Najwyższy lotTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Antoni Ferdynand Ossendowski

Najwyższy lot


ISBN 978-83-8202-059-5


Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020

All rights reserved Projekt graficzny okładki Agnieszka Herman Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

PRZEDMOWA

Każdy rok przynosi nam zwycięstwa na różnych polach. Zwycięża polski polot myśli, wyobraźni, mięśni i odwagi.

Pierwsza ruszyła po zwycięstwo młodzież nasza, ta z legionów, z tajnych organizacji wojskowych, z korpusów tworzących się na obszarach odwiecznego wroga naszego — Rosji carskiej — i na śnieżnej pustyni Sybiru, z szeregów młodzieńczych ochotników roku 1920…

O Nich to opowie „Najwyższy lot”.

Autor

Warszawa, 1935 r.

MATKA
I

Dowiedziała się dopiero w październiku, że jej Michaś zginął bez wieści w jednej z bitew pod Warszawą.

Przyjechała do stolicy, obiegła wszystkie urzędy wojskowe, obeszła wszystkie szpitale, przyjrzała się każdemu rannemu, myśląc, że odnajdzie synka jedynaka, pociechę i radość życia. Wypytywała każdego, ale Michasia nie znalazła i nic się o nim nie dowiedziała.

— Niech pani czeka — pocieszano ją w jakiejś kancelarii wojskowej — może dostał się do niewoli i napisze.

Zdrętwiała, zgrzybiała nagle. Powracała do domu, tocząc walkę z sumieniem.

— Tyś mu pozwoliła iść! Tyś błogosławiła tego czternastoletniego chłopca! — mówiło surowym głosem sumienie.

— Dla Ojczyzny to uczyniłam! — odpowiadała stroskana dusza.

— To była zbrodnia! — rzuciło sumienie twarde słowo.

—Nie puścić, odmówić błogosławieństwa — byłoby gorszą zbrodnią, gdy kraj stał na skraju zguby! — broniła się matka.

— Powinni byli iść dorośli, nie dzieci! — jątrzyło dalej sumienie.

— Obrońcy kraju powołali dzieci, gdy zabrakło chętnych wśród dorosłych.

— Niechby zginął taki naród! — smagnęło sumienie.

— O, nie! — oburzyło się serce Matki Polki. — My, kobiety, wpoiłyśmy w synów miłość do kraju i gorące poczucie obowiązku. Nastał czas i — poszli, nie dali upaść narodowi!…

W wagonie trzeciej klasy usiadła w ciasnym przedziale obok wyniszczonego, chudego i bladego człowieka w płaszczu żołnierskim. Na piersi miał krzyż walecznych.

Zawiązała się ogólna rozmowa. Żołnierz był w dywizji, która broniła Warszawy, wracał do domu po wyleczeniu ciężkich ran.

Matka jęła wypytywać o pułk syna, o ataki przeciwko bolszewikom i opowiedziała, że przepadł bez wieści jej chłopak i że zapewne dostał się do niewoli.

— Może prędko napisze coś o sobie… — zakończyła swoje opowiadanie i zadumała się ciężko.

Myśli jej przerwał żołnierz. Surowym wzrokiem patrzył jej w oczy i ponurym, jakimś znękanym głosem cisnął:

— Nie napisze!…

— Dlaczego? Wielu naszych już się skomunikowało z rodzinami, będąc w niewoli — mówili pasażerowie, chcąc uspokoić kobietę, która nagle śmiertelnie zbladła.

— Tam do niewoli nie brano! — odparł żołnierz.

W przedziale zapanowało milczenie. Matka schyliła głowę na piersi, a dreszcz zimny i przejmujący wstrząsnął tą głową zrozpaczoną, ramionami i kurczowo zaciśniętymi palcami wychudzonych rąk.

