Chłopiec z ulicy Wschodniej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Ilustracje na okładce

© Roman Bodnarchuk, psychoshadow, Dinadesign, OlekAdobe / www.stock.adobe.com.pl

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie raz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do wydarzeń lub postaci autentycznych jest zupełnie przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2019

Autorką cytowanego wiersza jest Anna Stryjewska

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, 2018

ISBN 978-83-66201-43-9

Pewnemu chłopcu – dziś już mężczyźnie, który dowiódł, że nierealne może stać się możliwe.

Rozdział 1

2012

Obudziło go bicie dzwonów z wieży pobliskiego kościoła wzywające wiernych na poranną mszę. Miasto jeszcze dosypiało zasypane świeżym śniegiem, mrok powoli rzedł, ustępując miejsca budzącemu się dniu. W słabym świetle rozleniwionego świtu zapalały się okna jedno po drugim, ulice chrząkały przejeżdżającymi samochodami, a bramy wypluwały zaspanych mieszkańców spieszących na pierwszą zmianę.

Tramwaj przetoczył się głośno pod oknem, kiedy Gabryś przekręcił się na drugi bok i naciągnął kołdrę po sam czubek głowy. Do pracy szedł dopiero na dziesiątą, ale wcześniej chciał jeszcze odwiedzić matkę. Raz przebudzony, nie widział już szansy na drzemkę. Postanowił wstać. Zapalił lampkę przy łóżku, która oświetliła niewielki pokój z wnęką. W niej urządził skromną kuchnię, obok jadalnię. Mieszkanie miało dwadzieścia sześć metrów powierzchni, usytuowane było na trzecim piętrze w kamienicy przy ulicy Franciszkańskiej naprzeciwko banku krwiodawstwa. Kilkanaście kroków dalej rozciągał się park Staromiejski, a za nim plac Wolności i Piotrkowska. Punkt – można powiedzieć – doskonały.

Gabryś remont przeprowadził we własnym zakresie. Ograniczył się do odświeżenia ścian, wymiany podłogi w pokoju oraz drzwi wejściowych, które z powodu starości ledwie się domykały. Kupił używaną kanapę z ogłoszenia, dwa fotele, ławę i telewizor. Stare meble kuchenne okleił tapetą, a na pchlim targu nabył komplet garnków i talerzy. Poczuł się tu jak w raju. To lokum dostał, gdy tylko ukończył osiemnaście lat. Pracownicy opieki społecznej ustalili kilka kwestii dotyczących jego aktualnego stanu rodziny, finansów, pozycji społecznej i planów na życie. Pisemnie zobowiązał się rozpocząć studia i sumiennie wywiązywać z obowiązków wynikających z praw studenta. Podjął pierwszą w życiu pracę niekolidującą z nauką.

Jeszcze nie wiedział, kim chciałby zostać: podróżnikiem czy marynarzem. Życie niejeden raz go zaskoczyło, dlatego był ostrożny w planowaniu przyszłości. Wolał iść małymi kroczkami, ale zawsze do przodu. Nie lubił się cofać. W dzieciństwie często mijał witrynę biura podróży. Zaintrygowało go umieszczone tam zdjęcie – biały ogromny statek sunący po błękitnych, bezkresnych wodach oceanu. Zrobiło mu się wtedy gorąco, a serce zaczęło bić szybciej niż zwykle. Od tamtej chwili wiedział, że nie spocznie, dopóki nie wsiądzie na pokład wraz z ukochaną mamą. Tak zrodziło się jego marzenie.

Później wiele czytał o takich statkach. Wiedział, że są ogromne, kilkunastopiętrowe, mogą zabrać w rejs ponad trzy tysiące gości. Gigantyczne liniowce są wyposażone we wszystko, czego dusza zapragnie. Można tam znaleźć nie tylko kina, baseny, sauny, restauracje, ale i teatr, piętrową bibliotekę, sklepy, a nawet korty tenisowe czy trasy do joggingu. Są to pływające miasta, gdzie ciągle zmienia się widok za oknem.

Mama była chora. Żałował, że nie będzie mogła zobaczyć tego wszystkiego jak dawniej, dzielić z nim entuzjazmu. Wystarczyła jednak świadomość, że jest, a czuł się lepiej. Przez kilka lat udało mu się już sporo odłożyć, bo uczył się i miał oparcie w państwie, którego w końcu był dumnym obywatelem. Pracę pomogła mu znaleźć pani Helena. Ta kobieta miała mnóstwo znajomości, które rzadko wykorzystywała. Dla niego zrobiła wyjątek.

