Duch starej kamienicyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Anna Onichimowska
Duch starej kamienicy

Ilustracje: Anna Wielbut

Strona redakcyjna

Anna Onichimowska

Duch starej kamienicy

© by Anna Onichimowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Anna Wielbut

Korekta: Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie XVI

pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-7672-565-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Mam na imię Maciek

Mam na imię Maciek. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że jestem duchem. A duchy przeważnie noszą imiona bardziej osobliwe. Mój oj­ciec na przykład nazywa się Oktawiusz, a matka Porcja. Mam także dwóch braci – Sykstusa i Kalasantego. Są ode mnie sporo starsi. Ja byłem najmłodszym dzieckiem i – zdaniem mojej rodziny – najbardziej niewydarzonym. Nigdy nie lubiłem nikogo straszyć, łańcuchy obcierały mi pięty, a kula u nogi wydawała się czymś zbędnym i w najwyższym stopniu kłopotliwym. Od wydawania przeraźliwych dźwięków bolało mnie gardło, a od przewracania oczami dostawałem zapalenia spojówek. Ale w końcu nie wszystkie duchy muszą być takie same. Przy­najmniej ja tak uważałem. Rodzina nie podzielała jednak mojego zdania i traktowała mnie jak odmieńca.

Z biegiem lat przepaść między mną a resztą rodziny pogłębiała się. Nie wspomniałem o najbardziej wstydliwej sprawie – to znaczy wstydliwej nie dla mnie, przyzwyczaiłem się już do swojej postury – ale to ona przelała, jak się zdaje, czarę goryczy moich najbliższych. Otóż, wyobraźcie sobie, w wieku dwóch lat przestałem rosnąć. Zważywszy, że liczę sobie w tej chwili lat sto dwadzieścia (co nie jest zresztą dla ducha wiekiem podeszłym), powiedzmy sobie szczerze – jestem niewielkiego wzrostu.

Kamienica, w której mieszkam, była moim domem od dnia narodzin. Jest jeszcze starsza ode mnie – rodzina przeprowadziła się do nowo wybudowanego domu zaraz po narodzinach mojego średniego brata – Kalasantego. Czyli ma około stu czterdziestu lat. Dla pięciu osób metraż był jednak zbyt skromny, tym bardziej że reszta rodziny jest słusznego wzrostu i ceni sobie przestrzeń życiową – obszerne strychy, rozległe podziemia, długie, najlepiej kręte schody, a mama – nie ma co ukrywać – zawsze marzyła o jakiejś porządnej wieży.

Bracia odeszli, kiedy nie miałem skończonych dziesięciu lat. Nie widziałem ich od tej pory. Rodzice zostali jeszcze ze mną parę lat, chociaż widziałem, że było to dla nich duże poświęcenie. W końcu jednak, po wprowadzeniu się do naszej kamienicy nowej dozorczyni, mama spakowała całuny, wyściskała mnie i poszybowała wraz ze swym mężem Oktawiuszem gdzieś w nieznane. Była energicznym duchem rodzaju żeńskiego i sądzę, że znalazła wieżę, na którą wpędza mojego starego ojca o północy, siejąc popłoch wśród okolicznej ludności.

Tyle z historii rodziny. Sądzę, że nie będę już wra­cał do tego tematu, zważywszy, że to jednak zamierzchła przeszłość (sto lat z górą), no i że, niestety, od tych stu lat nie otrzymałem od nich żadnej wiadomości.

Mieszkam na strychu. Energia dozorczyni wyczer­pała się na szczęście na porządkowaniu trzeciego piętra. Strych pozostał właściwie taki, jak za czasów moich rodziców. Przybyło tylko jeszcze na nim wiele interesujących przedmiotów. Tak jakoś dziwnie się składa, że nikt z lokatorów nie może się do końca zmieścić w swoim mieszkaniu. Każdy przynosi coś na górę. I tak przybywa mi mebli, a ubywa przestrzeni życiowej. Ale jestem w końcu bardzo małym du­chem i nie muszę mieć jej wiele. Tak czuję się dużo przytulniej. No i mam właściwie wszystko, co jest po­trzebne, i wszystko, co jest niby niepotrzebne, ale przecież zawsze – nigdy nie wiadomo kiedy i po co – może się przydać.