Znowu zabrzmiał ponury głos:

— Przepadł bez wieści?… Znane bajdy! Po prostu go zabito i wrzucono do wspólnego dołu razem z swoimi i Moskalami… Przepadł bez wieści!…

Odchrząknął z jakąś niemą wściekłością i zaczął zapalać papierosa.

Rozmowa się urwała.

Pociąg mknął, warczały osie i turkotały koła, a w ich takt biegły myśli pasażerów — tragiczne, smutne lub obojętne. Wesołych nie było, bo wszelką wesołość zatruwała skulona, drżąca postać zrozpaczonej kobiety, której wyrwano i zamordowano nadzieję.

II

Po całej ziemi polskiej śmierć hojną ręką rozrzuciła kopce mogilne. Niektóre z nich znaczą krzyże drewniane, lub kołki, wbite po rogach. Większość jednak prędko utraciła i te oznaki szacunku i troski ludzi o swych obrońców. Nielitościwa, bezmyślna ręka targnęła się nawet na te świętości, pamiątki narodowe, powyrywała kołki, spaliła przegniłe krzyże. Kopce zaczęły się zapadać, a skrzętny rolnik zaorał je i pokrył kobiercem złotego żyta. Dużo takich mogił napotkać można na Mazowszu, a nawet tuż pod bokiem wesołej, hucznej stolicy.

Minęły, ciężkie, krwawe czasy, gdy pod niebiosa wysławiano żołnierza, obrońcę serca Polski. Szara codzienność życia zamgliła te wspomnienia i z dniem każdym głębiej i głębiej pogrążają się w otchłani zapomnienia drogie, sławne, święte imiona bohaterów.

Pamiętają o nich tylko matki.

Krzyże przegniłe naprawiają, kwiatami i wieńcami ze świerku upiększają kopce, pod którymi leżą zmieszane z innymi kośćmi odważnych a sercem czystych synów. Zapomnienie i obojętność tłumu wynagradzają westchnieniem, łzą matczyną i modlitwą.

Jedna z matek od roku błąkała się po całej ziemi mazowieckiej, odnalazła wszystkie mogiły żołnierskie, a przy każdej na twarz padała, ziemię całując i z łkaniem beznadziejnym szepcąc:

— Michasiu, synku, odezwij się! Czyś tu?…

Lecz kopce milczały i prężyły się ramiona czarnych krzyżów, zastygłych w powietrzu. W jesieni wiatr szemrał w krzakach lub na ściernisku, w lecie — żyto gwarzyło, żałując tych łez lub dziwiąc się trosce i męce matczynej.

A ona tymczasem wciąż szukała i pytała o grób syna milczących mogił, ledwo dostrzegalnych kopców i krzyżów pochylonych.

Milczenie i cisza odpowiadały jej, a więc szła dalej i dalej, szukając, wołając bezdźwięcznym głosem, w którym drgały łzy. Chwilami przerywała ten niemy szloch burza nienawiści, straszliwych przekleństw i szału.

Ludzie po wsiach już ją znali i na jej widok ze smutkiem kiwali głowami, odprowadzając ją zatroskanymi oczami.

Zadawała im niezmienne pytanie, jak plusk fali na piaszczystym wybrzeżu:

— Czy była tu bitwa? Jakie pułki przelewały tu swoją krew? Czy nie widziano tu chłopaka pięknego, o włosach kruczych i oczach śmiałych, piwnych, chłopca, który na imię miał Michaś?

Już nie czekała na odpowiedź i szła dalej, gnana jakąś żądzą szukania, jakąś potrzebą pędzenia wciąż dalej ku nieznanemu celowi. Błąkała się tak tygodniami, później znikała na parę miesięcy, powracała do domu i znowu się zjawiała, jeszcze bardziej wynędzniała, jeszcze bardziej nieszczęśliwa, zgnębiona, walcząca z rozpaczą i obłędem.