Gabryś dzień zaczynał od krótkiej gimnastyki: kilkadziesiąt pompek, skłonów i brzuszków. Potem toaleta i kawa. Zapinając koszulę, uśmiechał się do swojego odbicia w lustrze. Nie przypuszczał, że mając dwadzieścia trzy lata, będzie mierzył sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu przy wadze około siedemdziesięciu pięciu kilo. W dzieciństwie nic na to nie wskazywało. Zawsze był chudym, niedożywionym chłopięciem, w dodatku najniższym w klasie. Niepozornym, nieuleczalnie nieśmiałym, zamkniętym w sobie, bez cech szczególnych. Teraz podobał się kobietom. Twierdziły, że ma niesamowite spojrzenie, za którym kryje się coś intrygującego. Cóż… Gabryś niewiele mówił o sobie. Jego przeszłość stanowiła zamknięty rozdział.

Mężczyzna pracował na pół etatu w biurze podróży, dostosowując swój czas do zajęć na uczelni. Szef był z niego bardzo zadowolony, co zaowocowało niezwykłą wyrozumiałością i zaufaniem. W końcu nikt tak jak Gabryś nie potrafił zachęcić klienta do podróży. Nawet jeśli turysta nie był zdecydowany, młody pracownik potrafił przekonać go, że warto zaryzykować. Jego sposób pracy okazywał się niezawodny: kochał to, co robił, i śnił o podróżach, które wciąż wydawały mu się czymś niezwykłym. Miejsca, o których opowiadał ludziom, znał jedynie z książek, opisów zamieszczonych w folderach i w internecie, tymczasem sprawiał wrażenie doświadczonego globtrotera. Znał się na kulturze Inków, miał w jednym palcu czasy Cesarstwa Rzymskiego, mitologię Greków czy średniowieczne Bizancjum. Wykazywał się sporą wiedzą na temat historii carskiej Rosji i mocarstw europejskich. Wiedział też dużo o Indiach, Chinach, Indonezji czy wyspach Japonii. Opowiadając ciekawostki, tak bardzo się angażował, że przestawał się jąkać.

Klienci nie tylko wracali z wojaży zadowoleni, ale polecali usługi sprawdzonego biura i sami decydowali się na kolejne wycieczki. Gabryś miewał pewne gratyfikacje, dzięki czemu jego największe marzenie o podróży statkiem mogło spełnić się o wiele szybciej, niż przypuszczał. Szef kiedyś zapowiedział, że gdy Gabryś skończy studia, chętnie zatrudni go na cały etat. Ten elegancki mężczyzna po czterdziestce sam wciąż podróżował, dlatego potrzebował fachowego wsparcia w interesach. Jego córka Liliana wyjechała jakiś czas temu do Kanady na studia i nie zamierzała wracać do zapyziałej Polski. Ojciec szczerze nad tym ubolewał. Próbował przekonać ją, że tutaj też się można ustawić i żyć na wysokim poziomie. W dodatku człowiek jest u siebie i nie czuje się jak kundel na obczyźnie. Dziewczyna najwyraźniej była innego zdania. Może gdyby żyła jej matka, przemyślałaby swe wybory. Niestety właściciel biura podróży żonę stracił kilka lat wcześniej. Zmarła na raka płuc, bo paliła jak smok. Nie ożenił się po raz drugi, choć nie stronił od towarzystwa płci pięknej.

Gabryś ucieszył się na zapewnienie szefa. Stała praca w pełnym wymiarze godzin gwarantowała mu dobre zarobki i szansę na podniesienie kwalifikacji. Firma, w której pracował, cieszyła się bardzo dobrymi opiniami klientów. Rysowały się przed nią perspektywy dalszego dynamicznego rozwoju. Mama byłaby z niego taka dumna! Nigdy nie przypuszczała, że jej jąkający się syn zajdzie tak daleko. A może Gabryś się mylił? Może w niego wierzyła? Przecież zawsze go broniła przed ojcem, powtarzała, że jest jej aniołem stróżem, że jeśli będzie się uczył i pracował, to zajdzie bardzo daleko. A wtedy… Właśnie! Wtedy spełnią się ich wszystkie marzenia. Będą mogli wyprowadzić się w każdy zakątek świata, podróżować i poznawać ludzi. Odnajdzie Alicję i będą żyć długo, spokojnie i szczęśliwie. Musiał w to wierzyć, bo inaczej… Czy jego życie miałoby sens?

