Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A ja stałem jak osłupiały, patrząc na to lśniące srebrem, szerokie czółno na kółkach. Nie potrafiłem wydobyć z siebie słowa.

– Jan Lipiński – przedstawił się starszy mężczyzna. – Jestem profesorem i honorowym prezesem instytutu. Miło mi pana poznać. Mam zaszczyt zakomunikować, że nowojorska Polonia postanowiła ofiarować waszemu zasłużonemu dla polskiej kultury departamentowi replikę jego słynnego samochodu. Głównym sponsorem tego “upominku” jest obecny tutaj pan Antoni Paradaj, biznesmen polskiego pochodzenia. Ale niech pan nie myśli, że upominek do niczego nie zobowiązuje, Panie Samochodzik. Musi pan nie tylko rozwiązać zagadkę obrazów... musi je pan dla nas odzyskać.

– Dziękuję... ależ ja... – z wrażenia zacząłem się jąkać – oczywiście, zrobię co w mojej mocy... naprawdę nie wiem, co powiedzieć...

– Nie musi pan – poklepał mnie po plecach biznesmen Paradaj.

Patrzył na mnie spode łba, jakby oceniał, czy naprawdę jestem owym słynnym detektywem, a następnie otworzył maskę wehikułu.

– Pewien mój znajomy rozbił niedawno bentleya, nowoczesny model Hunaudieresa2– odezwał się po chwili – i sprzedał mi nienaruszony silnik po cenie złomu. Wcześniej odkupiłem od armii Stanów Zjednoczonych hummera, który został uszkodzony w wyniku działań wojennych podczas operacji “Pustynna Burza”. Okazało się, że stalowe podwozie hummera3 jest w idealnym stanie. Ucierpiała jedynie lotnicza aluminiowa karoseria, trafiona pociskiem przeciwczołgowym. Ale mój znajomy mechanik, zwariowany wynalazca, wykonał własną karoserię, wsadził do hummera silnik bentleya i dokonał mnóstwa przeróbek. Zamierzaliśmy wystawić to cudo na pokazie dziwacznych pojazdów w San Francisco, gdzie nierzadko takie auta kupują ludzie bogaci. Ale profesor Lipiński przekonał mnie, że ten pojazd mógłby przysłużyć się szlachetniejszej sprawie. Ale dość gadania! Niech pan spojrzy na ten aluminiowy silnik.

Zerknąłem pod maskę.

– Aż szesnaście cylindrów? – wyrwało mi się. – Mój stary wehikuł miał ich tylko dwanaście.

– Ha, ha – zarechotał biznesmen. – To silnik nowej generacji o mocy 640 KM! Osiąga prędkość 350 kilometrów na godzinę. Podstawowa struktura nadwozia to para masywnych stalowych belek biegnących przez całą długość pojazdu. Auto porusza się na czterech kołach, niezależnie napędzanych i zawieszonych. Ten “czołg” ma bardzo niski punkt ciężkości. Ponadto wspina się na niemal każde zbocze. Z łatwością porusza się na lodzie, śniegu, piachu i zwalonych pniach. Jest wyposażony w system zmiany ciśnienia powietrza w oponach w zależności od podłoża, po którym się porusza. Można jechać nawet z uszkodzoną oponą. Oto, co można zrobić z oryginalnego hummera i bentleya. Pod warunkiem, że się ma pod ręką genialnego mechanika.

