Dzień czekoladyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dzień czekolady
Dzień czekolady
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 38,85  31,08 
Dzień czekolady
Dzień czekolady
Audiobook
Czyta Alicja Gałązka
20,95  15,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Anna Onichimowska
Dzień czekolady


Strona redakcyjna

Anna Onichimowska

Dzień czekolady

© by Anna Onichimowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Emilia Dziubak

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska, Aleksandra Różanek

Wydanie V

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-404-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul.Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel.(42) 630 23 81 www.wydawnictwoliteratura.pl

Dzień tańca

Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem, miała na sobie spódniczkę z wąskich kolorowych paseczków przymocowanych do wstążki. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.

– To jest spódniczka tancerek hula, wiesz? – spytała. Potrząsnąłem głową. – Przysłała mi ją babcia. Ona też jest tancerką hula.

Aż westchnąłem z zazdrości.

– To się tańczy jakoś tak... – dziewczynka zaczęła podrygiwać w miejscu i kręcić pupą, a paseczki wirowały z chrzęstem dookoła niej.

Też nabrałem ochoty, żeby się pokręcić, ale bez spódniczki to nie to samo, więc tylko się przyglądałem.

– Ja mam na imię Monika, a ty? – spytała, podskakując na jednej nodze.

– Dawid... – bąknąłem.

– Masz kota? – Cały czas coś robiła, nie mogła ustać w miejscu nawet przez chwilę.

– Nie.

Zatrzymała się nagle, paski jej spódniczki opadły smutno.


– Widziałam dzisiaj w twoim ogródku czarno-rudego kota z białymi uszami. To czyj on jest?

Wzruszyłem ramionami. Dopiero ją poznałem. Nie mogłem jej powiedzieć, kim mógł być ten kot, a właściwie kotka. To było zbyt dziwne, nawet dla mnie samego.

– Będę tu mieszkać, wiesz? Obok ciebie – pokazała żółty domek, w którym do tej pory mieszkały tylko dwie panie.

To dobrze – pomyślałem i uśmiechnąłem się do niej.


Dzień deszczu

Obudziło mnie stukanie kropelek o blaszany dach. Czułem, że jest już rano, ale wciąż nie chciało mi się otwierać oczu. Chodziły mi po głowie resztki snu. Siedziałem po turecku na skorupie olbrzymiego żółwia, a pod nami przewalały się morskie fale. Gdzieś daleko majaczyła wyspa. Zbliżaliśmy się do niej w błyskawicznym tempie. Pod samotną palmą widziałem coraz wyraźniej podrygującą w takt stukotu deszczu postać. Miała na sobie spódniczkę z kolorowych paseczków.

– Monika! Monika!!! – wołałem, ale pewnie mnie nie słyszała.

– To jest jej babcia – mruknął żółw i zaczął się zanurzać.

Nie umiem pływać – przestraszyłem się, podnosząc głowę z poduszki.

Z komina żółtego domku unosił się dym, niewysoko, jakby niskie chmury pakowały go z powrotem do środka. Otworzyłem okno. Deszcz pachniał łąką, grzybami i mokrą sierścią. Dziewczynka w niebieskiej pelerynie bujała się na wysokiej huśtawce. Przysiągłbym, że jeszcze wczoraj huśtawki tu nie było.


– Spadła z deszczem – powiedziała Monika, kiedy stanąłem przy jej płocie. – W nocy. Możesz też usiąść, jeśli chcesz... – zatrzymała huśtawkę.

Furtka skrzypnęła i już po chwili brnąłem przez wysokie trawy. Usiadłem obok Moniki na szerokiej desce, wiszącej na grubych sznurach. Kiedy spojrzałem w górę, aż zakręciło mi się w głowie. Była przymocowana do najwyższej gałęzi sosny. Huśtaliśmy się, piszcząc trochę ze strachu, a trochę z radości. Przestałem piszczeć dopiero ze zdziwienia.

Kotka siedziała w rozwidleniu gałęzi jabłonki. Nie widziałem jej ani wczoraj wieczorem, ani rano, i już zaczynałem się niepokoić.

Napełniłem ci miseczki. Stoją tam, gdzie zwykle – przemawiałem w myślach. – Po co mokniesz, schowaj się na werandzie...

Monika podążyła za mną wzrokiem, ale chyba jej nie zauważyła. Przestała machać nogami, więc ja też przestałem i huśtawka zatrzymała się.

Potem szukaliśmy pieczarek na łące, a ja opowiadałem Monice swój sen.


Dzień gniewu

Wystarczyło, że wiedziałem, gdzie jest, aby się nie niepokoić.

