Naga narzeczona - zbiór opowiadańTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anton Czechow

Naga narzeczona - zbiór opowiadań

(ROMANS Z KONTRABASEM)

Saga

Naga narzeczona - zbiór opowiadań Роман с контрабасомW niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © , 2020 Anton Czechow i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726754599

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

NAGA NARZECZONA.

Muzyk Smyczkow szedł z miasta w kierunku letniska, do willi księcia Bibułowa, gdzie z okazji zaręczyn miał być wieczór z muzyką i z tańcami. Na plecach muzyka spoczywał olbrzymi kontrabas w skórzanym futerale. Smyczkow szedł brzegiem rzeki, której wody nie płynęły bynajmniej groźnym potokiem, lecz raczej cicho i poetycko szemrały.

— Czyby się nie wykąpać? — pomyślał muzyk. I niedługo się namyślając zrzucił ubranie i pogrążył swe ciało w chłodnych falach żywiołu. Wieczór był wspaniały. Poetycka dusza Smyczkowa stopiła się w jedno z pięknem i harmonją otoczenia. Lecz jakie słodkie uczucie go ogarnęło, gdy odpłynąwszy ze sto kroków od miejsca swej kąpieli, ujrzał śliczną dziewczynę, spoczywającą na urwistym brzegu i zajętą łowieniem ryb. Smyczkow powstrzymał oddech i zamarł pod napływem najróżnorodniejszych uczuć: wspomnienia dawnej przeszłości, tęsknota za minionem, nagle obudzona miłość.... Mój Boże, a jemu się zdawało, że nie jest już w stanie pokochać: po tem, kiedy stracił wiarę w ludzkość (gorąco przezeń kochana żona uciekła z jego przyjacielem, flecistą Sobakinym) poczuł pustkę i stał się mizantropem. „Czem jest życie?“ niejednokrotnie pytał samego siebie. „Poco żyjemy? Życie to mit, marzenie sen“. Lecz stojąc przed śpiącą pięknością (nie trudno było spostrzec, iż śpi) nagle, wbrew woli, muzyk poczuł w piersiach coś, co było bardzo podobne do miłości. I długo stal przed nią, pożerając ją oczyma.... „Niestety, już czas na mnie“ pomyślał, głęboko westchnąwszy —„żegnaj, cudowne zjawisko! Czas już iść na bal do jego ekscelencji...“

Spojrzawszy jeszcze raz na piękną dziewczynę, Smyczkow chciał już płynąć z powrotem, lecz w tej samej chwili w głowie powstał mu pewien plan.

— Zostawię jej jakiś upominek—postanowił— przyczepię jej do wędki kwiaty. Będzie to dar od tajemniczego nieznajomego.

Smyczkow dopłynął do brzegu, zebrał wielki bukiet z kwiatów polnych i lilij wodnych, związał kwiaty trzciną, przyczepił je do wędki. Bukiet poszedł na dno, pociągając za sobą malowany korek pływaka. Rozsądek, prawo natury i społeczne stanowisko naszego bohatera wymagają, ażeby w tem miejscu zakończyła się nasza opowieść, lecz—niestety — los autora jest nieubłagany: z powodów zupełnie niezależnych od autora, romans nie zakończył się bukietem. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew naturze rzeczy, biednemu, skromnemu kontrabasiście sądzonem było odegrać ważną rolę w życiu pięknej i bogatej arystokratki.

Dopłynąwszy z powrotem do brzegu, Smyczkow osłupiał; ubranie jego znikło. Ubranie zostało skradzione... Nieznani sprawcy, skorzystawszy z kontemplacji Smyczkowa, ściągnęli mu wszystko, prócz kontrabasu i cylindra.

— Przekleństwo! — wyrwał się okrzyk Smyczkowowi — O, jakże podstępni są ludzie! Nietylko oburza mię kradzież ubrania (odzież jest znikomym prochem), ile myśl, że zmuszony będę przejść się na nagusa i w ten sposób obrażę moralność publiczną. Smyczkow usiadł na futerale od kontrabasu i zaczął szukać wyjścia z tej przykrej sytuacji.

— Przecież nie mogę przyjść nago do księcia Bibułowa! — rozmyślał nieszczęśliwiec. — Tam będą damy! I w dodatku złodzieje wraz ze spodniami ukradli mi kalafonję!

Muzyk rozmyślał długo i męcząco, aż do bólu głowy.

