Atlantyda pod Krakowem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak. O ile pamiętam, nasza przyjaźń miała przejść już na emeryturę, ale sprawa jest wyjątkowo duża.

– No co ty nie powiesz. Chyba jak każda poprzednia. Emerytura, powiadasz? – Wiktor uśmiechnął się, podnosząc jeden kącik ust. Rozbawiło go to stwierdzenie.

– Myślę, że lepiej się nastawisz, gdy zobaczysz, co jest w środku. – Przesunął po stole kopertę z perłowego papieru. Wyglądała jak zaproszenie na wesele.

– Słuchaj no, nie interesuję się filatelistyką, koperty na mnie nie działają. Po ostatniej akcji o mało co nie przypłaciłem tego utratą posady. A jak widzisz, nie narzekam na brak wygód. Musiałem wszystko zatuszować. – Zezłoszczony wsparł się łokciem o blat biurka i nachylił w stronę Rudnickiego.

– Otwórz – ponaglał Oskar. Chciał zobaczyć jego reakcję.

Wiktor męczył się z wydostaniem kartki ze środka koperty. Jego tłuste palce nie były takie sprawne. Udało się. Rozwinął kartkę, a jego oczy rozszerzyły się. Odchrząknął i próbował zachować obojętny wyraz twarzy.

– Niezła sumka. Na co to? – Uśmiechnął się ironicznie.

– Mój drogi Wiktorze, to dla ciebie. Na co chcesz – dodał.

– Taaaa. Obrabowałeś bank? Przyznaj się?

– Już mówiłem. Duża sprawa. Pomóż mi. To twoja dola w tej sprawie. Pół przeleję ci teraz, a resztę po zmianie przeznaczenia terenu na grunty budowlane.

– Dobra. Zanim się zdecyduję, powiedz mi jeszcze, o jakie tereny chodzi.

– Okolice Przylasku Rusieckiego.

– Chyba żartujesz. Koło Central Business District? Przecież tam jest teraz najwięcej inwestycji.

– No właśnie. Mój zleceniodawca też na to wpadł. Mnie nie interesuje gdzie, Wiktorze, tylko za ile. I ciebie też to powinno interesować.

– Po ostatniej akcji była u mnie policja. Węszyli. Ktoś doniósł na mnie, że jestem skorumpowany.

– Wiem, słyszałem o tym, ale nie chciałem się z tobą kontaktować, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

– Na szczęście odpuścili sobie, bo mieli za mało dowodów. Nie wiem, czy dalej nie siedzą mi na ogonie. Z drugiej strony skoro mnie już prześwietlili, to może dali sobie spokój na jakiś czas? – rozmyślał głośno. – Pożałujesz, Oskar, jeśli dobiorą mi się do dupy. Zobaczysz. Ale niech będzie. Robię to dla ciebie ostatni raz.

– Przede wszystkim dla siebie. – Podniósł brwi, wskazując kopertę.

– Po całej akcji – nie znam cię. A teraz spieprzaj. Jeszcze dziś dam ci znać, czy uda mi się cokolwiek zrobić w tej kwestii.

– Czy są na mieście jakieś sprawy, których nie mógłbyś załatwić? Wiktorze… proszę cię. Nie ma mocnych na ciebie. Czekam na telefon.

Oskar wyszedł zadowolony. Choć urzędnik dopiero miał się rozeznać w sprawie, on już wiedział, że połknął haczyk. Sam z nim na tym haczyku niestety wisiał. Poczuł zmęczenie, ale wiedział, że czeka go maraton po firmach z branży budowlanej. Bagatela, prawie milion do rozdania. Po sto tysięcy dla Wiktora i głównej firmy budowlanej, reszta dla branżystów. Zorganizowanie ludzi do tego projektu to niemal tydzień siedzenia na telefonie. I drugie tyle za biurkiem, tak żeby wszystko ogarnąć organizacyjnie. Miał nadzieję, że Daniel zdąży zrobić pierwszy rysunek koncepcyjny całego założenia.

