Śmierć urzędnika - zbiór opowiadańTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anton Czechow

Śmierć urzędnika - zbiór opowiadań

Tłumaczenie

J. Bissinger

Saga

Śmierć urzędnika - zbiór opowiadańTłumaczenie J. Bissinger

Tytuł oryginału

Смерть чиновникаW niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © , 2020 Anton Czechow i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726754568

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Śmierć urzędnika.

W piękny wieczór, nie mniej piękny egzekutor Jan Dymitrowicz Czerwiakow siedział w drugim rzędzie krzeseł i patrzał przez binokle na »Dzwony z Corneville.« Patrzał i myślał, że osięgnął szczyt szczęścia. Wtem... W powiastkach często bywa to »wtem.« Ale autorzy temu niewinni: w życiu jest przecież tyle niespodzianek! Więc, wtem twarz jego spochmurniała, zamrugał oczyma, wstrzymał oddech... odjął binokle od oczu, schylił się i... apcich!!! Kichnął, jak widzicie. Nikomu nigdzie nie bronią kichać. Kichają i chłopi i naczelnicy policyi, a czasem nawet tajni radzcy. Wszyscy kichają, Czerwiakow zmieszał się nieco, otarł nos chustką i, jak grzeczny człowiek, obejrzał się naokoło: czy też kichnięciem nie przestraszył kogo? Ale teraz dopiero zmieszał się na dobre. Spostrzegł, że staruszek, siedzący przed nim w pierwszym rzędzie krzeseł, wyciera starannie rękawiczką łysinę i kark i mruczy coś. W staruszku tym poznał Czerwiakow radzcę stanu, generała Brizżałowa, służącego w dyrekcy! dróg komunikacyjnych.

— Opryskałem go — pomyślał Czerwiakow — Wprawdzie to nie mój naczelnik, ale w każdym razie niedobrze. Trzeba go przeprosić!

Czerwiakow kaszlnął, nachylił się i szepnął generałowi do ucha:

— Przepraszam ekscelencyę... opryskałem, ale to przypadkiem..

— Nic nie szkodzi

— Przepraszam. Jak Boga kocham, nie chciałem.

— Ach! siedźże pan cicho i nie przeszkadzaj!

Czerwiakow zmieszał się, uśmiechnął się głupio i zaczął patrzeć na scenę. Patrzy, ale jest bardzo niespokojny. Kiedy spuszczono zasłonę, podszedł do Brizżałowa.

— Przepraszam ekscelencyę... Ja... tego... nie...

— Ach, dość tego... ja już zapomniałem, a pan ciągle jeszcze o tern mówi! — powiedział zniecierpliwiony generał.

»Zapomniał, a złość z oczu patrzy — pomyślał Czerwiakow, patrząc podejrzliwie na generała. — Nie chce nawet mówić. Trzeba mu powiedzieć, że ja nie chciałem... że to takie prawo natury, bo on gotów jeszcze pomyśleć, że chciałem na niego plunąć. Nie pomyśli tego teraz, to pomyśli tak potem.«

Wróciwszy do domu, opowiedział Czerwiakow o tem żonie, ale ona lekceważyła sobie ten wypadek; przestraszyła się tylko nieco, ale kiedy dowiedziała się, że Brizżałow »cudzy«, uspokoiła się.

— W każdym razie idź i przeproś — powiedziała. — Inaczej pomyśli, że nie znasz się na grzeczności i nie umiesz zachować się w towarzystwie.

— To, to, właśnie! Ja przepraszałem go, ale on jakiś dziwak... Nie powiedział ani jednego grzecznego słowa. Jakże było z nim mówić!

Na drugi dzień Czerwiaków ubrał się w nowy wice-mundur, ostrzygł się i poszedł do Brizżałowa... Kiedy wszedł do pokoju, w którym generał przyjmował, zobaczył wiele ludzi, którzy przyszli tu z rozmaitemi prośbami, a między nimi generała, który już zaczął słuchać prośb przybyłych. Generał rozmawiał z kilkoma, potem spojrzał na Czerwiakowa.