Kontakt z Alicją urwał się dawno temu. Podobno wyjechała gdzieś z rodziną. Nikt nie potrafił mu powiedzieć gdzie, a przecież tak pragnął ją odnaleźć. Wtedy czuł, że byli sobie przeznaczeni. Zaręczyli się, mając zaledwie po jedenaście lat. Pamiętał, że zamiast obrączek założyli sobie na palce splecione sznureczki. Dziecinada! Wciąż jednak wracał do niej myślami, rozpamiętywał każdą chwilę spędzoną razem, choć nie unikał kontaktów z innymi kobietami. Ostatnio bardzo często spotykał się z Renatą. Poznali się w pracy, ale zbliżyli dopiero na jakimś szkoleniu. Była drobną, niewysoką blondynką o ciekawym, bystrym spojrzeniu. Ładna i seksowna. Potrafiła go rozśmieszyć, zająć mu czas interesującą rozmową. Nie nudził się w jej obecności, lecz w głębi duszy nieustannie tęsknił za Alicją. Czy na pewno? A może tylko za kimś, kto mu ją przypominał? Jaki to miało sens, skoro obraz jej twarzy już dawno się zatarł i mężczyzna pamiętał jedynie słodki, charakterystyczny pieprzyk nad górną wargą. Alicja mówiła, że kiedyś usunie to znamię. Gabryś jednak uważał, że dodaje jej uroku. Wciąż się o to sprzeczali.

W chwilach zwątpienia myślał, że to wskrzeszanie cieni naprawdę jest bezcelowe. Oboje zmienili się, wydorośleli, dojrzeli do innych wyborów i upodobań. On nie był już tym samym, jąkającym się chłopcem, który się wszystkiego boi i ucieka w świat marzeń. A ona? Pewnie też już nie jest słodką dziewczynką słuchającą go cierpliwie z wypiekami na twarzy. W dzieciństwie tylko ona umiała go zrozumieć, zajrzeć w głąb jego duszy i odnaleźć tam wszystkie smutki, pragnienia i tęsknoty. Przy niej nawet się nie jąkał. Poczuł ból, gdy po raz kolejny sobie to uświadomił. Czy jeszcze kiedyś spotka na swojej drodze taką kobietę?

 

Dziś wieczorem miał randkę z Renatą. Po raz pierwszy zaprosił ją do swojego mieszkania. Musiał się przygotować: posprzątać, zorganizować wino i coś lekkostrawnego. Zastanowił się chwilę nad finałem wieczoru. Już dawno nie był z dziewczyną. Przeszył go dreszcz niepokoju na samą myśl o fizycznej bliskości. Czy przy tej kobiecie będzie w stanie zapomnieć o Alicji oraz uwierzyć w nowy i trwały związek? Miał nadzieję, że tak. Do wieczora było daleko. Załatwiając różne sprawy, Gabryś wpadł na pomysł, że przydałaby się również nastrojowa muzyka. Postanowił, że pomyśli o tym później.

Jak co dzień wybrał się do ośrodka dla osób chorych psychicznie. Zjawiał się tam choćby na krótką chwilę. Minęło już wiele lat, odkąd jego matka trafiła na oddział psychiatryczny po ciężkim pobiciu przez ojca. Mało brakowało, by w ogóle nie zbudziła się ze śpiączki. Ten drań zmaltretował ją tak mocno, że ledwie uszła śmierci. Bił ją regularnie. Pozwalała mu na to, biorąc wszystko na siebie – całą winę za jego nieudolność, nieróbstwo, emocjonalne okaleczenie, za nieuzasadnioną pychę. Wszystko mogłoby się potoczyć innym torem, gdyby przez chwilę pomyślała inaczej.

Gabrysiowi tak bardzo jej brakowało: dawnych rozmów, czułości, obecności. Ojciec dostał pięć lat, a wyszedł po trzech. Potem znów trafił do więzienia za kradzież i pobicie. Syn nie odwiedził tego bydlaka ani razu. Nie miał zamiaru. To wstyd mieć takiego ojca. Wolał być sierotą, niż przyznać się do potwora. Ich mieszkanie na poddaszu przy Wschodniej zajęła jakaś rodzina. Nic dziwnego, skoro po tej tragedii, o której długo brzęczała cała kamienica i pół ulicy, ojca wsadzili do więzienia, matka wylądowała w szpitalu na intensywnej terapii, a chłopiec w sierocińcu. W jednej chwili Gabryś został sam jak palec. Trafił w obce miejsce, w którym ciężko mu było zapomnieć i odnaleźć się na nowo.

