Czarny KsiążęTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

Black Beauty

Fotografia na okładce:

© Bettina Niedermayr

Ilustracje:

Jenny Nyström

Redakcja:

Agata Wójcicka-Kołodziej

Okładka:

Barbara Wieczorek

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-89-6

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2021

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Mój wczesny dom

2. Polowanie

3. Pasowanie na wierzchowca

4. Park Birtwick

5. Dobry początek

6. Na swobodzie

7. Gryzelda

8. Ciąg dalszy historii Gryzeldy

9. Wiercipięta

10. Rozmowa w sadzie

11. Prosto z mostu

12. Burzowy dzień

13. Znamię Szatana

14. James Howard

15. Stary stajenny

16. Pożar

17. Rozmowa z Johnem Manlym

18. Jazda po lekarza

19. Tylko niewiedza

20. Joe Green

21. Rozstanie

CZĘŚĆ DRUGA

22. Earlshall

23. W obronie wolności

24. Lady Anne i spłoszony koń

25. Ruben Smith

26. Jak to się skończyło

27. Gorsze zdrowie, gorszy status

28. Koń na wynajem kontra niedzielni jeźdźcy

29. Miastowi

30. Złodziej

31. Ściemniacz

CZĘŚĆ TRZECIA

32. Koński targ

33. Koń dorożkarski w Londynie

34. Stary koń bojowy

35. Jerry Barker

36. Niedzielna dorożka

37. Złota zasada

38. Dolly i prawdziwy gentleman

39. Suchy Sam

40. Biedna Gryzelda

41. Rzeźnik

42. Wybory

43. Przyjaciel w potrzebie

44. Stary Kapitan i jego następca

45. Nowy Rok dla dorożkarza

CZĘŚĆ CZWARTA

46. Jakes i nieznajoma dama

47. Ciężkie czasy

48. Farmer Thoroughgood i jego wnuk Willie

49. Mój ostatni dom

Mojej najdroższej i zasługującej

na najwyższy szacunek Mamie, której życie,

w jednakim stopniu jak jej pisarstwo,

poświęcone były dobru innych,

dedykuję tę skromną książkę.

Część Pierwsza

1. Mój wczesny dom

Pierwsze miejsce, jakie przychodzi mi na pamięć to rozległa malownicza łąka, na której znajdował się staw z czystą wodą. Pochylały się nad nim nadwodne drzewa, dając mu cień, a przy głębszym jego krańcu rósł tatarak i lilie wodne. Po jednej stronie wyglądałyśmy przez żywopłot na zaorane pole, a po drugiej ponad furtką na dom naszego pana, który stał przy drodze, zaś w górze łąki wyrastał niewielki jodłowy lasek, a u dołu płynął mały strumyk o wysokim, stromym brzegu.

Kiedy byłem mały i nie mogłem jeść jeszcze trawy, żywiłem się wyłącznie mlekiem mojej mamy. Za dnia biegałem u matczynego boku, a w nocy spałem przytulony do niej. W upalne dni chowałyśmy się nad stawem w cieniu drzew, a gdy nastawał chłód szukałyśmy schronienia w przytulnej, ciepłej stajence tuż nieopodal jodłowego gaju.

Jak tylko podrosłem na tyle, by samodzielnie jeść trawę, mama za dnia zaczęła chodzić do pracy i wracała dopiero wieczorem.

Na łące pasło się, oprócz mnie, sześć źrebiąt; były starsze ode mnie, a niektóre prawie już tak duże jak dorosłe konie. Fajnie się wtedy z nimi biegało. Galopowałyśmy po polu razem ile sił w nogach. Czasami jednak zabawa stawała się zbyt brutalna, gdyż galop poprzedzało gryzienie i kopniaki.

Pewnego dnia, gdy rozbrykane źrebaki zbyt hojnie obdarzały się kopniakami, moja mama przeciągłym rżeniem przywołała mnie do siebie i powiedziała:

– Bardzo proszę syneczku, żebyś słuchał uważnie, co ci teraz powiem. Źrebaki, które tu mieszkają, to są bardzo dobre dzieci, ale to są źrebięta koni pociągowych i oczywiście nie nauczono ich dobrych manier. Ty jesteś bardzo dobrze wychowany, a przy tym szlachetnego urodzenia. Twój ojciec cieszy się zasłużoną sławą w tych okolicach, a twój dziadek dwa lata z rzędu wygrywał puchar na wyścigach w Newmarket. Twoja babcia miała najłagodniejsze usposobienie ze wszystkich koni, jakie znałam i do tego myślę, że nigdy nie widziałeś mnie, bym kogoś gryzła lub kopała. Mam nadzieję, że wyrośniesz na łagodnego i dobrego ogiera i zawsze będziesz stronić od niestosownych zachowań; będziesz wykonywać swoja pracę sumiennie, unosić kopyta prawidłowo podczas kłusu i nigdy nikogo nie ugryziesz ani nie kopniesz, nawet tak dla zabawy.

