brały one udział przede wszystkim w dalekich wyprawach, jak na przykład ekspedycja z 1136 roku na Konunghelę na zachodnim wybrzeżu Szwecji.

Magister Rzepka słuchał wywodu Iwony, a jednocześnie przyglądał nam się badawczo.

– A wy co macie takie miny? – zapytał nieoczekiwanie, mrużąc przy tym oczy.

– Jakie miny? – zdziwił się Paweł.

– Nie wiem. Jakbyście wpadli na jakiś trop. Coś się stało?

– Nic! – palnęła Zośka.

– To gdzie tak nieustannie chodzicie?

– Na lody – odparła bez wahania. – Uwielbiamy lody.

– Lody – powtórzył głucho, łypiąc na nas podejrzliwie. – I kto w to uwierzy?

– Przepraszam, o czym państwo rozmawiacie? – przerwała nam rudowłosa Iwona.

Na jej twarzy odmalowało się najszczersze zdumienie.

– Nasz kolega uważa – zabrałem głos – że się lenimy, kiedy inni w pocie czoła pracują nad znaleziskiem I chyba ma rację.

Magister Rzepka nie skomentował moich słów. Przeciągnął się teatralnie i nagle ożywił.

– Teraz na mnie kolej – oświadczył i zrobił krok do przodu. – Idę.

Minął nas bez słowa i ruszył w stronę lądu.

– Dokąd pan idzie? – zawołała za nim Zośka.

– Na lody – odpowiedział z przekąsem, nie odwróciwszy się za siebie.

Przez chwilę odprowadzaliśmy go wzrokiem.

– Zazdrość nie radość – westchnąłem.

– Dlaczego pan magister nie sprowadzi swojej dziewczyny do Fromborka? – zauważyła Zośka. – Przecież rok akademicki już się skończył. Męczy się, biedak.

– Niektóre egzaminy ciągną się jeszcze przez cały lipiec – dodał bez przekonania Paweł.

Straciłem zainteresowanie magistrem. Mój wzrok powędrował na wschodnie nabrzeże. Karen wyszła niespodziewanie zza rogu bosmanatu. Kiedy dostrzegła mnie, przyśpieszyła.

– Tomasz! – wołała, idąc szybko w naszą stronę.

W trójkę wyszliśmy jej naprzeciw. Była nielicho zdenerwowana.

– Co się stało? – zapytałem ją zaniepokojony.

– Dzwonili porywacze! – cała się trzęsła. – Ktoś zadzwonił do bosmanatu. Mówił po angielsku...

– Ale to nie był Anglik? – przerwałem jej.

– Raczej nie. Mówił słabo po angielsku. Akcent zdradzał cudzoziemca.

Automatycznie pomyślałem o Baturze.

– Czy to mógł być Polak? – drążyłem temat.

– Pewności nie mam. Po prostu ktoś zadzwonił tutaj i poprosił mnie do telefonu. Przecież porywacze nie znają numeru mojej komórki. Zawołano mnie i przyszłam tu najszybciej jak się dało. W każdym razie porywacze żądają okupu! Dziś w nocy. A to oznacza, że już niedługo ujrzę Stefana. Moim zdaniem, powinnam przystać na ich warunki i zakończyć poszukiwania na własną rękę.

– Sierżantowi Janiakowi to się nie spodoba – wtrącił Paweł.

– Mam to gdzieś, młodzieńcze – prychnęła. – To mój syn i to ja decyduję, co należy zrobić.

Odciągnąłem Karen za róg budynku. W czwórkę przycupnęliśmy pod ścianą obok automatu telefonicznego, aby nie wzbudzać sensacji.

– Karen – ściszyłem głos. – Chyba wiemy, gdzie porywacze trzymają Stefana.

– Doprawdy? Niby gdzie?

– Prawdopodobnie w jakimś domu nad brzegiem morza. Kryjówka może znajdować się niedaleko Fromborka. Gdzieś na Mierzei Wiślanej.

– Dużo jest takich domków na polskim wybrzeżu? – zakpiła i zerknęła na Pawła i Zośkę. – Czy możemy pogadać na osobności?