Po pierwsze i najważniejsze: mam wielki pluszowy fotel. Ma co prawda dziurę, z której wychodzi wło­sie, ale to właśnie bardzo dobrze. W zimowe śnieżne noce zagrzebuję się w nim po uszy, żeby nie słyszeć hulającego wiatru i nie czuć latających po podłodze strumyków zimnego powietrza. Już od dzieciństwa miałem skłonność do reumatyzmu.

Po drugie: mam dwa drewniane stołeczki i jedno miękkie krzesło, kawałek szafy, łóżko żelazne bez materaca, kawałek lustra, umywalkę bez kranów, dwa wiadra ( w tym jedno dziurawe), kufer z książkami, kilka walizek kobiecych sukien – niektóre (to znaczy niektóre z sukien, nie walizek) mają nawet pióra i ogony! Wiecie chyba, jak wyglądają ogony u sukien? Nie są wcale podobne do ogo nów żadnych zwierząt – po prostu suknia nie kończy się równo z ziemią, tylko dalej. Nie bardzo umiem lepiej to wytłumaczyć... No, taka suknia z tyłu ciągnie się i ciągnie za właścicielką, i potem jest już czysta podłoga.


Najbardziej lubię tę purpurową. Szkoda, że nie możecie jej zobaczyć. Ale spróbujcie sobie wyobrazić – jest z aksamitu (to taki mięciutki, puchaty materiał), ma wyszywane perłami róże, kilka falban, koronki i mnóstwo piór poprzyczepianych w rozmaitych miejscach. Do niej jest kapelusz z takiego samego materiału, z poukładanymi na wierzchu owocami i papugą. Oczywiście, te owoce są też z materiału i papuga jest zupełnie sztuczna. I pewnie dobrze, bo jakoś nie mam szczęścia do ptaków. Jeden z nich – taka czarna, złośliwa paskuda – mieszka nawet ze mną na strychu. Zalęgła się u mnie już parę lat temu i wcale nie chce się wyprowadzić. Ma na imię Wiesława i jest sroką.


Same kłamstwa!

Jestem śliczna, mam anielski charakter

i na imię Joanna!

– Cicho bądź! Nie wtrącaj się! To ja opowiadam! Nie słuchajcie jej, ona bez przerwy kłamie...

– Sam kłamiesz! Nikt ci nie uwierzy, że nie lubisz straszyć i że jesteś sympatyczny! Jesteś małym zasmarkanym niedołęgą! Zawsze chciałeś być straszny, tylko że jak zaczynałeś wyć, wszyscy pękali ze śmiechu... Głupi Maciek!!!

Uciekać. Czym prędzej uciekać! Uff, tu już jej nie słychać. Koszmarne ptaszysko. Oszukuje mnie bez przerwy. Kiedy mówi, że pada deszcz, prawie na pewno jest piękna pogoda. Ale, niestety, prawie. Bo jest bardzo sprytna. Dawniej, kiedy mówiła, że świeci słońce, od razu ubierałem się ciepło, zakładałem kalosze i brałem parasol. Teraz więc kłamie co drugie zdanie i nigdy nie wiem, które z nich jest prawdziwe. Najlepiej w ogóle jej nie słuchać, bo można dostać pomieszania zmysłów. Ja nawet sądzę, że ona już dostała. Od swojego własnego gadania. I że czasem sama nie wie, kiedy mówi prawdę, a kiedy kłamie. Wszystko jej się pomieszało. Kto wie, może ona naprawdę myśli, że ma na imię Joanna?

Wiesława, Prot i śliwki

Jesienne słońce jest dobre na wszystko – tak sobie myślałem, leżąc na dachu i łapiąc siwe włosy babiego lata. Jak przyjemnie... I ptaki już odlatują... Może wreszcie Wiesława wybrałaby się gdzieś do ciep­łych krajów... – marzyłem, wsuwając do ust kolejną dojrzałą śliwkę węgierkę. Pycha...

Dla ducha mojego wzrostu trzy kilo śliwek to nie bagatelka, jednak poradziłem sobie z nimi i chociaż czuję się trochę ociężały, zjadłbym jeszcze kilka. Ale – co to? Coś pacnęło mnie w nos! A teraz w ucho! Oj, boli!!! Coś dziwnego – pestki same wyskakują z komina, jedna po drugiej... Zerwałem się na równe nogi, chociaż śliwki w moim brzuchu protestowały gwałtownie, i podszedłem ostrożnie bliżej, uchylając się przed atakami pestek. Zajrzałem w głąb. Kolejny celny pocisk trafił mnie prosto w oko.