Po dziś dzień pamiętam te rady mojej mamy. Wiedziałem, że jest mądrym, doświadczonym koniem i nasz pan bardzo ją sobie ceni. Nazywała się Księżna, ale on często zwracał się do niej Pet.

Nasz pan był dobrym, uprzejmym człowiekiem. Dawał nam dobre jedzenie, porządną stajnię i nie żałował miłego słowa. Zwracał się do nas tak, jak do swoich własnych, małych dzieci. Lubiliśmy go wszyscy, a moja matka po prostu go kochała. Kiedy widziała go przy furtce rżała z radości i rzucała się kłusem w jego kierunku. A on poklepywał ją po grzbiecie i mówił: „No co tam Pet, a jak sobie radzi twój mały Czarnulek?”. Byłem matowo czarny więc nazywał mnie Czarnulkiem, dawał mi kawałek pysznego chleba i czasami przynosił mamie marchewkę. Przybiegały do niego wszystkie konie, ale wydaje mi się, że my z mamą byłyśmy jego ulubieńcami. To mama zawsze wiozła go do miasta w dzień targowy w lekkiej dorożce.

 

Był tam też i młody parobek Rysio, który czasami zaglądał na nasze pole, żeby zerwać sobie garstkę jeżyn z żywopłotu. Kiedy już sobie podjadł, to miał w zwyczaju – jak to nazywał – podokazywać ze źrebakami, rzucając w nie kamieniami i patykami, by w ten sposób zmusić je do galopu. Tak specjalnie to nie miałyśmy nic do niego, bo przecież lubiłyśmy galopować, ale czasem, gdy trafił któreś z nas kamieniem, to naprawdę bolało.

Któregoś dnia zabawiał się w ten sposób, nie wiedząc, że pan jest na sąsiednim polu. Ale pan tam był i patrzył ponad żywopłotem, co się u nas dzieje. W jednej chwili przeskoczył przez żywopłot, złapał parobka za rękę i tak go strzelił w ucho, że całkowicie zaskoczony chłopak dosłownie zawył z bólu. Jak tylko ujrzałyśmy naszego pana, to przybiegłyśmy bliżej, by zobaczyć, co się święci.

– Co za diabelskie nasienie! – krzyczał oburzony. – Co za huncwot! To nie pierwszy ani drugi raz, ale na pewno ostatni. Masz tu, bierz te pieniądze i zmykaj do domu. Nic tu po tobie na mojej farmie.

Tak więc nigdy już więcej nie widziałyśmy tego Rysia na farmie. Natomiast stary Daniel, który opiekował się końmi, był równie dobrym człowiekiem co nasz pan, dlatego nie działa się nam krzywda.

2. Polowanie

Zanim ukończyłem dwa lata, zdarzyło się coś takiego, czego nigdy nie zapomnę. Była wczesna wiosna. W nocy czułyśmy jeszcze przymrozek. Nad lasem i łąką nadał unosiła się mgła. Ja wraz z pozostałymi źrebakami pasłyśmy się w dolnej części pola, kiedy usłyszałyśmy w oddali coś, co brzmiało jak granie ogarów. Najstarszy źrebak uniósł łeb, nastawił uszu i powiedział:

– To są psy myśliwskie! – I natychmiast ruszył galopem, a my za nim, w górne rejony pola, gdzie wyglądając ponad żywopłotem, mogłyśmy widzieć, co dzieje się na sąsiednich gruntach. Mama i jeden emerytowany wierzchowiec naszego pana także stały w pobliżu. Wyglądało na to, iż dobrze wiedzą, co się dzieje.

– Odkryły zająca – stwierdziła mama – i jeżeli pogonią go tędy, to zobaczymy polowanie.