– Wybacz, Karen, nie mam tajemnic przed moją ekipą – zaprotestowałem. – Działamy razem. Jeśli chcesz z nami współpracować, musisz zaufać całej naszej trójce.

– No dobra – skapitulowała bez walki. – Tylko, gdzie jest to miejsce? Nie zamierzasz chyba przeszukać każdego zakamarku na Mierzei Wiślanej?

Pokręciłem z niezadowoleniem głową.

– Pamiętaj, że nie uznaję negocjacji z bandytami – powiedziałem z naciskiem. – Sierżant Janiak ostrzegał cię, abyś trzymała się od nich z daleka. To niebezpieczne.

– Mam czekać, aż coś zrobią Stefanowi? – podniosła głos. – Oszalałeś? Po prostu znajdziemy najbliższy bank, wezmę dziesięć tysięcy dolarów i potem odbierzemy chłopaka.

– To mi się nie podoba, Karen. W tutejszym banku nie podejmiesz żadnej dolarowej kwoty. Powinniśmy pójść z tym na policję.

– Akurat! – żachnęła się. – Zrobię dokładnie co innego. Za piętnaście minut mam zadzwonić pod wskazany przez porywaczy numer po kolejne instrukcje. Mam zadzwonić z jakiegoś automatu lub budki telefonicznej. Niestety, ten – palcem wskazała telefon zamontowany na murze bosmanatu – jest nieczynny.

– Zadzwoń od bosmana. W czym problem?

– Oszalałeś? A jeśli ktoś nas podsłucha? Przecież ten bosman i jego pracownicy współpracują z lokalną policją. Podczas rozmowy z porywaczem cały czas mnie obserwował. Chyba się wszystkiego domyśla. A bandyci postawili sprawę jasno: żadnych kontaktów z osobami trzecimi. W przeciwnym razie stanie się coś złego.

– A ja? – zrobiłem wielkie oczy. – A właściwie my. Przecież nas wtajemniczyłaś.

– Wy to co innego – machnęła ręką. – Tylko do was mam zaufanie.

– Porywaczy to nie interesuje – mruknąłem.

I westchnąwszy ciężko, zapaliłem papierosa. Doprawdy nie wiedziałem, co począć.

– Zadzwonię z miasta – oświadczyła zniecierpliwiona moją bierną postawą.

– Poczekaj – przypomniałem sobie. – Paweł ma telefon komórkowy.

– Mam, ale nie działa – mruknął. – Trzeba zadzwonić z rynku.

– Popierasz pomysł Karen? – zdziwiłem się.

– To nie mój pomysł, Tomaszu – wtrąciła niepocieszona Karen. – Mam do nich zadzwonić z bezpiecznego telefonu. Nikt nie może wiedzieć, co jest grane.

– Szefie – rzucił ostro Paweł – pieniądze trzeba pobrać, aby uśpić czujność porywaczy. Znając instrukcje, wymyślimy jak zastawić na nich pułapkę.

– Żartujesz? – jęknąłem. – Przecież w tej chwili możemy być obserwowani przez nich, więc na nic zda się ta cała heca.

– Zobaczymy co powiedzą, gdy pani Petersen zadzwoni do nich. Wtedy zdecydujemy, co robić.

Nagle, z budynku wyszedł bosman. Na nasz widok zrobił zdziwioną minę, a następnie zmierzył nas badawczym wzrokiem. Błyskawicznie urwaliśmy rozmowę. Pozdrowiłem go krótkim “witam”, wziąłem Karen pod rękę i ruszyłem z nią w stronę miasta.

Spojrzałem jeszcze na Pawła i Zośkę.

– Wy zostajecie tutaj – rzuciłem przez zęby. – Za bardzo rzucamy się w oczy.

Paweł potaknął głową i podszedł do mnie.

– Przy okazji, szefie – szepnął mi do ucha w naszym ojczystym języku. – Jak pan wie, magister Rzepka opuścił w nocy jacht, aby zadzwonić do swojej narzeczonej.

– I co?

– Otóż, przyszło mi teraz do głowy, że nie mógł tak szybko wrócić z tej eskapady.

– Niby dlaczego?

– Przecież telefon na tyłach bosmanatu jest uszkodzony – odpowiedział. – A najbliższy działający znajduje się gdzieś na rynku.