Po ostatniej włóczędze matki po kopcach i mogiłach żołnierskich pod Warszawą, przyszła zima, rzuciła na ziemię biały całun, ukryła pod nim zaorane pole, miedze, doły i zapadłe już kopce.

III

Pewnego dnia matka, szukająca grobu syna, przybyła w to samo miejsce.

Zatrzymała się w domu znajomego wieśniaka i od razu wyszła na pole, gdzie na niskim, przysypanym śniegiem kopcu stał wysoki, krzyż drewniany.

Ten krzyż najwięcej przyciągał kobietę i zwykle po kilka razy powracała, wpatrując się w kopiec, leżący u jego stóp, jak gdyby chciała dojrzeć drogie kości.

Niebo było pogodne, przejrzyste, tysiące gwiazd świeciło nad ziemią, śpiącą pod miękką, białą kołderką. Księżyc, jasny i obojętny, wypłynął spoza lasu i sunął coraz wyżej, zapalając na śniegu miliony jarzących się i mieniących wszystkimi barwami płomyków. Migotały na szklistej powierzchni śniegu i gasły na chwilę tylko wtedy, gdy przed obliczem księżyca sunęły długie smugi białych obłoków, płynących od północy. Było cicho i martwo dookoła, tylko z rzadka zalatywał wietrzyk i z suchym szelestem poruszał stwardniałą słomę ścierniska.

Kobieta z załamanymi rękami stała przed białym kopcem i coś szeptała. Może jak zwykle pytała:

— Michasiu, synku! Odezwij się! Czyś tu? A może modliła się gorąco i uparcie…

Długo tak stała i gdy już miała odejść, nagle zauważyła, że na szczycie kopca coś się poruszyło. Drgnęła i oczy nieprzytomne w bolesnej nadziei wbiła w to miejsce.

Jakieś wiotkie cienie, postacie szybkie i nieuchwytne, widma przejrzyste, unosiły się nad śniegiem i majaczyły w powietrzu, drgając na tle dalekiego, ciemnego boru. Unosiły się i opadały, chybotały i skłębiały się korowodem tajemniczym, milczącym, a pełnym znaczenia.

Znikały i znowu się zjawiały, aż się podzieliły i szybować zaczęły na skrzydłach niewidzialnych, lekkie i chyże.

Nieznane twarze, postacie obce, a bliskie i drogie zarazem. Pocięte czoła, skrwawione oblicza, przestrzelone piersi, zwisające bezwładnie ręce, wynędzniałe rysy, poniszczone i porwane na strzępy ubrania.

Pląsały w przepojonym blaskiem powietrzu, wznosząc ramiona do góry. Oczy zapadłe zwracały ku niebu i otwierały usta, jak gdyby w śpiewie triumfalnym.

 

Płomienie w tych męczeńskich oczach, radość nieziemską w wynędzniałych rysach, uśmiech szczęścia na zsiniałych ustach dostrzegła stojąca w zachwycie i w porywie oczekiwania kobieta.

Coraz bardziej promienny, barwny i radosny stawał się korowód widm przejrzystych, a z ich ust płynąć zaczęła bezdźwięczna pieśń triumfu i nieśmiertelności.

Każde słowo, każda zwrotka tej pieśni zakradały się do serca i duszy kobiety — a ona zrozumiała szczęście i ukojenie tych, których z kopca mogilnego wywołała pogodna noc zimowa. A może uczyniła to modlitwa i rozpacz Matki…

Powoli wygładziły się zmarszczki bólu na stroskanej twarzy kobiety. Nieznany gość — uśmiech, błysnął w wypłakanych oczach i zmiękczył, rozpromienił surowe zarysy warg.

Czekała, bo wiedziała już, że przyjdzie…

Z korowodu widm wysunął się cień — mały, wiotki i szybki. Zsunął się z kopca i prawie niewidzialny cisnął się do rąk kobiety, podnosił twarz swoją do jej ust, padał do nóg i znowu wzbijał się w górę i w oczy zaglądał.