— „Ba! — przypomniał sobie wreszcie — Tutaj w pobliżu znajduje się mostek... Przesiedzę pod mostkiem, dopóki się nie ściemni, a wieczorem korzystając z ciemności, dostanę się do pierwszej z brzegu izby...“

Powziąwszy tę myśl, Smyczków włożył cylinder, zarzucił kotrabas na plecy i powlókł się w krzaki. Nagi, z instrumentem na plecach, przypominał on jakiegoś mitycznego półboga starożytności.

Teraz, czytelniku, podczas gdy mój bohater siedzi pod mostem i oddaje się smutnym rozmyślaniom, pozostawmy go sobie na czas pewien, i skierujmy swe kroki ku dziewicy, łowiącej ryby. Co się z nią stało? Ślicznotka obudziła się i nie spostrzegając pływaka na wodzie, prędko pociągnęła za wędkę. Napróżno! Widocznie, bukiet Smyczkowa rozmiękł w wodzie, napęczniał i stal się tak ciężki, że nie sposób go było wydobyć.

„Albo złapała się jakaś wielka ryba — pomyślała dziewczyna — albo haczyk zaczepił się o coś.“ Pociągnąwszy jeszcze parę razy bez skutku, dziewczyna zadecydowała, że zaczepił się widocznie haczyk.

„Ach jakie to nieprzyjemne; — A wieczorem tak dobrze chwyta! Cóż robić“—I niewiele myśląc śmiała dziewczyna zrzuciła z siebie eteryczne szaty i zanurzyła swe piękne ciało, aż do marmurowych ramion, we fale. Nie łatwo było odczepić haczyk od bukietu, lecz praca i cierpliwość wzięły górę. Po upływie jakiegoś kwadransa, ślicznotka błyszcząca i szczęśliwa wyszła z wody, trzymając w ręku haczyk. Lecz zły los czyhał na nią. Łotrzykowie, którzy skradli ubranie Smyczkowa, uprzątnęli również i jej suknię, pozostawiając tylko słoik z robakami. „Co czynić? Czy mam tak pójść? Nie nigdy! Raczej śmierć! Poczekam, aż się ściemni, a wtedy pod osłoną zmroku pójdę do ciotki Agaty i poślę ją do domu po suknię... A tymczasem pójdę i schowam się pod mostek.“

Bohaterka nasza, szukając miejsc zarosłych wysoką trawą i zginając się we dwoje, dobiegła do mostku. Wszedłszy jednak pod mostek, zauważyła tam nagiego człowieka z poetycką grzywą i włochatą piersią, krzyknęła i straciła przytomność. Smyczkow również przestraszył się nie na żarty, z początku wziął nawet dziewczynę za najadę.

„Czy to czasem nie jest syrena rzeczna, która tu przyszła mnie uwieść“—pomyślał Smyczkow i to przypuszczenie pochlebiło mu, gdyż był zawsze dobrego zdania o swej powierzchowności. — Jak wytłumaczyć to dziwaczne zdarzenie? Jakim cudem znalazła się tu pod mostem? I co się z nią stało?

Zanim Smyczkow rozstrzygnął tę kwestję, ślicznotka wróciła do przytomności. — Nie zabijaj mię pan! — wyszeptała, — jestem księżniczką Bibułową. Błagam pana! Dadzą panu dużo pieniędzy! Odczepiałam właśnie haczyk w wodzie, a tymczasem jacyś złodzieje skradli mi moją nową suknię, obuwie i wszystko!

— Pani! — rzekł Smyczkow błagalnym głosem. — I mnie również skradziono me ubranie. Przytem wraz ze spodniami skradziono mi znajdującą się w nich kalafonję.

Wszyscy grający na kontrabasach i puzonach, są zwykle niepomysłowi; Smyczkow zaś był przyjemnym wyjątkiem.

— Pani! — rzekł po chwili. — Panią, jak widzę, krępuje mój wygląd. Lecz niech się pani zgodzi z tem, że ja nie mogę stąd odejść z tych samych względów, co i pani. Ale wpadłem na pomysł: czyby pani nie zechciała schować się tymczasem w futerale mego kontrabasu. To mnie zasłoni przed panią.

To powiedziawszy, Smyczkow wyciągnął kontrabas z futerału. Przez chwilę zdawało mu się, że odstępując futerał, profanuje świętą sztukę, lecz wahanie to było krótkotrwałe. Piękna dziewczyna ułożyła się w futerale i zwinęła się w kłębek, a Smyczków zamknąwszy go, ściągnął na nim rzemienne paski i powinszował sobie, że przyroda obdarzyła go takim rozumem.