I już po chwili zobaczyłyśmy sforę psów, pędzącą w dół po polu młodej pszenicy sąsiadującym z naszym. Nigdy nie słyszałem czegoś podobnego. One nie szczekały, nie wyły ani nie skamlały, tylko powtarzały na cały głos: „jo! jo, o, o! jo! jo, o, o!”. Za nimi gnała na koniach chmara myśliwych, część z nich odziana w zielone kurtki. Stary wierzchowiec zarżał i popatrzył tęsknym wzrokiem za oddalającą się grupą, a my, młode źrebaki, pragnęłyśmy galopować tak razem z nimi, ale wkrótce i psy i konie były już daleko na polach poniżej, gdzie – sądząc po odgłosach – zatrzymała się grupa pościgowa, psy się uspokoiły i rozbiegły we wszystkich kierunkach z nosami przy samej ziemi.

– Zgubiły ślad – zawyrokował stary wierzchowiec. – Być może zając zdoła uciec.

– Jaki zając? – spytałem.

– No nie wiem jaki zając. Zupełnie niewykluczone, że jeden z naszych, tu z lasu, ale każdy zając, który się nawinie jest świetną okazją do pogoni dla psów i ludzi. Po chwili psy znów zaczęły to swoje „jo! jo, o, o! jo! jo, o, o!” i zawróciły na pełnej szybkości, kierując się wprost na naszą łąkę, na tę część, gdzie na wysokim brzegu strumienia żywopłot tworzy gęsty nawis.

– Zaraz zobaczymy zająca – powiedziała mama i dokładnie w tym momencie oszalały ze strachu zając, przemknął nam przed oczyma i skierował się do lasu. Natychmiast pojawiły się psy, wbiegły na wyniosły brzeg, przeskoczyły strumień i pognały przez pole, a w ślad za nimi myśliwi. Sześciu czy ośmiu jeźdźców przeskoczyło przez strumień, dotrzymując kroku psom. Zajęczyca próbowała przecisnąć się przez szczelinę w płocie, ale była za gruba. Psy dopadły jej z dzikim jazgotem. Usłyszeliśmy jeden przeciągły pisk i to był już koniec. Pojechał któryś myśliwy i odpędził batem psy, zanim rozdarły zajęczycę na strzępy. Trzymał ją za łapę, poranioną i zalaną krwią, a wszyscy gentlemani promienieli z radości.

Co do mnie to byłem tak oszołomiony, że początkowo nie widziałem dokładnie, co dzieje się przy strumieniu, ale gdy wreszcie tam spojrzałem, oczom moim ukazał się żałosny widok: dwa wspaniałe konie nie mogły się podnieść, jeden skręcał się z bólu w strumieniu, drugi jęczał przeraźliwie, tarzając się w trawie. Jeden z jeźdźców gramolił się na brzeg cały oblepiony błotem, a drugi nie dawał znaku życia.

– Skręcił kark – powiedziała mama.

– I dobrze mu tak – dodał jeden ze źrebaków.

Byłem tego samego zdania, ale mama się z nami nie zgadzała.

– Uwaga, moi drodzy – powiedziała. – Nie wolno w ogóle tak mówić. Chociaż jestem starym koniem, który widział i słyszał niejedno, nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie tak ukochali ten sport. Często odnoszą rany, tracą wspaniałe konie, tratują uprawy na polach, a wszystko w pogoni za jednym zajączkiem, lisem czy jeleniem, którego bez trudu można upolować w bezpieczniejszy sposób. Ale jak mówię, jesteśmy tylko końmi i nie dane nam to wiedzieć.

Podczas gdy mama to mówiła, my staliśmy i patrzyliśmy. Wielu jeźdźców podeszło do nieszczęśnika, ale to nasz pan, który obserwował, co się dzieje, jako pierwszy zdecydował się podnieść leżącego. Jego głowa opadła do tyłu, a ramiona zwisały bezwładnie i wszyscy mieli poważne miny. Hałas ustał całkowicie i nawet psy zachowywały się cicho, jakby wiedziały, że coś jest nie w porządku. Myśliwi zanieśli go do domu naszego pana. Dowiedziałem się później, że to był młody George Gordon, jedyny syn dziedzica, przystojny młody człowiek, duma całej rodziny.

Teraz myśliwi rozjeżdżali się we wszystkich kierunkach do lekarza, do kowala i zapewne także do dziedzica Gordona, by powiedzieć, co spotkało jego syna. Kiedy zjawił się pan Bond, miejscowy kowal, by zbadać czarnego konia, który leżał na trawie, cichutko jęcząc, obmacał biedaka dokładnie i pokręcił głową. Koń miał złamaną nogę. Ktoś pobiegł do domu naszego pana i wrócił ze strzelbą. Po chwili dał się słyszeć głośny huk i przeraźliwy krzyk, a zaraz potem nastąpiła cisza i czarny koń więcej się nie poruszył.