— Wczoraj w »Arkadyi«, jeżeli sobie ekscelencya przypomina... — począł egzekutor — kichnąłem i opryskałem... Prze...

— Co za głupstwo... Czyś pan zwaryował? — generał obrócił się do obok stojącego.

— Nie chce mówić! — pomyślał Czerwiakow i zbladł. — Widać, że zły... Nie, tego tak nie można zostawić... Muszę mu wytłómaczyć...

Kiedy generał skończył rozmawiać z ostatnim z proszących i chciał już odejść do dalszych pokoi, Czerwiakow postąpił za nim i zamruczał:

— Proszę ekscelencyi... Jeżeli ośmielam się niepokoić ekscelencyę... to z powodu tego, że czuję żal!... Ja nie umyślnie...

Generał wykrzywił twarz i machnął ręką.

— Kochany pan kpi! — powiedział, odchodząc i zamykając drzwi za sobą.

— Co tu za kpiny? — pomyślał Czerwiakow. — To przecież nie są kpiny! Jest generałem, a nie rozumie tego. Kiedy tak, to nie będę już przepraszał tego fanfarona. Żeby go dyabli wzięli! Nie pójdę już do niego, — napiszę list.

Tak myślał Czerwiakow, idąc do domu. Listu do generała nie napisał. Myślał, myślał i listu nie wymyślił. Na drugi dzień poszedł sam.

— Wczoraj byłem tutaj — mruczał, kiedy generał popatrzył na niego — nie po to, aby kpić, jak to ekscelencya powiedział. Ja przyszedłem przeprosić ekscelencyę za to, że kichając, opryskałem... ale wcale nie kpiłem, nie ośmieliłbym się kpić. Bo i cóżby to było, gdyby...

— Precz! — krzyknął generał, siny ze złości.

— Co—o? — zapytał szeptem Czerwiakow, zdumiały ze strachu.

— Precz stąd! — powtórzył generał i tupnął nogą.

Wtedy w życiu Czerwiakowa urwało się coś. Nie widząc niczego i nic nie słysząc, cofnął się ku drzwiom, wyszedł na ulicę i powlókł się... Przyszedłszy machinalnie do do domu, nie zdejmując wice-munduru położył się na sofie i... umarł.

_____________

Żart.

Jasne, zimne południe... Ostry mróz trzeszczy, a włosy i puszek nad wierzchnią wargą Nadienki, która trzyma mnie pod rękę, pokrywają się srebrnym szronem.

Stoimy na wysokiej górze. Od naszych nóg do samej ziemi ciągnie się spadzista płaszczyzna, w której słońce przegląda się jak w zwierciadle. Obok nas stoją maleńkie sanki wybite jasnoczerwonem suknem.

— Zjedźmy na dół, Nadieżda Petrowna — błagam ją. — Tylko raz. Zapewniam panią, że nic się nam nie stanie.

Ale Nadieńka boi się. Cala przestrzeń od jej malutkich kaloszy, aż do końca lodowej góry, wydaje się jej straszną, niezmiernie głęboką przepaścią. Zamiera jej oddech na ustach, kiedy popatrzy na dół, kiedy ją proszę, aby wsiadła do sanek; co będzie, jeżeli odważy się i poleci w przepaść! Umrze, zwaryuje...

— Błagam panią! — mówię do niej. — Niema się czego bać! Przecież to brak odwagi, tchórzostwo!

Nadieńka nakoniec ustępuje, a ja widzę z jej twarzy, że ustępuje z obawą o życie. Sadzam ją do sanek, bladą, drżącą, obejmuję ręką i razem z nią puszczam się w przepaść.

Sanki lecą jak kula. Przecinane powietrze bije w twarz, wyje, świszczy w uszach, rwie, trochę szczypie ze złości, chce zerwać głowę z karku. Z powodu naporu powietrza nie można oddychać. Zdaje się, że sam dyabeł objął nas łapami i z wyciem wlecze nas do piekła. Otaczające przedmioty zlewają się w jedną, długą, szybko biegnącą wstęgę... jeszcze chwila i zdaje się — żeśmy zgubieni.