Jeżdżąc po mieście, Oskar obmyślał każdy szczegół. Wiedział, że Daniel zaufa mu, jak zawsze, jak wielu innych. Pracował na to latami. Wszystko zaczęło się, gdy Oskar był młodym chłopakiem. Był zamknięty w sobie, tajemniczy, a w swych działaniach wyrachowany. Realia polskiej komuny nauczyły go wielu skutecznych sposobów na załatwianie spraw dla innych „nie do załatwienia”. Szybko zyskał tym wśród znajomych pozycję i zaufanie. Niestety w pewnym momencie zatracił granicę miedzy dobrem a złem. Liczył się cel. Sam na początku nie uważał się za złego człowieka. Pomagał przecież innym, przez co i jego życie było łatwiejsze. Nawet Daniel uwierzył w to, że Oskar jest po prostu obrotnym przedsiębiorcą. Zaufanie między nimi rosło latami i uśpiło instynkt Daniela. Oskar wiedział, że i tym razem nie będzie nawet musiał tłumaczyć Cisowskiemu, skąd wziął pieniądze na opłacenie branżystów. Oczami wyobraźni widział, jak wspólnik kiwa głową z udawanym zrozumieniem i podpisuje to, co Oskar podsuwa mu pod nos. Choć papierkowa robota i bieganina po urzędach wymagała od Oskara więcej wysiłku, z premedytacją zapisywał nielegalne działania na konto naiwnego Daniela. Machlojki pod szyldem ARC Architektonika Rudnicki Cisowski to była teraz dla Oskara codzienność. Pierwszy raz, gdy zrobił taki przekręt, miał wyrzuty sumienia i obawy, że zadziera z prawem już na dobre. Przy kolejnych sumienie zagłuszały zyski. Konta w Zurychu, które niemal co trzy miesiące pasł ogromnymi sumami, dopingowały go do pracy. Apetyt na kolejne oszustwa rósł w miarę jedzenia. Najpierw miał jeden kanał do dawania łapówek na przetargi – pana Wiktora w urzędzie. Ale tak to już bywa, że to, o czym myślisz, staje się twoją rzeczywistością. Koło Oskara zaczęły się pojawiać coraz bardziej wpływowe postacie z krakowskiego półświatka. Oskar był łącznikiem pomiędzy nimi a urzędami, firmami budowlanymi i innymi instytucjami. Wiedział, że igra z ogniem, i miał nadzieję, że nie stanie się jednym z nich na dobre, że zdąży uciec i zacząć nowe życie, jeśli coś się posypie. Do tej pory jeszcze nie wpadł i miał cichą nadzieję, że sprawa z Centrum Konferencyjnym będzie kolejnym sukcesem. W razie kłopotów przygotował sobie plan „B”, a raczej „D” jak Daniel. Starał się jednak traktować cały przekręt jak zawsze. Robił wszystko krok po kroku. Zarwał noc po spotkaniu z urzędnikiem. Robił przelewy na konta w Zurychu. Tam też planował zniknąć w trybie natychmiastowym, gdyby coś poszło nie tak. W Polsce nie dało się trzymać takich sum bez wywołania podejrzeń urzędu skarbowego.

Daniel wszedł do sali konferencyjnej i trafił prosto na naradę, o której oczywiście zapomniał. Uzgodnienia dotyczące projektu Galerii Światła z branżystami trwały w najlepsze. Było ze dwadzieścia osób. Ktoś właśnie zaczął omawiać propozycję asymetrycznego ułożenia świetlnych obrazów po dwóch stronach Wisły, gdy Daniel popatrzył znacząco na Oskara. W tym spojrzeniu było pytanie: „Czy możesz się urwać z tego spotkania, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia?”. Oskar kiwnął głową na „tak”. Spojrzał na jednego z asystentów, przekazując mu tym samym prowadzenie spotkania, i wyszedł z Danielem. Szli przez korytarz ramię w ramię. Po Oskarze widać było zmęczenie, które zdradzały cienie pod oczami i przekrwione oczy. Daniel tego nie zauważył, bo sam był przemęczony intensywnością działań w ciągu ostatnich paru godzin. Zmęczony, ale i zadowolony. Zamek w aucie sprawdzony przez mechanika, rozszyfrowana mapa, plan koncepcyjny Centrum Konferencyjnego dla wspólnika zrobiony w trybie niemal ekspresowym. Weszli do windy.

– Cholera jasna! Co ja mówiłem Aśce? – krzyczał sam do siebie wspólnik Daniela. – Znowu śmierdzi w tej windzie zmokłym psem.

– Spokojnie, Oskar. Coś ty taki rozdrażniony? – Złapał wspólnika za ramię, by go nieco rozluźnić.

– Dużo spraw, za dużo do ogarnięcia. – Uśmiechnął się cierpko.

– Nie z takich opałów wychodziliśmy obronną ręką.

– Jasne…

Krótki ciągły sygnał w windzie przerwał ich konwersację. Drzwi rozsunęły się i wysiedli dwa piętra wyżej. Zamknęli za sobą drzwi do biura i kontynuowali rozmowę.

– Co tam masz? – Oskar rozsiadł się w swoim fotelu, by zobaczyć przede wszystkim projekt koncepcyjny dla inwestora, który Daniel mu obiecał.