Popatrzyłem na to cudo i nadal nie wierzyłem w to, co widzę. To już nie był samochód, tylko rakieta i czołg w jednym! Pojazd wydawał się nieco dłuższy od mojego starego wehikułu. Koła miał szerokie jak w samochodach terenowych, a kształt nadwozia do złudzenia przypominał odwłok jakiegoś owada. Inna sprawa, że lakier pokrywający karoserię błyszczał jakby dopiero przed chwilą wyjechał z fabryki. Znajomy mechanik biznesmena Paradaja z pewnością należał do genialnych majsterkowiczów, ale najwyraźniej nie miał za grosz poczucia piękna i estetyki. Może dlatego to auto spodobało mi się – jako dzieło oryginalne i pozbawione standartowych ambicji. W końcu stałem przed motoryzacyjnym mistrzostwem brzydoty. No i przypominało trochę mój stary wehikuł. Z przodu tego autka umieszczono dodatkowo olbrzymie reflektory przypominające oczy ohydnego gada, niżej zaś zainstalowano światła przeciwmgielne. Przyjrzałem się masce rozdzielczej – nieco prymitywna, wykonana ze zwykłej blachy, w którą powsadzano różne pokrętła i przyciski. W jej górnej części znajdowała się jeszcze jakaś klapka. Po odsunięciu jej odsłonił się wielofunkcyjny monitor, dostarczający informacji o pozycji samochodu, temperaturze panującej na zewnątrz, ciśnieniu atmosferycznym, wysokości nad poziomem morza i średniej prędkości samochodu. Wreszcie usiadłem za kierownicą. Siedzenia wykonano ze zwykłego materiału, ale były niewiarygodnie wygodne.

– A śruba jest? – zapytałem, pamiętając o zaletach starego wehikułu, który potrafił pływać.

– Jest! Ten pojazd pływa. Jest wodoszczelny.

– A przypadkiem to coś nie lata? – zażartowała Wielowieyska.

Dopiero teraz, patrząc na nią, zobaczyłem, że kobieta jest kompletnie rozbita. Nie mogła pojąć, jakim cudem wysoko postawieni Polonusi traktują mnie jak szacha perskiego. Jej duma została poważnie zraniona i pewnie dlatego próbowała nadrobić to zgryźliwymi uwagami.

– Nie rozumiem, co ten pojazd ma wspólnego ze sprawą obrazów? – nadawała. – No chyba, że to inteligenta maszyna i dodatkowo będzie myślała za Pana Samochodzika.

Tymi słowami tylko rozbawiła pozostałych. Jeśli chodzi o mnie, nie zwracałem na nią uwagi. Tak bardzo byłem pochłonięty oględzinami wehikułu.

– Jedyne, co mi nie pasuje w tym samochodzie, to karoseria – mruknąłem.

– Jak to? – oburzył się pan Paradaj. – Jest chromowana.

– Jest za ładna. Lśni jak srebrna papierośnica. Zwraca uwagę. Od razu widać, że to nietuzinkowa maszyna.

Biznesman Paradaj zasępił się. Przez chwilę kiwał głową jakby dorastał do jakiejś ważnej myśli, lecz się nie odzywał.

– Pan Samochodzik wyruszy jutro do Kalifornii – głos zabrał profesor Lipiński. – Pojedzie z nim nasza Kasia. Jest inteligentna i zna ten kraj jak własną kieszeń.

– A ja? – zezłościła się Wielowieyska.

– Pani w tym czasie przeprowadzi szczegółową analizę dwóch obrazów, które odzyskaliśmy – odpowiedział spokojnie Opolski. – Jeśli pan Tomasz w Los Angeles będzie miał jakiekolwiek problemy z oceną autoportretu Malczewskiego, poleci tam pani samolotem. Poza tym, o ile mi wiadomo, chciała się pani spotkać ze swoim synem.

– No tak, naturalnie, ma jutro przylecieć z Bostonu – pokiwała głową – gdzie uczestniczy w konkursie dla najbardziej zdolnej młodzieży z krajów Europy Wschodniej. A właśnie, czy znajdzie pan dla Stasia “Mądra Głowa” jakiś pokój?

– Że co? – wyrwało mi się.

Owo przezwisko po prostu mnie rozbawiło.

– Tak nazywam mojego syna Stasia – zgromiła mnie wzrokiem i wyprężyła dumnie pierś. – Uzyskał sto osiemdziesiąt punktów IQ. To dziecko z mojego pierwszego małżeństwa. Strasznie nie lubi tego imienia i przezwiska. W przeciwieństwie do mnie. To jak? Znajdzie się jakieś łóżko?

– Coś znajdziemy – obiecał pan Andrzej.

Straciwszy zainteresowanie problemami Wielowieyskiej, zaproponowałem Polonusom próbną jazdę. Niestety, z powodu dużego ruchu panującego na ulicach Manhattanu musiałem tę niewątpliwą przyjemność odłożyć do rana. Jeszcze tylko umówiłem się z Katarzyną na piątą rano i po dwudziestej pierwszej trzydzieści byłem z powrotem w hotelu “Herald Square”. Już zamierzałem pójść na górę do swojego pokoju, gdy zatrzymał mnie recepcjonista.