– Dlaczego wołasz na niego „Zuzia”? – denerwowała się mama.

Tak miała na imię moja siostra. Zanim nie odeszła na zawsze. Nikt nigdy nie używał słowa „umarła”, chociaż wszyscy mieli to na myśli.

Gdybym wiedział, że ktoś mnie słyszy, nie wołałbym kotki. Bo to była ona, a nie żaden on.

Nie odpowiedziałem mamie, a ona nie nalegała. Dopiero dużo później, kiedy pomagałem jej robić knedle, wyjaśniłem:

– Jak kot ma futerko w trzech kolorach, to znaczy, że jest dziewczyną, wiesz?

– Dziewczyną?! – mama zmarszczyła brwi.

– To znaczy kotką... – poprawiłem się niechętnie.

Niepotrzebnie wróciłem do tej sprawy, ponieważ mama rozgniewała się nagle:

– Przymykam oczy na to, że go... ją – poprawiła się – dokarmiasz. Ale zabraniam ci ją tak nazywać. Zrozumiałeś?! – odwróciła się gwałtownie i wybiegła z kuchni, mimo że dopiero zaczęliśmy wsypywać do śliwek cukier z cynamonem.

Wtedy ja się rozgniewałem. Tak bardzo, że aż wysypałem na podłogę wszystkie śliwki, i te już nadziane, i te puste. A potem zacząłem po nich deptać tak długo, aż zamieniły się w lepką maź. A potem pośliznąłem się na tej mazi i rozwaliłem sobie łokieć o taboret. Jeszcze leżałem, zlizując z ręki krew i śliwki, kiedy wróciła mama.

– Mój Boże – powiedziała tylko, a potem się rozpłakała. A ja razem z nią.


Dzień Moniki

– Jutro są urodziny Moniki – powiedziała mama. – Spotkałam w sklepie jej ciocię. Zaprosiła nas na podwieczorek. Musimy kupić prezent. Masz jakiś pomysł?

– Tak – kiwnąłem głową, a potem pojechaliśmy do miasteczka.

W żadnym sklepie jednak nie było spódniczek do tańców hula. Chciałem, żeby Monika miała nową, w innych kolorach, na zmianę.

W pierwszym sklepie pani sprzedawczyni akurat piła kawę i jadła drożdżówkę. Wcale nam nie odpowiedziała, tylko wybałuszyła oczy i pokręciła głową. W drugim dowiedzieliśmy się, że nigdy czegoś takiego nie mieli, a w trzecim pani zza lady spytała nas, jak to się tańczy. Próbowałem jej pokazać, ale wtedy do sklepu wszedł jakiś pan, zrobiło mi się głupio i uciekłem.

Więcej sklepów w naszym miasteczku nie ma. W końcu zamiast spódniczki zdecydowałem się na globus. Najbardziej podobał mi się podświetlany od środka, ale był za drogi, więc kupiliśmy normalny.

U Moniki oprócz nas była jeszcze jedna dziewczynka – Julia, ze swoją mamą. Miała na sobie dżinsową sukienkę, żuła gumę i ciągle naciskała guziczki PlayStation. Wcale nie zwracała na nas uwagi.

– Kto to jest? – szepnąłem Monice do ucha.

– Córka koleżanki mojej cioci... – odszepnęła. – Ciocia ją zaprosiła, żebym miała jakieś towarzystwo. Ale ona jest z innej planety.

– To wy jesteście z innej planety! – wykrzyknęła dziewczynka i pobiegła do swojej mamy.

Oglądaliśmy z Moniką globus, obracając go na wszystkie strony. Rozmawialiśmy trochę o innych planetach, a trochę o naszej.

– Gdzie mieszka twoja babcia? – spytałem, a Monika postukała palcem w globus.

Przyglądałem się malutkiej plamce na niebieskim oceanie. A potem poprosiłem Monikę, żeby założyła swoją spódniczkę hula. Zauważyłem, że trzyma ją w plecaku, a kiedy spytałem dlaczego, odpowiedziała, że wkrótce wyjeżdża. Zrobiło mi się okropnie smutno.

– Dopiero niedawno przyjechałaś – powiedziałem. – Nie podoba ci się tutaj?

– Podoba – pokiwała głową i zaczęła tańczyć. – Ale tęsknię za babcią.


Dzień wspomnień

Rozumiałem bardzo dobrze, że Monika tęskni za babcią. Ja też tęskniłem za moją siostrą Zuzią. To, że Zuzia odeszła na zawsze, było najgłupszą rzeczą, jaka przydarzyła mi się w życiu. Odeszła całkiem niespodziewanie. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.

