Marzenia bez granicTekst

Z serii: Medical
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie O’Neil
Marzenia bez granic

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Te zapachy, dźwięki, ten smak… Raphaelowi nawet australijskie powietrze wydawało się inne. Jednak w miarę upływu czasu docierało do niego, że przenosiny na drugą półkulę nie zmieniły niczego. Poczucie winy nie zelżało. Wyjazd z Paryża nie pomógł.

Nie pomogła też praca ochotnika ani udział w misjach w strefach konfliktów, ani oddawanie krwi. Dałby wyrwać sobie serce, gdyby czuł, że to może pomóc. Do tego kwestia pieniędzy. Starał się nimi załagodzić sytuację, ale to tylko pogorszyło jego położenie.

Jean-Luc nie chciał pieniędzy.

Prawda była jedna. Nic nie zmieni faktu, że córka jego najbliższego przyjaciela zmarła na jego stole operacyjnym.

Zdawał sobie sprawę, że była mu zbyt bliska, że nie powinien był nawet dotknąć skalpela, zobaczywszy, kim jest pacjentka. Ale na miejscu nie było nikogo innego o takich kwalifikacjach, a Jean-Luc wręcz błagał, by ją ratował.

Milion razy roztrząsał w pamięci każdą minutę operacji.

Zaciski, odsysanie krwi, zamykanie jednego pęknięcia aorty, by za moment ukazało się następne. Zaciski, szwy, może nawet setki szwów, by przywrócić dopływ krwi do nerek. I serca.

Młody organizm dzielnie znosił te zabiegi. To cud, zważywszy jak poważnych doznała urazów, gdy w jej auto uderzył inny samochód. Gdy wezwano go do sąsiedniej sali operacyjnej, miał tylko wyrazić zgodę, by zaszyli ją młodsi koledzy. Miał do wyboru dwie drogi i wybrał jedną z nich, a powinien był zdecydować się na tę drugą.

Wrócił w chwili, gdy młodszy lekarz bez słowa oderwał dłonie od drobnego bezwładnego ciała.

Czekali, by stwierdził czas zgonu.

Dopłynąwszy do krawędzi basenu, zdziwił się, że słońce jest już tak nisko. Wyszedł na brzeg z uczuciem, że teraz, gdy zmęczeniem próbuje wytłumić wspomnienia, wysiłek fizyczny przychodzi mu łatwiej.

Prawdę mówiąc, był wykończony. Znalazł się w Sydney, by odnaleźć człowieka, którym był kiedyś. Pływał w wydzielonym w morzu basenie, zmagając się z falami do bólu w płucach, ale i to nie zdejmowało mu ciężaru z serca.

Mogłaby tego dokonać miłość.

Podobnie jak wielkoduszność. Za dwadzieścia cztery godziny spotka się z Maggie…

Pamiętał ją doskonale, tę otwartą, o jasnym spojrzeniu koleżankę z liceum, która przyjechała na wymianę z Australii. Tylko Jean-Luc znał go lepiej, lepiej czytał w jego duszy.

Jeżeli podczas tego spotkania Maggie zobaczy choć cień chłopaka, którego poznała lata temu, on dostanie szansę dostrzec światełko w tunelu.

Idąc ścieżką z kąpieliska, nie mógł nie popatrzeć w stronę płotu po prawej stronie.

Le petit monstre de la mer.

Mały potwór morski. Nadal tam siedział. Ten kundel z oklapniętym uchem od tygodnia, kiedy zainstalował się w Sydney, towarzyszył mu dzień w dzień na ścieżce prowadzącej z domu do kąpieliska Bronte Baths i z powrotem. Porzucony przez poprzednich lokatorów?

Nie miał adresownika, nie był zaczipowany. Nie do zidentyfikowania.

Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu poprzedniego dnia zaprowadził go do weterynarza. To dowód, że nadal ma serce, które nie tylko pompuje krew.