To odkrycie odebrało mi na chwilę mowę.

– Przechadzka na rynek i z powrotem – kontynuował mój współpracownik – zajmuje przynajmniej piętnaście minut. A magister wrócił po niecałych dziesięciu.

– Wniosek?

– Nie dzwonił z automatu.

– Sugerujesz, że w ogóle nie dzwonił?

– Dzwonił, ale z telefonu komórkowego.

To trzymało się kupy. Paweł miał rację. Magister miał coś za uszami, ale w tej chwili ta sprawa mogła poczekać. Zresztą Karen zaczęła się już niecierpliwić.

– Porozmawiamy o tym później – powiedziałem do niego, ciągnąc Karen za sobą. – Musimy się śpieszyć! Na rynku znajdziemy jakiś czynny automat.

Po dziesięciu minutach weszliśmy do restauracji w pobliżu kina “Fregata”. W holu jakiś młody człowiek w wytartych dżinsach i koszulce z nazwą popularnego zespołu popowego rozmawiał sobie w najlepsze i zanosiło się na dłuższą pogawędkę. Lecz my nie mieliśmy czasu.

Wtedy to Karen groźnie tupnęła nogą na młodzieńca.

– Jeśli w ciągu trzydziestu sekund nie odłożysz tej słuchawki – syknęła po angielsku – to daje słowo honoru, że oberwiesz.

Młodzian wcale nie zareagował. Powód był prosty – nie znał angielskiego. Wzruszył jedynie ramionami, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Karen. Do wyznaczonego kontaktu pozostało już tylko sześćdziesiąt sekund.

Postanowiłem przejąć ster w swoje ręce.

– Młody człowieku – zwróciłem się do niego po przyjacielsku, ale w ojczystej mowie. – Ta pani musi wykonać bardzo ważny telefon. Jak skończy, będziesz mógł sobie dalej rozmawiać. To naprawdę bardzo ważna sprawa.

 

– Ja też mam bardzo ważną sprawę – rzekł zblazowanym tonem, odrywając na chwilę słuchawkę od ucha. – Nie mogę namówić dziewczyny, aby poszła ze mną na dyskotekę. Daj pan spokój.

Karen ze złości zacisnęła pięści. Nie dziwiłem się jej frustracji. Stefanowi zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo, a tu jakiś smarkacz ględził coś w niezrozumiałym dla niej języku.

Nagle Karen włożyła rękę do kieszeni, wyjęła z niej zmięty zielony banknot i bez słowa przykleiła go do spoconego czoła młodzieńca. Ten z wrażenia zaniemówił i wybałuszył szeroko oczy. Zgarnął studolarówkę i popatrzył na nią zszokowany.

– Zrób sobie teraz, chłopcze, przerwę i skocz na cheesburgera – powiedziała po angielsku.

Ale chłopak w dalszym ciągu nie zrozumiał, o co jej chodzi. Obejrzał za to dokładnie banknot i schował go w kieszonce spodni.

– Było trzeba tak od razu – wymamrotał zadowolony.

I wzruszywszy ramionami, wyszedł na ulicę przekonany, że spotkał grupkę dziwaków.

– Sam widzisz, Tomaszu, że pieniądze mogą wszystko – powiedziała Karen, gdy zostaliśmy sami.

– Mam inne zdanie na ten temat – bąknąłem.

Ale nie była to odpowiednia pora na roztrząsanie podobnych kwestii. Nie namyślając się dłużej, Karen sięgnęła po słuchawkę i wykręciła jakiś numer. Po chwili wyprostowała się i zaczęła mówić drżącym głosem:

– Mówi Karen Petersen. Dzwonię zgodnie z umową.

Słuchała uważnie, potakując co pewien czas głową. A ja zamieniłem się w słuch.

– Tak, mam tyle pieniędzy – zdenerwowana mówiła do słuchawki. – Zgoda. Gdzie? Okej, jeszcze dzisiaj pojadę do tego banku w Elblągu. Halo! Muszę wiedzieć, czy Stefan jest cały i zdrów?

Przez pół minuty słuchała porywacza, a następnie odwiesiła słuchawkę.