– Nie tak szybko, mój drogi! To pokażę ci na końcu.

– Daniel! Proszę cię. Nie mam dużo czasu.

– Wiem. Będę się streszczał. Inaczej nie wysłuchałbyś innych moich pomysłów. By cię jednak nieco uspokoić, zrobiłem więcej, niż planowałem przy Centrum Konferencyjnym.

– I to chciałem usłyszeć! A tak z ciekawości, jak tam twoje poszukiwanie map naszej podziemnej dzielnicy?

– Opornie – rzucił od niechcenia i bacznie obserwował reakcję wspólnika. Chciał opowiedzieć o wszystkim Rudnickiemu, ale zgodnie z obietnicą, którą złożył sam sobie, stosował zasadę ograniczonego zaufania.

– W takim razie dawaj te inne sprawy na tapetę.

– Po pierwsze, czy zgadzasz się na moje pomysły co do hal po starej hucie przerobionych na sale koncertowe? Na wycieczki po piecach i starych halach na terenie Central Business District?

– Zgadzam się. Znowu będą problemy z odkupieniem tego od właścicieli, ale poradzimy sobie. Przynieś mi na następny raz szkice obiektów, które chcesz adaptować, dobra?

– Jasne. Na razie wszystko mam w głowie. Druga sprawa to te flipery. Bierzemy się za nie?

Szybki projekt, nowe miejsce rozrywki. Nie musimy na to szukać inwestora. Sami możemy stać się właścicielami i mieć z tego zyski.

– Chodzi ci o Centrum Wirtualnego Nieba? Konsole, hologramy, ogólnie rozrywka?

– Pamiętasz?

– Chyba mnie nie doceniasz. W tej kwestii też poproszę cię o parę wariantów i coś wybierzemy, OK? Nie dam rady pomóc ci w projektowaniu, ale załatwiłem dla ciebie rzuty tej rudery.

– No coś ty? Naprawdę? Zadziwiasz mnie czasami. Myślałem, że nie w smak ci małe projekty, tym bardziej że kończymy mieszkaniówkę, a przed nami twoje duże zlecenie.

– Skoro mówisz, że twoje będzie dochodowe i spełni twoje marzenia, cóż miałem robić. Podzwoniłem tu i tam. Właściciel jest nam w stanie to odsprzedać. Na dzisiaj ma zrobić wstępną wycenę. Zaraz idę się z nim spotkać. Oczywiście jeśli chcesz. – Tym razem Oskar był miły i bardziej wyrozumiały. Widać było, że przespał się z problemem, a nawet podjął realne działania.

– Ha! Pewnie, że chcę! – Daniel nie wiedział, jak mu dziękować za zaakceptowanie tego pomysłu i podjęcie działań w tym temacie. Chciał klasnąć w ręce jak małe dziecko, ale powstrzymał się. Przeczesał tylko włosy z zadowolenia i uścisnął Oskarowi rękę. – Dzięki! Można na ciebie liczyć. – Cieszył się, że po ciężkiej i mozolnej pracy nad mieszkaniówką może zrealizować swoje małe marzenia.

 

Przez chwilę rozmyślali, na co wydadzą pieniądze. Robili tak za każdym razem po szczęśliwie zakończonym projekcie. Prócz kupowania nowych gadżetów do domu Daniel zawsze jakąś część przeznaczał na cel dobroczynny i prezent dla bliskich. Mógł mieć prawie każde mieszkanie w Krakowie, ale czuł się dobrze, mieszkając w nowohuckim bloku. Mógł mieć każdy samochód, ale uwielbiał swój, choć nie był najnowszy. Mógł mieć wiele, ale był po prostu skromny i hojny. Oskar zaś przelewał część na konta w Zurychu, a resztę inwestował w kolejne projekty. Te mniej dochodowe, ale wzmacniające ich markę. Tak było na ogół. Teraz jednak czuł, że grunt pali mu się pod nogami. Skłamał wspólnikowi co do przeznaczenia zysków. Wszystko przelał na swoje prywatne konta. Bał się, że takie negatywne nastawienie może sprawić, że jego najgorszy koszmar stanie się rzeczywistością. Wiedział też, że jeśli dobrze rozegra sytuację, może to być koszmar jego wspólnika.

– W takim razie pokażę ci, co ja mam dla ciebie. – Daniel odchrząknął, próbując opanować swoją euforię, i rozwinął zwoje kalek.

Oskar zaniemówił na chwilę.

