Ring

Tekst
Autor:
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ring
Ring
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Ring
Ring
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dni mijały w szalonym tempie. Jednego dnia się budziła, a nim się obejrzała, był już następny tydzień i następny, a potem jeszcze kolejny. Alice próbowała się zadomowić w nowym miejscu i przyszło jej to z łatwością. Bruno spędzał z nią cały czas, jeśli tylko nie był na treningach, a że przebywał tam prawie większość dnia, to i Alice czasem również zabierała komputer i jechała z nim. Dla niej miejsce nie miało znaczenia, mogła pracować wszędzie i tak też robiła. Otwierała laptopa i nanosiła poprawki na teksty. Pisała krótkie felietony dla pewnej gazety, ale również była redaktorem. W sumie to chciała pisać i wydawać, ale szybciej zarobiła pieniądze jako szeregowy pracownik. Tylko raz widziała swojego pracodawcę – w dniu rozmowy. Pracowała na zlecenie, jedynie w gazecie była zatrudniona na etat. Mogła się z tego utrzymywać i pozostać anonimowa, a to jej w zupełności odpowiadało.

Właśnie pisała krótki artykuł o zachowaniach ludzi w sklepach podczas wyprzedaży, gdy dobiegał ją głośny, pełen złości krzyk trenera. Odstawiła komputer na miejsce, po czym wyszła z biura trenera i ruszyła niewielkim korytarzem na halę. Przystanęła w wejściu. Stała tam i patrzyła na trening brata. Bruno tak walił w przeciwnika, że ten ledwo stał na nogach. Uśmiechnęła się pod nosem na ten widok. Cieszyła się, że przeszłość nie przekreśliła marzeń, przynajmniej jego.

– Jak sądzisz – trener zjawił się tuż obok niej – wygra?

– A to chyba pytanie nie do mnie, trenerze. To wy razem trenujecie i to ja powinnam cię o to spytać.

– Tak samo przemądrzała jak i on – wytknął jej, przez co zarobił kuksańca w bok.

– Ma się to w genach, nie przeczę.

Trener Troy Mumford był jedyną osobą, która wiedziała, że Bruno i ona byli spokrewnieni, ale w jaki sposób, tego już nie ujawnili. Poza nim nie powiedzieli o tym nikomu innemu, ale Alice przez ostatnie lata pojawiła się kilka razy w życiu brata, chociażby na chwilę, więc jakoś musieli to wytłumaczyć. Nie widzieli się przez dwa lata po ich rozdzieleniu przez służby i ten czas był dla niej trudny, ale wiedziała, że tak musiało być. I tak naprawdę szalenie za Brunem tęskniła. Gdy byli młodsi, do szkoły średniej chodził w innym mieście, później na studia również wyjechał daleko. Może dlatego mało kto wiedział, że miała brata. Owszem, przyrodniego, ale jednak był jedyną rodziną, jaką posiadała.

– Wracam ich przypilnować, bo się jeszcze pozabijają. Za ostro im dzisiaj idzie.

– Właśnie zauważyłam, że poszli na całość. – Aż się krzywiła, kiedy Bruno uderzał chłopaka od sparingu i raz po raz posyłał go na matę.

– Do później, Alice.

– Jasne, trenerze.

Późnym wieczorem, gdy oboje byli już w domu, Alice nie mogła spać. Niby nie powinna się martwić, a jednak było inaczej. To był niezrozumiały lęk, który czasem pojawiał się niespodziewanie i nic nie mogła na to poradzić.

Podeszła do okna i przystanęła przy nim. Z góry miała idealny widok na ulicę. Stała tak przez chwilę i obserwowała otoczenie, ale wszystko wokół było takie, jak powinno. Godzina jedenasta wieczorem nie była porą odwiedzin, toteż praktycznie wszyscy zaszyli się we własnych domach. Ziewnęła i opuściła punkt obserwacyjny, po czym postanowiła napić się czegoś przed snem, więc udała się na dół.

Jednak sen nie chciał przyjść również do Bruna, który dostał dzisiaj pewną wiadomość. Siedział w kuchni z butelką piwa, którego nie powinien pić, i nie do końca wiedział, co zrobić. Alice miała prawo wiedzieć. W końcu cała ta sprawa dotyczyła również i jej. Wziął łyk bursztynowego płynu i odstawił butelkę na stół, bijąc się z myślami. Bo jak miał jej powiedzieć, że przeszłość upomniała się o niego i zapewne wkrótce upomni się też i o nią? Uciekli przed mordercami, udało im się wyrwać z koszmaru, ale widać nic nie mogło trwać wiecznie. Boże, dopomóż.

– Masz dla mnie? – dobiegł go głos siostry, która po chwili usiadła obok i spojrzała na niego.