Prychnął ponurym śmiechem.

A może to jedynie dowód, że rozpaczliwie potrzebuje w życiu kogoś, kto nie będzie go oceniał? Komu zależy na jego towarzystwie?

Skrzywił się. To niesprawiedliwe. Po ponad dziesięciu latach bez kontaktu Maggie nie tylko zgodziła się z nim spotkać. Znalazła mu pracę w pogotowiu ratunkowym, gdzie sama pracuje, wykraczając poza granice tego, czego można by się spodziewać po przyjacielu z dawnych czasów.

Może ta praca nareszcie zainicjuje proces gojenia ran, za którym tak gonił od półtora roku od tej tragedii, której był sprawcą. Na oddziale chirurgicznym nie miałby do siebie zaufania.

Allons-y! – Kiwnął głową, a pies podbiegł do niego w podskokach. – Zobaczmy, czy znajdę ci coś na kolację.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dlaczego zabrała go do kina?

Gotów pomyśleć, że go nie lubi. Nie, chyba nie. Po prostu nie potrafi się znaleźć. I nie jest gotowa pokazać mu tej „prawdziwej” Maggie.

W jej plecaku odezwała się komórka. Praca w pogotowiu wiąże się z koniecznością odbierania wszystkich sygnałów niezależnie od tego, że siedzi się obok obiektu swoich dziewczęcych westchnień.

Cały rok w Paryżu.

Raphael Bouchon. Mężczyzna jej życia.

To nie był romans, a jednostronne zauroczenie, które się skończyło, gdy weszła na pokład samolotu lecącego do Australii.

“Dags, jak do nas przyjedziesz, przywieź zapas tych superskarpet dla taty”.

“Pacanie, to się nazywa skarpeta uciskowa” – odpisała pospiesznie.

Uśmiechnęła się. Jej bracia robili, co mogli w obliczu rozhuśtanego ciśnienia krwi ojca, ale byli mechanikami, nie medykami.

Zerknęła na Raphaela. Mogła jak on zostać lekarzem.

“Za dwa tygodnie przywiozę nowy zapas. Całusy. Maggie”.

Wrzuciła komórkę do plecaka. Przeprowadzka do Sydney czasami okazywała się niewarta tego całego zamieszania, ale utknąć na zawsze w Broken Hill? Wykluczone.

Postawiła plecak pod fotelem, by wrócić do tego, czego starała się unikać, czyli dotykania udem nogi Raphaela.

Desolé – przeprosił, lekko klepiąc ją w kolano.

Opuściła wzrok na długie, piękne i silne palce chirurga. Nie takie jak paluchy kolegów z pogotowia pieszczące kolano zwyczajnej ratowniczki.

Zaraz, zaraz.

To był gest pieszczotliwy? Jeśli tak, to to spotkanie uczniaków po latach może być spełnieniem marzeń.

Nawet na nią nie patrzył, zagapiony w ekran. To zrozumiałe, bo są w kinie, ale…

Non, c’est… nie szkodzi – bąknęła, starając się jak najciaśniej spleść stopy pod fotelem.

Jeżeli nie dotkną się znowu, może uda jej się przekonać swój ptasi móżdżek, że Raphael nie szuka pretekstu, by jej dotknąć. I przestanie się czuć, jakby cofnęła się do czasu, kiedy miała szesnaście lat i podkochiwała w Raphaelu.

Ha! Marzenie ściętej głowy.

Gdy tylko zobaczyła go tego wieczoru, jej organizm od razu przypomniał sobie doznania nastolatki.

Upłynęły dwie godziny, a ją nadal przeszywał znamienny dreszczyk, a w brzuchu nadal trzepotały motyle.

Kino na wolnym powietrzu w Ogrodzie Botanicznym stwarzało romantyczną atmosferę. Idealną, gdyby Raphael okazał nią choć odrobinę zainteresowania.