– I jak? Nie podoba ci się? Dziwnie wyglądasz. Coś nie tak? Tutaj myślałem, żeby zrobić dwie połączone bryły, części hotelowej z konferencyjną. Będą się przenikać. – Palcem pokazał dwa narysowane na mapie kwadraty. – Dałoby to bardzo dynamiczny efekt. Wszystko otwarte w kierunku Przylasku Rusieckiego na wielką taflę wody. A tam sport i rekreacja. Wszystko, czego biznesmeni potrzebują, żeby zostawić w kieszeni inwestora parę groszy. O to ci chodziło? – Daniel próbował sprzedać swój pomysł, ale nie wiedział, jak odczytać wyraz twarzy Oskara. – Jeśli ci się nie podoba, mam jeszcze dwie inne opcje, ale ta wydawała mi się najbardziej trafiona.

– Nie, nie… Poczekaj. Kurde, to jest rewelacyjne! Jak ty na to wpadłeś? Genialne. Daj mi chwilę. Wgryzę się w szczegóły.

– Bryła zaczerpnięta od Tadao Ando[1]. Rozwiązania technologiczne jak u Jeana Nouvela[2]. Elewki[3] z fakturą jak u tych dwóch architektów… mmm… Herzoga i de Meurona[4] – tłumaczył swoje inspiracje Daniel.

– Widzę, że nadal opierasz się na starociach ze studiów. Zatrzymałeś się w czasie dwadzieścia lat temu. Ale niech ci będzie. Nowe ujęcie twoich wspaniałomyślnych architektów jest godne podziwu. Podrasujemy tę technologię i będzie git!

– Tu masz wizki[5], jak chcesz. Może ci się to wszystko jeszcze bardziej spodoba w trójwymiarze – rzucił na stół kolorowe A4 i uśmiechnął się dumny z efektu swojej dwugodzinnej pracy. Lubił, gdy Oskar był z niego zadowolony. Uznanie wspólnika było bezcenne. – Dobrze byłoby pojechać w teren. Masz teraz czas? Nie byłem tam, a wiesz… takie rysowanie palcem po mapie nie służy projektowi. Chcę zobaczyć ukształtowanie terenu. Same plany, które mi dałeś jako podkłady, nie są aktualne. Z tego, co wiem, powstało tam osiedle domków jednorodzinnych, które nie zostało uwzględnione. Nie ma nic nowszego?

– Prawdopodobnie trzeba będzie zlecić to geodecie. Są nowe mapy w urzędzie z tym osiedlem domków, ale i tak w okolicach Przylasku ukształtowanie terenu jest nietknięte. Nikt tam nic nie robił od dawna.

– No właśnie. Podobnie z ziemią. Chcę zobaczyć, czy jest podmokła. Budynki mogą nam zjechać do jeziora. Osuszanie będzie słono kosztować twojego inwestora. Wiesz o tym?

– Będę z nim rozmawiać na ten temat.

– To żwirownia, musimy to dobrze sprawdzić. Wykopaliska nie służą budynkom. A bryła będzie nadwieszona. Sugeruję mocniejsze fundamenty, a nawet wykonanie ich na studniach. Trzeba zlecić geodecie zbadanie, na jakiej głębokości są grunty o dużej nośności. Poza tym jestem ciekawy, jak wygląda sprawa nasłonecznienia. Aha, no i starodrzew. Zdobędziesz pozwolenie na wycinkę? Czy będziemy coś adaptować i poddawać pielęgnacji?

– Tego jeszcze nie wiem. Chcę tam jechać z zaprzyjaźnionym dendrologiem, żeby ocenił sytuację.

– A może teraz tam pojedziemy?

– Nie. Dziś nie. Mało tego, mam dla ciebie jeszcze jedno ważne zadanie na dziś.

– Hmm. Miałem inne plany.

– To pilne. Proszę. – Prośba była wypowiedziana stanowczo. – Wizję w terenie załatwimy kiedy indziej. Dobra?

– Niech ci będzie. Wiedziałem, że fliperów nie załatwiłeś bezinteresownie. – Uśmiechnął się kpiąco.

– Znasz mnie aż za dobrze. Przez grzeczność nie zaprzeczę.

– Co to za pilna sprawa? Dawaj. Tylko pamiętaj, że na osiemnastą jestem umówiony.

– Zdążysz, spokojnie.

– I chcę ci jeszcze powiedzieć, że w weekend mnie nie będzie. Mam nadzieję, że nie przewidziałeś dla mnie więcej pilnych sprawy do załatwienia. – Uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Nie rób ze mnie takiego tyrana, Daniel. A dokąd się wybierasz, jeśli można wiedzieć?

– Do jakiegoś domku góralskiego. Chcemy z Darią uczcić naszą rocznicę.