– Chyba oszalałaś. W twoim stanie nie wolno – zganił ją, a ona pokazała mu język niczym nastolatka.

– Jakbym o tym nie wiedziała, poza tym żartowałam. – Posłała mu uśmiech, za którym tak tęsknił.

– Szkoda, że przed całym światem musimy udawać, że nie jesteśmy rodziną. – Cicho westchnął.

– Wiem. Nie powiem, że było mi łatwo… Brakowało mi ciebie. – Bruno, słysząc słowa siostry, odłożył piwo, złapał ją za dłoń i ścisnął delikatnie jej palce.

– Ja też za tobą tęskniłem. Rozmowy przez telefon to zawsze było za mało. Ale zostanę wujkiem – wyszczerzył się – a to oznacza, że każdy potencjalny chłoptaś, który zbliży się do mojej siostrzenicy, będzie biedny.

– A może to będzie siostrzeniec? – zasugerowała Alice.

– To go nauczę się bić. Będzie taki jak wujek i będzie walczył.

– Wiesz, że cię kocham? – Pochyliła się i pocałowała go w policzek. – Właśnie, jak samopoczucie przed walką? Ten cały Carter dobry jest? – spytała, bo zwyczajnie bała się o brata. Wierzyła w niego i była pewna, że da sobie radę, ale to ten rodzaj lęku, który trudno było wytłumaczyć.

– Jeden z lepszych, więc będzie zacięty pojedynek.

– Szykuje się niezłe widowisko.

– Mam nadzieję, że spuszczę mu łomot. Już kiedyś z nim walczyłem.

– Ooo – powiedziała zaskoczona Alice. – I jak się to skończyło?

– Szczerze? – Zaśmiał się na to wspomnienie. – Niezbyt dobrze dla nas obu. Trenerzy byli wkurzeni jak diabli. Miał być tylko sparing, a wyszło zupełnie coś innego.

– Boże.

– Cóż. Jak dwa koguty, siostra.

– Już ja sobie wyobrażam, co tam się musiało dziać.

Bruno uśmiechnął się, bo to się wtedy źle dla niego skończyło. Trener dał mu tak do wiwatu, że odechciało mu się stroszyć piórka.

– Idę spać. Może i ty też powinieneś, pojutrze walka, a ty siedzisz z piwem w dłoni.

– Dobra, dobra. Od kazań to jestem tutaj ja, a nie ty.

– Czasem młodsza siostra też może pomarudzić.

– Owszem może, może. Też się zaraz kładę. Jutro zostaniesz w domu, a ja pojadę sam.

– Okej, nie ma problemu. Mam i tak dużo pracy.

Alice wstała z krzesła i tak naprawdę zapomniała, po co przyszła do kuchni, po czym ruszyła na piętro. Temat przeszłości był zawsze omijany szerokim łukiem. Żadne z nich nie chciało rozmawiać o tym, co dawniej zaszło. Tamte wydarzenia zdecydowały o wielu rzeczach. Powędrowała na górę, zamknęła za sobą cicho drzwi, a potem ponownie podeszła do okna.


Carter zaparkował przed domem i wysiadł ze swojego cacka. Zatrzymał się i obejrzał przez ramię, gdyż odniósł wrażenie, że ktoś go obserwował. Rozejrzał się, ale niczego niepokojącego nie zauważył, więc wszedł spokojnym krokiem do domu. Rzucił w łazience torbę z przepoconymi rzeczami i poczłapał do lodówki. Wyciągnął z niej sok, po czym ze szklanką w dłoni usiadł przed telewizorem. Miał zamiar odpocząć po treningu. Myśl, że Salt pojutrze zobaczy, jak smakuje porażka, rozgrzewała mu krew. Wiedział, że ta walka była jego ostatnią szansą na to, by mógł walczyć o mistrzostwo. Obiecał sobie, że zmiecie swojego przeciwnika z powierzchni ziemi, i z taką myślą zamknął oczy i ułożył się wygodnie na kanapie. Raptem w jego wspomnieniach wypłynął obraz brunetki z auta, z wypadku. Nie wiedział, dlaczego jej twarz od czasu do czasu go prześladowała. Może spowodowane było to tym, że jednak był ciekaw, co się z nią stało i czy była cała. Ot zwyczajny odruch, taki ludzki.

Upił łyk soku, a wtedy ktoś zapukał do drzwi. Nie miał zamiaru otwierać. Nie spodziewał się gości, więc ani myślał zwlekać tyłek z kanapy. Ale kiedy pukanie się powtórzyło i usłyszał kobiecy głos, krew w nim zawrzała. Nie, tego było za wiele. Czego nie rozumiała? Wstał i podszedł otworzyć. Stanął oko w oko z Jess.