Pomógł mu dopiero Wojtek – jedyny chłopak, z jakim kiedykolwiek udało mu się zaprzyjaźnić – który jednak po skończeniu liceum odnalazł w sobie powołanie i wstąpił do seminarium w Gliwicach. Z jednej strony Gabrysiowi brakowało kolegi, który żył za murami szkoły dla duchownych, z drugiej zaś był dumny, że jest jego przyjacielem. Nigdy wcześniej nie przypuszczał, że Wojtek zostanie księdzem. Nie zapowiadało się na to. Po czasie zrozumiał, dlaczego właśnie on roztoczył nad nim opiekę. Byli do siebie bardzo podobni.

* * *

Do ośrodka przy Aleksandrowskiej, gdzie przebywała jego mama, Gabryś dotarł przed dziewiątą. Miasto zdążyło już na dobre się przebudzić, konsumując kolejny dzień nadjeżdżającymi z każdej strony samochodami, połykając tłumy pasażerów, dławiąc się gigantycznymi korkami, czkając serią klaksonów. Mężczyzna obserwował miasto przez szybę wypełnionego po brzegi tramwaju, mając w nozdrzach mieszaninę różnych zapachów, a w uszach miejski gwar.

Jakaś dziewczyna w czerwonym berecie na tyle pojazdu zakuwała historię. W przeciwieństwie do złodzieja, który korzystając ze ścisku, wsunął rękę do jej plecaka, nie zwracała uwagi na otaczającą ją rzeczywistość. Na szczęście Gabryś był szybszy. Złapał chłopaka za kołnierz, ale zanim pojawiła się pomoc, łobuz wyrwał mu się z uścisku i wyskoczył z tramwaju. Dziewczyna oprzytomniała w jednej sekundzie. Dziękowała mu długo, posyłając spod długich czarnych rzęs zalotne spojrzenia. Nie podjął sygnału. Pouczył ją, jak bezpiecznie poruszać się środkami komunikacji publicznej. Najwyraźniej nie tego oczekiwała. Wysiadła na następnym przystanku, gdzie pomiędzy blokami rysował się kontur jasnego budynku szkoły. Gabryś odprowadził ją wzrokiem, pożegnał na zawsze jej szczupłą, znikającą za betonowym płotem sylwetkę, a potem znów skupił się na otaczającej go rzeczywistości.

Miasto wydawało mu się ponure i zaniedbane: odrapane domy, dziurawe jak po zbombardowaniu ulice, pomazane przystanki upstrzone kolorowymi szczątkami reklam i wszechobecny brud. Na Limanowskiego zamknął się kolejny sklep spożywczy. Markety powoli wypierały drobny handel. Cóż… W dodatku ludzie byli jacyś smutni, zatopieni we własnych myślach, zagubieni w chaosie życia. Czy inne miasta wyglądają tak samo? Zastanawiał się nad tym, a jednocześnie znów poczuł nieodpartą chęć przyjrzenia się kulturom w innych miejscach świata. To musi być fascynujące! – pomyślał i mimo woli uśmiechnął się do siebie.

* * *

Matka siedziała na krześle w pustym pokoju, odwrócona przodem do okna. Słabe słońce ślizgało się po jej siwych włosach.

Podszedł i dotknął lekko jej ramienia. Nawet nie drgnęła. Kołysała się jedynie w rytm muzyki, którą od dawna nosiła w sobie. Ubrano ją w bawełnianą koszulę w kwiatki, z karczkiem obszytym wdzięczną fioletową falbanką. Szlafroka nie lubiła, chociaż podarował jej nowy. Taki ładny: błękitny z haftem na dole. Wyglądała w nim bardzo kobieco, ale wciąż go ściągała i rzucała z niechęcią na łóżko. Zauważył, że kapcie są już rozdeptane i podeszwy w nich się rozklejają. Przyszło mu do głowy, że będzie musiał kupić nowe – ładniejsze i wygodniejsze.

Matka pachniała zupą mleczną.

– Cześć, mamuś! Jak się dziś czujesz?

Odpowiedziała mu cisza przerywana odgłosem wody kapiącej z nieszczelnego kranu. Usiadł na brzegu łóżka, przyglądając się matce z czułością. Spróbował przeciąć to nieobecne spojrzenie, które błąkało się po zaśnieżonym parku. Znów mu się nie udało. Jej oczy wciąż były obce, martwe, a spojrzenie skierowane daleko. Żyła w innym świecie, milcząc jedynie i wsłuchując się w muzykę, którą tylko ona słyszała. Jej krucha, drobna postać wyrażająca wieczne cierpienie skurczyła się jeszcze bardziej. Odniósł wrażenie, jakby znikała z dnia na dzień, zupełnie jak księżyc zmieniający fazę. Targnęło nim współczucie i lęk przed stratą. Chwycił suchą dłoń i przylgnął do niej wargami. Długo pokrywał jej skórę pocałunkami, aż poczuł, że się zupełnie rozkleił. Łzy sunęły po jego policzkach, kiedy wyrzucał z siebie potok słów.