– O, super! Masz ode mnie błogosławieństwo na ten wyjazd. Nie dosięgnie cię żadna piekląca sprawa w weekend. Za nami duży projekt, przed nami kolejne. Czas nabrać powietrza w płuca. – Gdzieś pod skórą czuł się podle, narażając Daniela na niebezpieczeństwo, ale ratował swój tyłek. Z jednej strony robił to już tyle lat, ale z drugiej miał też do niego słabość jak do młodszego brata. Daniel był taki naiwny i tak bardzo mu ufał. Podjął jednak decyzję, że wyśle Cisowskiego na spotkanie z inwestorem. Sam czuł, że mogą być z tego kłopoty. – To co, pomożesz mi dziś?

– No dawaj. – Daniel starał się wyciszyć i zamienić w słuch. – W czym konkretnie potrzebujesz mojej pomocy? Na ogół to ja ciebie o coś proszę. – Uśmiechnął się i przełożył nogę na nogę.

Oskar odwzajemnił uśmiech, ale czuł się niekomfortowo. Wiedział, że wbija nóż w plecy Danielowi.

– Nie będę owijać w bawełnę. Mam prośbę, żebyś dostarczył tę paczkę mojemu inwestorowi. – Z szuflady wyciągnął grubą szarą kopertę i położył ją na biurku. – Oczywiście razem z wizualizacjami i projektem koncepcyjnym, które przygotowałeś.

– Mojemu inwestorowi? – Przymrużył jedno oko, zastanawiając się, dlaczego Oskar zrobił z tego tylko swoją sprawę.

– Naszemu oczywiście. Przejęzyczyłem się. To ja z nim rozmawiałem, stąd pomyłka.

– To dlaczego sam mu tego nie dasz? – Daniel miał coraz większe podejrzenia. – Ja go nawet nie znam – zaczął się bronić. Nie lubił załatwiać nie swoich spraw. Tym bardziej, jeśli chodziło o poważne rozmowy z inwestorami, którymi zajmował się Rudnicki. Z drugiej strony wiedział, że powinien go czasem wyręczyć w odwalaniu czarnej roboty.

– Jak już wcześniej wspomniałem, idę na spotkanie z właścicielem od rudery z fliperami. W twojej sprawie, dodam. Nie zdążę na piętnastą na spotkanie z inwestorem. Potem idę jeszcze do branżystów od elektryki. Mają wolny czas tylko dzisiaj o piętnastej trzydzieści. Z nimi też rozmawiam w sprawie pieniędzy za nowe zlecenie. Inaczej nie zaczną działać. Wiesz, jak to z nimi jest, jak im nie pomachasz marchewką, to nie będzie im się chciało. Chcę im dać zaliczkę, żeby reszty nie przepili od razu – dodał z uśmiechem.

– Oj, chyba nieco przesadzasz. Czasy takich partnerów w firmach budowlanych mamy już za sobą. – Daniel próbował bronić ludzi, których znał osobiście. Spojrzał podejrzanie na kopertę w rozmiarze A4. – A to tu też są pieniądze?

– Nie – Oskar starał się zachować spokój – tu są tylko papiery z urzędu. Pieniądze przelewamy na konta, prawda?

– No tak. To co tu jest?

– Zgoda na budowę i inne takie.

– Dobra. Niech ci będzie. Gdzie mam być?

– Pod Dworkiem Jana Matejki.

– A czemu akurat tam?

– Nie wiem. – Oskar chciał jak najszybciej załatwić tę sprawę. – Tam się z nim zawsze umawiam. To on wyznaczył to miejsce. Może mieszka gdzieś w pobliżu – tłumaczył pospiesznie.

– Aha. – Daniel nie do końca zadowolony z odpowiedzi zrobił minę: „no dobra, nie wiem, o co chodzi, ale niech ci będzie”. – O piętnastej, mówisz, tak? – Daniel naburmuszył się. Wiedział, że nie ma wyjścia.

– Tak. Ty coś dla mnie, ja coś dla ciebie – dodał Rudnicki. – Zmykam. Widzimy się o siedemnastej tutaj. Zapraszam cię na kawę. Zdasz mi relację, jak było, i puszczam cię wolno na twoje spotkanie.

– Mhmm…

– O siedemnastej. – Mrugnął okiem do Daniela. – Lecę, bo teraz to ja się spóźnię. Masz tu klucze, zamknij, proszę! – Oskar zerwał się na równe nogi.

– Jasne! Dam sobie radę. Zmykaj! – Ostatnie słowo powiedział już sam do siebie, bo drzwi za Oskarem zatrzasnęły się z hukiem.