– Czego chcesz? – Nie miał zamiaru być dla niej miły.

– Jestem w ciąży – wypaliła.

– Tak? – zakpił.

– Tak, Carter.

– Proszę, proszę. Tylko nie rozumiem, dlaczego przyszłaś z tym do mnie. Co? Zabawił się i wystawił cię za drzwi? – Zaśmiał się gorzko.

– Nie jestem pewna, czyje to dziecko.

– Na pewno nie moje – zaprzeczył. – Nie jestem głupi, potrafię liczyć. A my od kilku tygodni nie jesteśmy razem i przypominam ci, że jeszcze gdy byliśmy parą, to też nie uprawialiśmy seksu przez dobry miesiąc. Więc jeśli liczysz na to, że wciśniesz mi kit, że być może to ja jestem ojcem dziecka, to jesteś w cholernym błędzie. Nie dam z siebie drugi raz zrobić głupka!

– To nie tak!

– Lepiej już idź, nie mam ochoty cię oglądać, Jess.

Carter się cofnął i zatrzasnął drzwi. Stał tak przez chwilę i wpatrywał się w drewno przed sobą. Nie wierzył, że dziewczyna myślała, że on da się na to nabrać. Kurwa, to było pojebane. Obrócił się i powędrował do swojej sypialni i dziesięć minut później spał już w najlepsze, śniąc o pewnej ciemnowłosej kobiecie.


Nazajutrz wszystko przebiegało normalnie, przynajmniej dla Cartera, który jak zwykle ćwiczył w sali treningowej, podczas gdy jego rywal robił dokładnie to samo. Jedynie Alice siedziała w domu nad jakimś tekstem i pieczołowicie go poprawiała. Wydawca ją cisnął, autor był od siedmiu boleści, ale dobrze jej płacono, więc mogła sobie ponarzekać, ale za to we własnych czterech ścianach.

Jednak gdy nastał wieczór, a Bruna wciąż nie było, zaczęła się martwić. Jutro miał mieć walkę, więc nie sądziła, żeby zrobił coś głupiego. Był zbyt odpowiedzialny i wyjątkowo ostrożny, co i tak jej nie uspokoiło. Wybrała jego numer, ale odezwała się poczta głosowa. Powoli zaczynała panikować. Chodziła tam i z powrotem przed drzwiami wejściowymi. Liczyła, że brat zaraz się pojawi i oszczędzi jej nie daj Boże wizyty na policji lub telefonu do agenta, który się nimi opiekował.

 

– Bruno, gdzie jesteś? – wymamrotała pod nosem, kiedy ponownie wybrała jego numer. Po chwili znowu odezwała się poczta głosowa.

Nie przypuszczała nawet, że Bruno właśnie siedział w samochodzie pod halą treningową i nie wiedział, co zrobić. Do tej pory było dobrze, aż raptem wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli. Nie miał pojęcia, skąd się dowiedzieli, że on to on, przecież tak skutecznie zatarto wszystkie ślady. Ale jedno było pewne – wiedzieli o nim, być może i o Alice, jak również o tym, gdzie teraz mieszkali. Na dowód tego trzymał w dłoni kartkę, którą znalazł za wycieraczką swojego samochodu.

Z każdą mijającą minutą był coraz bardziej wściekły. Zacisnął palce na papierze, po czym odrzucił go i odpalił silnik. Ruszył do domu, do siostry, której będzie musiał o wszystkim powiedzieć. Akurat tego już nie mógł zataić. Powinna być przyszykowana na każdą ewentualność. I rozumiał, że nie miało znaczenia, gdzie pojadą albo jak dobrze się ukryją, oni i tak znajdą ich wszędzie. Nigdzie nie byli bezpieczni, więc jaki był sens w zacieraniu za sobą śladów, skoro w końcu i tak się o nim dowiedzieli? Przez tyle lat był przekonany, że wiedzieli tylko o Alice, ale właśnie okazało się, jak małe miał pojęcie o wszystkim, jak złudne były jego przypuszczenia.

Gdy niespełna pół godziny później zaparkował na podjeździe i wysiadał, drzwi domu otworzyły się z impetem. Stała w nich Alice i wyglądała na roztrzęsioną, więc Bruno ruszył do niej biegiem. Jego głowę od razu wypełniły czarne myśli. Przeskakiwał co drugi stopień, a po chwili stanął przed siostrą, która rzuciła mu się w ramiona i przytuliła do niego z całych sił. On zrobił to samo.

– Gdzieś ty był? Wiesz, jak się o ciebie martwiłam? – powiedziała z pretensją lekko drżącym głosem.