— Teraz, chwalić Boga, jestem dla pani niewidzialny — rzekł Smyczkow. — Proszę sobie spokojnie leżeć. Kiedy się ściemni, odniosę panią do domu rodziców. Po kontrabas zaś mogę przyjść i później.

Z nastaniem zmroku Smyczkow zarzucił sobie na plecy futerał z jego zawartością i powędrował ku willi Bibułowa. Plan jego był prosty: najpierw dojść do pierwszej izby i postarać się o odzież, a następnie pójść dalej do domu rodziców panny.

Niema tego złego, coby na dobre nie wyszło — pomyślał sobie, podnosząc kłęby kurzu bosemi nogami i zginając się pod ciężarem. — Za taką skwapliwą pomoc, którą okazałem księżniczce, Bibułow napewno hojnie mię wynagrodzi.

— Czy pani wygodnie? — zapytywał Smyczków tonem cavalier galant, zapraszającego do kadryla. — Bardzo proszę nie krępować się i czuć się w moim futerale, jak u siebie w domu!

Nagle szarmanckiemu Smyczkowi wydało się, że w mroku bieleją przed nim dwie ludzkie figury.

Przyjrzawszy się dobrze, muzyk przekonał się, że nie było to złudzenie optyczne: figury rzeczywiście szły i nawet niosły jakieś węzełki w rękach....

Czy to czasem nie nasi złodzieje — przeszło mu przez głowę.—Niosą jakieś zawiniątka! Pewnie to nasze ubrania!

Smyczkow położył futerał przy drodze i pobiegł za nieznanemi osobnikami.

— Stój! — krzyknął. — Stój! Trzymaj! Łapaj!

Ludzie obejrzeli się i zauważywszy pogoń, zaczęli zmiatać co sił. Księżniczka jeszcze długo słyszała szybkie kroki i okrzyki: „Stój“! W końcu wszystko umilkło.

Smyczków, goniąc za złodziejami, zapomniał o całym świecie i prawdopodobnie bohaterka nasza musiałaby długo jeszcze przeleżeć na polu przy drodze, gdyby nie szczęśliwy przypadek... Zdarzyło się bowiem, że o tym samym czasie i tą samą drogą przechodzili do willi Bibułowa koledzy Smyczkowa: flecista Żuczkow i klarnecista Razmachajkin.

Potknąwszy się o futerał, obaj spojrzeli na siebie zdziwionym wzrokiem i wzruszyli ramionami.

— Kontrabas! — rzekł Żuczkow. — Ba, ależ to kontrabas naszego Smyczkowa! Ale skąd on się tu wziął?

 

— Prawdopodobnie coś się zdarzyło ze Smyczkowem — rzekł Razmachajkin.

— Albo się upił, albo go ograbiono... W każdym razie pozostawić tutaj kontrabasu nie można. Weźrniemy go ze sobą. — Żuczkow zarzucił sobie futerał na plecy i muzykanci ruszyli dalej swą drogą.

— Djabli wiedzą, co za ciężar!—mruczał przez całą drogę flecista.—Za nic w świecie nie zgodziłbym się grać na takiej kłodzie... Uf!

Przyszedłszy do willi księcia Bibułowa, muzykanci położyli futerał na miejscu, przeznaczonem dla orkiestry, i poszli sobie do bufetu.

Tymczasem w willi już zapalono żyrandole i kandelabry. Narzeczony, radca dworu, Łakeicz, bardzo przystojny i sympatyczny urzędnik ministerstwa komunikacji, stał pośrodku sali i rozmawiał z hrabią Szkalikowem. Mówiono o muzyce.

— Ja, hrabio, — rzekł Łakeicz — znałem osobiście w Neapolu pewnego skrzypka, który pokazywał rzeczywiście cuda. Pan nie uwierzy! Na kontrabasie, na zwykłym kontrabasie, ten człowiek wygrywał takie subtelne melodje, że wprost skóra cierpła! Czy uwierzy pan, hrabio? Grał straussowskie walce!

— Co znowu, to niemożliwe! — wyraził powątpiewanie hrabia.

— Zapewiam pana! Nawet rapsodję Liszta wykonywał! Mieszkałem z nim w jednym numerze i nawet, nie mając nic innego do roboty, nauczyłem się od niego grać rapsodję Liszta na kontrabasie

— Rapsodję Liszta... Hm! Pan żartuje...