Daniel jeszcze chwilę bujał się na krześle, rozmyślając. W końcu wstał. Gdy miał już wychodzić, jego uwagę przykuły kwitki ułożone w równą stertę na biurku. Duża liczba zer na nich aż kłuła w oczy. Przemknęła mu przez głowę myśl, że kontrolę nad wydatkami i przychodami firmy ma Oskar. On sam zaś wie na ten temat mało. Za mało. Może najwyższy czas spytać wspólnika, „co z czym”. Gdyby tak Rudnicki wyjechał na jakąś delegację, sam musiałby prowadzić finanse ARC-u. „To dziwne. Skąd takie duże sumy? Centrum Konferencyjne? Przecież jeszcze nic niezrobione w tej sprawie. Nawet za mieszkaniówkę zapłatę dostaniemy po skończonej robocie. A inwestor jest ten sam. Za nowe zlecenie zapłaciłby już teraz? Aż tyle?… Spytam Oskara, o co chodzi” – rozmyślał. Ze skonsternowaną miną zrolował projekty i wcisnął je z powrotem do tuby. Wyszedł i przekręcił klucz w zamku.

[1] Tadao Ando urodził się w 1941 roku w Osace w Japonii. Jest słynnym architektem – samoukiem. Ulubionymi materiałami Ando są beton, stal i szkło. Został laureatem Nagrody Pritzkera w 1995 roku. Największy wpływ na Ando miał Le Corbusier.

[2] Jean Nouvel – francuski architekt. Został laureatem Nagrody Pritzkera w 2008 roku. Jego projekty charakteryzują się prostymi bryłami, dbałością o kolor i fakturę oraz iluminację wnętrza.

[3] Skrót od słowa „elewacje” fasady (przyp. aut.).

[4] Herzog & de Meuron – szwajcarskie biuro architektoniczne, założone w 1978 w Bazylei przez Jacques’a Herzoga i Pierre’a de Meuron. Zasłynęli oni przede wszystkim z niekonwencjonalnego podejścia do stosowanych w budownictwie materiałów. W 2001 roku otrzymali Nagrodę Pritzkera.

[5] Skrót od słowa „wizualizacje”, rendery (przyp. aut.).

Rozdział 7. Płotka idzie na dno

Zaczynał czuć stres i niepokój. Bał się, że sobie nie poradzi. Coś mu nie grało w zachowaniu wspólnika. Był jakiś taki podniecony. Niespokojny. Zmienił się w ciągu paru dni. Nie dawały mu też spokoju duże sumy na kwitkach i tajemnicze miejsce spotkania z inwestorem, gdzie miał mu wręczyć równie tajemniczą kopertę i swoje wstępne szkice. Idąc szybkim krokiem przez osiedle Centrum E, postanowił więcej o tym nie myśleć. Skupił się na osiedlu, przez które przechodził. Przypomniał sobie, jak parę lat temu budynki częściowo obsunęły się tutaj ze skarpy. Słabe wzmocnienia i obfite ulewy tamtego pamiętnego lipca przyczyniły się do jednej z najgłośniejszych katastrof budowlanych w Krakowie. Ludzi w porę ewakuowano. Już rok wcześniej zauważono pęknięcia na ścianach. Wezwano sędziwego profesora i konstruktora z Politechniki Krakowskiej, który już nie raz ratował nowohuckie bloki z płyty. Daniel zastanawiał się, jak czasem błąd i pośpiech potrafią zniszczyć całą ideę. Kiedy wracał tędy z pracy, odczytywał ten obraz jak przestrogę, by nie używać tanich materiałów. „Tak dobra koncepcja kontynuująca założenie sprzed ponad pół wieku i wszystko na nic przez oszczędzanie. Szkoda” – pomyślał. Czuł się tu jak na cmentarzu architektury. Miał wrażenie, że jest tu nawet chłodniejsze powietrze. Tak naprawdę był to już powiew świeżego, wilgotnego wiatru znad tafli wody Zalewu Mogilskiego. Dziś było tu przytulniej. Teren wyrównano i zrobiono tutaj plażę. Zalew Mogilski zarejestrowano jako kąpielisko, na którym dodatkowo można uprawiać prawie wszystkie sporty wodne. Położony idealnie w centrum dzielnicy jest nawet lepszą opcją niż zalew obok osiedla Szkolnego. Daniel pomyślał optymistycznie, że nawet z tragedii budowlanej może wyniknąć coś dobrego.