— Kocham cię Nadiu! — mówię półgłosem.

Sanki zaczynają posuwać się coraz powolej, wycie wiatru i zgrzyt sanek nie są już tak straszne, oddech przestaje zamierać i jesteśmy nakoniec na dole. Nadieńka ni żywa, ni martwa. Blada, ledwo oddycha... Ja pomagam jej wstać.

— Za nic drugi raz nie pojadę — mówi, patrząc na mnie wielkiemi i pełnemi strachu oczyma. — Za nic w świecie! Mało co nie umarłam!

Po chwili przychodzi do siebie i pytająco zagląda mi w oczy: czy ja powiedziałem te trzy słowa, czy usłyszała je tylko w szumie wiatru? A ja stoję koło niej, palę papierosa i z uwagą oglądam swoją rękawiczkę.

Ona bierze mnie pod rękę i długo przechadzamy się koło góry. Zagadka, widać, nie daje jej spokoju. Czy słowa te były powiedziane, czy nie? Tak, czy nie? To pytanie samolubstwa, czci, życia, szczęścia, pytanie bardzo ważne, najważniejsze na świecie. Nadieńka przenikliwym wzrokiem zagląda mi w twarz, niecierpliwie, smutno, odpowiada bez sensu, czeka czy nie przemówię. Co za gra na tej ładnej twarzy, co za gra! Widzę, że walczy z sobą, chciałaby coś powiedzieć, o coś zapytać, ale nie może znaleźć słów, jakoś jej nie idzie, boi się, przeszkadza jej radość...

— Wie pan co? — mówi, nie patrząc na mnie.

— Co? — pytam jej.

— Chodźmy jeszcze raz... posankujemy się.

Idziemy po schodach na górę. Znowu sadzam do sanek bladą, drżącą Nadieńkę, znowu lecimy w straszną przepaść, znowu wyje wiatr i skrzypią sanki i znowu, kiedy sanki pędzą najszybciej, mówię półgłosem:

— Kocham cię, Nadieńko!

Kiedy sanki stanęły, Nadieńka, obrzuca wzrokiem górę, po której co tylko stoczyliśmy się, potem długo wpatruje się w moją twarz, wsłuchuje się w mój obojętny głos i cała, cała, nawet jej mufek i trzewik, cała jej figura wyraża straszną niepewność.

— Co to takiego? Kto powiedział te słowa? Czy on, czy też mnie się przysłyszało?

Ta nieświadomość niepokoi ją i wyprowadza z cierpliwości. Biedna dziewczyna nie odpowiada, jeżeli ją o co pytam, chmurzy się, omal że nie płacze.

— Może pójdziemy już do domu? — pytam jej.

— A mnie... mnie podoba się taka jazda, — mówi czerwieniąc się. — Możebyśmy się przejechali raz jeszcze?

Jej »podoba się« taka jazda, a tymczasem, jak i przedtem, siadając do sanek, jest blada, ledwie oddycha ze strachu, drży.

Zjeżdżamy trzeci raz i widzę, jak patrzy mi w twarz i na usta. Ale ja przykładam do ust chustkę, kaszlę i kiedy dojeżdżamy do połowy drogi, mówię:

 

— Kocham cię, Nadiu!

I zagadka została zagadką. Nadieńka milczy i myśli o czemś... Odprowadzam ją ze ślizgawki do domu, ona się stara iść powoli, opóźnia kroki i czeka, czy też jej nie powiem tych słów. I widzę, jak ona martwi się i sili, ażeby nie powiedzieć:

— Tego nie mógł powiedzieć wiatr! I ja nie chcę, aby to mówił wiatr!

Na drugi dzień rano dostaję kartkę: »Jeśli pan pójdzie dziś na ślizgawkę, to proszę przyjść po mnie. N.« I od tego czasu chodzę codziennie z Nadieńką na ślizgawkę i, zlatując nadół na sankach, wymawiam zawsze półgłosem jedne i te same słowa:

— Kocham cię, Nadiu!