– I co? – zapytałem.

– Stefan ma się dobrze – ciężko westchnęła. – Chcą pieniędzy. I to jeszcze dzisiaj. Musimy pojechać do Elbląga, Tomaszu. Natychmiast! Podali mi adres jakiegoś banku, gdzie handlują dolarami.

– Zaraz – powstrzymałem ją. – Wiesz, że nie popieram twojej decyzji, ale ciekawi mnie, w jaki sposób przekażesz im okup?

– Nie wiem. Równo o 19:05 zadzwonią tutaj z kolejnymi instrukcjami. Ten, z którym rozmawiałam doradził mi, abym nie sprawdzała jego numeru. Podobno dzwoni z automatów. Nie ma co! Ruszamy do Elbląga po pieniądze! Zadzwonię ylko do męża, bo może się przydać w razie problemów z bankiem.

– A gdzie jest teraz? – spytałem oburzony.

– Załatwia coś w Warszawie – rzuciła Karen, wykręcając numer.

Ale Drewicz–Larsen nie odbierał. Zostawiła więc krótką wiadomość na sekretarce, a następnie ruszyliśmy szybko do portu.

Obok Rosynanta czekali na nas podekscytowani Paweł i Zośka.

– Co się stało? – zapytałem zdziwiony.

– Kiedy poszliście na rynek, Zosia poszła w miasto za magistrem.

– Pan Rzepka wszedł do kościoła – dodała dziewczyna. – A po dziesięciu minutach wyszedł blady jak prześcieradło.

– Hm... to ciekawe, ale w końcu każdy może odwiedzić kościół.

– Pan żartuje, szefie – zaprotestował Paweł. – Magister Rzepka i modlitwa?

– Możemy go sami o to zapytać – wtrąciła Karen na widok wyłaniającego się zza budynku bosmanatu magistra.

Był zdenerwowany. Widząc nas, nieco zwolnił. Najwyraźniej chciał uniknąć ewentualnych pytań.

– Coś pana gryzie, magistrze? – zawołałem.

– Gorąco – odpowiedział i ruszył na przystań.

– Jak smakowały lody? – zapytała Zośka. – I co słychać u pani Ewy?

Zatrzymał się niechętnie.

– Nie wiem – bąknął. – Nie ma jej w domu. Być może będę musiał opuścić was na jeden dzień.

– A co pan porabiał w kościele? – wypalił Paweł.

Magister Rzepka jakby drgnął, ale zaraz spojrzał na nas poczciwym wzrokiem. Zrobił krok w naszą stronę.

– Niestety, ale od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że chcecie odciągnąć mnie od niektórych spraw – powiedział oschle. – Dlatego wracając, zajrzałem sobie do kościoła, w którym członek naszej ekipy oberwał po głowie. Mam prawo wiedzieć o wszystkim, co tu się dzieje. Mogę też odwiedzać kościoły, tak jak wy zresztą. I dlaczego w ogóle mnie śledzicie. Nieładnie, nieładnie.

– Magister Rzepka ma rację – rzekłem bijąc się w pierś. – Zachowujemy się niegrzecznie. Przepraszamy pana.

Popatrzył na zdenerwowaną Dunkę. Cień uśmieszku przemknął po jego twarzy

– Dokąd się wybieracie? – zmienił temat,

– Mała przejażdżka po okolicy – skłamała Karen.

– Jeśli przypadkiem jedziecie do Elbląga, to chętnie się z wami zabiorę. Muszę zdążyć na najbliższy pociąg. Zabiorę tylko z jachtu kilka rzeczy.

– Niestety, jedziemy w przeciwnym kierunku – odpowiedziałem. – Ale przecież ma pan stację kolejową naprzeciwko portu.

– Chciałbym złapać jakiś ekspresowy, nie osobowy.

– Przykro nam, magistrze.

I wsiedliśmy z Karen do jeepa, aby uciąć tę rozmowę. Pragnąłem za wszelką cenę utrzymać naszą wyprawę w tajemnicy, tym bardziej, że nasz kolega z fundacji nie był z nami do końca szczery.