Byłoby lepiej, gdyby nie czuła się jak pierwszej wody kłamczucha. W drodze do kina należało zdobyć się na szczerość. To był fatalny ruch. Ale jak przyznać się komuś, kto osiągnął tyle co Raphael, że to „ciekawe” życie sprowadza się do ciasnego zapuszczonego mieszkanka, pracy przez całą dobę i cztery razy w roku wizyty w domu rodzinnym w interiorze, by zająć się górami prania rzeczy porozrzucanych przez braci?

To nie ma nic wspólnego ze światowym życiem w wielkim mieście.

Lepiej nie wspominać o jej koszmarnej łamanej francuszczyźnie. Wszystkie przydatne słowa wyparowały jej z głowy w autobusie, gdy jechała na spotkanie, łącznie z tym, że nie jest to żadna randka. Że ma po prostu pokazać Sydney dawnemu szkolnemu koledze.

Ale gdy go ujrzała…

Wszystkie jej platoniczne intencje się rozpłynęły.

Nie potrafiłaby powiedzieć, czy pociąga ją bardziej dlatego, że dojrzały Raphael wydał się jej bardziej atrakcyjny niż ten szesnastoletni, czy dlatego, że sprawiał wrażenie… przygnębionego.

Zrobił na niej tak samo silne wrażenie jak wtedy, gdy go poznała w domu rodziny, u której zamieszkała na czas wymiany.

Jean-Luc. To kolejny wyrzut sumienia, bo i z nim kontakt się urwał. Ale po powrocie do Australii spadło na jej głowę mnóstwo innych spraw. Nie jest Super Girl.

Oglądaj film!

Była na “Casablance” ze sto razy, znała ją na pamięć i tym razem szykowała się na kolejną powtórkę. Ale tak było wtedy, gdy przychodziła sama…

Raphael, skupiony na obrazie, nie zwracał uwagi na śmiechy w sali wywołane jakąś kąśliwą uwagą Humphreya Bogarta. Ha! Raphael się nie uśmiecha.

Już nie.

W Paryżu było inaczej. Jego śmiech rozjaśniał każdy dzień, przez co życie jawiło się w technikolorze.

Gdy skontaktował się z nią przez media społecznościowe, nie miało to formy deklaracji dozgonnej miłości, która każe mu przelecieć pół świata, by wyznać jej to osobiście. Jego mejl był konkretny i pozbawiony ozdobników.

Kino wydawało się jej łatwiejszym sposobem powrotu do przyjaźni, choć wcale nie miała pewności, czy nadal ich łączy. W Paryżu bez wątpienia łączyła ich przyjaźń.

Jeszcze raz popatrzyła na niego. Serce jej się ścisnęło, gdy wcześniej, pod bramą ogrodu botanicznego, ujrzała jego smutkiem zmienioną twarz. Ale nie tylko on się zmienił.

Zadrżała, wspominając moment, kiedy wychodząc z sali przylotów, dostrzegła braci zamiast mamy. Jeszcze nigdy nie widziała na ich twarzach tyle smutku.

Rozstając się z Francją, czuła wręcz fizyczny ból, ale powitanie w Australii…

Powrót do domu był druzgocący. Jak mogła nie wiedzieć, że mama jest tak poważnie chora?

Tu nikt nie zawinił. Takie jest życie.

Wstrzymała oddech, gdy Raphael przeniósł wzrok z ekranu na jej ramiona.

T’as froid? – zapytał szeptem.

– Czy mi zimno? Nie. Jesteśmy w w Sydney! – Roześmiała się nerwowo, energicznie masując ramiona. To chyba najgorszy sposób okazania, że jest jej ciepło.

 

Zmienił pozycję, by zdjąć marynarkę z oparcia fotela, dotykając przy tym udem jej kolana. Oczywiście bezwiednie. Jej przytrafia się tylko tyle.

Jak to, że Raphael postanowił „coś zmienić” i przyleciał do Australii, by zostać ratownikiem. W jej pogotowiu.