Wkrótce Nadieńka przyzwyczaiła się do tych słów, jak do wina lub morfiny. Nie może bez nich żyć. Prawda, że sankuje się po dawnemu ze strachem, ale teraz już strach i niebezpieczeństwo dodają osobliwego czaru słowom miłości, słowom, które po dawnemu są zagadką i dręczą duszę... Ona nie wie, kto przyznaje się do miłości ku niej, ale widocznie, jest jej wszystko jedno; wszystko jedno, z jakiego pije się kieliszka — byle się upić.

Raz w południe poszedłem sam na ślizgawkę; skoro wmieszałem się w tłum, patrzę i widzę, jak Nadieńka podchodzi ku górze i szuka mnie oczyma... Potem idzie bojaźliwie na górę po schodach... Strach jechać samej, oj i jak strach! Blada, jak śnieg, drży, idzie jakby na ścięcie, ale idzie, idzie nie oglądając się, zdecydowana na wszystko. Postanowiła, widać, nakoniec spróbować, czy usłyszy te dziwnie słodkie słowa, kiedy mnie przy niej niema? Widzę, jak blada z ustami otwartemi ze strachu, siada do sanek, zamyka oczy i rusza z miejsca, pożegnawszy się na zawsze z ziemią... »Żżżż«... skrzypią sanki. Nie wiem, czy Nadieńka słyszy te słowa... Widzę tylko, jak wysiadła z sanek, bez sił, słaba. Z twarzy jej widać, że sama nie wie, czy słyszała co, czy też nie. Kiedy zjeżdżała na dół, strach odjął jej możność słyszenia, rozróżniania dźwięków, rozumienia...

Nastaje wiosenny miesiąc marzec... Słońce grzeje silniej. Nasza lodowa góra ciemnieje, traci swój połysk i taje nakoniec. My przestajemy ślizgać się. Biedna Nadieńka nie usłyszy już tych słów, bo nikt ich nie mówi, tak jak nie słychać wiatru, a ja jadę do Petersburga — na długo, może na zawsze.

Raz, ze dwa dni przed odjazdem, siedzę o zmroku w sadzie; sad ten odgrodzony od domu, w którym mieszka Nadieńka, wysokim parkanem z gwoździami... Jest jeszcze dość chłodno, pod nawozem leży jeszcze śnieg, drzewa jeszcze martwe, ale czuć już wiosnę w powietrzu i głośno kraczą gawrony, układając się na nocleg. Podchodzę do parkanu i długo patrzę przez szparę. Widzę, jak Nadieńka wychodzi na schody przed domem i zwraca smutne, tęskne oczy ku niebu... Wiosenny wiatr wieje jej prosto w białą, smutną twarz... On przypomina jej ten, który wył wtedy na górze, kiedy słyszała te słowa i twarz jej posępnieje, a po policzku cieknie łza... I biedna dziewczyna wyciąga obie ręce, jak gdyby prosiła, aby jej ten wiatr przyniósł jeszcze raz te słowa. Doczekawszy się wiatru, mówię półgłosem:

— Kocham cię, Nadiu!

Mój Boże, co się stało z Nadieńką! Krzyknęła, uśmiecha się i wyciąga przed siebie ręce, ucieszona, szczęśliwa, taka ładna.

A ja idę pakować się.

Było to już bardzo dawno. Teraz Nadieńka jest już zamężna, wydali ją, czy też wyszła sama — to wszystko jedno, za sekretarza rady powiatowej i ma już troje dzieci. To, jak chodziliśmy razem na ślizgawkę i jak wiatr donosił do jej uszu słowa: »Kocham cię, Nadieńko«, nie poszło w zapomnienie; to jej najszczęśliwsze, najbardziej wzruszające i najpiękniejsze wspomnienie...

A ja teraz, kiedy jestem starszy, nie wiem już, dlaczego mówiłem te słowa, dlaczego żartowałem.

_____________

Order.

Nauczyciel wojskowego progimnazyum, kolegialny registrator, Lew Pustiakow, mieszkał razem ze swoim przyjacielem, porucznikiem Łedencowem. Do niego też zwrócił się rano na nowy rok.