– Już niedługo, mamo. Już niedługo popłyniemy w rejs po Morzu Śródziemnym! Znalazłem ofertę za niewielkie pieniądze! Statek będzie płynął Cieśniną Gibraltarską aż na Atlantyk! Włochy, Francja, Hiszpania, Portugalia! Mamo, czy ty to słyszysz? Cóż to musi być za przeżycie, gdy się jest na pełnym morzu, a co dopiero mówić o oceanie! – Spojrzał na matkę, która jego zdaniem się lekko uśmiechnęła. Ścisnął jej lodowatą dłoń. – Zobaczysz, mamo, że od razu wyzdrowiejesz, gdy to wszystko zobaczysz! – Natknął się na jej nieobecne spojrzenie, ale nie zraził się. – Każdy ma opiekuna w niebie. Prawda? Ty pewnie też, mamo! Bo gdyby nie anioł stróż, czy żyłabyś jeszcze po takim pobiciu? Lekarze powiedzieli, że to cud. Cud cię uratował. A skoro żyjesz, to musi być w tym jakiś cel, prawda? Bóg postanowił wystawić nas na próbę. Jeszcze nie wiem jaką, ale już sama świadomość dodaje mi sił. Bo przecież to może znaczyć tylko jedno: żyjemy dalej! Nieważne jak. Ważne, że żyjemy.

Odniósł wrażenie, jakby matka odwróciła wzrok w jego stronę. Poczuł nawet uścisk jej ręki. Zdumiony dostrzegł łzę na jej policzku.

– Mamo! Mamusiu! Ty mnie zrozumiałaś! – Ze wzruszenia zaczął mówić szybko, nieskładnie to, co akurat przyszło mu do głowy. – Wiesz, że Wiocha siedzi w więzieniu za rozbój? Tym razem prędko nie wyjedzie, bo dostał sześć lat. A Emilka niedługo urodzi piąte dziecko. Wyobrażasz sobie? Co za życie! Kiedyś myślałem, że ja i Emilka… No wiesz. Byliśmy przez chwilę razem. To z nią przeżyłem pierwszy raz. No prawie pierwszy. Liczyłem, że spotka ją lepszy los, a ten jej gruby Wacek to idiota! Do niczego się nie nadaje, jedynie do robienia dzieci! Chociaż w czasach niżu demograficznego to też jakieś osiągnięcie, prawda? – Roześmiał się do własnych słów. – Pani Helena znów się gorzej poczuła. Wczoraj zabrali ją do szpitala i nie jest z nią najlepiej. Jakiś dziwny atak miała. Podobno dopadły ją kłopoty z krążeniem. Wiesz, jak to jest w tym wieku. Jeśli zdążę przed pracą, pojadę do niej. Kilka dni temu pytała o ciebie. Prosiła, żeby cię pozdrowić. Aha, Pampers przedawkował. Jutro pogrzeb. Dasz wiarę? Żal mi go, choć sam się doigrał! Właściwie to żal mi jego matki, bo nie zasłużyła na takie życie. Pani Kornelia dalej pisze. Ostatnio u niej byłem. Poczęstowała mnie herbatą i ciastkami. Jej piesek niestety zdechł, ale ktoś przyniósł jej kotkę syjamską.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Gabryś myślał o czymś intensywnie, a po pewnym czasie znów zaczął nieskładnie mówić:

– Wiesz, mamo… Szef powiedział, że mnie zatrudni na cały etat. Wtedy też dostanę podwyżkę. Pracownicy biura na pełnym etacie zarabiają sporo kasy! Ale najważniejsze są studia. Najpierw muszę je ukończyć, a potem się zobaczy…

Wtem do pokoju weszła pokaźnej tuszy pielęgniarka z zestawem kolorowych tabletek.

– Czas na drugie śniadanie! – zażartowała. – Widzę, że nasza dziewczynka zarumieniła się troszkę!

Chciał odpowiedzieć coś równie zabawnego, lecz zabrakło mu pomysłu, więc przyglądał się tylko, jak kobieta aplikuje leki. Mama poddała się tym zabiegom bez oporu. Pielęgniarka wyszła, a on wziął szczotkę do czesania. Snuł plany, układając mizerne włosy rodzicielki. Splatał je w warkoczyki, spinał po bokach kolorowymi wsuwkami, następnie ponownie rozpuszczał i tapirował. Po pewnym czasie odłożył szczotkę na miejsce, pocałował mamę na pożegnanie i opuścił szpital z wielką nadzieją w sercu.