Dla świętego spokoju ruszyłem wzdłuż brzegu Zalewu w kierunku wschodnim. Zaraz jednak bocznymi uliczkami dotarliśmy do drogi E–503 prowadzącej do Elbląga przez Tolkmicko.

Wkrótce jechaliśmy już wąską i krętą szosą usłaną miejscami dziurami. Droga prowadziła przez lekko pagórkowaty i wyludniony teren stanowiący część Parku Krajobrazowego nazwanego Wzniesieniem Elbląskim, okolicę dość surową i prażącą się teraz w wakacyjnym słońcu, łagodzonym przez słonawy oddech Zalewu Wiślanego. Kilkanaście razy musiałem zwalniać na licznych tutaj zakrętach, aby nie wjechać w któreś z przydrożnych drzew rosnących gęsto wzdłuż całej trasy. O szaleńczej jeździe nie było więc mowy, co wyraźnie nie spodobało się Karen. I chociaż nalegała, aby na prostych odcinkach przyśpieszyć, byłem jednak ostrożny i po trzech kwadransach, ze średnią prędkością czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę, wreszcie dojechaliśmy do Elbląga.

Bez trudu odszukaliśmy bank na ulicy Hetmańskiej. Po odstaniu krótkiej kolejki Karen załatwiła w okienku wszelkie formalności i zadowolona włożyła pieniądze do reklamówki. Prosto z banku udaliśmy się do zaparkowanego po drugiej stronie ulicy jeepa, obserwując dyskretnie okolicę. Widok kilku aut na poboczu i nielicznych przechodniów na chodniku nieco nas uspokoił, choć nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś tutaj nie gra. W końcu, porywacz nie bez przyczyny wskazał Karen ten konkretny bank.

O tym, że moje obawy nie były bezpodstawne, mieliśmy przekonać się dosłownie za kilkanaście sekund. Popełniłem też jeden kardynalny błąd – zaparkowałem jeepa po drugiej stronie ulicy, do tego drzwiami kierowcy wychodzącymi na bank. Kiedy więc dotarliśmy do jeepa, Karen musiała obejść samochód, aby dostać się do środka, a ja stanąłem przy lewym boku pojazdu i rozejrzałem się na boki w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia.

To – przyszło jednak z innego kierunku.

Za sobą usłyszałem krzyk Karen, czyjeś kroki i odgłos uderzenia w bok pojazdu. Niestety, przez przyciemniane szyby nie widziałem co dzieje się na chodniku, więc przerażony rzuciłem się Karen na ratunek. Próbowałem obiec tył jeepa, gdy przede mną wyrósł jakiś osobnik i z całych sił naparł na mnie nogą. Poczułem ból w kolanie. Przewróciłem się z jękiem na asfalt, słysząc przeraźliwy wrzask Karen. Kluczyki wypadły mi z ręki.

Zanim się podniosłem, ubrany w dżinsy i jasną koszulkę mężczyzna znajdował się już piętnaście metrów dalej. Biegł bardzo szybko za róg najbliższego bydynku, ściskając w ręku reklamówkę z pieniędzmi. Na głowie miał czapkę z dużym daszkiem, a na nosie duże okulary przeciwsłoneczne, utrudniające jego identyfikację.

– Policja! – krzyczała jakaś kobieta po drugiej stronie ulicy. – Jezu, napad w biały dzień! Policja!

Zerknąłem na Karen – podnosiła się z chodnika, ale była cała i zdrowa.

– Goń go – wycedziła przez zęby.

Nie namyślając się długo, rzuciłem się w pogoń za złodziejem. Niestety, obolałe kolano uniemożliwiało mi bieg, więc właściwie kuśtykałem. Zbliżając się do rogu budynku, za którym tamten zniknął, usłyszałem ryk silnika i pisk opon, dobiegające z prostopadłej, niewidocznej jeszcze dla mnie uliczki. Kiedy znalazłem się na niej, ujrzałem prującego w moim kierunku bordo landrovera. Śmignął obok mnie i z efektownym przechyłem w bok skręcił w lewo w ulicę Hetmańską. Od razu uprzedzę, że nie widziałem kierowcy, gdyż samochód miał – tak jak mój służbowy pojazd – przyciemniane szyby.