— Wiesz co, Grzesiu — powiedział do porucznika, po zwyczajnem pozdrowieniu noworocznem. — Nie niepokoiłbym ciebie, gdyby nie konieczna potrzeba. Pożycz mi kochasiu na dzisiaj twojego Stanisława. Dzisiaj, widzisz, jestem zaproszony do kupca Spiczkina. A ty znasz tego podlca Spiczkina: lubi okropnie ordery i ledwo, że nie za ostatnich ma tych, u których nie wisi coś na szyi albo na pętlicy... Ty mnie rozumiesz, mój kochany.. Daj, bądź łaskaw!

Wszystko to powiedział Pustiakow, jąkając się, czerwieniejąc i oglądając się na drzwi. Porucznik drażnił się z nim, ale zgodził się.

O drugiej godzinie po południu jechał Pustiakow dorożką do Spiczkinów i rozpiąwszy troszeczkę futro patrzył na swoją pierś. Na piersi błyszczał złotem i świecił emałią cudzy Stanisław.

— Jakto, czujesz zaraz dla siebie większy szacunek! — myślał nauczyciel krząkając. — Maleńki figiel, pięć rubli, więcej nie wart, a jakie sprawia wrażenie!

Zajechawszy przed dom Spiczkina, rozpiął futro i powoli płacił dorożkarzowi. Dorożkarz, jak mu się zdawało, zobaczywszy jego guziki i Stanisława, skamieniał. Pustiakow kaszlnął naumyślnie i wszedł do domu. Zdejmując futro w przedpokoju, zaglądnął do pokoju. Tam, za długim stołem siedziało już piętnaście osób i jadło obiad. Słychać było rozmowę i brzękanie naczyń.

— Kto tam dzwoni? — dał się słyszeć głos gospodarza. — Ba, Lew Mikołajewicz! Prosimy bardzo. Trochę się pan spóźnił, ale to nie szkodzi...

Pustiakow wysunął naprzód pierś, podniósł głowę i zacierając ręce, wszedł do pokoju. Ale tu zobaczył coś okropnego. Za stołem koło Zini siedział jego kolega służbowy, nauczyciel języka francuskiego Trambleau. Pokazać francuzowi order — znaczyło: wywołać masę bardzo nieprzyjemnych pytań, znaczyło okryć się hańbą na wieki, zniesławić się... Najpierw przyszło Pustiakowi na myśl, zerwać order, albo uciec; ale order był mocno przyszyty, a wyjść także nie było już można. Przykrywszy wiec szybko prawą ręką order, zgarbił się, ukłonił się niezręcznie wszystkim i nie podając nikomu ręki, ciężko usiadł na wolne krzesło i to do tego naprzeciw kolegi Francuza.

— Musi być pijany! — pomyślał Spiczkin, spostrzegłszy jego zmięszanie.

Przed Pustiakowem postawiono talerz zupy. On wziął lewą ręką łyżkę, ale przypomniał sobie, że nie wypada jeść lewą ręką w dobrze wychowanem towarzystwie, powiedział, że jadł już obiad i że jeść mu się nie chce.

— Ja już jadłem... merci... — zamruczał. — Byłem z wizytą u stryja, protopopa Jelejewa, on prosił mnie... tego... żebym zjadł z nim obiad.

Dusza Pustiakowa napełniła się trapiącą tęsknotą i stogiem zmartwieniem: zupa wydawała smaczny zapach, a od jesiotrowiny szła niezwykle apetytna para. Nauczyciel próbował uwolnić prawą rękę i przykuć order lewą, ale to okazało się niewygodnem.

— Spostrzegą... A ręka będzie wyciągnięta przez całą pierś, jak gdybym chciał śpiewać. Boże, żeby przynajmniej ten obiad skończył się szybko! Zjem już obiad w traktyerni!

Po trzeciem daniu popatrzył bojaźliwie jednem okiem na Francuza. Trambliau, czegoś bardzo zmięszany patrzył na niego i także nic nie jadł. Popatrzywszy na siebie, obaj zmięszali się jeszcze bardziej i spuścili oczy na próżne talerze.

— Spostrzegł podlec! — pomyślał Pustiakow. — Widać mu z mordy, że spostrzegł! A to łajdak, warchoł! Jutro zaraz doniesie dyrektorowi!