Rozdział 2

2002–2005

Dopiero na szczycie schodów czwartego piętra Gabryś zorientował się, że nie ma klucza. Wdrapał się wyżej, czyli na samo poddasze, gdzie znajdowało się mieszkanie jego rodziców. Usiadł pod drzwiami i skrupulatnie przeszukał kieszenie kurtki, spodni oraz zawartość plecaka, łudząc się, że znajdzie klucz. Miał niewiele ponad trzynaście lat, choć wyglądał na mniej. Drobnej budowy, raczej niski, ze szczupłą, bladą twarzą, z której wyzierały wielkie niebieskie oczy o szczerym, lecz lękliwym spojrzeniu. Jasne, nieco przydługie włosy z tyłu głowy od rzadkiego mycia i czesania splątały się w gęsty kołtun. Kurtka, jaką zmuszony był nosić, wyglądała jak po starszym bracie, którego nigdy nie miał, a za którym nieustannie tęsknił. Wydawało mu się, że mieć brata, zwłaszcza starszego, takiego, co obroni przed innymi, to coś niesamowitego. Brat, który toruje szlaki, którego boją się koledzy, który jest autorytetem i promotorem. Marzenie. Na nowe, niepodarte zimowe okrycie rodziców nie było stać. Spodnie, wcale nie w lepszym stanie, bo nieco przykrótkie i z postrzępionymi nogawkami, mama wygrzebała w sklepie z odzieżą używaną. Rok temu był z nich dumny, zwłaszcza że miały wszytą metkę popularnej firmy, ale dziś…

Trud poszukiwań klucza okazał się daremny, bo poza kilkoma zgniecionymi papierkami po cukierkach, którymi kiedyś został poczęstowany przez panią Helenę, niczego nie znalazł. Już na samą myśl ogarnęło go przerażenie. Zalał go zimny pot i przejął jeszcze zimniejszy dreszcz. Jego dziecięca pamięć przywołała wciąż żywy obraz wściekłego ojca uzbrojonego w skórzany pas z metalową sprzączką, raz po raz trafiający w gołe pośladki. Do tej pory jeszcze na pupie, nogach i plecach widniały ślady po tamtym wydarzeniu. Wszystko z powodu klucza. Wiedział, że i tym razem mu się oberwie. Jak to się mogło stać? Wszystkie kieszenie były dziurawe, ale to jeszcze nie powód, by kolejny raz zgubić tak drogocenną rzecz.

I co teraz? Gdzie się podzieje? Matka wróci z pracy dopiero wieczorem, a ojciec… Od niedawna przyjęli go do stróżowania na parkingu strzeżonym. Pracował o różnych porach dnia. Dla chłopca byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie wrócił.

Gabryś usiadł na schodach, nie wiedząc, co robić. Skurcz żołądka – najpierw jeden, potem drugi, jeszcze złośliwszy – uświadomił mu, że od rana nie miał nic w ustach. Około dwunastej z minutami został zwolniony z ostatniej lekcji, ponieważ pani od polskiego się rozchorowała. W zasadzie chorowało pół szkoły. Jeśli dobrze pójdzie, zamkną ją z powodu epidemii. Tylko co mu po tym? Nie ma przecież komputera jak jego koledzy, którzy większość czasu spędzają przed monitorem wciągnięci w wirtualny świat.

U Gabrysia telewizor odbierał tylko na trzech kanałach i to nie zawsze. Niedawno wyłączyli prąd w mieszkaniu za niepłacenie rachunków. Nie miał czasu, pieniędzy ani ochoty, by włóczyć się po mieście i odkrywać fascynujące miejsca jak większość jego znajomych. Na szczęście nie palił, nie pił i nie ćpał jak niektórzy. Papierosy, trawka, alkohol wiązały się z kasą, którą niełatwo było przecież ukręcić. Za to oni wciąż wymyślali nowe sposoby na zdobycie środków, zwłaszcza szajka z podwórka z Grubym, Wiochą i Pampersem na czele. Byli starsi od Gabrysia jakieś trzy, cztery lata i znani w okolicy z drobnych kradzieży, awantur i bijatyk. Dobrze, że uznali go za trochę niedorobionego, bo tylko dzięki temu nie namawiali na rozboje. Według nich mógł w każdej chwili coś popsuć, gdzieś nawalić, czegoś nie dopilnować. Stwarzałby niepotrzebne ryzyko. Znaleźli sobie inny sposób na wykorzystanie Gabrysia: dostarczał im rozrywki. Zaczepiali go, gdy ogarniała ich nuda, spuszczali mu lanie bez powodu, co wyraźnie wpływało na poprawę ich samopoczucia. Czasem grali z nim w głupiego jasia, czasem targali za uszy, innym razem kazali mu biegać wokół śmietnika.