Zaproponowała mu pomoc przeświadczona, że do tego nie dojdzie. Mimo to znaleźli się tutaj i oglądają film pod rozgwieżdżonym niebem.

Podał jej marynarkę z miną, która mówiła „Jak chcesz, jest twoja”. Szczerze i rozbrajająco.

– Cudownie – powiedziałaby jej przyjaciółka Kelly, okryłaby się marynarką i usiadła mu na kolanach.

A Maggie? Nie. Myśl, że mogłaby usiąść Raphaelowi na kolanach, pobudziła niespełnialne oczekiwania.

Potarła dłonie, dmuchając na zziębnięte palce.

Wariatko, co ty robisz?!

– Ależ proszę – szepnął, otulając ją marynarką.

Merci. – Idiotko, co się z tobą dzieje?

Jakby odpowiedź nie siedziała na wyciągnięcie ręki.

Raphael Bouchon, “Casablanca” i kieliszek szampana, którym uraczył ją przed seansem, sprowadzały się do jednego: najbardziej krępującego spotkania po latach. Poza tym…

Hola! To nie randka. Masz pokazać Sydney przystojnemu, wyraźnie przygaszonemu koledze. Nic poza tym. To, że zabrałaś go do kina na najbardziej romantyczny film wszechczasów, to przypadek. Kto nie marnuje, temu nie brakuje. Dotyczy to także Raphaela.

Nie wolno o tym zapominać. Jak i o tym, że ten film kończy się przyjaźnią. Niczym więcej.

Raphael. Nieprzystępny, nieosiągalny, niebezpiecznie atrakcyjny ideał.

Siedzi obok niego. Nie flirtuje, nie upaja się ciepłem jego marynarki, nie doszukuje się ukrytej wymowy tego rycerskiego gestu. I wcale nie spogląda ukradkiem na jego pięknie wykrojone wargi, ciemne włosy, które aż się proszą, by ktoś je potargał. Ktoś taki jak ona…

Łobuzerski błysk w oczach, który zapamiętała z tamtych lat, nie pojawił się tego wieczoru ani razu. Chociaż dopiero osiągnął trzydziestkę, skronie przyprószyła mu lekka siwizna, a wokół oczu dało się dostrzec drobne zmarszczki.

To jasne, że celem tej wyprawy na drugi koniec świata jest potrzeba nabrania dystansu do siebie oraz mrocznych wspomnień. Tak nie wygląda facet, który wybrał się na antypody, by spędzać tam beztrosko czas z kochanką.

Nie bierze jej pod uwagę jako kandydatkę na ukochaną. To, że siedzi teraz obok Raphaela, jej mało subtelni bracia, zamiłowani gracze w futbol australijski, nazwaliby “cudem”.

Ciekawe, czy naprawdę podoba mu się oglądanie filmu w kinie na otwartym powietrzu, en plein air, jak ją nauczył lata temu.

Spojrzała na niego spod opuszczonych powiek. Nadal zabójczo pociągający.

W przeciwieństwie do niej.

Źle się ubiera, nie zna się na modzie w odróżnieniu od jego swobodnej elegancji. Nie, nic takiego nie powiedział. Nawet skomplementował jej staromodną spódnicę w motyle i bluzkę, którą wyszperała w szafie. Wcale nie dlatego, że był to jej najładniejszy strój, lecz oprócz służbowych uniformów tylko one były wyprasowane.

Wygląd to nie wszystko. Jest na to dowodem. Rudowłose piegusy nie są gorsze od innych. Hm… może jednak nie do końca, bo oto siedzi obok chirurga, a sama jest „ledwie” ratowniczką medyczną.