Gospodarze i goście spożyli już czwarte danie i piąte...

Podniósł się jakiś wysoki pan z szerokiemi włosiastemi nozdrzami, z garbatym nosem i z oczami z natury przymrużonemi. Pogłaskał się po głowie i wygłosił:

— E-e-e wno... wno... wnoszę, by e-wypić za zdrowie siedzących tu pań.

Jedzący obiad podnieśli się z hałasem i wzięli do ręki kieliszki. Gromkie »hura« rozległo się w całym pokoju. Panie uśmiechnięte trącały się szklankami. Pustiakow wstał i wziął kieliszek do lewej ręki.

— Lwie Mikołajowiczu, niech pan będzie łaskaw podać ten kieliszek Naści Tymotejewnej! — zwrócił się do niego jakiś mężczyzna, podając kieliszek. — Przypilnuj ją pan, żeby wypiła!

Teraz Pustiakow, ku wielkiemu przerażeniu, musiał użyć i prawej ręki. Stanisław na pomiętej, czerwonej wstążeczce zobaczył nakoniec świat i zabłyszczał. Nauczyciel pobladł, spuścił głowę i bojaźliwie popatrzył w stronę Francuza. Ten patrzył na niego zdziwionemi, pytąjącemi oczyma. Twarz jego uśmiechnęła się chytrze i znikło z niej zmieszanie...

— Juliuszu Augustowiczu! — zwrócił się do Francuza gospodarz. — Pan będziesz łaskaw podać flaszkę, komu należy.

Trambliau wyciągnął chwiejnie rękę po butelkę i... co za szczęście! Pustiakow zobaczył na jego piersi order. A nie był to Stanisław, ale cała Anna! Pustiakow zaśmiał się z zadowolenia, siadł na krzesło i rozparł się.. Teraz już nie było potrzeba okrywać Stanisława. Obaj zawinili jednakowo i nikt nie ma o czem donosić, ani zniesławiać...

— A—a—a... hm! — mruknął Spiczkin, zobaczywszy order na piersi nauczyciela.

— Tak! — powiedział Pustiakow. — Dziwna rzecz, Juliuszu Augustowiczu! Tak mało było u nas przed świętami przedstawień! Ile u nas ludzi, a dostali tylko: pan i ja! Dziwna rzecz!

Trambliau pokiwał wesoło głową i wystawił naprzód lewą stronę wyłogi, na której wisiała Anna 3-ciej klasy.

Po obicdzie chodził Pustiakow po wszystkich pokojach i pokazywał pannom order. Chociaż głód mu dokuczał, było mu na duszy lekko.

»Gdybym był wiedział — myślał, spoglądając zawistnie na Trambliaua, rozmawiającego ze Spiczkinem o orderach, — przyczepiłbym sobie Włodzimierza. Ech! nie domyśliłem sie!«

Męczyła go tylko ta jedna myśl. Zresztą był zupełnie szczęśliwy.

_____________

Dzisło sztuki.

Sasza Smirnow, jedyny syn swej matki, trzymając pod pachą jakiś przedmiot zawinięty w 223-ci numer »Gazety giełdowej«, skrzywił się i wszedł do gabinetu doktora Koszelkowa.

— A, kochany kawalerze! — przywitał go doktor. — No, jak się mamy? Cóż takiego kawaler powie?

Sasza przymrużył oczy, przyłożył rękę na serce i powiedział wzburzonym głosem:

— Mama kazała kłaniać się panu, Janie Mikołajewiczu, i podziękować... Ja jestem jedynak, a pan uratował mi życie... wyleczył mnie z niebezpiecznej choroby i... my oboje nie wiemy, jak panu za to dziękować.

— Dość, kawalerze! — przerwa! doktor, rosnąc z zadowolenia. — Zrobiłem tylko to, co zrobiłby każdy inny na mojem miejscu.