– Wiadomość dla pana, sir – powiedział, wręczając mi jakąś karteczkę.

Rzuciłem okiem na wiadomość napisaną w języku polskim:

O dziesiątej wieczorem w Central Parku przy pomniku Jagiełły.

Do wyznaczonego spotkania w Central Parku pozostało niecałe pół godziny, więc kupiwszy mapę Manhattanu, czym prędzej opuściłem hotel. Zrezygnowałem ze spaceru bajecznie oświetloną 5. aleją i skorzystałem z autobusu. Manhattan był bardzo długi. Z hotelu do miejsca spotkania miałbym do pokonania pieszo dwie i pół mili, czyli około czterech kilometrów.

Wkrótce wysiadłem w pobliżu Metropolitan Museum of Art, na tyłach którego stał pomnik polskiego króla Władysława Jagiełły dłuta Stanisława Ostrowskiego4. Zerknąwszy w mapę, poszedłem biegnącą w poprzek Central Parku ulicą, otoczoną z obu stron ramblami, leśnymi terenami. Słońce schowało się już za rozświetlonymi wieżowcami, ale pomimo panującego mroku, widoczność była niezła. I nagle zza leśnej kurtyny wyłonił się po prawej stronie wydłużony zbiornik wodny Belvedere Lake z przyległym do niego gigantycznym trawnikiem. W oddali, nieco na zachód, wyrastały z brzegu kamienne mury Zamku Belvedere z licznymi wieżyczkami, zaś na bliższym, wschodnim krańcu jeziora krył się wśród drzew pomnik Jagiełły. Skręciłem z głównego traktu w najbliższą alejkę.

Minęła dwudziesta druga z minutami, gdy zatrzymałem się przed pomnikiem. Nikogo w pobliżu nie zauważyłem. Czekałem kilka minut i nagle za moimi plecami posłyszałem trzask łamanego patyka. Odwróciłem się za siebie. Z mroku wyłoniła się sylwetka młodego człowieka. Poznałem go od razu. To on leciał ze mną tym samym samolotem przez Atlantyk.

– Siedem minut spóźnienia, Pawle – rzuciłem z wyrzutem do współpracownika.

– Nowy Jork to nie Warszawa, szefie – odpowiedział zdyszanym głosem. – Korki.

ROZDZIAŁ DRUGI

SZUKAM HOTELU * CO ROBIĘ W NOWYM JORKU? * BRUNET I NOTATKA W PRASIE * CZARNY BUICK MNIE ŚLEDZI * NARADA W CENTRAL PARKU * WEHIKUŁ II * I ZNOWU BUCIK

Zapłaciwszy czarnoskóremu taksówkarzowi za kurs z lotniska, wyszedłem na rozgrzaną, ruchliwą nowojorską ulicę oszołomiony bliskością drapaczy chmur. Ponad szczytami wieżowców wznosił się ku niebu mieniący się w zachodzącym słońcu i zwieńczony złotym masztem Emipre State Building5– czwarty co do wielkości wieżowiec w Stanach Zjednoczonych. Zresztą drapaczy chmur było tutaj co niemiara.

 

I pomyśleć, że na początku XVII wieku holenderscy kolonizatorzy odkupili od Indian wyspę Manhattan za siedemdziesiąt dekagramów srebra i założyli wioskę pod nazwą Nowy Amsterdam! W 1664 roku nazwę zmieniono na Nowy Jork po zajęciu Nowego Amsterdamu przez Brytyjczyków. Osada liczyła wtedy około półtora tysiąca mieszkańców. Dopiero po 1811 roku opracowano nowy układ przestrzenny miasta z ulicami i alejami tworzącymi szachownicę. Ale pod koniec XIX wieku zabudowę miejską liczącego już niespełna milion mieszkańców miasta tworzyły głównie trzy– i czterokondygnacyjne budynki z licznym kościołami. Współczesny wizerunek Manhattanu był dopiero dziełem dwudziestowiecznej myśli architektonicznej.

