Recepta na adrenalinęTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Mateja
Recepta na adrenalinę
Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Channarong Pherngjanda / Shutterstock

Copyright © by Anna Mateja, 2019

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Karolina Księżyc / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-846-4

Rozdział 1

Wiosna 1901 roku. Nowy Jork. Odprawa lekarzy w Mount Sinai Hospital, żydowskim szpitalu klinicznym, jednym z największych i najstarszych w Stanach Zjednoczonych, założonym w 1852 roku na Manhattanie.

– Doktor Chickering radzi sobie także w laboratorium, dlatego na początek dołączy do Guggenheima, który sprawdza przydatność nowego ekstraktu z nadnerczy – rozdziela zadania ordynator.

– Ekstrakt z nadnerczy? Nawet nie wiedziałem, że istnieje. – W głosie młodego lekarza słychać lekką irytację.

Chickering chce być chirurgiem, nie uczonym. Wolałby spędzać czas przy stole operacyjnym, a nie w laboratorium, wstrzykując myszom zarażonym katarem małe dawki nieznanego specyfiku.

– Tę ciekawą substancję wyizolował z gruczołów kilku zwierząt Polak Cybulski – ogłasza ordynator, doktor Zimberg. – Nazwał ją nadnerczyną, a my adrenaliną. Pomoże nam pan, doktorze Chickering, ustalić, czy ona nam się do czegoś przyda.

„Publikację z Krakowa” autorstwa Cybulskiego, którą wyszukuje młody lekarz, przekłada na angielski jego przyjaciółka Esther Kohn, córka krawca z Galicji, dziennikarka zajmująca się tematyką medyczną. A przy klatkach z myszami doktor dowiaduje się, że również ktoś w Johns Hopkins Hospital, szpitalu klinicznym założonym w Baltimore w 1889 roku, próbował skrystalizować ekstrakt z gruczołów nadnerczy, ale bez powodzenia. „Udało się dopiero Japończykowi ze Sto Trzeciej Ulicy”. Czyli niemal po sąsiedzku z Mount Sinai Hospital.

Te rozmowy nigdy się nie odbyły, a ich uczestnicy są jedynie tworami wyobraźni scenarzystów serialu The Knick, amerykańskiego dramatu medycznego z lat 2014–2015. Prawdziwe są jednak miejsca. Nie jest też zmyślony czas. Także Cybulski i wyizolowany przez niego ekstrakt nie są pomysłem twórców. Japońskim uczonym, który w 1901 roku w swoim prywatnym nowojorskim laboratorium dokonał krystalizacji nadnerczyny, był Jōkichi Takamine. Hormon, nazwany przez niego adrenaliną, był pierwszym w historii medycyny, który udało się uzyskać w postaci krystalicznej. Współpracownik Takaminego Thomas Bell Aldrich, fizjolog i biochemik, podał wzór strukturalny substancji wydzielanej przez korę nadnerczy. W 1904 roku niemiecki chemik Friedrich Stolz (który wcześniej wraz z Ludwigiem Knorrem opracował recepturę środka przeciwbólowego nazwanego piramidonem) uzyskał syntetyczną postać adrenaliny.

Kim więc był Napoleon Cybulski, który pojawia się na początku tej historii? „Fizjologiem – Profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego” – informują czerwone litery na białej emaliowanej tabliczce przy ulicy jego imienia w Krakowie. Przytwierdzona do bocznej ściany narożnej kamienicy, znacznie powyżej linii wzroku, nie daje się łatwo zauważyć. Chyba że stanie się po drugiej stronie wąskiej uliczki i zadrze głowę. Wtedy można dojrzeć rok urodzenia – 1854. Cybulski przyszedł na świat w małej miejscowości Krzywonosy na Wileńszczyźnie. Zmarł w Krakowie w 1919 roku, ale autor tablicy przedłużył życie uczonego o cztery lata, pisząc na niej rok 1923. Znakomity fizjolog patronuje uliczce na Starym Mieście łączącej ulice Wenecja z Garncarską. Raptem dwanaście numerów kamienic wybudowanych w większości przed 1939 rokiem.