Moja mama była bardzo przejęta. Znała tego konia od lat i powiedziała, że miał na imię Rob Roy i był łagodnym koniem, któremu obca była wszelka złośliwość. Nigdy więcej nie poszła w tamtą część pola.

Kilka dni później usłyszeliśmy przeciągłe bicie dzwonów i patrząc ponad furtką, ujrzeliśmy dziwny długi czarny wóz obity czarnym suknem i ciągnięty przez czarne konie. Za nim jechał następny, następny i następny. Wszystkie były czarne, a dzwon ciągle dzwonił i dzwonił. Wieźli młodego Gordona na cmentarz, żeby go pochować. Biedak nigdy więcej nie pojedzie na koniu. Nigdy nie dowiedziałem się też, co zrobili z Rob Royem, ale to wszystko stało się za sprawą jednego małego zajączka.

3. Pasowanie na wierzchowca

Zacząłem wyrastać na pięknego ogiera, moja sierść stała się miękka i delikatna i nabrała lśniącej czarnej maści. Miałem jedną białą pęcinę i śliczną białą gwiazdkę na czole. Mówili, że jestem piękny, a pan nie chciał mnie sprzedawać, zanim nie dobiegnę czterech lat. „Chłopcy nie powinni pracować jak mężczyźni — powiedział — a źrebaki nie powinny pracować jak konie, dopóki całkiem nie dorosną”.

Miałem skończone cztery lata, kiedy przyszedł obejrzeć mnie stary dziedzic Gordon. Uważnie spojrzał mi w oczy, zaglądnął do pyska i obmacał nogi aż do kopyt. Potem musiałem iść przed nim stępa, zademonstrować cwał i galop, a chyba był ze mnie zadowolony, bo na koniec powiedział: „Jak się go podda odpowiedniej tresurze, to będzie z niego świetny koń”. Stwierdził też, że sam zajmie się ujeżdżaniem, bo nie chce, żebym zrobił się strachliwy albo żeby stała mi się jakaś krzywda. I tak, nie tracąc więcej czasu, zaczęliśmy nazajutrz.

Pewnie nie wszyscy wiedzą, na czym polega tresura konia, dlatego opiszę ją szczegółowo. Chodzi o to, aby nauczyć konia noszenia siodła, uzdy, a także jeźdźca, czy to będzie mężczyzna, kobieta, czy dziecko. Koń musi iść tam, dokąd chce jeździec, i robić to spokojnie. Ponadto trzeba go nauczyć, jak chodzi się w chomącie, podogoniu i natylniku, nauczyć, żeby stał spokojnie, kiedy mu je nakładają, żeby nie odchodził ani nie odbiegał, dopóki nie zostanie zaprzęgnięty do wozu czy innego pojazdu, a potem ciągnął je szybko lub wolno, jak życzy sobie woźnica. Koń nie może się płoszyć na widok czegoś nieoczekiwanego, rozmawiać z innymi końmi, gryźć, kopać ani robić czegokolwiek tylko dlatego, że taki ma akurat kaprys, musi natomiast zawsze robić to, czego chce pan, nawet jeżeli jest bardzo zmęczony czy głodny. A kiedy ma już nałożoną uprząż, nie wolno mu ani skakać z radości, ani pokładać się ze znużenia. Tak więc sami widzicie, że z tym ujeżdżaniem to bardzo poważna sprawa.

Od dawna już, rzecz jasna, przywykłem do uździenicy czy naczółka i do tego, by iść spokojnie prowadzony po polach i dróżkach, ale teraz miałem dostać wędzidło i wodze. Mój pan dał mi jak zwykle trochę owsa, potem nadeszła pora ugładzania, aż wreszcie poczułem w pysku wędzidło, a z boku przymocowane do niego wodze. Ależ to było paskudne uczucie! Ktoś, kto nigdy nie miał wędzidła w pysku, nie ma pojęcia, jak to smakuje. Wielki kawał twardego, zimnego żelastwa, gruby jak palec dorosłego mężczyzny wepchnięty do ust, pomiędzy zęby, tuż nad językiem z końcami sterczącymi po bokach pyska, a paski tak ją mocują do głowy, szyi i nosa, że w żaden sposób nie można pozbyć się tego paskudztwa. To straszne, nie do zniesienia, a przynajmniej tak wtedy uważałem, ale wiedziałem, że matka zawsze to miała, kiedy wyjeżdżała poza łąkę, tak samo jak wszystkie inne konie, gdy już odpowiednio podrosły. I tak po solidnej porcji owsa, głaskaniu i miłych słowach naszego pana dostałem to wędzidło i wodze.