– Cześć, Maciek! – usłyszałem głos któregoś z Protów. – Co robisz z głową w kominie?

– Sam zobacz – mruknąłem, usiłując rozpoznać jedynym zdrowym w tej chwili okiem który to. Sądząc z wyjątkowo potarganej sierści i nieco niechlujnego wyglądu, musiał to być Prot IV.

– Nie chce mi się – miauknął, podkreślając swoje słowa leniwym ziewnięciem. Rozciągnął się na słońcu w pozycji „zdechł kot” i zaczął cicho mruczeć.

Położyłem się obok niego. Ledwie zdążyłem pomyśleć ponownie, że jesienne słońce jest dobre na wszystko, mruczenie Prota IV przeszło w nagły miauk, a on sam zerwał się na równe łapy.

– Co się wygłupiasz?! – wrzasnął najwyraźniej do mnie, bowiem poza nami dwoma nikogo na dachu nie było.

– Nie krzycz na mnie! Oj, co ty robisz?! – poczułem się niepewnie z pazurkami Prota na mojej szyi. – To nie ja!

– A kto?!! – pazurki Prota drgnęły ostrzegawczo.

– Nie wiem – powiedziałem, czując, że i tak mi nie uwierzy. – To są pestki – dodałem spiesznie, mając wrażenie, że Prot zaczyna się denerwować. – I lecą z komina. – Pazurki zeszły na dach. Piekło mnie oko, bolał brzuch, kłuła szyja i już wiedziałem, że nie będzie to udane popołudnie. – O ile, oczywiście, o to ci chodziło – odezwałem się, żeby coś powiedzieć, zaległo bowiem niemiłe milczenie, a Prot wpatrywał się we mnie jakoś tak zbyt nieruchomo, poruszając je­dynie koniuszkiem ogona.

– O to – powiedział po chwili.

 

– One są ze śliwek – poinformowałem go, jakby to mogło cokolwiek zmienić.

– Co? – Prot stał się dziwnie lakoniczny.

– One są ze śliwek – powtórzyłem nieco głośniej.

– Nie jestem głuchy! – miauknął wściekle Rozczochraniec. – Pytałem się, co jest ze śliwek?!


Zdenerwował mnie trochę i już chciałem odpowie­dzieć, że na przykład kompot, co mogłoby się źle skończyć dla mojej szyi, kiedy pomiędzy nami wylądowała kolejna pestka. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, zjednoczeni nagle żądzą zemsty. W dwóch susach dopadłem klapy wiodącej na strych i otworzyłem ją gwałtownie. Oto co ukazało się naszym oczom: na stołku koło wylotu komina stała Wiesława z procą. Obok niej piętrzył się pokaźny stos pocisków. Była bez reszty pochłonięta mocowaniem na gumce kolejnego naboju.

– Zjeść ją? – szepnął Prot IV.

– Wiesławę? – bąknąłem z niedowierzaniem. Dach wokół nas aż dudnił od pocisków. Sroka szalała. – Nie wiem... Może kiedy indziej – wykręcałem się. Ale Prot już mnie nie słuchał. Szykował się do skoku.

– Hej! – krzyknąłem, jak mogłem najgłośniej, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy, a każda sekunda była cenna. Wiesława odwróciła się w naszą stronę, napinając procę, ale na widok Prota wrzasnęła w popłochu, porzuciła broń i pognała w głąb strychu. Straciliśmy ją z oczu.

– No i co zrobiłeś, łamago? – Prot spojrzał na mnie z wyrzutem. – I tak ją kiedyś zjem, zobaczysz – dodał z pogróżką w głosie.

– „Umarł Maciek, umarł, już leży na desce” – do­tarły do nas fałszywe pienia ulubionej piosenki Wiesławy.

– Kto wie, czy cię sam o to nie poproszę – powiedziałem ze smutkiem w głosie i, zatkawszy uszy walającymi się wszędzie po dachu pestkami, wyciągnąłem swoje stare kości w ostatnich już promieniach zachodzącego słońca.

Wieloryb

Jednym z ulubionych moich zajęć i chyba jedynym już sportem, jaki uprawiam, jest zjeżdżanie po poręczy. Pomaga mi to utrzymać dobrą kondycję i zachować smukłość – narażonej na tycie przez wiek i może nieco zbyt obfite posiłki, które czasem spożywam – sylwetki. Dzisiaj gnała mnie w dół nie tyle potrzeba ustanawiania rekordów szybkości, ile niepokojące głosy, które dochodziły aż na strych z korytarza na parterze.