Lakoniczne informacje niczego nie mówią o skali dokonań jednego z najwybitniejszych europejskich naukowców przełomu XIX i XX wieku, którego kandydaturę do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii przedstawiano w 1911, 1914 i 1918 roku. Gdyby nie tablica, nazwisko patrona ulicy łączono by niechybnie ze Zbigniewem Cybulskim, zastanawiając się jedynie, dlaczego pomylono imię znanego aktora… Tymczasem ten polski uczony odkrył substancję o specjalnych właściwościach wydzielaną przez nadnercza i opisał mechanizm działania „hormonu strachu, ucieczki i walki”. Jako jeden z pierwszych otrzymał zapis elektroencefalograficzny działania kory mózgowej i aktywności elektrycznej serca. Zarejestrował i opisał szybkość przepływu krwi w tętnicach szyjnej i udowej, wykorzystując do tego samodzielnie skonstruowany przyrząd. Z hipnozy uczynił przedmiot badań naukowych.

Pionierskie badania Cybulskiego działały na młodych lekarzy jak magnes – każdy chciał się znaleźć w orbicie intelektualnego oddziaływania szefa Zakładu Fizjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Adolf Abraham Beck miał dwadzieścia pięć lat, kiedy wraz z Cybulskim rozpoczął badania nad zjawiskami elektrycznymi w korze mózgowej. Razem udowodnili, że wahania potencjału elektrycznego pozwalają zlokalizować w korze ośrodki czuciowe. Beck jako pierwszy na ziemiach polskich, a drugi na świecie, dokonał zapisu pracy mózgu, który dzisiaj nazywa się badaniem elektroencefalograficznym.

Niecałe dwa lata po ukończeniu studiów medycznych, w 1894 roku, Władysław Szymonowicz wraz z Cybulskim dowiedli, że nadnercza wydzielają substancję podnoszącą ciśnienie tętnicze. Podana w chwilach zapaści krążeniowej potrafi przywrócić życie.

Stanisława Maziarskiego, od 1895 roku związanego z Zakładem Fizjologii, Cybulski przekonał do zajęcia się histologią – nauką o tkankach. Reprodukcje woskowych odlewów gruczołów Maziarskiego, których poznaniem zajął się w następnych latach, znalazły się w wielu podręcznikach histologii na całym świecie.

Leon Wachholz pod okiem Cybulskiego uczył się medycyny eksperymentalnej. Później zorganizował w Krakowie, jeden z najlepszych w Europie przełomu XIX i XX wieku, Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Marian Eiger był już po studiach w Dorpacie (Tartu), Warszawie i Moskwie, kiedy w 1910 roku został asystentem Cybulskiego. Przeprowadzał z nim pierwsze na ziemiach polskich badania elektrokardiograficzne.

„Za daleko by nas zaprowadziło, gdybym chciał objąć […] prace wykonane przez wszystkich pracowników Zakładu Fizjologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego” – napisał Adolf Beck dziesięć lat po śmierci swojego mistrza. Do Cybulskiego – twórcy krakowskiej szkoły fizjologicznej – przychodzili przecież lekarze różnych specjalizacji. Jedni z własnymi tematami badawczymi, drugim uczony sam podsuwał zagadnienia, które odpowiadałyby ich zainteresowaniom.