— Nie wierzy pan? — roześmiał się Łakeicz.— A więc zaraz to panu pokażę! Chodźmy do orkiestry!

Narzeczony i hrabia skierowali się ku orkiestrze. Doszli do kontrabasu, zaczęli szybko rozwiązywać rzemienie... i — okropność!

Ale tutaj, zanim czytelnik, dając swobodę swej wyobraźni, odmaluje sobie wynik tej muzycznej dyskusji, wróćmy do Smyczkowa... Biedny muzykant nie dogonił złodziei i powrócił na miejsce, gdzie pozostawił futerał, lecz ku swemu przerażeniu, nie znalazł już drogocennego ciężaru.

Gubiąc się w domysłach, Smyczkow przeszedł kilka razy tam i z powrotem kawał drogi i nie znajdując futerału, zdecydował, że zmylił drogę.

„To okropne! — pomyślał sobie, chwytając się za włosy i stygnąc z przerażenia. — Ona zadusi sie w tym futerale! Jestem mordercą!

Aż do północy błądził Smyczkow po drodze i szukał futerału, a w końcu straciwszy siły, udał się pod mostek.

Poszukam o świcie — postanowił

Ranne poszukiwania dały ten sam rezultat i Smyczkow postanowił znowu poczekać do nadejścia nocy pod mostem.

Ja ją znajdę! — mruczał, zdejmując cylinder i chwytając się za włosy. — Chociażbym ją miał cały rok szukać, znajdę ją! Muszę ją znaleźć!

— — — — — — — — — — —

I teraz jeszcze, chłopi, mieszkający w tej okolicy, opowiadają, że w nocy, w pobliżu mostku można widzieć jakiegoś nagiego człowieka, obrosłego włosami i w cylindrze...

Zrzadka z pod mostku słychać skrzypienie kontrabasu.

SKRZYPKI ROTSZYLDA

SKRZYPKI ROTSZYLDA.

Gdyby Jakób Iwanow był trumniarzem w wielkiem gubernjalnem mieście, miałby napewno własną kamienicę i nazywałby się Jakóbem Matwiejewiczem. Lecz w głuchej, malej, oddalonej od świata, dziurze panowała straszna nędza. Ludność miasteczka składała się z samych dzieci i staruszków, ale i ci umierali tak rzadko, że aż strach pomyśleć. Zapotrzebowania na trumny zmniejszały się z dniem każdym, a szpital miejski i więzienie dostarczały coraz mniej nieboszczyków. Słowem, interesy pod psem. Jakób Iwanow żył sobie skromnie, jak zwykły chłop, mieszkał w niewielkiej starej izdebce, z żoną Martą i z całem gospodarstwem, składającem się z szerokiego łóżka, kilku trumien i wielkiego pieca.

Trumny, które robił, były równie mocne i trwałe, jak Jakób, który był najwyższym i najbardziej bar czystym obywatelem miasteczka, choć miał już przeszło siedemdziesiątkę. Dla chłopów i mieszczan wykonywał bez miarki i nigdy się nie mylił. Dla szlachty i kobiet zbijał trumny według miary, używając żelaznego arszyna; obstalunki dla dzieci zaś przyjmował najchętniej i wykonywał je z pogardą. A gdy przyszło do płacenia, brał gotowiznę i mówił:

— „Przyznam się, że nie cierpię takiej głupiej roboty!“

Jakób Iwanowicz miał niewielki dochód jeszcze z gry na skrzypcach. W miasteczku na weselach przygrywała żydowska orkiestra, pod batutą Mojżesza Iljicza Szachkesa. Jakób znany był ze swej pięknej gry, a szczególnem powodzeniem cieszyły się rosyjskie romanse w jego wykonaniu. Szachkes zapraszał go niekiedy do swego zespołu, płacąc mu 50 kopiejek dziennie, (nielicząc napiwków gości). A grać było ciężko. W sali panował zaduch i swąd. Zapach czosnku unosił się w powietrzu. W jednem uchu piszczały mu żałośnie skrzypce, w drugiem skrzypiął kontrabas, tam znów rzewnie płakał flet, na którym grał rudy, chudy, nędzny żydek, o twarzy, porysowanej wzdłuż i wszerz czerwonemi żyłkami, który przez ironję losu chyba, nosił nazwisko bogacza Rotszylda. Rzecz dziwna, że rudy żydek najweselsze i najbardziej skoczne melodje grał tak, że robiły wrażenie marsza pogrzebowego.