 

– No dalej, jąkała! Dalej! – przekrzykiwali się nawzajem, śmiejąc do rozpuku z jego bezradności.

Przestawali się nad nim znęcać dopiero wtedy, gdy tracił siły, słaniał się na nogach i kaszlał z wyczerpania. Znów stawał się dla nich niewidoczny. Bał się ich głupich pomysłów. Nigdy też nie zastanawiał się nad tym, co by się stało, gdyby im odmówił. Jeszcze nie dorósł do takiego aktu odwagi.

Tymczasem zmartwił się, że w otworze licznika prądu, gdzie nieraz matka zostawiała zapasowy klucz, było pusto. Szanse na wejście do mieszkania zmalały do zera. Perspektywa kolejnego lania go dobiła. Ojciec potrafił być bezwzględny. Kiedy się wściekał, nic się nie liczyło. Zupełnie jakby czerpał z tego przyjemność. Pocił się, krzyczał, sapał, przerażał ich wykrzywioną twarzą, gdy na skroni pulsowały mu grube na pół palca żyły. Chłopiec tak bardzo się go bał, że już na samą myśl bolała go skóra. Słowo „ojciec” kojarzyło mu się tylko z poczuciem zagrożenia i z fizycznym bólem. Nawet kiedy rodzic starał się być miły dla syna, co zdarzało się niezwykle rzadko, ten nie tracił czujności niczym kot na łowach. Uważał, by za blisko nie podejść, by nie powiedzieć czegoś głupiego, nie zająknąć się, co było najtrudniejsze, by nie rozwścieczyć go ponownie.

Ojciec mógł uderzyć za wszystko: za rozlane picie, za stłuczoną szklankę, za kurz na meblach, za to, że Gabryś stawał w obronie matki, a wreszcie za to, że był. Najwięcej czepiał się za spóźnienia, a już wtedy, gdy nie miał pieniędzy, należało bezwzględnie schodzić mu z drogi. Tracił cierpliwość, gdy syn nie mógł się wysłowić. Gabryś nie rozumiał czułości i dumy, z jakimi jego koledzy z klasy wyrażali się o ojcach. Nie dowierzał, kiedy słyszał, że jeździli razem na basen, na wycieczki rowerowe za miasto, szli do kina, na mecz piłki nożnej czy robili wspólnie zakupy. Jego stary nigdy nie miał na to czasu. Najczęściej wrzeszczał, bił jego i matkę, śmierdział alkoholem, palił papierosy, chodził brudny i zamroczony.

Nagle jedna myśl jak błyskawica rozświetliła mu umysł. Tak! To przecież takie proste! Musi wrócić do szkoły tą samą drogą, by odnaleźć zgubę. Nie zastanawiając się dłużej, zbiegł po drewnianych, wytartych schodach i po chwili znalazł się na kilkusetmetrowej powierzchni podwórka otoczonej z każdej strony ścianami odrapanych kamienic. Rosło tam kilka rachitycznych drzewek, ustawiono metalowy pojemnik na śmieci i trzepak, pod którym zwykle hałasowała grupka wyrostków. Gabryś miał nadzieję, że tym razem banda Wiochy, Grubego i Pampersa go nie zaczepi. Przewinął się pod ścianą jak kot i dla zmyłki wyciągnął z kieszeni ulubioną kostkę Rubika, zmierzając w stronę, gdzie często pozostawał niezauważony, czyli za niewysoki murek obok garaży. Kostkę znalazł kiedyś w śmietniku. Była tylko trochę uszkodzona: brakowało kilku kolorowych kwadracików, które zręcznie uzupełnił, dzięki czemu mógł bez przeszkód posługiwać się nią z prawdziwą przyjemnością. Tak dużą, że często zapominał o bożym świecie, za co nieraz dostał po plecach od ojca.