— Chodź tu, Michasiu! Przytulę cię do piersi, okryję, bo zimno ci, boś ledwie ubrany. Chodź już, chłopczyku, chodź tu, do matuli, mój synku malutki! Takem się stęskniła, takem się namartwiła! Chodź już, chodź!… Utulę, ogrzeję…

Coraz liczniejszy stawał się korowód. Już nie tylko na kopcu majaczyły cienie. Całe pole kotłowało się od nich.

Ciemna, ciężka chmura sunęła na księżyc. Zerwał się wicher. Zazgrzytała śnieżyca…

Krzyż, skrzypiąc żałośnie, kołysał się pod wściekłym smaganiem mroźnego wichru…

IV

Nad rankiem wieśniak, jadący niedaleko kopca, spostrzegł czarną plamę na śniegu. Podjechał, śnieg rozgrzebał…

Ujrzał kobietę. Leżała uśmiechnięta, z ustami łagodnie rozchylonymi, a ręce jej jakby tuliły kogoś do martwej piersi…

SOCJALISTA
I

Walenty Sosnowski, robotnik z wielkiej fabryki metalurgicznej w Warszawie, powrócił znużony do domu.

Był zły i trochę podpity.

Właściwie podpił też ze złości, gdyż dowiedział się, że towarzysze wybierają na prezesa fabrycznego socjalistycznego komitetu kogo innego niż on. Na niego zaś nie chcą głosować.

W domu czekano na Sosnowskiego z kolacją.

Syn jedynak był w domu również. Wymyty i ubrany w świeże ubranie.

Ojciec był dumny z Władka. Na zebraniach robotniczych chłopak już wygłaszał mowy, a to o Marksie, a to o Auguście Beblu1, i prawił tak, jakby ich znał osobiście. Syn dużo czytał, i czytanie nie szło na marne.

Władek od razu zauważył, podobnie jak i pani Sosnowska, że ojciec był zły i „zawiany”.

Przy kolacji stary robociarz opowiedział strapiony o zawodzie, który go spotkał, i tak zakończył:

— Teraz już ja dla nich niedobry, gdy przyjechał ten wyjadacz Kurkowski! A gdy trzeba było skakać do oczu dyrekcji i z rosyjską policją się mitrężyć — to byłem dobry?

Syn uśmiechnął się i zauważył:

— Kurkowski — szczekacz! Nic nie czytał oprócz głupich broszurek drukowanych przez Niemców. Długo się nie utrzyma, pogubi się!

— Ja też nie dużo czytałem — burknął ojciec.

— No, tak — zgodził się chłopak. — Ale ojciec to szczery socjalista, śmiały i uczciwy, a Kurkowski karierę robi… gębą. A gdy przyjdzie co do czego, da nura! Widziałem ja takich krzykaczy!

Sosnowski zamyślił się i po chwili rzekł do syna:

— Zebranie w sobotę, Władku. Pójdziemy razem, a ty nawymyślaj tam im o tego Kurkowskiego! Dobrze?

Chłopak zaciął się i przybladł, jak gdyby miał coś do powiedzenia, lecz milczał.

Po wieczerzy Sosnowski zauważył, że żona ma zapłakane oczy, a usta jej kurczowo drgają.

— Co ci jest, matko? — zapytał mąż.

Milczała, więc stary, zajęty swoimi myślami, więcej nie pytał.

Rodzina zaczęła się już przygotowywać do spoczynku, gdy nagle Władek, schylony nad książką, podniósł głowę i rzekł, zwracając się do ojca:

— Ojcze, chciałem ci powiedzieć, że wstąpiłem na ochotnika do armii.

— Co? — wyszeptał z przerażeniem w głosie Sosnowski. — Ty? Do armii?

— Tak! Wołają młodzież, bo inaczej Moskale zdobędą Warszawę, a wtedy — koniec! — odparł chłopiec.