Bez żadnej przyczyny, Jakób Iwanow odrazu poczuł wstręt do Rotszylda. Przyczepiał się do jego słów, wymyślał mu od ostatnich, raz nawet zamierzył sie nań. Wówczas Rotszyld, nie mogąc dłużej znieść obojętnie docinków Jakóba, pieniąc się ze złości, krzyknął:

— „Gdyby nie wasz talent, Jakóbie Iwanow, dawnobyście wylecieli za drzwi“ — to rzekłszy, rozpłakał się jak małe dziecko. Nic dziwnego więc, że Szachkes unikał Jakóba i zapraszał go wówczas tylko, gdy któryś z muzykantów nie dopisał

Jakób Iwanow nie odznaczał się ani pogodą ducha, ani dobrym humorem. Trawiły go bezustannie troski i zmartwienia. Myślał, że każda godzina, którą przeżywa, nic mu oprócz strat nie daje. W niedzielę i święta pracować było grzechem, poniedziałek — to początek tygodnia i ciężki dzień, ogółem w roku wypadało takich 200 ciężkich dni. 200 dni, kiedy chcąc, nie chcąc, Jakób siedział z założonemi rękami. A przecież to tyle strat! Czasem zdarzało się, że ślub jakiś odbył się bez muzyki, innym razem znów Szachkes nie zaprosił go do orkiestry. Zdarzyło się również pewnego razu, że burmistrz zachorował ciężko i ledwo zipał przez dwa lata. Jakób z niecierpliwością oczekiwał jego śmierci, lecz jak na urągowisko, burmistrz wyjechał na kurację do gubernjalnego miasta i tam wziął i umarł. I znów biedny Jakób stracił conajmniej dziesięć rubli, bo mógł zrobić dla burmistrza elegancką trumnę ze szklanem wiekiem. Myśli o coraz większych stratach dręczyły go bezustannie. W nocy, gdy nie mógł spać, chwytał do ręki skrzypce, poruszał struny, które wydawały cichy jęk, i robiło mu się wtedy lżej na duszy.

Szóstego maja Marta nagle zachorowała. Dostała gorączki, paliło ją pragnienie; i ledwo trzymała się na nogach; wstała jednak, aby zapalić w piecu i przynieść wodę. Pod wieczór zrobiło się jej gorzej i zwaliła się do łóżka. Tego dnia Jakób od rana grał na skrzypcach, a gdy zapadł zmrok, usiadł pod lampą, wyciągnął książkę i zaczął robić bilans. Suma strat dosięgała tysiąca rubli! A gdyby te pieniądze oddal do banku, miałby dziś już tysiąc czterdzieści. Cała krew mu uderzyła do głowy, na czoło wystąpił kroplisty pot. Same straty, same straty!

— Jakóbie — ozwał się słaby glos Marty — umieram!

Jakób odwrócił się i spojrzał na żonę. Twarz jej krasił dziwny jakiś rumieniec. Była wesoła i uśmiechnięta. Jakób, który przyzwyczaił się do bladej, znękanej, wysuszonej twarzy żony, speszył się nie na żarty. Pomyślał, że Marta rzeczywiście ma zamiar mu umrzeć. Że chce się uwolnić od niego, od dusznej izby, od męki życia.

Minęła noc. Na niebie zajaśniała jutrzenka. Jakób przez całą noc przesiedział u loża swej baby. Myślał, że w nocy będzie koniec i nagle uświadomił sobie, że przez cały czas pożycia z nią, przez blisko 50 lat, nie rzekł do niej ciepłego słowa, nie przytulił, nie popieścił... a gdy pijany wracał raz i drugi ż wiejskiego weseliska, nie wpadło mu na myśl nigdy przywieźć jej choćby skromny upominek.

Całe życie krzyczał na nią i urągał. Urągał, że wydaje na zbytki i groził jej pięściami. Nie zdarzyło się wprawdzie, żeby ją pobił dotkliwie, lecz na sam widok jego podniesionej ręki, biedna Marta truchlała ze strachu. Wzbraniał jej herbaty, i biedna, potulna babina, piła samą wodę. A teraz zrozumiał wszystko. Zrozumiał, co znaczy ten dziwny, pogodny uśmiech. Zrozumiał i zrobiło mu się dojmująco przykro.