— Ja jedynak... My biedni ludzie, więc, naprawdę, nie możemy wynagrodzić panu trudu i... my bardzo dobrze wiemy, że pan, chociaż, nakoniec, mama i ja... jedynak, prosimy bardzo, aby pan przyjął w dowód naszej wdzięczności... o tę rzecz, która... To bardzo droga rzecz, stary bronz... rzadkie dzieło sztuki.

— Ależ, nie potrzeba!— zachmurzył się doktor. — I pocóż to?

— Niech pan nie odmawia — mruczał dalej Sasza, rozwijając zawiniątko. — Odmową obrazi pan i mnie mamę... To bardzo ładna rzecz... stary bronz... Dostaliśmy go po nieboszczyku tacie i chowaliśmy go jako drogą pamiątkę... Mój tata kupował stare bronzy i sprzedawał je miłośnikom... Teraz zajmujemy się temsamem z mamą...

Sasza rozwinął pakunek i postawił uroczyście na stole. Był to nie wysoki świecznik ze starego bronzu, artystycznie wykonany. Wyobrażał grupę: na piedestale stały dwie żeńskie figury w kostiumach Ewy, w pozach, do których opisania brak mi śmiałości i stosownego temperamentu. Figury te uśmiechały się i w ogóle miały taki wygląd, że, zdaje się, gdyby nie obowiązek podtrzymywania świecznika, zeskoczyłyby z piedestału i narobiłyby w pokoju takich awantur, jakich czytelnik nie może sobie nawet wyobrazić.

Doktor popatrzył na podarunek, pogładził włosy za uchem, krząknął i utarł nosa.

— Tak, rzeczywiście, bardzo ładna rzecz — mruknął — ale... jakby to powiedzieć, nie tego... zupełnie nieliterackie... To już nie decolté, ale dyabeł wie co...

— A to dlaczego?

— Sam wąż-kusiciel nie wymyśliłby nic bardziej sprosnego... Przecież postawić na stole taką fantazmogoryą, to znaczy zarazić całe mieszkanie!

— Panie doktorze, jak dziwnie zapatruje się pan na sztukę! — obraził się Sasza. — Przecież to artystyczna rzecz, niech pan tylko zobaczy! Ile tu piękna i doskonałości, co napełnia duszę przyjemnem uczuciem i sprawia, że do oczu cisną się łzy! Patrząc na tak piękną rzecz, zapomina się o wszystkiem, co ziemskie... Niech pan patrzy ile ruchu, ile powietrza, ekspresyi!

— Ja to wszystko pojmuję, rnój kochany przerwał doktor, — ale przecież mam rodzinę, u mnie biegają tu dzieci, bywają kobiety.

— Jeżeli patrzymy z punktu widzenia tłumu, — powiedział Sasza, — to rzeczywiście, ta tak artystyczna rzecz przedstawia się w innem świetle... Ale, panie doktorze, niech pan będzie wyższy nad tłum, tem bardziej, że odmową zmartwi pan bardzo i mnie i mamę. Ja jedynak... a pan uratował mi życie... Dajemy panu najdroższą dla nas rzecz, a... a żałuję tylko, że nie mamy pary do tego świecznika...

 

— Bogu dzięki, kochasiu, dziękuję bardzo... Proszę się kłaniać mamie, ale, jak Boga kocham, sam pan pomyśl, u mnie biegają tu dzieci, bywają kobiety... No ostatecznie niech zostanie. Przecież panu nie wytłómaczę.

— Nie ma nawet co tłómaczyć, — ucieszył się Sasza. — Ten świecznik postawi pan tu, ot, około wazy. Jaka szkoda, że nie ma pary! Jaka szkoda! Ale pan przebaczy.

Po wyjściu Saszy, doktor długo patrzył na świecznik, drapał się za uchem i rozmyślał.

»Wspaniała rzecz, nie ma co mówić, — myślał, — i żal wyrzucić ją... Ale nie można zostawić w domu... Hm!... Co robić?! Komuby go dać?«

Po długim namyśle przypomniał sobie, że był dłużnikiem swego dobrego przyjaciela, adwokata Uchowa, który mu prowadził proces.