– Niech już pani tak nie rozpacza – powtarzała w kółko nasza dozorczyni, pani Guzdralska, do łka­jącej pani Kowalskiej spod piątki. – Wszystko się znajdzie, na pewno.

– Jak się znajdzie, skoro nie ma. Mówię pani: na stole zostawiłam dwa pierścionki i bransoletkę. Ze złota. Tylko z Filusiem na spacer wyszłam. Ile to mogło trwać? Pół godziny, nie więcej. Że też licho mnie podkusiło, żeby mieszkanie wietrzyć. Przez okno musiał się dostać, złodziej jeden.

Nie wierzyłem własnym uszom. Złodziej?! W mojej kamienicy?! Tego nie było, jak tu mieszkam sto dwadzieścia lat!

Powlokłem się na górę. Stanąłem w drzwiach strychu i aż się cofnąłem. Z zapartym tchem obserwowałem rozgrywającą się scenę. Przed skrawkiem lustra mizdrzyła się Wiesława. Robiła głupie miny, wyginała się na różne strony, stroszyła pióra i przewracała oczami. Na głowie miała kapelusz z owoca­mi i papugą na szczycie. Wyobraźcie sobie, jak to musiało głupio wyglądać: sroka w kapeluszu z wypchaną papugą. Ale to jeszcze nic – zawsze wiedziałem, że jest próżna i ma poprzewracane w głowie. Wiesława przystrojona była... biżuterią pani Kowalskiej. Mieszkać ze złodziejem, w dodatku złośliwym i niesympatycznym, w jednym mieszkaniu – tego już za wiele!

Postanowiłem znaleźć Prota IV. Udało mi się podejrzeć, gdzie Wiesława schowała swoje łupy, i ruszyłem na poszukiwania. Niestety. W piwnicy roiło się wprawdzie od Protów, ale nie było wśród nich tego, którego szukałem. Nikt też nie umiał mi powiedzieć, gdzie Rozczochrany się podziewa. „Koty chodzą swoimi drogami” – pouczały mnie, jakbym o tym nie wiedział. Nie było go też na dachu ani na podwórku.

Przysiadłem zniechęcony na trzepaku. Oblizywałem z piasku upuszczonego przez jakieś dziecko lizaka i próbowałem coś wymyślić. Nagle patrzę – z domu wychodzi pani Kowalska z torbą na zakupy.

Czasem jeszcze potrafię być szybki: schody, schowek (szczęście mi sprz yjało – Wiesława spała jak zabita), poręcz (ustanowiłem chyba właśnie nowy rekord!) i już byłem w mieszkaniu pani Kowalskiej.

– Czego chcesz? – usłyszałem na przywitanie niechętne warknięcie. Pod stołem siedział Filuś i szczerzył zęby. Bynajmniej nie w uśmiechu. Poczułem się niewyraźnie.

– Dzień dobry – powiedziałem z udaną wesołością. – Ja tylko na chwilkę. Odnoszę te przedmioty – pokazałem łup Wiesławy.

-Złodziej! – wrzasnął nieinteligentnie Filuś, tak jakby którykolwiek złodziej miał zwyczaj odnosić z własnej inicjatywy to, co skradł.


Nie dał mi żadnej szansy. Potykając się co chwila o całun, pędziłem dookoła stołu. Czując na karku gorący oddech, porzuciłem biżuterię i – po sznurze od zasłon – wspiąłem się pod sufit. Najwygodniejszym miejscem do przeczekania wydał mi się żyrandol. Dałem wspaniałego susa i udało mi się złapać za sam brzeżek. W tym momencie usłyszałem trzask, a na suficie ukazała się rysa. Filuś ujadał z każdą chwilą głośniej. Do odgłosów tych dołączył się dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Wracała gospodyni.


– Złodziej! Złodziej!

Złapałem złodzieja!

– kłamał szczekliwie Filuś, pędząc na powitanie swojej pani.

Całe szczęście, że ludzie nie rozumieją mowy zwie­rząt.

– Przestań szczekać! Na panią szczekasz? – oburzyła się pani Kowalska. – Niewdzięczne stworzenie...

– Tam, tam, w żyrandolu! – donosił Filuś. – Złodziej w żyrandolu!