Stary milczał. Przeszedł się po pokoju, usiadł, znowu się zerwał i zbliżył do syna.

— Za ziemian, za fabrykantów będziesz walczył? — zapytał.

— Za Polskę, ojcze! — odrzekł syn, podnosząc na niego oczy.

— A socjalizm, a partia? — pytał dalej Sosnowski.

— Nie zmieniłem swych poglądów! — uśmiechnął się syn.

— Jakże to?

— Musimy odzyskać Polskę, by potem socjalizm szerzyć — odpowiedział syn. — Jeżeli nie obronimy naszej Polski, to moskiewscy komuniści będą nas uczyć socjalizmu!

Zaśmiał się, a widząc, że ojciec słucha go uważnie, dodał:

— Długo nam jeszcze będzie czekać, by za socjalizmem ludzie głosowali. Nie można, ojcze, budować socjalizmu z nędzy. Trzeba się podnieść, wzbogacić, a wtedy dopiero rozmawiać o sprawiedliwości w podziale bogactw. To jasne!

Ojciec milczał. Oczy spuścił i usiadł głęboko zamyślony. Władek obszedł stół, zbliżył się do niego i, położywszy mu rękę na ramieniu, począł mówić, coraz bardziej zapalając się:

— Wszystko rzecz błaha! Socjalizm, partia, walka o zarobek, Marks, Kurkowski i my sami! Wszystko nic niewarte wobec tego, co się dzieje. Polska, dla której tylu zginęło i panów, i robotników, i narodowców, i socjalistów, Polska ginie, tonie, bo ją zalewa Moskwa swoimi bandami. A gdy zaleje, rzuci się na nas Niemiec, wtedy — koniec, koniec już na zawsze, do kresu wieków! Czy rozumiesz, ojcze? Czy rozumiesz?

— Nie daj, Boże! — wyszeptał stary.

— A widzisz? — ucieszył się syn. — Teraz każdy Polak powinien iść, a porachunki zostawić na potem, gdy spierzemy pyski Moskalom.

Syn usiadł i zabrał się do czytania, ojciec pozostał w głębokiej zadumie. Dopiero około pierwszej położył się stary do łóżka, ale nie spał, kręcił się do rana, wzdychał i myślał.

Czasami mruczał:

— Oni, psia ich mać, Sybir i więzienia naszymi przepełniali, a teraz im się znowu Warszawy zachciało!

Zdrzemnął się dopiero o świcie.

Gdy rodzina wypiła poranną kawę, a ojciec wybierał się do fabryki, syn podszedł do niego i rzekł:

— Dziś idę do koszar, ojcze, chcę się pożegnać. Bądź zdrów!

Stary objął syna i nagle oparł mu twarz na ramieniu, a szerokie bary zaczęły mu drgać i trząść się. Szlochając, mówił przez łzy:

— W imię Boże, idź! Idź! A bij się, jak Polak! Daj im za znęcanie się, za krew i mękę naszą! Idź! Idź!

II

Władek Sosnowski, którego koledzy przezywali „Socjalista”, bo lubił prawić o Marksie i o walce klasowej, od dawna już był w pułku. Bił się o głodzie i chłodzie, a zawsze był wesół i drwił ze wszystkiego.

— Jaśnie wielmożny panie — mówił żartobliwie do takiego samego jak on ochotnika, szlachcica — pamiętaj pan o konieczności socjalnej sprawiedliwości!

— No dalej? — pytał, uśmiechając się, kolega.

— Bo to, widzicie, okrutnie dziś strzelałem do Moskala i pozostało mi tylko 15 naboi. Widzę, że macie sporo tych orzechów — podzielcie się w imię równości!

Kolega dał paczkę i rzekł:

— A jakbyście u bolszewików prosili? W imię czego?

Wesoły Władek natychmiast odparł:

— Tam byłoby prościej! Kolbą w łeb w imię komunizmu. Tobie nic, a mnie — wszystko! Zagarnąłbym pełną garścią!