 

Zaraz za osiedlem skręcił w prawo na parking. Tu zawsze parkował. Często po pracy chodził do rodziców, którzy mieszkali niedaleko. Wsiadł do czarnego audi A10 i zatrzasnął drzwi. Teczkę z kopertą i projektem rzucił na siedzenie obok. Włączył silnik czerwonym przyciskiem na samym środku deski rozdzielczej. Samochód cichutko zaskoczył i zaczął mruczeć. Daniel wyjechał z parkingu. Zaparkował przed Zalewem Nowohuckim. Znał malowniczy skrót stąd do Dworku Jana Matejki. Po chwili szedł wzdłuż rzeki Dłubni, a zaraz potem przez mostek. Niestety stara metalowa bramka była zamknięta. Siatka obok niej była nieco zniszczona i wygięta w dół. Wpadł na pomysł, że ją przeskoczy. Najpierw przerzucił teczkę, a potem rozbiegł się i złapał za górną część siatki. Druty w niej były tak miękkie, że przypominały raczej sieć pająka, w której środek wbił się właśnie Daniel. Zaczął się śmiać sam z siebie. Zardzewiałe druty, które zahaczyły się o jego kurtkę, trzęsły się razem z nim. Z tego, co pamiętał, ta metoda przerzucania się przez ogrodzenie działała. Z tą różnicą, że to nie było takie stabilne. Odczepił drut, który go przytrzymywał, i pokracznie przetoczył się na drugą stronę. Po nienagannym wyglądzie nie było śladu. Otrzepał się i ruszył przez sad prowadzący do dworku. Przypomniała mu się pierwsza randka z Darią. Zabrał ją właśnie tu. Nie spieszył się, starał się rozkoszować zapachem trawy i drzew. Pomimo prób niemyślenia o tym, co za chwilę miało nastąpić, gdzieś w żołądku czuł uścisk żelaznej dłoni. Zdecydowanie czuł się w firmie bardziej artystą niż biznesmenem. Zaczął sobie wyobrażać całe spotkanie, co powie, jak się zachowa, by grać pozory twardego. Stres zaatakował go jeszcze bardziej. „Co ty wyprawiasz, Cisowski? Ogarnij się. Daj to tylko inwestorowi i zwijaj się stąd – ganił się myślach. – Matko! Wyglądają jak prawdziwi mafiosi” – przemknęło mu przez myśl. Zaczął pierwszy, gdy do nich doszedł:

– Witam panów. Czy to pan jest inwestorem Centrum Konferencyjnego, które projektujemy teraz przy Przylasku Rusieckim? – zaczął odważnie.

– Tak. Ma pan coś dla mnie? – Inwestor bez żadnych wstępów przeszedł do konkretów, pokazując tym swoją wyższość.

– Proszę, tu są dokumenty. Wspólnik przeprasza, że nie mógł osobiście, ale wypadło mu inne spotkanie.

– Mam nadzieję, że mnie nie ignoruje.

– Ciężko pana ignorować – zażartował Daniel, żeby rozluźnić atmosferę, ale mu to nie wyszło, bo ochroniarze stojący po dwóch stronach inwestora drgnęli w jego kierunku. I choć dorównywał im wzrostem, to masą mięśniową nie bardzo.

– Spokojnie. – Inwestor podniósł ręce, co zatrzymało ich w połowie kroku.

Daniel zrozumiał, że to nie przelewki i projekt nie jest zwykłym projektem. Oskar go oszukał albo co najmniej przedstawił to zlecenie w nieco łagodniejszym świetle.

– Czy to wszystko, proszę pana? – Cisowski chciał stamtąd szybko zniknąć. To zupełnie nie jego bajka. Narastała w nim wściekłość na Oskara, że wplątał go w to spotkanie i że nie uprzedził go o tożsamości zleceniodawcy.

– Tak. Daj to, proszę, Oskarowi. Będzie wiedzieć, za co to. – W ręce inwestora znikąd pojawiła się beżowa koperta na rogach obklejona przeźroczystą taśmą. Jej kształt mówił sam za siebie. Była nierówna i bardzo wypchana.

„W środku pewnie jest plik pieniędzy” – pomyślał z odrazą Cisowski. – Ale nasza firma przyjmuje przelewy na konto, proszę pana – próbował protestować.

W odwecie inwestor zgromił Daniela nieuznającym sprzeciwu spojrzeniem.

– Nie wydaje mi się, żebym tak się umawiał z pańskim wspólnikiem – ostro skwitował mężczyzna w czarnym garniturze.