— Doskonale, — zadecydował doktor. — On, jako przyjaciel, nie zechce wziąść odemnie pieniędzy, więc najstosowniej będzie, jeżeli mu zrobię prezent. Zaniosę mu te dyablice! zwłaszcza, że on nie żonaty i lekkomyślny...

Nie odkładając na później, doktor ubrał się, wziął świecznik i pojechał do Uchowa.

— Jak się masz przyjacielu! — powiedział, zastawszy adwokata w domu. — Ja do ciebie... przyszedłem podziękować ci, mój kochany, za twoją pracę... Nie chcesz brać pieniędzy, to weźże to... ot, mój kochany... Wspaniała rzecz!

Adwokat, zobaczywszy podarek, wpadł w nieopisany zachwyt.

— Ot, to rzecz! — zaśmiał się. — A niech go dyabli wezmą... czego to dyabły nie wymyślą! Śliczne! Zachwycające! Gdzieś ty dostał to arcydzieło?

Wywnętrzywszy swój zachwyt, adwokat popatrzył z przestrachem na drzwi i powiedział:

— Nie mogę jednak przyjąć tego podarunku.

— Dlaczego?— przestraszył się doktor.

— A dlatego... U mnie bywa tu matka, klienci... a i wobec służby...

— Nie... nie... nie... Nie możesz odmówić — machał rękami doktor. —To byłoby głupstwem z twojej strony! To artystyczna rzecz... ile tu piękna... ekspresyi... Ani nie mówię ci więcej! Obrazisz mnie!

— Żeby choć było zamazane, albo żeby choć był przyczepiony figowy listek...

Ale doktor jeszcze bardziej machnął rękami, wyskoczył z pomieszkania Uchowa i zadowolony, że potrafił pozbyć się podarunku, pojechał do domu.

Po jego odejściu adwokat obejrzał świecznik, poszturkał go ze wszystkich stron palcami i, podobnie jak doktor, długo łamał sobie głowę nad pytaniem: co zrobić z podarunkiem?

»Wspaniała rzecz — osądził. — Żal rzucić, a niemożliwe trzymać w domu. Najlepiej — podarować komu. Prawda! Zaniosę ten świecznik dziś wieczór komikowi Szaszkinowi. Kanalia, lubi podobne rzeczy, a właśnie dzisiaj jest jego benefis...«

Jak powiedział, tak zrobił. Wieczorem świecznik starannie zawinięty, został zaniesiony do komika Saszkina. Cały wieczór brali szturmem garderobę komika mężczyźni, przychodzący podziwiać podarunek; cały czas panował w garderobie szmer zachwytu i śmiech, podobny do rżenia koni. Jeżeli która z aktorek podchodziła pod drzwi i pytała: »Czy można wejść?« — słychać było chrapliwy głos komika:

— Nie, nie, mamusiu! Nie jestem ubrany!

Po przedstawieniu komik wzruszył ramionami, rozkładał ręce i mówił:

— Gdzież ja to podzieję? Przecież mieszkam we wspólnem pomieszkaniu! U mnie bywają artystki! To nie fotografia, tego nie schowasz do szuflady!

— A niech pan sprzeda — poradził perukarz, który komika rozbierał. — Tu na przedmieściu mieszka staruszka, która kupuje stare bronzy... Niech pan pojedzie i zapyta o Smirnowę... Tam zna ją każdy.

Komik posłuchał. W dwa dni potem doktor Koszelkow siedział u siebie w gabinecie i przyłożywszy palec do głowy myślał o żółciowych kwasach. Nagle otworzyły się drzwi i do gabinetu wleciał Sasza Smirnow, uśmiechnięty, a cała jego postać dyszała szczęściem. W rękach trzymał jakiś przedmiot owinięty w gazętę.

— Panie doktorze! zaczął zdyszany. — Niech sobie pan wyobrazi moją uciechę! Udało się nam na szczęście znaleźć parę do pańskiego świecznika!.. Mama taka szczęśliwa. Ja jestem jedynak... a pan uratował mi życie...

I drżąc z uczucia wdzięczności, postawił Sasza przed doktorem świecznik. Doktor roztworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale nie powiedział nic: odjęło mu język ...

_____________

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?