Zaraz po nich przyszła kolej na siodło, ale nie była to nawet w połowie taka męka. Podczas gdy Daniel trzymał mnie za łeb, mój pan nałożył mi je na grzbiet bardzo delikatnie. Potem, poklepując mnie i przez cały czas do mnie mówiąc, opasał mi brzuch popręgiem, zaraz też dał mi kolejną porcję owsa i przez chwilę oprowadzał po zagrodzie. Powtarzał to każdego dnia, aż wreszcie zacząłem wyczekiwać i owsa i siodła. Po jakimś czasie, pewnego ranka, pan wsiadł mi na grzbiet i przejechaliśmy tak wspólnie przez łąkę po miękkiej trawie. Fakt, czułem się nieco dziwnie, ale muszę przyznać, że byłem dumny, iż noszę pana, a gdy tak dzień po dniu jeździł na mnie trochę, szybko zacząłem się przyzwyczajać.

Następną nieprzyjemną rzeczą było zakładanie mi żelaznych podków. To również z początku okropnie dawało mi się we znaki. Mój pan udał się ze mną do kuźni i pilnował, żeby nie stała mi się jakaś krzywda albo żebym się za bardzo nie wystraszył. Kowal po kolei brał w ręce moje nogi i zestrugiwał kawałek kopyta. Nic mnie to nie bolało, stałem więc cierpliwie na trzech nogach, czekając, aż skończy. Zaraz potem brał kolejny kawał żelaza w kształcie mojej stopy, przykładał go do niej i przybijał gwoździami tak, że podkowa trzymała się bardzo pewnie. Gdy skończył, nogi poniżej pęciny zrobiły się sztywne i ciężkie, ale z czasem dało się z tym żyć.

Nie był to jednak koniec. Teraz mój pan nałożył mi sztywne, ciężkie chomąto, a do nagłówka dołączył klapy, które nie pozwalały spojrzeć ani w jedną, ani w drugą stronę, mogłem więc patrzeć tylko wprost przed siebie. Doszło jeszcze coś na kształt siodełka, które miało okropną pętlę wchodzącą pod sam rzep ogona: to się nazywało podogonie. Nienawidziłem go. Zginanie mojego długiego ogona i przeciąganie go przez tę pętlę było niemal i równie koszmarne jak noszenie wędzidła. W takich chwilach miałem szczerą ochotę, by kogoś kopnąć, ale przecież nie mogłem kopać mego dobrego pana, no i koniec końców przywykłem do tego wszystkiego i potrafiłem pracować tak dobrze jak matka.

Trudno nie wspomnieć o tej części ujeżdżania, która, jak sądzę, dała mi pewne korzyści. Mój pan oddał mnie na dwa tygodnie do swego sąsiada, którego łąka przylegała jednym bokiem do torów kolejowych. Pasło się tam trochę owiec i krów, a ja między nimi.

Nigdy nie zapomnę pierwszego pociągu, jaki tamtędy wówczas przejechał. Skubałem sobie spokojnie trawę w pobliżu pali odgradzających łąkę od torów kolejowych, kiedy w oddali posłyszałem osobliwy dźwięk, ale zanim się zorientowałem, z łoskotem, dudniąc i sapiąc w obłokach dymu, pojawił się czarny pociąg i przeleciał koło mnie, zanim zdążyłem zaczerpnąć tchu. Odwróciłem się i galopem pognałem na drugi koniec łąki, gdzie stanąłem, prychając ze zdumienia i strachu. W ciągu dnia mijało nas jeszcze wiele pociągów, niektóre niezbyt szybko, gdyż zwalniały przed znajdującą się nieopodal stacją, straszliwie przy tym jęcząc i piszcząc. Dla mnie było to przerażające, ale krowy dalej żuły trawę jak gdyby nigdy nic i nawet nie unosiły łbów, kiedy to z sapaniem i zgrzytem nadlatywała kolejna, okropna, czarna bestia.

 

Przez pierwsze kilka dni nie byłem w stanie się spokojnie paść, ale kiedy upewniłem się, że te potworne bestie nigdy nie wjeżdżają na nasze pole, zacząłem je traktować jak coś normalnego i wkrótce zacząłem odnosić się do przejeżdżających wagonów równie obojętnie jak krowy i owce.


Od tamtej pory widziałem wiele koni spłoszonych na widok i dźwięk silnika parowego, ale dzięki starannej opiece mojego pana nie odczuwam więcej strachu na stacjach kolejowych niż w mojej własnej stajni.