– Jestem cały, jak widać. Złego licho nie bierze, siostra.

– To wcale nie jest zabawne, Bruno.

– Nie jest. – Puścił ją. – Wejdźmy do środka.

Alice obróciła się i jako pierwsza przekroczyła próg domu, po czym pomaszerowała do salonu, gdzie czekała na swojego braciszka.

– Więc – splotła dłonie na piersi – powiesz mi, gdzie byłeś?

– Siedziałem w samochodzie pod salą treningową – wyjaśnił.

– Ale dlaczego? Coś się stało?

– Powiedzmy – spojrzał na nią uważnie – że mam do ciebie prośbę. Nie wychodź jutro z domu, nie przychodź do hali, kiedy będę walczyć. Siedź grzecznie na tyłku i nigdzie się nie ruszaj.

– Dlaczego? – powtórzyła pytanie. Przyglądała się bratu czujnie i już wiedziała, że coś było nie tak. Nigdy nie potrafił ukryć przed nią swoich uczuć. Czasem miał je po prostu wypisane na twarzy. – Bruno, co jest grane? I proszę, tylko nie mów, że nic.

Mężczyzna zasępił się, bo wiedział, że nie mógł dłużej siedzieć cicho. Podrapał się po karku i odchrząknął.

– Przeszłość wróciła, Alice. – Zacisnął dłonie w pięści. – Znaleźli mnie i być może wiedzą też o tobie. Przypuszczam, że są świadomi, iż jesteśmy rodzeństwem, a wiesz, co to oznacza.

– O, Boże. To… – z wrażenia usiadła – to niemożliwe. Ale jak, Bruno? Jak mogli się o nas dowiedzieć?

– Przecież nie chowam się w cieniu, tylko jestem osobą znaną – zakpił.

– Ale oni nie mogli wiedzieć, że Bruno Salt to Bruce Laring. Wyglądasz zupełnie inaczej. Nikt by cię nie poznał, poza tym nosimy inne nazwiska i zawsze mieszkałeś w szkołach z internatem. Chryste, jak im się udało o tym dowiedzieć? – Alice nieświadomie ułożyła dłoń na brzuchu, jakby chciała chronić swoje nienarodzone dziecko, co od razu dostrzegł Bruno.

– Nie wiem, ale wiedzą, że ja to ja.

– Co zrobili? Zmusili cię do czegoś? – Strach osiadł w jej żołądku i zawiązał go w supeł.

– Dostałem ostrzeżenie.

– Jezu.

– Postanowili pograć moim życiem. Nie jest dobrze, siostra.

– Powiedz to w końcu. Czego chcą od ciebie te bydlaki?

– Żebym przegrał walkę.

– O mój Boże – wykrztusiła i sekundę później ruszyła do łazienki, bo jej żołądek zbuntował się i podszedł aż do gardła.

Alice ledwo zdążyła dobiec. Siedziała w toalecie dobre pięć minut, a Bruno stał wciąż w tym samym miejscu i przekonywał sam siebie, że to, co miał zamiar zrobić, było najlepszym rozwiązaniem. Zresztą w sumie dobre wyjście z tej sytuacji nie istniało. Usłyszał kroki, uniósł głowę i posłał Alice nikły uśmiech.

– Wszystko dobrze?

– Tak, już tak – odpowiedziała i opadła z powrotem na kanapę. – I co teraz zrobimy, Bruno?

– Ty nie zrobisz nic. Jakby ciebie tutaj nie było. Nie martw się, nie dam im tej satysfakcji.

– O czym ty mówisz? – Wstała i stanęła naprzeciwko niego. – Jeżeli to zrobisz, zabiją cię. – Własne słowa wstrząsnęły nią. – Nie to miałam na myśli…

– Wiem, ale będziesz siedzieć grzecznie w domu, kochanie. Nie ruszysz stąd tyłka, a ja zrobię to, co muszę.

– Nie możesz.

– Wszystko będzie dobrze. – I Bruno naprawdę chciał w to wierzyć, ale wiedział, że bez względu na to, co uczyni, to tamci dranie i tak zrobią, co im się będzie podobało. To, że podda walkę, nie miało tak naprawdę znaczenia, więc miał zamiar walczyć do końca, i to na swoich zasadach.

– Boże – Alice przytuliła brata – nie daj się im zabić. Jesteś naszą jedyną rodziną – wyznała łamiącym się głosem. – Nie zniosę utraty także ciebie, Bruno.

– Cii. Wszystko będzie dobrze. – W sumie to wcale nie był tego pewien, ale w tym przypadku chyba kłamstwo było lepsze.

– Boję się o ciebie.

– Niepotrzebnie – skłamał. – Idź już spać. Jutro ważny dla nas dzień.