Na takich żartach upływał ochotnikom czas pod Radzyminem, a podczas bojów, ciężkich i zażartych, synowie ziemian, wieśniaków i robotników niczym się pomiędzy sobą nie różnili.

Robotnik przebijał bagnetem Moskala, napadającego na ziemianina, szlachcic i przyszły dziedzic ratował życie synowi gospodarza wiejskiego, a z pola bitwy wynosił syna robotnika, partyjnego socjalisty. Nie było więc i nie mogło być różnicy, gdyż przed wszystkimi była jedna i ta sama wspólna mogiła.

Władek w jednej potyczce pod Radzyminem odznaczył się szczególnie. Natłukł bolszewików, a dwóch lekko rannych wziął do niewoli i do obozu przypędził.

— A toś się, chłopcze, napracował! — mówił do niego oficer, dowodzący całym oddziałem.

— Za naszą mękę, poniewierkę i krew, panie kapitanie! — odrzekł robociarz. — Pamiętam, jak mi ojciec to na pożegnanie powiedział. A przecież on — szczery socjalista, i jeżeli tak powiedział, znaczy to, że wielka była nasza męka. Niech więc zapłacę za nią Moskalom!

— Nie minie cię „Virtuti Militari”, już to moja sprawa! — rzekł, odchodząc, oficer.

W pół godziny później oddział rzucono do kontrataku. W pierwszym szeregu obok kapitana biegł z wesołą miną Władek Sosnowski.

— Niech żyje socjalizm! — dochodziły okrzyki z rosyjskich szeregów.

— Pokażę ja wam socjalizm! — odkrzyknął Władek.

Wtem bolszewicy dali salwę. Kapitan zatoczył się i upadł na lewy bok. Żołnierze, widząc to, zachwiali się i zaczęli się cofać.

Moskale biegli naprzód, aby porwać rannego oficera, który z trudem dźwignął się i wydobył rewolwer.

— Stój — rozległa się nagle głośna komenda.

Cofający zatrzymali się, a Władek Sosnowski znowu krzyknął:

— Naprzód! Nie oddamy dowódcy!

I pomknął ku bolszewikom. Dobiegł w porę do rannego, bo już okrążali go Moskale. Bagnetem i kolbą odpędził napastników, i wtedy właśnie nadbiegło jeszcze kilku chłopców z pułku. Zdawało się, że bitwa na nowo się rozpali. Bolszewicy pchnęli świeżą kompanię. Polacy po rozpaczliwej obronie zmuszeni byli jednak do odwrotu. Odchodzili, unosząc z sobą oficera i broniąc się przed ścigającymi ich wrogami. Lecz coraz to któryś z ochotników ubywał i z każdym niemal krokiem grupka ich stawała się mniejsza i szczuplejsza.

Upadło naraz dwóch, a ciężko ranny kapitan, dźwigany przez nich, runął na ziemię. Podbiegł do niego Władek Sosnowski, podniósł i, wziąwszy na plecy, ruszył, krzycząc:

— Zasłaniajcie kapitana, chłopcy!

Bolszewicy coraz gęściej strzelali, szerząc śmierć wśród Polaków. Ci zaś uszli jeszcze kilkaset kroków, aż rozległa się salwa. I zmiotło jak wichrem tę garstkę odważnych. Polegli wszyscy — pozostał tylko Władek Sosnowski.

Zatrzymał się zdumiony, gdyż jakoś dziwnie zaciążył mu na plecach ranny kapitan. Ostrożnie opuścił go na ziemię i zdążył jeszcze zauważyć, że oficer miał czaszkę strzaskaną, ale w tej chwili sam upadł piersią na pierś kapitana i pozostał sztywny, wyprężony jak struna.