Ford, którym Stan Opolski podwiózł pana Tomasza parkował za hotelem, a to oznaczało, że szef już się w nim zameldował. Wszedłem do jakiegoś baru i duszkiem wypiłem szklankę mineralną. Nowojorski upał był nie do zniesienia z powodu dużej wilgotności atlantyckiego powietrza. Na szczęście wysoka zabudowa Manhattanu tworzyła zacienione leje pomiędzy wieżowcami, co pozwalało przetrwać takim jak ja.

Wyszedłem na ulicę akurat w momencie, gdy z hotelu “Herald Square” wyszedł Stan Opolski. Wsiadł zaraz do forda i odjechał. Przeciąłem Broadway i skręciłem w 31. ulicę, na której znajdował się hotel szefa.

“Skoro pan Tomasz ma swój kąt, powinienem i ja pomyśleć o noclegu” – pomyślałem.

Zerknąłem w przewodnik. Najbliższy tani nocleg znajdował się o rzut beretem – na 32. ulicy, w pobliżu placu Herald Square. Hotel “Stanford” sąsiadował z dzielnicą przemysłu odzieżowego i domów mody. Taki właśnie był Nowy Jork. Wystarczyło skręcić za róg jakiejś ulicy, przeciąć jedną albo dwie aleje, by znaleźć się w zupełnie innym świecie.

Poszedłem tam.

*

Na miejscu wziąłem chłodny prysznic. Pomimo zmęczenia długim lotem, o dziwo, nie chciało mi się spać. Przebrałem się w lekki strój i zszedłem na dół do restauracji “Gamiok”. Zamówiłem jakieś koreańskie danie i w oczekiwaniu na kelnera przekartkowałem przewodnik. Najbardziej interesował mnie Central Park. Może dlatego, że z panem Tomaszem wytypowaliśmy go jako miejsce naszych spotkań. Pełna konspiracja.

Tylko co ja właściwie robiłem w Nowym Jorku? Przecież tylko szef został zaproszony przez amerykańską Polonię.

Już wyjaśniam. Otóż, kilka dni temu do naszego ministerstwa zadzwoniła pewna kobieta żywo zainteresowana losami kolekcji hrabiego Ignacego Korwin–Milewskiego. Czy był to jedynie zbieg okoliczności? Nie sądzę. Kilka miesięcy temu nieznani osobnicy próbowali sprzedać w Nowym Jorku dwa obrazy, prawdopodobnie pochodzące z tej kolekcji, a trzy tygodnie temu znowu dali o sobie znać próbą sprzedaży w antykwariacie na Broadwayu autoportretu Jacka Malczewskiego. Natychmiast zainteresowała się tym nowojorska Polonia, a pracownik Polskiego Instytutu Naukowego pan Andrzej B. uzyskał od antykwariusza wszelkie informacje dotyczące obrazu. Dziwne, że w tym samym czasie ktoś w Polsce zainteresował się tymi zbiorami. Niewykluczone też, że autoportret z Nowego Jorku pochodził z zaginionej kolekcji Korwin–Milewskiego. Spragniona polskich akcentów na amerykańskiej ziemi Polonia zareagowała natychmiast, ściągając do siebie pana Tomasza, nawet za cenę fiska całej operacji. Według nich gra warta była świeczki.

To nie wszystko. Po ostatnim sukcesie udaremnienia kradzieży inkunabułów w polskich bibliotekach, minister wyraził zgodę na wyjazd za ocean naszej dwójki. O ile szefa sponsorowali Polonusi, o tyle moja delegacja miała być opłacona z budżetu naszej szacownej instytucji. Na szczęście minister zdobył odpowiednie środki, obiecując utrzymać mój wyjazd w tajemnicy. Powodem tej konspiracji była zwykła ostrożność. Przecież nie mieliśmy bladego pojęcia: kto interesował się kolekcją Korwin–Milewskiego w Polsce? Ten ktoś mógł zaszkodzić naszemu śledztwu w Ameryce. A działając osobno, mieliśmy szansę na zdemaskowanie tej osoby i wyprowadzenie jej w pole.