– W sumie to dla ciebie. To ty będziesz okładał się tam pięściami za kasę.

– Jednym słowem, mordobicie. – Próbował trochę rozładować gęstą atmosferę.

– Właśnie tak. Odwiozę cię na walkę – zaproponowała.

– Nie, trener po mnie przyjedzie. Ty siedzisz tutaj – powiedział stanowczo, a Alice nawet się nie kłóciła, nie miała siły.

– Dobrze, zostanę – obiecała.

Pocałowała brata na dobranoc i poszła do siebie. Bała się zapalić światło. Bała się, że mordercy ich obserwują. Nie miała pretensji do Bruna, że ściągnął ją do siebie, przecież to było kilka tygodni temu i o niczym wtedy nie wiedział. Ale jeśli te bydlaki chcą ich głów, to i tak ich uśmiercą. Ale nie mogła zrozumieć, jakim cudem się o nich dowiedzieli. Ona także zmieniła imię i nazwisko. To, którym posługiwała się teraz, zostało załatwione przez federalnych.

Trzęsąc się lekko, przebrała się szybko w piżamę i podeszła do okna, ale zawahała się przez krótką chwilę, gdyż już ogarnęła ją panika. Przykleiła plecy do ściany i dyskretnie spojrzała przez szybę, żeby ktoś przypadkiem jej nie zauważył. Niczego podejrzanego nie dostrzegła, więc już miała odejść, gdy jej uwagę przyciągnął czarny samochód parkujący po drugiej stronie ulicy. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz, a żołądek znowu zawiązał się w supeł. Ale gdy się okazało, że to facet, który po prostu mieszka po przeciwnej stronie, Alice odetchnęła. Próbowała mu się przyjrzeć, oczywiście na tyle, na ile było to możliwe w świetle latarni. Coś w jego osobie wydało się jej znajome, ale nie miała pojęcia, co i dlaczego. Poczekała, aż zniknął w środku, po czym oderwała wzrok od ulicy, jednak jeszcze przez dłuższą chwilę stała przy ścianie, nie mogąc zrobić ani kroku. Nogi miała jak z waty. To strach. Strach sprawił, że wspomnienia tamtego dnia i wielu innych powróciły do niej niczym bumerang. Potrząsnęła głową, żeby zapomnieć, nie chciała pamiętać. Niepamięć byłaby błogosławieństwem, ale niestety to był luksus, którego nigdy nie zaznała.

W końcu, gdy poczuła się na siłach, oderwała plecy od ściany i ułożyła się w łóżku z nadzieją, że jutro ponownie położy się w tym samym miejscu, Bruno będzie świętował swoje zwycięstwo, a jego przeciwnik porażkę.


I owszem, Carter rozmyślał, ale o wygranej, swojej wygranej. Był w szczytowej formie, ale wiedział, że Salt również. Cholera, zapowiadała się walka wieczoru. Ale miał zamiar wejść na ring i spuścić łomot przeciwnikowi. Dotychczas w swoim życiu przegrał tylko dwie walki. Pierwszą w czasach, kiedy jeszcze nie potrafił profesjonalnie się bić, a drugą zaraz na początku, kiedy to wydawało mu się, że złapał Pana Boga za nogi. Jego duma doznała poważnego uszczerbku, gdy został pokonany. Ale wyciągnął wnioski i nauczył się nie oceniać pochopnie, a wręcz doceniać przeciwnika stojącego w drugim narożniku. Każda porażka uczyła pokory, ale i sprawiała, że człowiek był silniejszy, o ile potrafił z tego, co się wydarzyło, wynieść coś więcej. A on zawsze starał się wyciągnąć coś z każdej lekcji, jaką dawało mu życie.

Wziął szybki prysznic, napił się soku i w pełni zrelaksowany ruszył do łóżka. Jutro, kurwa, był jego wielki dzień, więc miał zamiar się porządnie wyspać, a potem wygrać walkę, czym otworzyłby sobie drogę na szczyt. Po tylu latach to wynagrodziłoby wszystko, co poświęcił dla tego sportu. Jutrzejsza walka i następna miały być ukoronowaniem jego dotychczasowej sportowej drogi.

W końcu nadeszło jutro. Zarówno Bruno, jak i jego przeciwnik byli zdeterminowani, żeby wygrać. Ale zwycięzca, jak zawsze, mógł być tylko jeden.