Wczesnym rankiem pożyczył od sąsiada wóz i pojechał do szpitala. Pacjentów tego dnia było nie wiele. Czekali niedługo, bo tylko trzy godziny. Z wielką radością dowiedział się Jakób, że naczelny doktór dziś nie przyjmuje, i że zastępuje go Maksym Mikołajewicz, felczer, pijanica, lecz mądrzejszy podobno i więcej uczony od samego ordynatora.

— Uszanowanie — rzekł Jakób, wprowadzając staruchę do poczekalni — wybaczy pan doktór, że przychodzę z takiem głupstwem, ale baba mi zaniemogła, t. j. przepraszam za wyrażenie, żona moja, towarzyszka życia.

Pan „doktór“ zrobił poważną minę i gładząc siwe bokobrody, spojrzał z podełba na chorą. Marta siedziała na taburecie, skulona i zgarbiona, chuda i nędzna, z profilu podobna do ptaka, którv ma pragnienie.

— Hm... tak,—rzeki powoli felczer — influenza, albo febra, a może i tyfus, bo w mieście panuje epidemja... Cóż, panie dzieju, przeżyła babka latka, czas już i na nią. Ile wiosen sobie liczy?

— Bez mała siedemdziesiąt!

— Czas już, czas na nią.

— No tak, łaskawy pan doktór ma rację, że tak powiem i bardzo mu jestem za to wdzięczny, ale czyby nie można jakoś zaradzić. Każde zwierzę chce żyć, choć stare i chore.

— I cóż z tego — odezwał się felczer groznym tonem, jakby od niego zależało życie lub śmierć człowieka. — Będziecie łaskawco, przykładać kompres i dawać po dwa proszki dziennie. A zatem do zobaczenia: Bonjour!

Z wyrazu twarzy „doktora“ Jakób wyczytał, że jest źle. Zdawał sobie doskonale sprawę, że Marta umrze, nie dziś, to jutro. Ujął z lekka pod łokieć Maksyma Mikołajewicza i rzekł półgłosem:

— A może panie doktorze, bańki babie postawić?

— Nie mam czasu na bańki, weź swoją babę i zmykaj.

— Niech pan zechce zrozumieć i zlituje się nademną. Gdyby babę brzuch bolał, albo jakie inne wnętrzności, proszkiby pomogły lub krople. Ale to całkiem inna sprawa. To przeziębienie. Pierwszą rzeczą trzeba krew puścić!

Felczer jednak nie słuchał wywodów Jakóba i wywoływał następnego pacjenta.

— Idź, idź sobie z Bogiem, niema co tu głowę zawracać.

— Niech pan doktór zlituje się i postawi jej choć pijawki!

— Wynoś się, wynoś się, bałwanie.

Tego było za wiele. Jakób dotknięty do żywego, bez słowa pożegnania opuścił gabinet. A gdy wsiedli na wóz, spojrzał pogardliwie na okna szpitalne i rzekł:

— Posadzili ich tutaj. Patrzcie no, jacy artyści! Bogatemu to byście bańki postawili, a biedakowi jednej pijawki żałujecie, — niech zdycha, jak ten pies!

A gdy powrócili do domu, Marta zwlokła się z wozu i stanęła pod piecem. Bała się położyć, bo dziad zacznie urągać, że nie pracuje i darmo chleb zjada. A jutro znów dzień Jana Bożego... pojutrze Mikołaja Cudotwórcy. Jakób znów nie będzie pracował.

Trzeba się zabrać do pracy, pomyślał Jakób. Marta umrze lada dzień. Nic nie mówiąc, przyłożył jej do pleców żelazny arszyn i zdjął miarkę. Później przeżegnał się i wziął do roboty.

A gdy trumna była skończona, wziął książeczkę rozchodową i zapisał:

Trumna dla Marty Iwanowej — 2 ruble 40 kop.

Zamknął księgę i głęboko westchnął. Stara leżała cicho, z zamkniętemi oczyma. Gdy noc zapadła, Jakób usłyszał jej cichy, ochrypły głos:

— Pamiętasz, stary, było to dawno, 50 lat temu. Siedzieliśmy oboje pod wierzbą nad rzeką. Pamiętasz nasze dzieciątko z jasnemi włoskami... Umarło biedactwo...

Jakób wytężył pamięć, lecz niestety, nie mógł sobie przypomnieć, ani dziecka o jasnych włosach, ani wierzby nad rzeką.

— Przywidziało ci się, stara! — rzekł

Do drzwi zastukano. Na progu stanął batiuszka. Wysłuchał spowiedzi i opatrzył Świętym Sakramentem.... Marta zaczęła bredzić, o świcie skonała.