Po chwili ciało Władka zaczęło się z lekka poruszać, jak gdyby płaszcząc się i wciskając w ziemię, którą ukochał więcej od socjalizmu, bo to była ziemia swoja — polska, ziemia ojców, ich krwią napojona i użyźniona męką aż do nadejścia wielkiej chwili odrodzenia.

1 August Bebel — założyciel i przywódca niemieckiej socjaldemokracji (1840–1913).

CZUWAJ!

Nic nie pomogło!

Ani czwarty rok studiów w starym uniwersytecie jagiellońskim, ani poważny nastrój rodziny profesorskiej, ani głęboka rozwaga samego Jana Surzyckiego.

„Uczony Jaś”, „profesor Jan” — jak go nazywali koledzy, niedługo namyślał się, gdy na odrodzoną Polskę rzucił się wróg, chcąc skorzystać z jej słabości i braku wewnętrznej organizacji.

— Nauki, przekonania, sympatie, przywiązanie — wszystko na bok! — mówił nieraz pełen rozwagi Jan do starych kolegów druhów. — Teraz cała racja w szabli i karabinie. Więc niech tymczasem poradzi sobie beze mnie i chemia rolnicza, i teoria irygacji, i selekcja, i botanika! Ja zaś, dostawszy urlop, sięgnę po szablę. Czuwaj! Czuwaj nad miłą, wypieszczoną marzeniami, odżywianą krwią dziadów naszych, Ojczyzną! Czuwaj! Bo jest jeszcze słaba, jeszcze nie nabrała rozpędu, jeszcze drogi jej życia kryje mgła niezbadana. Mówcie to wszędzie i zawsze, druhowie! Niech naród nie żałuje, niech nie szczędzi krwi młodzieży, dorosłych i starców, bo przeżywamy groźną godzinę, a jeżeli ma się skończyć klęską, to i tak nikt z nas żyć już nie zechce! Zmordowały nas te tragiczne oczekiwania, nadzieje, marzenia, krwawe, straszliwe ofiary, hańba poddaństwa najeźdźcom i rabusiom… Dalej w tym trwać nie możemy, nie chcemy! Lepiej śmierć!

— Co do mnie — ciągnął dalej — to wiecie co? Śmierć za kraj uważam za największe szczęście dla siebie… Gdyby tylko nie smutek, jaki sprawiłbym rodzicom…

 

Tak mówił Jan Surzycki, jeden z najstarszych harcerzy krakowskich, noszący w swym sercu hasła harcerstwa, te zdrowe, proste jak prawda pojęcia, a przez usta jego mówili przodkowie, skromni lecz szlachetni w swej wiernej służbie zgnębionej Ojczyźnie. Pradziad Józef Surzycki, oficer polski za czasów Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, i obrońca Modlina: dziad Tomasz, dowódca powstańców na Podlasiu w roku 1863, i nareszcie ojciec, profesor Stefan Surzycki, którego za panowania carskich zbirów więziła cytadela warszawska.

Krew to przemawiała, stara, dobra, szlachetna, gorąca a ofiarna krew polska.

Słowo stało się czynem.

Już w październiku 1918 roku Jan Surzycki działał jako ochotnik w lotnych oddziałach harcerskich przy 4 pułku piechoty legionów. W listopadzie był w komendzie pociągu pancernego „Śmiały” i odważnie walczył o zdobycie Przemyśla, zajętego przez powstańców ukraińskich. Został ranny, lecz natychmiast po wyleczeniu powrócił do drużyny i bił się przy odsieczy i obronie Lwowa.

„Gwiazda Przemyśla”, lwowskie „Orlęta” i „Krzyż Walecznych” zdobiły jego pierś, lecz te odznaczenia żądały od niego coraz to większych czynów.

Rozumiał Jan, że działać bagnetem lub szablą potrafi każdy, ale że brakuje inteligentniejszych żołnierzy do specjalnej broni. Przeniósł się więc do ciężkiej artylerii, z którą zaznajomił się szybko i dokładnie. Jego robotę bojową widziała Małopolska Wschodnia, a później odczuły na sobie hordy bolszewickie na Podolu.