Napięcie rosło. Daniel był w potrzasku. Nie chciał mieć nic do czynienia z tymi ludźmi i kopertą. Nawet nie chciał wiedzieć, ile jest w niej pieniędzy i na co przeznaczy je Oskar. „To się nazywa znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. W co on mnie wpakował? Urwę mu łeb, jak go spotkam” – myśli kotłowały się w jego głowie. W ręce Daniela została wciśnięta koperta. Zanim podniósł ze zdziwieniem głowę i cokolwiek powiedział, było już za późno. Zobaczył tylko dwie ogromne czarne postacie, między którymi szedł groźny inwestor. Po chwili drzwi czarnego, błyszczącego samochodu zamknęły się i biały żwir spod kół sypnął w górę. Daniel stał pod Dworkiem Jana Matejki jak posąg. Zobaczył jeszcze tylko prawy migacz i czarny samochód znikł. Spojrzał na kopertę, którą trzymał w rękach. „Przecież jej tu nie zostawię. W co on nas pakuje?” – rozmyślał, biegnąc z powrotem do samochodu. Chciał jak najszybciej pozbyć się przesyłki od co najmniej nietypowego zleceniodawcy.

Wściekły jak sam diabeł z piskiem opon wjechał na parking przed ARC-em. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek rządziły nim takie emocje. W samochodzie starał się uspokoić, oddychać powoli, ale na niewiele się to zdało. Cały drżał z wściekłości. Jego początkowy stres przed spotkaniem zamienił się teraz w furię. Zaprzeczył sam sobie, swoim zasadom. Był wściekły na siebie i na Oskara. Zatrzasnął drzwi samochodu i ruszył ku szklanym drzwiom. Ale chwileczkę… Coś tu nie grało. Zwolnił kroku. Rozejrzał się dookoła. Miał wrażenie, jakby był obserwowany.

– O co chodzi? Coś tu nie gra. Pusto tu jak na tę godzinę… Chryste Panie! Co to? Co się tu dzieje? Co wy…

W jego stronę biegli mężczyźni w kominiarkach i z wycelowanymi w niego karabinami. Był przerażony. Widział kolejne sceny jak w zwolnionym tempie. Poczuł się jak w filmie. „Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Może ktoś zrobił mi żart?” – pocieszał się, czekając nieruchomo jak zwierzę, które miało być zaraz zaatakowane. Usłyszał jakby z zaświatów okrzyki:

– Na ziemię! Ręce do tyłu!

A potem to jedno zdanie:

– Gdzie jest koperta?

W końcu dotarło do Daniela, że chodzi o paczkę, którą miał w kurtce. To nie były żarty. Sprawa była bardziej poważna, niż mu się wydawało. Musieli go śledzić i widzieć całe zdarzenie. Odebrało mu mowę. I tak nie zdołałby tego wytłumaczyć. Z opresji mógł go wyciągnąć tylko ten, kto go w to wszystko wmieszał. Dobiegł do niego pierwszy zamaskowany antyterrorysta i delikatnie szturchnął go końcem karabinu, wykrzykując te same komendy. Danielowi dalej przez głowę przebiegały tysiące myśli, rzeczywistość zaś dookoła płynęła dwa razy wolniej. Pociemniało mu przed oczami. Zmarszczył czoło, jakby nie rozumiał, co się dzieje. Powoli rozejrzał się na wszystkie strony. W oddali zobaczył osłupiałego Pawła, a w oknach biura wiele twarzy: zdziwionych, przerażonych, z ręką na ustach, pokazujących go palcami. Potem zalała go już fala ciemności i film mu się urwał. Runął na ziemię jak kłoda. Stres, furia, przerażenie i pusty od dawna żołądek – to było za dużo jak na jedną osobę, nawet o tak wielkich gabarytach. Antyterroryści nadal do niego celowali, chociaż leżał bez ruchu twarzą do ziemi. Z nosa popłynęła mu krew. Wydawało mu się teraz, że jeździ na kolejce górskiej w wesołym miasteczku. Pod nosem czuł katar, chciał go sobie wytrzeć, ale coś zimnego przytrzymało jego ręce. Dotknął tylko przegubem dłoni czubka nosa i zdziwił się. To była krew. Otworzył szerzej oczy. Wesołe miasteczko dookoła zniknęło. Jego świadomość powracała. Był teraz w samochodzie z przyciemnianymi szybami, ręce miał skute kajdankami, a obok niego siedziało dwóch uzbrojonych antyterrorystów. Czuł, że jego głowa jest bardzo ciężka. Próbował odtworzyć wydarzenia sprzed chwili. Miał jeszcze tylko tyle siły, by zapytać:

– Co się stało?

Odpowiedzi nie dostał. Policjanci milczeli. Nie chcieli albo nie mogli wdawać się w dyskusję. A może była ona dla nich zbędna. Być może wyszli z założenia, że wszyscy wiedzą, co się stało, łącznie z samym rzekomym winowajcą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?