Staruszki - sąsiadki ubrały ją pięknie i złożyły do trumny. Jakób sam odczytał psałterz, za mogiłę nic nie zapłacił, bo dozorca cmentarny był mu kumem. Czterech drabów wyniosło trumnę, nie za pieniądze, lecz z szacunku dla Jakóba... a za trumną szli żebracy, kaleki. Przechodnie żegnali się pobożnie i ze smutkiem kiwali głowami... A Jakób cieszył się, że wszystko tak tanio i łatwo poszło. Ostatnie pożegnanie z żoną przeszło też gładko. Poklepał trumnę i rzekł:— Wspaniała robota!

 

A gdy wieczorem powrócił do ciemnej, opuszczonej izby, owładnął nim wielki smutek. Głowa go bolała. W skroniach waliło, jak młotem. Nogi się pod nim chwiały. A do zmęczonego mózgu tłoczyły się różne myśli.

I znów pomyślał, że przez całe 50 lat, które żył z Martą, nie odezwał się do niej ciepłem słowem, nie pogłaskał, nie przyhołubił... Traktował ją gorzej, niźli psa. A ona... była dobra dla niego... paliła w piecu, chodziła do miasta, a gdy pijany wracał z wesela, ze czcią wieszała na gwoździu jego skrzypki i zdejmowała mu buty, patrząc zalęknionym, pełnym uwielbienia wzrokiem...

Jakób ocknął się z zamyślenia. Naprzeciw niemu szedł Rotszyld.

— A ja was szukam, dziadku — ozwał się rudy żydek — Mojżesz Iljicz kazali wam się kłaniać i zaraz przyjść do siebie.

Jakób nie słuchał, łzy dławiły go.

— Idź precz, żydzie — krzyknął.

— Nu, co znaczy, idź precz? To mój interes, czy pański?

Jakób z obrzydzeniem spojrzał na małe, przymrużone oczy Rotszylda. Nie mógł znieść tego skrzeczącego głosu. Nie mógł patrzeć na jego zielonkawą, pokrytą piegami twarz, na wyświechtany długi surdut.

— Czego się czepiasz, cebulo! Idź precz!

— Czego pan tak krzyczy! Co jest?

— Precz! Poszoł won! — groził Jakób, wymachując pięścią.

Rotszyld skamieniał. Potem podniósł ręce, jakby broniąc się przed uderzeniem. Nagle odwrócił się i zaczął uciekać co tchu. Biegł, podrygując i wymachując rękami, a ulicznicy rzucili się w ślad za nim, krzycząc: Żyd! Żyd!

Za nimi podążyły psy, szczekając przeraźliwie. Ktoś gwizdnął, zaśmiał się, a psy zaczęły szczekać jeszcze głośniej. Nagle powietrze przeszył przeraźliwy krzyk. Jeden z psów dopędził Rotszylda i ugryzł go boleśnie w nogę.

Jakób podążał w stronę pastwiska. Wkrótce stanął nad rzeką. W powietrzu z piskiem latały stada bekasów, zdała krzyczały kaczki. Słońce paliło nieznośnie, a od wody szedł taki blask, że aż oczy bolały. Jakób szedł wolno wzdłuż brzegu. Z kąpieli wyszła jakaś czerwona, tęga dama. — To ci wydra, — pomyślał i szedł dalej... Zatrzymał się koło starej rozłożystej wierzby, na której wrony uwiły sobie gniazdo.

I nagle przed oczyma jego przesunęły się odległe obrazy przeszłości. Stanął, jak żywy dzieciak o jasnych, płowych włosach, i młoda wierzba, o której bredziła Marta.

Ta sama wierzba, cicha, zielona, smutna. Jakże się zestarzała!

Staruszek usiadł pod drzewem i oddał się wspomnieniom. Na tamtym brzegu, gdzie teraz była łąka, stał wielki, brzozowy las, a tam, na tej łysej górze, ha horyzoncie, ciemniał stary sosnowy bór. Po rzece sunęły barki i łodzie rybackie. A dziś... Wszędzie cicho, spokojnie, na przeciwległym brzegu stała jedna tylko brzózka, piękna i wysmukła, jak młoda dziewczyna. Na rzece płynie stado gęsi. Stado wielkich, białych gęsi...