Carter nie spał już od wczesnych godzin porannych. I nic nie mógł na to poradzić, to już był nawyk. Emocje w nim buzowały, ale i też miał w sobie za dużo energii oraz adrenaliny, a do wieczora było daleko. Przebrał się w strój do biegania, po czym ze słuchawkami na uszach wyszedł z domu. Przeciągnął się kilka razy i ruszył swoją stałą trasą, mijając po drodze dom, w którym kilka tygodni temu ktoś zamieszkał, choć do tej pory nikogo w nim nie zauważył, widywał tylko samochód na podjeździe. Nasunął kaptur głębiej na czoło, obrócił lekko głowę, ale nie dojrzał nikogo w oknach. Przyspieszył i popędził ulicą w dół. Miał do pokonania osiem kilometrów, a później już będzie musiał przygotować się do walki. Ta myśl rozpaliła w nim krew, więc przyspieszył, żeby trochę się zmęczyć.

Było już popołudnie, gdy Bruno dostał telefon od trenera z informacją, że ten już po niego jedzie. Czyli czas się skończył, pomyślał. Nie wiedział, jaki finał będzie miał dzisiejszy wieczór, nawet nie chciał zaprzątać sobie tym głowy. Wolał za to skupić się na walce. Wiedział, że nie odpuści. Te skurwysyny i tak zrobią, co im się będzie podobało, niezależnie, czy wygra, czy się podłoży. Bez znaczenia. Znał ich bezwzględność, pokazali ją na przykładzie ich rodziców.

– Nie, nie pójdę w tamtą stronę – mruknął sam do siebie.

Było tak, jakby przeszłość przypomniała sobie teraz o nich. Teoretycznie powinien zawiadomić agentów, którzy kiedyś zajmowali się ich sprawą, ale jakoś się tak złożyło, że nie miał do nich zaufania. Nie było możliwości, żeby ktokolwiek dowiedział się o nim oraz o Alice – chyba że miał pomóc. Tak czy inaczej Bruno podjął decyzję. Alice będzie bezpieczna, ale musiał jej to bezpieczeństwo zapewnić. Spojrzał na zegarek i z ciężkim sercem poszedł pożegnać się z siostrą. Doskonale wiedział, czym ryzykuje. Jego życie będzie dzisiaj podwójne zagrożone. Walka z Carterem to ryzyko średniego stopnia, ale tamci ludzie stanowili realne niebezpieczeństwo, które mogło skończyć się śmiercią.

– Alice – wszedł do kuchni – na mnie pora.

– Boże, to już? – Odstawiła kubek z sokiem i po­deszła do brata.

– Tak, już. I mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.

– Zaczynam się bać, kiedy tak mówisz.

– Gdyby coś się wydarzyło podczas walki, nie przyjeżdżaj, tylko spakuj swoje rzeczy i uciekaj jak najdalej stąd. Rozumiesz?

– O czym ty mówisz, Bruno?

– Dokładnie wiesz, o czym.

– Nigdzie nie pojadę – zaprzeczyła gwałtownie. – I nic się nie stanie, jasne? Nie może!

– Ale musisz być przygotowana na wszystko.

– Na nic nie muszę. Skoro znaleźli nawet ciebie, to mnie tym bardziej. A może to wszystko to moja wina…

– Jak to twoja? Przecież nic nie zrobiłaś.

– Przyjechałam tutaj, a kilka tygodni później ty dostajesz od nich wiadomość. Może ci dranie liczyli, że cię do nich doprowadzę?

 

– Musieliby mieć cię na oku już wcześniej.

– Może i mieli. Nie mówiłam ci, ale podczas tego wypadku nie zadziałały w aucie hamulce, przynajmniej nie tak, jak powinny.

– Czekaj, jak to nie zadziałały? Alice, padał deszcz, było ślisko…

– Ale ja hamowałam, a samochód zwyczajnie jechał dalej, Bruno. A co, jeśli to oni je uszkodzili? Może to ja miałam być ich pierwszą ofiarą, a nie ty?

– Jeśli to prawda, to oboje mamy przesrane, a ty musisz uciekać, i to w tej chwili.

– Nie, jest już za późno. Nie zostawię cię! – krzyknęła. Chciała żyć, ale miała dosyć uciekania i do tego wciąż sama. – Po walce wyjedziemy stąd razem. Znikniemy. Mam dobrą pracę.

– Ja też całkiem sporo odłożyłem z dwóch ostatnich walk. Dlatego jeśliby mi się coś stało, weźmiesz kasę i wyjedziesz nawet na cholerną Alaskę, jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Ale…

– Mówię tylko, co zrobisz, jeśli będzie trzeba i… – Dźwięk klaksonu przerwał ich rozmowę. – Trener, muszę jechać.

Alice spojrzała ze łzami na brata, a jej ciałem wstrząsnął szloch. Bruno przytulił ją z całych sił i szepnął uspokajające słowa. Jako starszy brat powinien być dla niej wsparciem, a przez ostatnie lata widzieli się tylko kilka razy. Gdyby wiedział, że sprawy przybiorą taki obrót, miałby gdzieś policję i swoją fałszywą tożsamość. Najważniejsza i tak była Alice. A teraz… Teraz nawet nie wiedział, czy dożyje północy.