Uszy mnie już bolały od tego jazgotu. Przy każdym ruchu rysa na suficie powiększała się, a na przywitanie pani Kowalskiej odłupał się niewielki kawałek tyn ku. Wiedziałem, że za chwilę zrobi się jeszcze głośniej. Rzeczywiście – do Filusia dołączył teraz przeraźliwy krzyk jego pani.


– Pani Guzdralska! Pani Guzdralska! Pani pozwoli do mnie! – wrzeszczała moja gospodyni, wybiegając na korytarz.

– Co znowu? – dozorczyni miała najwyraźniej dosyć sensacji na dzisiaj.

– Pani wejdzie do mnie!

– Ale niech pani najpierw zamknie tego kundla! Co on tak ujada?! – Pani Guzdralska nie przepadała za zwierzętami i tym razem sprawiało mi to mściwą radość. Filuś został unieszkodliwiony w sąsiednim pokoju. Ale nawet stamtąd, schrypniętym już i stłumionym przez drzwi głosem, donosił, że jakiś „odziej edzi w dolu”. Nikt jednak nie zwracał już na te żałosne odgłosy uwagi.

Panie weszły do pokoju. Dozorczyni, zamiast spojrzeć do góry, aby ocenić rozmiar spustoszenia, utkwiła wzrok w podłodze. Właśnie tam, gdzie, zwiewając przed Filusiem, upuściłem biżuterię.

– Widzę, że znalazły się ukradzione przedmioty – powiedziała z przekąsem, akcentując słowo „ukradzione”. – Powinna mnie pani o tym zawiadomić.

Pani Kowalska po prostu zaniemówiła. Do tej pory nie umiałem sobie wyobrazić, żeby cokolwiek mogło jej odebrać głos, uczyniły to jednak leżące spokojnie przy stołowej nodze dwa pierścionki i bransoletka.

– Kiedy... naprawdę... pierwsze widzę... – zaczęła się jąkać.

– Drugi raz trzeba dobrze wszystko posprawdzać – upomniała ją dozorczyni – a nie krzyczeć i winnych szukać. – Odwróciła się i ruszyła w kierunku wyjścia.

– Pani Guzdralska, kochana, a sufit?! Co z sufi­tem?

– A co ja pani poradzę? Stary dom, to i sufity pę­kają. Ale niech pani zobaczy, co się u tych nad panią dzieje – dorzuciła, wychodząc.


„Ci” nad panią Kowalską to Agata i jej rodzice.

Agata ma pięć lat, jasne loczki i buzię aniołka. I tak zmyśla, że nawet jej mama nie zawsze wie, czy Agata mówi prawdę, czy nie. Nie mówi się nigdy zre­sztą, że Agata kłamie, tylko że ma „bujną wyobra­źnię”. I chyba tak właśnie jest.

– Co się u was dzieje?! – krzyknęła pani Kowal­ska, kiedy dziewczynka otworzyła jej drzwi.


– Nic – odpowiedziała spokojnie Agata.

– Jak to nic? A gdzie rodzice? Sama jesteś? – pani Kowalska rzucała pytania, nie dając czasu na odpowiedź.

– Tak – odpowiedziała Agata.

– Co tak?!

– Jestem sama – dziecko uśmiechnęło się promiennie.

– Hm... tak... – Panią Kowalską opuszczała z wolna pewność siebie. – A nie wiesz czasem ­- usiłowała przybrać znowu groźny ton – dlaczego u mnie porysował się sufit? I tynk odpadł?

– Wiem – odparła z niezmąconym spokojem Agata.

– Wiesz?! No to mów!

– To przez wieloryba – wyjaśniła grzecznie dziewczynka.

– Jakiego wieloryba?!

– Kaszalota. – Agata była wciąż wzorem opanowania.

– Dziecko, sama nie wiesz, co mówisz. Przecież wieloryby są bardzo wielkie. I nie zmieściłyby się w żadnym mieszkaniu. I są takie ciężkie, że... – Tu pani Kowalskiej stanął przed oczami odłupany ka­wałek tynku.

– No właśnie – westchnęła dziewczynka – bar­dzo ciężkie. – I spróbowała zamknąć drzwi.

– Gdzie on jest? – zapytała groźnie pani Kowal­ska, wsuwając nogę do mieszkania.

– W łazience. – Agata wydawała się już lekko zniecierpliwiona udzielaniem odpowiedzi na tak oczywiste pytania. – Do widzenia – powiedziała i, korzystając z chwilowej nieuwagi swojego gościa, za­trzasnęła drzwi.