Jakób przez ostatnie 50 lat nie był ani razu nad rzeką. A przecież mógł mieć kilka łodzi i barkę, mógł trudnić się rybołóstwem, sprzedawać ryby chłopom, urzędnikom i bufetowym ze stacji, mógłby płynąć od dworu do dworu, grać na skrzypcach i dorabiać sobie... Mógłby hodować gęsi i sprzedawać je do Moskwy. Samego puchu byłoby na 10 rubli!

A tak co? Same straty. Życie minęło bezużytecznie, bez żadnego celu, bez żadnej przyjemności. W przyszłość bał się spojrzeć. A przeszłość? Same troski, zmartwienia i straty! Dlaczego ludzie czynią zawsze nie to, co trzeba? Dlaczego zamiast pomagać sobie wzajemnie i żyć w zgodzie, utrudniają sobie wzajemnie życie. A on, Jakób Iwanowicz, czyż nie krzywdził swej własnej żony i biednego bezbronnego żyda?

W nocy zamajaczyło mu się jasnowłose dziecko i ryby... Później nieboszczka Marta, podobna z profilu do ptaka, blada, nieszczęśliwa twarz Rotszylda i jakieś dziwne pyski, napół ludzkie, napoł zwierzęce...

Nazajutrz Jakób ledwie zwlókł się z łóżka i udał się do szpitala. Przyjął go ten sam Maksym Mikołajewicz, kazał zaaplikować te same proszki i te same zimne okłady na głowę. A gdy Jakób spojrzał na felczera, wyczytał z jego wzroku, że i na niego przyszedł kres. Jedna pociecha tylko, że jak człek umrze, to nie potrzebuje ani jeść, ani pić, ani krzywdzić bliźnich, ani płacić podatków.

Życie przynosi tylko same straty i troski, a śmierć — to czysty zarobek!...

To głębokie spostrzeżenie psychologiczne wydało mu się niebywale trafne. Lecz jakże smutne! Człowiek poto żyje, aby umrzeć.

Jakób z rezygnacją szykował się do śmierci. Żal mu było tylko skrzypiec. Skrzypiec przecież nie zabierze1 do trumny, a jeśli je zostawi, to mogą zginąć. Bo na tym świecie wszystko ginie i zawsze ginąć będzie. Jakób wyszedł z izby, usiadł na progu i zaczął grać... Z pod strun wydobywały się żałosne, rzewne melodje. W oczach jego błysnęły wielkie zy. Im więcej myślał o śmierci, tem rzewniej śpiewały skrzypki.

Nagle skrzypnęła furtka. Na podwórzu ukazał się Rotszyld, a ujrzawszy Jakóba, zaczął wymachiwać rękami.

— Zbliż się chłopcze, nie bój się — rzekł łagodnie Jakób.

Patrząc z niedowierzaniem i lękiem na starego, Rotszyld zbliżył się doń niepewnie i zatrzymał się w odległości kilku kroków.

— Niech pan mnie nie bije, panie Jakóbie! Przychodzę od Mojżesza Iljicza. We środę mamy ślub. No tak! Pan Szapałow wydaje córkę za mąż. A weselisko będzie huczne, uj, jakie huczne! — dodał, mrużąc lewe oko...

— Nie mogę — odparł Jakób, ciężko dysząc...— chory jestem, bracie, bardzo chory...

To rzekłszy, znów zaczął grać. Rotszyld słuchał uważnie. Na twarzy jego odmalował się smutek. Cichym, drżącym głosem, zdołał tylko wymówić: „uj“ i wielkie jak groch łzy, polały się na śmieszny, wyświechtany garnitur.

A później, pod wieczór, Jakób leżał w izbie. Przyszedł pop spowiadać z grzechów. Jakób miał ich niewiele, lecz wołał się wyspowiadać.

— A skrzypce oddajcie Rotszyldowi, ojcze!

— Dobrze, synu, bądź spokojny!

Dziś jeszcze w głuchej, oddalonej od świata mieścinie, mieszkańcy dziwią się, skąd Rotszyld ma takie piękne skrzypki? Może kupił, a może dostał w zastawie? A może ukradł?

Wiem tylko, że Rotszyld oddawna zarzucił flet. Gra tylko na skrzypcach. A gdy siądzie i stara się naśladować grę nieboszczyka Jakóba, w godzinę przed śmiercią, dookoła rozlega się płacz, a sam Rotszyld przewraca oczami i szepce: „U-u-uj!“

I nowa ta pieśń tak podobała się w mieścinie, że kupcy zapraszają do siebie Rotszylda i po dziesięć razy każą mu grać to samo...

___________

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?