Podczas posiłku moją uwagę przykuł siedzący w rogu restauracji mężczyzna. Czytał gazetę, więc widziałem jedynie czubek jego głowy. Co pewien czas zerkał w moją stronę, a kiedy odwzajemniałem się tym samym, znowu wracał do lektury. Tak więc byłem obserwowany. Tylko przez kogo?

W pewnym momencie człowiek ten wstał i szybko opuścił restaurację, jakby nagle doszedł do wniosku, że został przyłapany na gorącym uczynku. Był to średniego wzrostu brunet w wieku około czterdziestu lat, nieco zwalistej budowy, ubrany w znoszony, szary garnitur. Jego ogorzałą od słońca twarz ozdabiały ciemne przeciwsłoneczne okulary.

Wstałem od stolika i przez wielkie okno wyjrzałem na ulicę. Niestety, mężczyzna gdzieś zniknął. Sięgnąłem zatem po zostawioną przez niego gazetę. Mój wzrok natrafił na tytuł jednego z artykułów na trzeciej stronie “New York Secrets”:

“POLSKI DETEKTYW PRZYJEDZIE SZUKAĆ OBRAZÓW”.

Z wrażenia ugięły się pode mną nogi. Brukowa prasa odnotowała fakt przyjazdu pana Tomasza do Nowego Jorku. Niesamowite! Przed amerykańskimi pismakami nie dało się nic ukryć. A rozgłos był nam nie na rękę.

Przeczytałem notkę:

Polski detektyw Tomasz N.N. (zwany Panem Samochodzikiem) przyleci niebawem do Stanów Zjednoczonych, aby odzyskać obrazy należące do zaginionej kolekcji polskiego hrabiego z przełomu XIX i XX wieku. Jak wiemy z dobrze poinformowanego źródła, dwa obrazy zostały przekazane Polonii amerykańskiej przez nasz rząd, ale motocyklowa banda najprawdopodobniej posiada inny cenny obraz – autoportret znanego malarza Malczewskiego. Istnieje podejrzenie, że “Jeźdźcy Piekieł” posiadają więcej polskich obrazów i, wcześniej czy później, spróbują je sprzedać. Czy Pan Samochodzik zdoła wyjaśnić zagadkę obrazów? (G. L.)

Wbrew naszym oczekiwaniom sprawy obrazów Korwin–Milewskiego nie udało się zachować w tajemnicy, co mogło spowodować poważne utrudnienie w prowadzeniu przez nas śledztwa. Artykuł dawał też do zrozumienia, że nie tylko Polonia i nasz departament okazały zainteresowanie obrazami. Poza tym, śledzono mnie, a więc ktoś dowiedział się o mojej obecności w Nowym Jorku. Kto i dlaczego mnie śledził, pozostawało na razie zagadką.

Wściekły opuściłem restaurację, zabrawszy ze sobą gazetę.

Pod wieczór zaszedłem do hotelu “Herald Square”, by zostawić dla szefa wiadomość o spotkaniu w Central Parku. Idąc potem w kierunku metra, zauważyłem jadącego za mną wolno czarnego buicka. Na wszelki wypadek udawałem, że nie dostrzegam go. Ani razu nie odwróciłem się za siebie. I nagle, jak gdyby nigdy nic, wszedłem do pierwszej lepszej kafejki. Tam, zamówiłem szklaneczkę soku i dyskretnie wyjrzałem przez okno na ulicę. Buick parkował pięćdziesiąt jardów dalej, ale nie potrafiłem dostrzec siedzącego za kierownicą osobnika.

Postanowiłem zrobić mu psikusa. Poruszanie się samochodem po Manhattanie było wyłącznie jednokierunkowe i naprzemienne – a mianowicie jedne prowadziły w górę Manhattanu do Harlemu, inne zaś w dół do Lower Manhattan – dlatego po wyjściu z kafejki skręciłem za jej róg i wkrótce dotarłem do 5. alei. Ruszyłem w górę Manhattanu do Central Parku, a więc w kierunku przeciwnym do ruchu samochodowego. A to oznaczało jedno – Buick nie mógł mnie teraz śledzić, chyba, że zdecydowałby się jechać pod prąd.

Po kwadransie znalazłem się za bramą Central Parku, a w kilka minut później zdyszany skręciłem w alejkę prowadzącą do pomnika Władysława Jagiełły.