Kiedy się poznali na szkolnych korytarzach paryskiego liceum, serce jej zatrzepotało. Od dawna podejrzewała, że ten motyl tam drzemie. Powiedzmy, że był to motyl kujon. Raphael wkuwał tak samo, ale nazywał to… skoncentrowaniem na nauce. Przyjaźnił się z bratem dziewczyny, u której mieszkała. Zakochała się w nim bez pamięci.

Matka miała rację, radząc jej z błyskiem w oku, by miała oko na „utalentowane kujony”. Teraz, w wieku trzydziestu lat, Raphael miał aparycję gwiazdora filmowego. Wysoki i umięśniony, wyglądał jak bohater filmu kostiumowego.

Nie było jasne, czy wydatne kości policzkowe to efekt utraty wagi w trakcie licznych wojaży, czy może kwestia genów. Tak czy owak, był wręcz nieziemsko piękny.

Nawet cień zarostu dodawał uroku mężczyźnie, który czuje się swobodnie w najwytworniejszych miastach na kuli ziemskiej. Była gotowa założyć się o ostatniego dolara, że i na antypodach nic nie straci. Całym ciałem dawał do zrozumienia, że może zmieniać koło jedną ręką, jednocześnie rąbiąc drewno drugą.

Nie, nie bierze pod wagę żadnego z tych scenariuszy.

Spojrzał na nią, gdy potrząsnąwszy głową, bezwiednie omiotła włosami jego ramię. Najbardziej dziwaczne włosy w całej krainie Oz. Kiedy chciała mieć loki, prostowały się. Gładkie? Skręcały się. Dlaczego ich nie zetnie?

Od śmierci matki miała wrażenie, że jej jedynym atrybutem kobiecości są włosy, więc przysięgła sobie, że ich nie zetnie.

– Co jeszcze mamy w planie? – zapytał, ledwie się uśmiechając.

Drgnęła. Trzymanie się za ręce pod rozgwieżdżonym niebem? Spoglądanie sobie w oczy między namiętnymi pocałunkami?

Z przerażeniem zorientowała się, że film dobiegł końca. Oby nie chciał rozmawiać po francusku. Nie było to łatwe, gdy była nastolatką, a co dopiero teraz, kiedy upłynęło ponad trzynaście lat.

– Sorry, stary… Raphaelu, przepraszam…

Od tylu lat była “jednym z chłopaków” w pracy, dorastała jako młodsza siostra chłopczyca w otoczeniu samych facetów, że kompletnie zapomniała o subtelniejszych zwrotach.

Teraz zapiekanka z mięsem i piwo?

Raphael cierpliwie czekał. Francuzi mają za nic zapiekanki z mięsem i piwo! Z nerwów zapomniała wszystko, co wiedziała o Francji.

Ostrygi? Kawior? Szampan?

Naleśniki! Francuzi przepadają za naleśnikami. Sydnejczycy również. Przypomniała sobie o pewnej mobilnej furgonetce z naleśnikami. Nerwowo grzebała w plecaku w poszukiwaniu telefonu, by dowiedzieć się, gdzie parkuje tego wieczoru.

Jak ta furgonetka się nazywała? Suzettes? Flo’s Flaming Pancakes?

– Chwileczkę… – Położył jej dłoń na ramieniu. – Zaczynam pracę jutro z samego rana, więc może przełóżmy to na kiedy indziej?

Przytaknęła, a on mówił dalej. Dziękował z całego serca za znalezienie pracy, za to, że w jego imieniu musiała wypełniać przeróżne papiery.

Każde jego słowo brzmiało jak czysta poezja, nie to co slang wyniesiony z prowincjonalnego miasteczka.

Ten rok w Paryżu był ostatnim prezentem od matki. Był jak okno na świat. Miał jej pokazać, co ma do zaoferowania. I pokazał.

Nie tylko zasoby paryskich muzeów. W większym stopniu jak wyglądało życie Raphaela.

Dla niej był tylko jeden Raphael. Ten, który stał teraz przed nią, przemawiając doskonałą angielszczyzną. Uśmiechnęła się do siebie. Francuzi wszystko potrafią pięknie ująć. Nawet dotkliwy ból nieodwzajemnionej miłości.