Wielokrotnie, gdy siedział z kostką na podwórku, miał okazję obserwować gros przedziwnych sytuacji. Znał ludzi, którzy tu mieszkali od najniższej kondygnacji do ostatniej, czyli poddasza w niewielkiej części zajętego przez jego rodzinę. Wcześniej ich dom był na Górnej – w dzielnicy obejmującej południową część Łodzi – przy ulicy Paderewskiego. Tam przynajmniej mieli balkon. W dwóch pokojach z kuchnią, łazienką i ogrzewaniem nie było tak źle. Wtedy ojciec jeszcze pracował w policji i przynosił do domu normalną pensję. Wkrótce jednak został wyrzucony za nadużywanie alkoholu i agresję. Od tego momentu zaczął pić jeszcze więcej, awanturować się i grać w karty, wpędzając rodzinę w coraz większe kłopoty finansowe. Matka zorientowała się, gdy już było za późno. Jedynym wyjściem z sytuacji okazała się sprzedaż mieszkania. Po spłaceniu długów wystarczyło na malutką norę za tak zwane odstępne w prywatnej kamienicy na drugim końcu miasta, na samym poddaszu przy ulicy niecieszącej się dobrą sławą. Nie mieli tu dostępu ani do sieci gazowej, ani do centralnego ogrzewania. Dobrze, że chociaż toaleta była. Na remont już nie starczyło. Matka wprawdzie uciułała parę groszy na czarną godzinę, niestety dowiedział się o tym ojciec. Tak długo się pilnował, był miły, aż wyciągnął od niej ostatnią złotówkę. Wraz z funduszami skończyła się czułość, a dotychczasowy względny spokój minął bezpowrotnie.

Gabryś bardzo boleśnie przeżył przeprowadzkę, ponieważ na Górnej zostawił miłość swojego jedenastoletniego wówczas życia: Alicję, koleżankę z klasy, która rozumiała go jak nikt inny. Dziewczyna pisała piękne wiersze, cudownie grała na skrzypcach, była pilną, sumienną uczennicą. Podobała mu się ta drobna blondynka z błękitnymi, zadumanymi oczami. Spędzali ze sobą dużo czasu, zwykle włócząc się bez celu po pobliskim parku. Czasem przy dobrej pogodzie jechali nad Stawy Stefańskiego lub odwiedzali market, gdzie wypijali na spółkę napój cytrynowy. Kiedy padało, z przyjemnością słuchał gry w maleńkim pokoju dziewczyny. Pewnego dnia wybrali się nawet do parku na Zdrowiu, gdzie od lat funkcjonował lunapark. Wśród różnorakich karuzel, platform, kolejki górskiej i zamku strachu zdecydowanie wyróżniał się diabelski młyn – ogromne koło, do którego w równych odstępach zaczepiono kolorowe balie z siedzeniami. Odtąd odwiedzali lunapark częściej. Potrafili godzinami wystawać w ulubionym miejscu i przyglądać się, jak ogromna machina przetacza się wolno zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

– To musi być fascynujące przeżycie! – wzdychała Alicja, spoglądając tęsknie w górę. – A jaki widok!

Marzył wtedy, że któregoś dnia zabierze ją na diabelskie koło, że wspólnie doświadczą tej wyjątkowej chwili. Dopiero po pewnym czasie narwał w zapomnianym ogrodzie naręcze jaśminu, które udało mu się sprzedać na ryneczku. Ludzie zapłacili mu pewnie z litości. Nie zastanawiał się nad tym. Liczył się rezultat. Chłopak osiągnął cel: zarobił na bilety i spełnił pierwsze z wielu marzeń.

W dole tętniło życie, dudniła muzyka, wiosna rozbuchała się świeżością barw, zniewalając zapachem kwitnących drzew i kwiatów. Właśnie wtedy, na szczycie diabelskiego młyna, skąd roztaczał się imponujący widok na miasto, postanowili się zaręczyć. Przyrzekli sobie miłość do grobowej deski. Nie przypuszczali, że rozłączy ich szara codzienność. To właśnie wtedy mama i ojciec podjęli decyzję o sprzedaży mieszkania i wyprowadzeniu się na ulicę Wschodnią. Odległość stała się ogromną przeszkodą, zwłaszcza że chłopak nie posiadał pieniędzy na bilety. Bez Alicji wytrzymał pół roku. W końcu pojechał tramwajem na gapę w miejsca, gdzie spodziewał się ją spotkać, ale nigdzie jej nie zastał. Ona i jej rodzina rozpłynęli się jak kamfora. Na próżno dopytywał, kluczył, krążył, pukał do drzwi sąsiadów. Nikt nie potrafił udzielić sensownej odpowiedzi. Powiedziano mu jedynie, że ojciec Alicji dostał posadę w Niemczech. Na tym trop się urywał. Przyjaciółka pozostała we wspomnieniach jako Alicja z krainy czarów. Mimo to dziś w jego wyobraźni stanowiła ideał kobiety.