– Siedem minut spóźnienia, Pawle – przywitał mnie pan Tomasz.

– Nowy Jork to nie Warszawa, szefie. Korki.

I opowiedziałem mu o buicku oraz brunecie w szarym garniturku z restauracji hotelu “Stanford”.

– Ponadto piszą o panu nowojorskie gazety – westchnąłem. – Jeszcze nie zdążył się pan zaaklimatyzować, a już jest pan tutaj popularny.

– Sam widzisz, że nasza ostrożność była uzasadniona – odezwał się po chwili namysłu. – Niedobrze. Najgorsze, że ktoś już wie o twojej obecności w Nowym Jorku.

– Ale skąd on wiedział o moim przylocie? – dziwiłem się. – Bo zakładam, że tajemniczy brunet jeździ buickiem. Kim on jest? Już na Okęciu udawaliśmy, że się nie znamy.

– Widać sprawa kolekcji obrazów Korwin–Milewskiego ma jakieś głębokie dno. Nic teraz nie wymyślimy. Jutro z samego rana wyruszam z miłą dziewczyną do Kalifornii.

Zrelacjonował mi swoją wizytę w Polskim Instytucie Naukowym, a następnie podzielił się sensacją grubego kalibru.

– Wyobraź sobie, że Polonia ofiarowała nam replikę wehikułu – oświadczył.

Kompletnie zdębiałem.

– Mówi pan serio? Ma pan wehikuł?

– Nazwałem go wehikułem II, bo żadna inna nazwa nie przyszła mi do głowy – ciągnął dalej podekscytowany. – To jakaś nieziemska maszyna. I jedyna w swoim rodzaju. Jeśli wierzyć biznesmenowi Paradajowi, osiąga szybkość 350 kilometrów na godzinę. Z zewnątrz przypomina stary wehikuł, ale ten diabeł jeździ po wszystkim. To połączenie wojskowego hummera z bentleyem. Zresztą jutro sam zobaczysz. Umówmy się, powiedzmy, za kwadrans piąta niedaleko instytutu. Bądź gdzieś w pobliżu, najlepiej w jakimś przebraniu. Obejrzysz sobie to cacko, a przy okazji zorientujesz, czy nikt nas nie śledzi. Być może zaraz po naszym odjeździe pojawi się jakiś “plaster”. Wtedy dasz mi znać.

– A co dalej? Co ja mam tutaj robić, szefie?

– Polecisz samolotem do Los Angeles. Powiedzmy jutro. Albo za kilka dni. Tam trochę powęszysz, być może nawet wytropisz “Jeźdźców Piekieł”. Zazdroszczę ci tego zadania, gdyż przede mną długa i męcząca podróż przez całe Stany.

– Ale dzięki temu ma pan okazję poznać ten wspaniały kraj. Od Nowego Jorku po Hollywood!

– Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to będziemy porozumiewać się za pomocą pagerów, które zakupiliśmy w Warszawie – kontynuował, puszczając mimo uszu mój entuzjazm. – Płać kartą kredytową i pamiętaj, że nie możesz przekroczyć wyznaczonego przez naszą górę limitu wydatków. Nocuj w tanich motelach, tak zwanych bungalowach, bo inaczej po powrocie rozwiążą nasz departament z powodu bankructwa.

– Czy naprawdę sądzi pan, że “Jeźdźcy Piekieł” sprzedadzą Panterasowi autoportret Malczewskiego? – zmieniłem temat.

– Taka szansa istnieje, więc musimy spróbować – odpowiedział nieco już zmęczonym głosem. – Zresztą jesteśmy uzależnieni od wszelkich decyzji podejmowanych przez naszego sponsora, czyli nowojorskiej Polonii.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę i pożegnaliśmy się, gdyż do piątej rano zostało niewiele czasu.

*

Następnego dnia o czwartej rano opuściłem hotel ubrany w obszerną lnianą koszulę sięgającą do kolan. Zaraz po wyjściu nałożyłem na głowę płócienną czapką i przykleiłem sobie sztuczną brodę. Założywszy na nos okulary przeciwsłoneczne, ruszyłem w kierunku instytutu.