Mój pan często zaprzęgał mnie z moją matką, gdyż była spokojna i znacznie łatwiej było mi uczyć się od niej niż od jakiegoś obcego konia. Stale mówiła mi, że im lepiej będę się zachowywał, tym lepiej będę traktowany, i dlatego najmądrzej jest zawsze starać się tak postępować, by zasłużyć na uznanie swego pana. „Ale – dodała natychmiast – ludzie są przeróżni. Dobrzy i rozumni jak nasz pan, z pracy u którego mógłby być dumny każdy koń, ale trafiają się też źli i okrutni, tacy co nigdy nie powinni mieć własnego konia ani nawet psa. Poza tym jest mnóstwo cymbałów, próżnych i ciemnych, zupełnie niefrasobliwych typków, którzy nigdy nie używają głowy do myślenia, ci to dopiero marnują konie na pęczki, a robią to tak raczej niechcący, gdyż brakuje im rozumu, nie żeby chcieli szkodzić zwierzętom, ale i tak je krzywdzą. Mam nadzieję, że trafisz w dobre ręce, koń jednak nigdy nie wie, kto może go kupić lub kto będzie nim powozić. Dla nas to czysty przypadek, ja jednak powtarzam: to, co robisz, rób najlepiej, jak potrafisz, cokolwiek by się działo, i dbaj o swoje dobre imię”.

4. Park Birtwick

Był to czas, kiedy dużo stałem w stajni, a codziennie byłem tak szczotkowany, że aż sierść mi lśniła jak gawronie skrzydło. Na początku maja zjawił się człowiek od hrabiego Gordona i zaprowadził mnie do dworu. Mój pan powiedział:

– Żegnaj Czarnulku. Spisuj się dzielnie i pamiętaj, żebyś nie przyniósł nam wstydu.

Nie mogłem odpowiedzieć „żegnaj”, więc tylko trąciłem go w rękę, a on poklepał mnie przyjaźnie i tak to opuściłem mój dom rodzinny. Ponieważ u dziedzica Gordona spędziłem kilka lat, nie od rzeczy będzie powiedzieć kilka słów o jego posiadłości.

Park otaczający włości mojego pana znajdował się na obrzeżach wioski Birtwick. Prowadziła do niego wielka żelazna brama, przy której stała pierwsza budka wartownika, a dalej biegło się równą dróżką między kępami starych drzew, później następna wartownia i kolejna brama, za którą widać było już dworek i przylegający do niego ogród. Dalej znajdował się przydomowy wybieg dla koni, stary sad i stajnie. Było tam miejsce dla wielu koni i powozów, ale opiszę tylko stajnię, którą przyszło mi zamieszkiwać. Była bardzo przestronna, z czterema wygodnymi boksami oraz dużym wahadłowym oknem wychodzącym na dziedziniec, dzięki któremu w środku było przyjemnie i rześko.

Pierwszy boks miał kształt dużego kwadratu i zamykała go drewniana bramka. Pozostałe trzy były wygodne, chociaż o wiele mniejsze, w każdym z nich znajdowało się swobodne dojście do niewysokiego stojaka z sianem i równie niskim żłobem na ziarno. Mówiło się o nich, że to luźne boksy, gdyż koń tam mieszkający nie był pętany, mógł więc stawiać nogi, jak chciał. Mieszkać w takim luźnym boksie, to było coś wspaniałego.

I to właśnie do takiego wspaniałego boksu zaprowadził mnie stajenny. Było tam czysto, świeżo i przyjemnie. Nigdy nie zdarzyło mi się być w boksie z lepszym powietrzem. Jego ściany nie były zbyt wysokie, nad nimi znajdowały się poziome metalowe pręty, między którymi widać było wszystko, co dzieje się na zewnątrz.

Stajenny sypnął mi pysznego owsa, poklepał po grzbiecie i po kilku miłych słowach zostawił w boksie.

Kiedy podjadłem owsa, mogłem rozejrzeć się dookoła. W sąsiednim boksie stał mały, zapasiony, myszaty kucyk z bujną grzywą i gęstym ogonem, pięknym łbem i ruchliwymi, małym zawadiackim nosem.

Przystawiłem łeb do żelaznych prętów u góry mego boksu i powiedziałem:

– Dzień dobry. Jak ty masz na imię?

Odwrócił się na tyle, na ile pozwalał mu kantar, podniósł łeb i rzekł:

– Wołają mnie Wiercipięta. Jestem bardzo przystojny i jeżdżą na mnie młode panienki, a czasami w gigu wożę też i panią. Bardzo mi tutaj wszyscy dogadzają, nie wyłączając Jamesa. Będziesz mieszkał w boksie obok mnie?