La douleur exquise. Tak, właśnie teraz to czuje. Dlaczego była taka pomocna, gdy napisał do niej parę miesięcy temu z… Wietnamu? Może z Mozambiku?

Nieważne. Z tych mejli nie wynikało, że ma zamiar przylecieć do Australii. Napomknął tylko, że „zastanawia się, czy czegoś w swoim życiu nie zmienić”.

Typowa Maggie. Od razu wzięła się do roboty.

– Nie ma drugiej takiej pomocniczki po tej stronie równika – chwaliła ją matka.

Teraz Raphael zawitał do Sydney.

Paraliżowała ją trema. Jak idiotka wyobrażała sobie…

Nic z tego. Jesteście przyjaciółmi jak Ingrid Bergman i Humphrey Bogart.

– Tak, chyba masz rację. To rozsądne. – Zerknęła na zegarek. – Jak ten czas pędzi… Chodźmy. – Oczami duszy zobaczyła Raphaela w swoim łóżku. – Zaraz, zaraz. Powiedziałeś, że jutro idziesz do pracy?

– Nie mówiłem ci o tym?

Roześmiała się nerwowo.

– Wiedziałam, że u nas pracujesz – przyznała. – Szef nas poinformował, ale nie miałam pojęcia, że…

Liczyła na więcej czasu, by się przygotować, trochę uodpornić na emocjonalne konsekwencje wynikające z pracy ramię w ramię z tym jedynym mężczyzną, z którym chciałaby związać swoją przyszłość. W Paryżu, na oddziale chirurgicznym, w łożu małżeńskim. Razem.

– Maggie, jeżeli nie chcesz, żebym pracował w tym samym pogotowiu…

Mags, przestań się tak gapić i coś powiedz!

– Skądże znowu! Nie mam nic przeciwko temu. Sprawdzisz się i wszyscy cię polubią. Będzie dobrze. Jesteś doskonale przygotowany.

Absolument – przytaknął. – Jestem gotowy zostać prawdziwym Australijczykiem.

Najpierw tylko lekko się uśmiechnęła, ale moment później wybuchnęła śmiechem.

– Raphael, chyba nie masz na to szansy, nawet gdybyś potrafił surfować tyłem, pochłaniać tuziny kiełbasek i popijać je litrami piwa, a to wszystko w otoczeniu rekinów. Jesteś za bardzo…

Oui? – Rzucił jej wyzywające spojrzenie.

Przesadziła?

– Jestem za bardzo jaki?

– Hm… francuski. – Wzruszyła ramionami. – No wiesz… Za francuski jak na Australijczyka.

Być może za sprawą nadciągającej burzy albo napiętej atmosfery chciała podejść bliżej, położyć mu dłonie na torsie, by złagodzić narastające między nimi napięcie.

– Pewnie nieraz będę zmuszony prosić cię o pomoc.

– Raph, spoko. – Szturchnęła go w bok, by rozładować atmosferę. – Dam ci kilka lekcji australijskiego slangu, a ty mi pomożesz…

– Z francuskim?

Jak łatwo byłoby go teraz pocałować.

– Maggie…?

Boże, pożerała go wzrokiem. Te jego oczy…

Co cię spotkało, od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni?

Nie nalegała. Każdy ma swoje trupy w szafie, jak mawiała mama. I nikt nie ma prawa otwierać tej szafy.

Spokojnie, Mags.

Sam się otworzy, jak do tego dojrzeje. Wysłuchiwanie cudzych żali było jej specjalnością. Ale swoje smutki… Nie, przed nikim nie będzie się wyżalać.

Gdy wychodzili z kina, w pewnej chwili wierzchem dłoni dotknęła jego ręki. Przeszył ją dreszcz.