– Nie wychodź dzisiaj nigdzie. Pozamykaj wszystko dokładnie i nie podchodź do okien. I pamiętaj, co ci powiedziałem, gdyby… – Alice zamknęła mu usta dłonią.

– Nie chcę tego słuchać. Ale dobrze, zostanę, jednak ty też masz na siebie uważać. Masz wrócić do domu cały, nawet jeżeli miałbyś oddać walkę.

Na jej słowa Bruno się skrzywił. To nie wchodziło w grę, wiedział, że nigdy nie podda walki, bo skurwiele mu grozili.

– Postaram się. – Tylko tyle mógł jej obiecać, bo reszta leżała w rękach Najwyższego. – Kocham cię, siostrzyczko. – Pocałował ją w czoło i ruszył do wyjścia.

– Ja ciebie też, braciszku – wyszeptała Alice, patrząc, jak odchodzi.

Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, opadła na krzesło. Nawet nie chciała myśleć, co się stanie, jeśli… Nie, nie. Nie mogła patrzeć w ten sposób, Bruno do niej wróci cały i zdrowy. Ale to postanowienie nie zmieniło faktu, że momentalnie wstała i pobiegła do drzwi wyjściowych, żeby je zamknąć. Przekręciła dwa zamki, sprawdziła jeszcze, czy na pewno nie da się otworzyć, i dopiero ruszyła do salonu. Usiadła na kanapie. Siedziała tak, dopóki nie zapadła ciemność, i nawet wtedy nie włączyła oświetlenia. Nie chciała, żeby ktoś wiedział, że była w domu. Czuła się bezpieczniej w ciemności.


Niedługo później na drugim końcu miasta, w hali, gdzie miała się odbyć walka wieczoru, podczas owijania taśmą dłoni Bruno słuchał wykładu trenera. Nie do końca mógł się skoncentrować na słowach mężczyzny.

– Bruno, cholera jasna, skup się – fuknął trener. – Wychodząc tam, już jesteś cholernym zwycięzcą, ale żeby stanąć do walki o tytuł, musisz pokonać Cartera. Skurczybyk jest dobry, ale ty jesteś lepszy, synu. Więc skup się!

– Jasne, trenerze.

– A gdzie Alice? Nie widziałem jej.

– Kazałem jej zostać w domu. Źle się czuła – skłamał.

– W takim razie jedno zmartwienie mniej.

Bruno odpędził od siebie wszelkie myśli niedotyczące walki, którą miał zamiar wygrać. Nie było opcji, żeby się poddał. Pieprzyć ich! To był jego dzień chwały i wiedział, że bez względu na wszystko oni i tak zrobią, co będą chcieli. Był w dupie tak czy inaczej. Zacisnął szczęki, wypuścił powietrze przez nos i skupił się na słowach trenera, ale rozglądał się też po pomieszczeniu. Nie było przy nich nikogo prócz dwóch innych zawodników, w tym syna trenera. Bruno nie miał wokół siebie świty, jaką zapewne posiadali inni bokserzy. Właśnie przez własną przeszłość musiał takich rzeczy unikać, ale też nie był do końca towarzyskim facetem. Nie potrzebował tego całego blasku, wystarczyło mu, że kiedy walczył, czuł się jak ryba w wodzie. Ciekawy był, jak w tej chwili czuł się jego przeciwnik.


Carter przebywał na drugim końcu korytarza i również starał się rozluźnić i przygotować do walki.

– Wyjdziesz tam i pokażesz, na co cię stać – odezwał się trener. – Dzisiaj jest twój dzień, Carter.

– Wiem, dam z siebie wszystko.

– Mój chłopak. – Mężczyzna klepnął go w ramię.

Jeden z chłopaków kończył właśnie owijać jego dłonie taśmami i praktycznie Carter był gotowy. Adrenalina zaczęła powoli krążyć w jego żyłach. Czuł się jak huragan, który miał zamiar zmieść przeciwnika z powierzchni ziemi. To, do cholery, jego czas i jego walka.

Ktoś otworzył drzwi i dało się słyszeć hałas tłumu niosący się z hali, co jeszcze bardziej nakręciło go do walki. Uwielbiał to. Uwielbiał wkraczać na ring i czuć jego zapach oraz energię wokół. Wchodził zawsze niczym bóg wojny. Każda walka bowiem była wojną i tę też miał zamiar wygrać. Pokona Bruna Salta, a później już po wszystkim będzie świętował. Kto wie, może zaliczy dziewczynę lub dwie. Seks po zawsze był dobry, by rozładować energię.