– Zgadza się – odrzekłem.

– No to dobrze – powiedział. – Mam nadzieję, że masz łagodne usposobienie. Nie chciałbym mieć za sąsiada kogoś, kto gryzie.

W tej samej chwili znad największego boksu wychylił się koński łeb; uszy miał gładko położone, a w oczach czaiła się złośliwość. Była to wysoka kasztanka z długą piękną szyją. Popatrzyła na mnie spode łba i rzekła:

– A zatem to ty wygryzłeś mnie z mojego boksu. To bardzo nieładnie, że taki źrebak jak ty przyłazi i wygania z jej własnego domu taką damę jak ja.

– Najmocniej przepraszam – odrzekłem – ale nikogo nie wyganiałem. Przyprowadzono mnie tutaj, nie pytając o zdanie, a co do źrebaka, to skończyłem już cztery lata i jestem dorosłym koniem. Nie mam zwyczaju się z nikim kłócić ani z ogierem, ani z klaczą i wolałbym, żyć ze wszystkimi w pokoju.

– No dobra – odparła. – Pożyjemy zobaczymy. Oczywiście, ani mi w głowie kłócić się z takim młokosem jak ty.

Ostatnią uwagę puściłem mimo uszu.

Po południu, kiedy klacz wyszła, Wiercipięta wszystko mi o niej opowiedział.


– Problem w tym – powiedział – że Gryzelda ma wredny zwyczaj gryzienia i szarpania, dlatego wszyscy mówią na nią Gryzelda. No i kiedy była w luźnym boksie, nieraz zdarzyło się jej kogoś capnąć. Któregoś razu ugryzła Jamesa w ramię. Do krwi. Tak samo pannę Florę i pannę Jessie, które za mną przepadają, ale bały się przychodzić do stajni.

W odpowiedzi poinformowałem go, że nigdy nic nie gryzę poza trawą, sianem i zbożem i zupełnie nie rozumiem, jaką przyjemność znajduje w gryzieniu Gryzelda.

– Bo ja wiem. Nie wydaje mi się, że ona czerpie z tego przyjemność – odrzekł Wiercipięta. – Moim zdaniem zły nawyk i tyle. Ona twierdzi, że nikt nigdy nie był dla niej miły, więc czemu ona miałaby być inna? Zły nawyk to zły nawyk, ale jeśli wszystko, co opowiada, jest prawdą, to rzeczywiście, zanim się tutaj znalazła, była bardzo źle traktowana. John naprawdę bardzo się stara, żeby nie miała się na co użalać, podobnie i James, a nasz pan to nie z tych co sięgają po bat, jeżeli koń dobrze się sprawuje, więc tutaj jednak mogłaby trochę poprawić nawyki – powiedział i popatrzył na mnie z mądrą miną. – Mam dwanaście lat, wiem niejedno i powiem ci tyle: dla konia nie znajdziesz w całym kraju lepszego miejsca niż to tutaj. John jest najlepszym masztalerzem na świecie, pracuje u naszego pana od czternastu lat, a co do Jamesa to nigdzie nie ma, nie było i nie będzie milszego stajennego, więc Gryzelda sama na to zapracowała, że stoi teraz w tym zamkniętym boksie.

5. Dobry początek

Masztalerz nazywał się John Manly, miał żonę i jedno małe dziecko, a mieszkali we trójkę w chatce nieopodal stajni.

Następnego ranka wziął mnie na wybieg, starannie umył i wyczesał, a kiedy z sierścią gładką i lśniącą wracałem już do boksu, zjawił się dziedzic, żeby mnie obejrzeć, i najwyraźniej zadowolony powiedział:

– John, zamierzałem dzisiaj wypróbować tego nowego konia, ale mam teraz inne sprawy, więc dobrze by było, żebyś po śniadaniu pojechał z nim na pastwisko, potem do Highwood, a z powrotem obok młyna i rzeki, żebyś mógł się zorientować, jak tam u niego z chodem.

– Tak jest, proszę pana – odparł John.

Przyszedł po śniadaniu i założył mi wędzidło, zrobił to na tyle delikatnie, z takim wyczuciem, że wszystkie paski dobrze przylegały mi do głowy. Dalej przyszła pora na siodło, ale okazało się za wąskie na mój grzbiet, zaraz się więc zakrzątnął i wrócił z innym, a to pasowało już bez pudła. Ruszyliśmy wolno, najpierw stępa, potem kłusem, a kiedy znaleźliśmy się już na pastwisku, trącił mnie lekko batem i pomknęliśmy wspaniałym galopem.