Musi popracować nad swoim ciałem, by zachowywało się przyzwoicie, gdyby przyszło jej zostać jego powiernicą.

Popełniła gafę, mówiąc, że jest „za francuski”?

– Lubię pracę w pogotowiu – powiedziała. – Warto znać języki. Każdego dnia dzieje się coś innego. Kiedy znalazłam się w Sydney, ta praca bardzo mi pomogła rozeznać się w tym mieście.

– Przydzielono mnie do erki.

Rozglądając się po ulicy, szczęśliwie nie zauważył jej zdumienia. Ruszył w stronę przystanku autobusowego pewnym krokiem, jakby chodził tędy całe swoje życie.

– Byłem zaskoczony, jak łatwo tu dostać pozwolenie na pracę. Brakuje wam ratowników?

Pokiwała głową.

– Tak. – Rozmawiając o pracy, czuła się swobodniej. -To poważny problem… właściwie w całej Australii. Najlepsi uciekają na Bliski Wschód, bo tam lepiej się zarabia. Nie dlatego, że tu mamy złe warunki pracy. Uważam, że jest bardzo dobrze, zważywszy na szeroki zakres usług, jakie świadczymy.

Rozgadała się, a to grozi, że Raphael się zniechęci.

Zanim mama odeszła, Raphael był drugą osobą w jej życiu, która poznała tajniki jej duszy. Trzeba chronić tę więź. Gdy podniosła na niego wzrok, na jego wargach błąkał się pytający uśmiech, a gdy ich spojrzenia się spotkały, gwar wielkiego miasta nagle ucichł.

Powolnym ruchem położył jej dłonie na ramionach. Przez cienką bluzkę jego palce wręcz ją parzyły, wysyłając piekące zmysłowe sygnały do obojczyka i piersi. Przechylił głowę i rozchylił wargi…

Raphael Bouchon, mężczyzna jej marzeń, zamierza ją pocałować?

– Z tego przystanku mam autobus. – Wskazał znak nad ich głowami. – Jeżeli tutaj mamy się pożegnać, poproszę o zwrot marynarki.

– Jasne! – Zabrzmiało to podejrzanie głośno. – Już dawno powinnam była zapytać, gdzie się zatrzymałeś.

Należało zaproponować mu nocleg, oprowadzić go po mieście, znaleźć mu mieszkanie, zrobić porządek na kuchennych blatach i podjąć go kolacją.

A nie zapraszać go do kina. I potem dawać nogę.

Ale to oznaczałoby powrót do roli narzuconej jej przez najbliższych, a od której tak bardzo starała się uwolnić. Po prawie siedmiu latach obsługiwania ojca oraz braci.

„Daggie, kiedy szamka wjedzie na stół?”. Miała tych pytań po dziurki w nosie.

– Wyszukałem ten dom w internecie. Blisko plaży Bondi. Pomyślałem, że… to bardzo australijskie.

Śmiejąc się, pochyliła, by klepnąć go w plecy. Ale w tej samej chwili Raphael też się pochylił. Żeby pocałować ją w policzek. Czysta magia.

Chwycił ją za ramiona, by nie stracili równowagi. Tym razem w jego oczach dostrzegła dawny błysk. Mogłaby z nim przejść przez życie. Była to jedyna myśl w jej skołowanym umyśle.

Godzinę później stała przed słabo oświetlonym lustrem w swojej łazience. Rude włosy, piegi i ta niepewność, czy jest myszką wiejską czy miejską, jak trzynaście lat wcześniej.

 

Z lustra spoglądała na nią ta sama Maggie co zawsze. Ta, która nigdy nie zamieszka w Paryżu i ledwie wiąże koniec z końcem. Dziewczyna urodzona i wychowana na prowincji, dokąd zapewne wróci, tak daleko od Sydney, że obowiązuje tam inny czas. Innymi słowy marzenie o przyszłości z Raphaelem Bouchonem nigdy się nie ziści.