Wieczorem siedziałem sobie na półpiętrze, pochło­nięty rozmową z pewną myszą, kiedy usłyszałem znajome kroki i energiczny dzwonek. Zjechałem szybko po poręczy. Mina pani Kowalskiej nie wróży­ła nic dobrego, a dziewczynka – jak zwykle – uśmie­chała się grzecznie.

– Są rodzice? – pani Kowalska dosyć miała dyskusji z najmłodszym członkiem tej rodziny.

– Tylko mama – odpowiedziała Agata.

– Poproś, z łaski swojej.

– Nie mogę. Mama jest w łazience i nie może wyjść.

– Pranie? – zapytała domyślnie pani Kowalska. Cieszyło ją, że rozmowa schodzi na bardziej konkretne tory.

– Nie. U nas się nie pierze – powiedziała stanowczo Agata.

– Jak to? Dlaczego?

– Nie ma na to miejsca – dziewczynka rozłożyła bezradnie ręce.

– Nic nie rozumiem – zdenerwowała się pani Kowalska.

– Już pani mówiłam – Agata spojrzała na gościa z wyraźnym wyrzutem w błękitnych oczach. – W ła­zience jest wieloryb. Kaszalot – dodała z dumą. – I mama go teraz karmi.

– Przestań mi bzdury opowiadać! – pani Kowal­ska zrobiła się purpurowa. – I wpuść mnie wreszcie do mieszkania! – krzyknęła tak głośno, aż w sąsie­dnich drzwiach ukazała się zdumiona twarz pana Karolka. Nic nie powiedział, bo był z natury bardzo nieśmiały i niepytany nie odzywał się do nikogo. Tyl­ko chrząkał, co mogło znaczyć – zależnie od oko­liczności – właściwie wszystko. Teraz też chrząknął, ale gdy obróciła się w jego kierunku zagniewana pa­ni Kowalska, cofnął się w głąb mieszkania. Drzwi jednak nie zamknął. Zostawił malutką szparkę i wi­działem, że podgląda.

– Co się tu dzieje? – Obok Agaty pojawiła się jej mama. Była ubrana w szlafrok, a na głowie miała turban z ręcznika. – Słucham panią?

– Nareszcie pani jest. Bo z nią – pani Kowalska oskarżycielskim gestem wskazała Agatę – w ogóle nie można się dogadać...

– Byłam w łazience. Nie słyszałam dzwonka.

– W łazience?! – zapiszczała dziwnie cienko pani Kowalska. – A więc to prawda?! Ja na to nie pozwo­lę! Ja protestuję! Do administracji pójdę na skargę. Kto to słyszał, takie rzeczy! Jakieś paskudztwa w mieszkaniu trzymać! To przecież obraza boska! I w dodatku szkody! Mnie się, proszę pani, tynk na głowę sypie! Niedługo cały sufit się zawali. A jak się zawali, to do mieszkania mi wleci ta pokraka. Niedoczekanie! Ja zaraz... na policję. Albo do Towa­rzystwa Opieki nad Zwierzętami. Bo taki ka... kasza­lot – zająknęła się pani Kowalska – to też więcej przestrzeni powinien mieć. I ruchu. Nie można go w wannie trzymać jak jakiegoś karpia – rozczuliła się nagle nad losem wieloryba. – Bo to nawet nie jest ryba, tylko ssak!

 

Pan Karolek, który stanął znowu na progu, cofnął się gwałtownie. Mama Agaty stała z dziwną miną, przyglądając się w zaciekawieniu to pani Kowalskiej, to swojej córce. Coś w jej wzroku musiało się nie spodobać pani Kowalskiej, bo rzuciwszy tylko oziębłe: „Żegnam!”, ruszyła w kierunku schodów.

Nigdy jeszcze w moim, bądź co bądź, niekrótkim życiu, nie widziałem wieloryba. Nie mieszkał dotąd w tej kamienicy. Tak sobie teraz myślę, że w ogóle jest okropnie dużo rzeczy na świecie, których nie wi­działem. Wszystko przede mną. Może kiedyś podążę gdzieś w nieznane, śladami mojej rodziny. Może kie­dyś... Ale na razie czuję, że jestem tu potrzebny i że właśnie tu jest moje miejsce. Dopóki ta kamienica będzie istniała i dopóki nie pojawi się jakiś nowy duch.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?