Nastały czasy spokojniejsze i mury starej jagiellońskiej wszechnicy znowu ujrzały poważną, myślącą twarz akademika bohatera, mającego już szarżę oficerską. Znowu książki, laboratoria, nauka i myśli inne — o wolnej, pokojowej, dążącej do najwyższej cywilizacji Polsce…

Lecz przyszła nowa wojna.

Pięść teutońska, zdrada krzyżacka, uderzyła w starą ziemię Piastową, w perłę Polski — Górny Śląsk.

— Do broni, bracia! Nikt nas nie obroni, jeśli będziemy milczeć i czekać! — mknęło po wsiach i miastach pełne zapału hasło.

Jan Surzycki znowu chowa książki i czapkę akademicką i wdziewa stary, dymem prochu nieraz owiany uniform oficerski.

Znowu armaty, znowu obóz, koledzy 12 pułku artylerii polowej, pochód, pozycje, szybkie ostrzeliwanie wroga…

„Uczony Jan” dobrze kieruje swoimi działami, a one zioną na wrogów rykiem urwanym i śmiercią.

— Czuwaj! — myśli młody podporucznik. — To potop nowy na Rzeczpospolitą. Od niemieckiej granicy do starych Dzikich Pól i Smoleńska suną ku naszej ziemi krwawe potwory. Musimy bić tak, aby świadków naszych wcześniejszych klęsk nie było już. Aby nikt już nie śmiał marzyć o napadzie na świętą ziemię naszą. Każda kula, każdy pocisk, każde pchnięcie bagnetu powinno wylać wrażliwą krew, w sercu nieprzyjaciela wzbudzić lęk, Polsce sławy i spokoju przysporzyć!

Czuwał nad tym poważny młodzieniec, ale nie długo.

9 maja 1921 roku dostał rozkaz zajęcia ze swoją baterią pozycji we wsi Stare Koźle i współdziałania w uderzeniu na Kędzierzyn.

Bateria wyjechała na wyznaczony posterunek. Rozpoczął się atak na Kędzierzyn. Artyleria przygotowała go. Podporucznik, wierny swoim hasłom, obmyślił wszystko dobrze i rozpoczął bojową robotę. Po kilku strzałach wyszedł, aby skontrolować skuteczność ognia. Stał na wyniosłości gruntu, niewrażliwy na przelatujące szrapnele i kule karabinów maszynowych, które ze wszystkich stron szczękały sucho i groźnie.

Z radością spostrzegł skutki swojej roboty, przekonał się, że na ostrzeliwanym przez niego odcinku ogień nieprzyjacielski począł słabnąć. Już się odwrócił, aby odejść i dalej prowadzić atak, gdy nagle wybuchnął szrapnel niemiecki, i jeden z odłamków ugodził oficera. Padł bez jęku, bez ruchu, oddając ziemi, której bronił, ziemi prastarej, Piastowej, swą młodą, gorącą, wierną krew.

W chwili ostatniej życia doleciał go ryk jednego z dział jego baterii i w tym ryku rozróżnił potężne słowo, drogie od dzieciństwa hasło: „Czuwaj!”.

A z krwi młodzieńczej wyrosły trawy mocne i wonne, kwiaty ogniste i gorące, które nie dadzą zapomnieć śmiałego, uczciwego okrzyku harcerza i oficera, nad życie miłującego Ojczyznę:

— Czuwaj nad Polską! Czuwaj!…

To hasło z nabożeństwem powtarzać będą przyszłe pokolenia, gdy ujrzą wielką, potężną, sławną Polskę.

Wszystko przetrwa, wszystko wytrzyma ziemia męczenników i bohaterów! Nie masz siły większej i trwalszej nad siłę ofiarnego ducha!

— Czuwaj!