Byłem przeziębiony i mama nie pozwoliła mi pojechać z tatą i Zuzią nad rzekę. Leżałem wściekły w łóżku i oglądałem kreskówki na DVD. Obcy z innej planety atakowali Ziemię statkami kosmicznymi, które przypominały spaghetti, kiedy usłyszałem, jak dzwoni telefon. A potem wszystko zaczęło się dziać jak na tym filmie – w naszym domu pojawiały się coraz to nowe osoby, nikt nie chciał mi powiedzieć, co się dzieje, a kiedy w końcu zobaczyłem tatę, wyglądał o dziesięć lat starzej. Zuzi nie zobaczyłem już nigdy.

 

To znaczy... No właśnie...

Rozmawialiśmy kiedyś przed zaśnięciem, kim chcielibyśmy być, gdybyśmy nie byli Zuzią i Dawidem.

– Chciałabym być kotem – powiedziała Zuzia.

Próbowałem się dowiedzieć dlaczego, ale nie umiała tego wytłumaczyć, w końcu nawet rozgniewała się na mnie, że zadaję jej tyle pytań.

Ta kotka przyszła do naszego ogródka zaraz po tej historii z rzeką. Nigdy nie oddalała się na długo. Stawiałem jej miseczki z jedzeniem we wcześniej umówionym miejscu. Reagowała, kiedy wołałem na nią „Zuzia”. Nie wiem, dlaczego przeszkadzało to mamie. Tato bywał u nas rzadko. Po tym, jak Zuzia odeszła – jeszcze rzadziej niż przedtem.

Chciałem o tym wszystkim opowiedzieć Monice, ponieważ byłem pewien, że ona zrozumie. Ale nie miałem pojęcia jak.


Dzień wiedźmy

Wiedźma przyjechała samochodem. Była koścista, miała na sobie czerwoną sukienkę, a z jej uszu zwieszały się długie kolczyki. Słyszałem, jak wypytywała moją mamę o ciocię Moniki, jej przyjaciółkę i samą Monikę.

Czułem, że gniewa się na wszystkich po kolei, mówiła bardzo głośno i w końcu zrozumiałem, że chce Monikę gdzieś zabrać.

– Już raz ją widziałam – przyznała Monika.

Teraz wiedźma przeniosła się, razem ze swoim gniewem i długimi kolczykami, do żółtego domku, tylko jej samochód wciąż stał pod naszym.

Usiedliśmy z Moniką na huśtawce. Kiedy odpychaliśmy się lekko od ziemi, widzieliśmy ją, jak siedzi przy stole nad filiżanką herbaty. Naprzeciwko niej siedziała ciocia Moniki. Już wiedziałem, że ma na imię Agnieszka, a jej przyjaciółka, która pojechała na rowerze do sklepu – Joasia.

– Ciekawe, czy ona umie latać... – zastanawiałem się głośno, wyobrażając sobie wiedźmę na miotle.

– Umie – Monika pokiwała głową. – Dziś w nocy krążyła nad naszymi domami i rozrzucała pająki. Miała ich pełne kieszenie. Wielkich, włochatych i takich chudych, z cienkimi nóżkami. I malutkich, czerwonych. Te malutkie były najgorsze...


Nie chciała mi powiedzieć dlaczego, tylko pokazała na ręku kilka czerwonych plamek, które wyglądały jak po ukłuciu szpilką.

– Powinnam pojechać do babci, inaczej wiedźma mnie stąd zabierze.

– Wiesz dokąd? – spytałem.

Wzruszyła ramionami.

– Podobno tam są inne dzieci. Nie wiem, czy ona ich pilnuje, czy jakaś inna wiedźma. Albo na przykład smok.

– Mógłbym pojechać z tobą? – Bardzo chciałem poznać babcię Moniki, a poza tym nigdy jeszcze nie byłem na żadnej wyspie, znałem tylko naszą wieś, no i miasteczko.

Monika obiecała, że się nad tym zastanowi, kiedy zobaczyliśmy podjeżdżający pod furtkę rower. Pani Joasia pomachała do nas.

– Chodź, zobaczymy, co kupiła – powiedziała Monika i podbiegliśmy do niej.

– Niech pani tam lepiej nie wchodzi... – ostrzegłem ją szeptem. – Wiedźma pani nie lubi.

Roześmiała się i potargała mi włosy. Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, trzasnęła okiennica, a przez okno wychyliła się chuda w kolczykach.

– Monika! – zaskrzeczała. Zerwał się wiatr, a słońce schowało się z przerażenia za chmurkę. – Pozwól tutaj!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?