Na miejscu usiadłem w cieniu drzewka, obserwując ulicę i budynek. Pan Tomasz zjawił się po dwóch kwadransach z torbą podróżną – punktualny jak zwykle. Wszedł przez otwartą bramę na rozległy parking i rozejrzał się. Po chwili podjechał do niego masywny pojazd ze składanym, płóciennym dachem. Domyśliłem się, że to wehikuł II, o którym wspominał. Niestety, stan karoserii tego osobliwego pojazdu wywołał u mnie wstrząs – nie miała konkretnego koloru, była pozbawiona połysku, a na drzwiach i masce znajdowały się liczne ciemnozielone zacieki. Słowem, patrzyłem na jakiś wrak. A przecież pan Tomasz zapewniał, że nowe auto błyszczało, jakby zrobiono je z chromowanej stali!

Pojazd zatrzymał się metr przed osłupiałym panem Tomaszem. Jego torba podróżna wylądowała na betonie. Z samochodu wysiadła zaraz ładna, szczupła blondynka w moim wieku ubrana na sportowo. To musiała być Katarzyna. Przywitali się, a ja w tym czasie opuściłem miejsce pod drzewkiem i podreptałem w sąsiedztwo bramy. Schowany za parkanem mogłem bezpiecznie przysłuchiwać się ich rozmowie.

– Biznesmen Paradaj wziął sobie do serca pańskie sugestie – mówiła blondynka. – Specjalnie dla pana postanowił zeszpecić karoserię i dlatego w nocy poddano ją pewnemu zabiegowi, a mianowicie oblano ją jakimś kwasem. Nie chciał pan chromowanej karoserii, więc dostanie pan idealne badziewie.

Tak więc wszystko się wyjaśniło. Przez moment na parkingu panowała cisza.

– Ależ to było powiedziane w luźnej rozmowie – zaczął tłumaczyć się szef. Było mu głupio. – Szkoda tak pięknej karoserii. To... to było niepotrzebne.

– Uprzedzano mnie, że jest pan nieprzeciętnym dziwakiem. Ale nie przypuszczałam, że do tego stopnia.

 

Dziewczyna nie naskakiwała na pana Tomasza, nic z tych rzeczy. Po prostu biła od niej zwykła szczerość, prostolinijność.

– Musi pan wiedzieć, że w Nowym Jorku roi się od dziwaków – dodała zaraz. – W mediach nazywają ich ekscentrykami, co na jedno wychodzi. Teoretycznie nic nie jest w stanie mnie w Nowym Jorku zadziwić. Niestety, myliłam się.

– Jak to? Tak o mnie mówią? – zaniepokoił się szef. – To plotki. Jestem po prostu trochę staroświecki. I odrobinę sentymentalny.

– Czy to sentyment kazał panu zeszpecić tę cudownie chromowaną karoserię robioną na zamówienie? – zapytała retorycznie.

Znowu zapanowała cisza. A ja oczami wyobraźni ujrzałem zakłopotanie szefa, objawiające się rutynowym zdjęciem okularów i przetarciem ich fragmentem koszuli.

– Przez Nowy Jork poprowadzę ja – Katarzyna przerwała ciszę. – Potem możemy się zmienić. W czasie jazdy opowiem panu o innych zaletach tego wehikułu.

Po chwili odjechali. Stałem oparty o parkan i odprowadzałem ich wzrokiem. Już zamierzałem stąd odejść, gdy ujrzałem czarnego buicka. Wyjechał nagle z rzędu aut parkujących dalej na tej samej ulicy. Przyśpieszył i ruszył za wehikułem. Bez wątpienia był to ten sam pojazd, który śledził mnie wczoraj. Tym razem za jego kierownicą dostrzegłem zwalistą sylwetkę mężczyzny. Brunet z restauracji hotelu “Stanford”? Być może. Wczoraj śledził mnie, dzisiaj postanowił szpiegować pana Tomasza. Czy jednak przypuszczał, że przyjdzie mu jechać za legendarnym Panem Samochodzikiem aż do samej Kalifornii? I czy miał coś wspólnego z kobietą, która w Polsce interesowała się kolekcją obrazów hrabiego Korwin–Milewskiego? Na te pytania nie znałem jeszcze odpowiedzieć.

Poszedłem poszukać automatu. Musiałem porozumieć się z szefem.