– Pora na nas – oświadczył trener, kończąc wiązać mu rękawice bokserskie.

– Idziemy.

Okryty czarnym, satynowym szlafrokiem z wyszytymi inicjałami oraz wielkim orłem na plecach Carter ruszył do wyjścia. Szedł długim korytarzem, słysząc hałasujących ludzi. To był ten moment. Gdy wchodził na arenę, powitały go okrzyki i wiwaty zagrzewające do walki. Wiedział, że był tak samo lubiany jak jego przeciwnik. Zapewne widownia była podzielona proporcjonalnie, być może pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, co wcale nie przeszkadzało mu cieszyć się tym dniem.

Im był bliżej, tym wyraźniej widział ring, liny naokoło niego, tłum na widowni. To wszystko sprawiało, że czuł się niczym pieprzony bóg.

Trener klepnął go w ramię, po czym Carter prześlizgnął się między linami i podniósł ręce w geście powitania. Ludzie na ten widok oszaleli, a w nim jakby zapalił się ogień. To właśnie uwielbiał, ten hałas, tę energię. Było to czymś niespotykanym. Po chwili jednak jego uwaga skupiła się na wchodzącym przeciwniku.

W momencie kiedy Bruno ukazał się widowni, ona również zgotowała mu owację. Przywitali go tak samo entuzjastycznie jak Cartera. Jego barwą była zieleń, bo zielone były tęczówki jego siostry. To był ukłon w jej stronę, ale również ten kolor przynosił mu szczęście, a dzisiaj potrzebował go dwukrotnie.

Carter cały czas uważnie obserwował Salta. Nie spuszczał z niego oczu. Nie widzieli się dobre pół roku i miał wrażenie, że koleś zrobił się jeszcze większy, ale on też miał całkiem sporo mięśni, w końcu obaj walczyli w tej samej kategorii – półciężkiej. Stał i czekał, aż Salt pojawi się w swoim narożniku.

Sędzia wskazał mu miejsce, po czym przedstawił publiczności dzisiejszych zawodników.

– Przed państwem w lewym narożniku Bruno Salt. – Bruno poniósł ręce na powitanie, a publiczność oszalała. – Natomiast w prawym narożniku Carter Daring!

Carter czuł w powietrzu wibracje tłumu, które rozchodziły się niczym fala. A kobiece krzyki przemieniły się we wrzask, kiedy obaj zrzucili z siebie jedwabne szlafroki, ukazując publiczności swe ciała w pełnej krasie. Na widowni zapanował szał. Sędzia zaprosił bokserów na środek ringu. Uderzyli się rękawicami na powitanie.

– Nic do ciebie nie mam, Salt – odezwał się Carter – ale zaliczysz dzisiaj deski.

– Zobaczymy, cwaniaczku – odpowiedział mu z pogardą mężczyzna. Bruno też nic nie miał do Cartera, ale to sport, tutaj nie było miejsca na sentymenty.

Obaj wrócili na swoje miejsce, założyli ochraniacze na zęby i w tym momencie sędzia dał znak do rozpoczęcia walki.

Pierwszy cios wyszedł od Cartera i ledwo musnął ramię przeciwnika. Bruno nie pozostał dłużny, ale Daring się obronił. Ku uciesze publiczności zaczęła się prawdziwa walka.

Dziesięć rund, a pierwsza właśnie dobiegła końca, gdy dźwięk gongu rozniósł się po hali.

– Wszystko dobrze? – zapytał trener.

– Tak, ale jest cholernie szybki.

– Trzymaj gardę i wal go lewym prostym. Jak nie dasz rady, zrób odchylenie i podejście. Dasz radę. Obaj jesteście dobrzy.

Carter upił łyk napoju, po czym założył ochraniacz na zęby i wyszedł ponownie na środek ringu.


Alice nie wytrzymała napięcia. Miała nie oglądać walki brata, ale to było silniejsze od niej. Zmieniła kanał na sportowy, gdzie transmitowano walkę Bruna z tym całym Carterem. Akurat przełączyła w momencie, kiedy pokazano publiczność i spiker w telewizji powiedział, że szósta runda była z przewagą dla Bruna Salta. Cieszyła się, ale raptownie uzmysłowiła sobie, co jej brat wyprawiał. Nie miał zamiaru się poddać, nie chciał. Poszedł na wojnę z draniami, którzy już raz namieszali im w życiu. Zdała sobie sprawę, że wygrana brata, o ile do niej dojdzie, oznaczała też jego śmierć. Kiedy gong ogłosił koniec kolejnej rundy, cicho się modliła, żeby jednak to wszystko okazało się pomyłką.