– Ho, ho – mój chłopcze – zawołał, ściągając wodze – coś mi się widzi, że z przyjemnością pościgałbyś się z psami.

Wracając do stajni, spotkaliśmy spacerującego dziedzica z panią Gordon. Państwo zatrzymali się, a John zeskoczył mi grzbietu.

– No i co John, jak on się spisuje?

– Znakomicie – odrzekł John. – Rączy jak jeleń, a jaki charakterny, ale najlżejsze muśnięcie bata sprowadza go na ziemię. Gdy byliśmy na dole przy końcu pastwiska, drogą jechała jedna z tych bryk, obwieszona mnóstwem koszy, jakimiś kilimami i takim tam badziewiem, no i, jak sam pan wie, sir, wiele koni zaraz by się spłoszyło, a on nic, tylko się przyjrzał i dalej biegnie sobie spokojnie, miarowo. Koło Highwood polowali na króliki i tuż przy nas gruchnął strzał. Odrobinę zwolnił kroku i rozejrzał się na boki, ale nie żeby zaraz rzucał się w prawo czy w lewo. Wystarczyło, że trzymałem go na krótkich wodzach bez popędzania. Po mojemu, jako źrebak był dobrze traktowany. Nikt go nie straszył ani nie karcił za byle co.

– To świetnie – odrzekł dziedzic. – Jutro sam go wypróbuję.

Nazajutrz wyszykowali mnie dla pana. Miałem w pamięci rady mojej mamy u mojego poprzedniego pana. Starałem się więc robić wszystko dokładnie to, co dziedzic mi kazał. Od razu zorientowałem się, że to bardzo dobry jeździec, który świetnie czuje konia. Kiedy już wróciliśmy, w drzwiach domu stała dziedziczka i pan kazał mi się przed nią zatrzymać.

– No i co tam, mój drogi – spytała – jak sprawuje się ten nowy konik?

– Dokładnie tak, jak mówił John – odrzekł dziedzic. – Nie wyobrażam sobie lepszego wierzchowca. Jak mu damy na imię?

– Co byś powiedział na Heban? – zaproponowała. – On jest czarny jak heban.

– Nie, Heban nie za bardzo.

– To może nazwiemy go Czarnowron? Tak wabił się koń twojego stryja.

– No nie, on jest dużo przystojniejszy od Czarnowrona.

– Zgadza się. Jego sierść lśni jak diament i ma takie słodkie, pogodne oblicze i takie piękne mądre oczy… Co byś powiedział na Czarny Książę?

– Czarny Książę… no cóż, a dlaczego nie. Sądzę, że to bardzo dobre imię. Jeżeli chcesz, to niech on tak się nazywa. I tak też się stało.

Kiedy John przyszedł do stajni, powiedział Jamesowi, że pan i pani wybrali dobre, prawdziwe angielskie imię, które naprawdę coś znaczy. Żaden tam Marengo, Pegaz czy Abdullah. Zaśmiali się obaj, a James powiedział, że gdyby nie był przeciwnikiem wskrzeszania przeszłości, nazwałby go Rob Roy, ponieważ nigdy w życiu nie widział dwóch koni bardziej do siebie podobnych.

– Nie ma w tym nic dziwnego – rzekł John. – Co ty nie wiedziałeś, że stara Księżna farmera Graya była matką ich obu?

Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem. A więc biedny Rob Roy, który zginął na tym polowaniu, to był mój brat! Teraz już zupełnie przestałem się dziwić, że matka była taka przybita. Ludziom się zdaje, że konie nie utrzymują ze sobą kontaktów, a już na pewno, gdy się jej rozdzieli w wyniku sprzedaży.

John chyba był ze mnie bardzo dumny: tak mnie szczotkował, że grzywę i ogon miałem niemal równie gładkie jak włosy pani, nie szczędził też miłych słów. Oczywiście nie rozumiałem wszystkiego, ale coraz lepiej wyczuwałem, o co mu chodzi i czego ode mnie oczekuje. Ja także lubiłem go coraz bardziej: obchodził się ze mną tak delikatnie i zawsze był miły, odnosiłem wrażenie, że dobrze wie, co czują konie. Kiedy mnie mył, uważał na miejsca drażliwe, podatne na łaskotki, a kiedy szczotkował mi łeb, tak uważał na oczy, jakby były jego, nigdy też się nie zdarzyło, by mnie wyprowadził z równowagi.