Nie obawiał się konkurencji. Zależało mu na sprowadzaniu do Krakowa co światlejszych rodaków z dwóch pozostałych zaborów i zagranicznych uniwersytetów. To między innymi dzięki jego zaproszeniu pojawił się w Krakowie profesor Odo Bujwid – urodzony w 1857 roku w Wilnie bakteriolog, uczeń Roberta Kocha i Ludwika Pasteura, założyciel pierwszej na ziemiach polskich stacji szczepień przeciwko wściekliźnie. Postępowi i niezważający na konwenanse badacze wspólnym wysiłkiem doprowadzili do stworzenia w Krakowie pierwszego w Galicji gimnazjum żeńskiego, w którym nauka kończyła się maturą (było to jednocześnie pierwsze na ziemiach polskich gimnazjum prywatne – powołane do życia za sprawą działań obywatelskich, a nie rządowych, posiadające prawo przeprowadzania egzaminu maturalnego). Przyczynili się do tego, że Uniwersytet Jagielloński jako pierwszy na ziemiach polskich zgodził się na studiowanie kobiet. Cybulski prowadził też badania na temat żywienia się mieszkańców biednej i przeludnionej Galicji. Bujwid wiele lat poświęcił rozbudowie i modernizacji krakowskich wodociągów. W publikacjach obu tych uczonych próżno jednak szukać deklaracji miłości do „ludu” czy „kraju”. W słowie „ojczyzna”, którym się posługiwali, nie było nacjonalistycznego zadęcia. Onieśmielają skala ich poszukiwań badawczych i talent organizacyjny, który w kilku najbardziej aktywnych dekadach ich życia pozwolił zmieścić tak dużo przedsięwzięć.

Medycyna w czasach Cybulskiego i Bujwida – ostatnich dwóch dekadach XIX wieku i pierwszych latach następnego stulecia – wydaje się z perspektywy ponad stu lat i dzisiejszego stanu wiedzy mapą pełną białych plam. Usianą jednak coraz gęściej pojawiającymi się wysepkami. Każda z nich to teoria sprawdzona w powtórzonych dziesiątki razy eksperymentach. Czasami punktem wyjścia była zaledwie pojedyncza obserwacja, która popychała do stawiania kolejnych pytań. Białe plamy kusiły obietnicą, że żadna podróż w głąb ludzkiego ciała nie zakończy się bezowocnie.

Rozdział 2

13 kwietnia 1885 roku. Cesarska Wojskowa Akademia Medyczna w Petersburgu. Napoleon Cybulski z pracowni profesora Iwana Romanowicza Tarchanowa broni pracy doktorskiej. Temat: badania nad szybkością przepływu krwi za pomocą fotohemotachometru.

 

Miesiąc wcześniej tygodnik „Przegląd Lekarski” wydrukował w dwóch częściach artykuł Cybulskiego Oznaczenie prędkości ruchu krwi w naczyniach za pomocą nowego przyrządu, fotohemotachometru. Natomiast w czerwcu 1885 roku doktor Cybulski publikuje w „Przeglądzie” kolejne wyniki uzyskane dzięki samodzielnie skonstruowanemu przyrządowi. Autor ma niespełna trzydzieści jeden lat. Jest to jego dziesiąta publikacja naukowa, ale pierwsza wydana po polsku. Uczony ma już na koncie pewne osiągnięcia, ale zna go niewielu. Tymczasem profesor Leon Blumenstock (później zmieni nazwisko na Halban), od 1877 roku redaktor naczelny tygodnika, rozpoczyna obszerny artykuł Cybulskiego na pierwszej stronie.

W tym samym numerze organu Towarzystwa Lekarskiego Krakowskiego i Towarzystwa Lekarskiego Galicyjskiego, jak przedstawia się w podtytule „Przegląd Lekarski”, doktor Andrzej Obrzut, pierwszy asystent w Zakładzie Patologiczno-Anatomicznym Uniwersytetu Karola w Pradze, w Przyczynku do etiologii gruźlicy udowadnia, że „[…] nie masz żadnych innych mikroorganizmów prócz laseczników Kocha, mających związek przyczynowy z gruźlicą”. Doktor Władysław Jabłonowski w relacji z Bagdadu opisuje „epidemię dżumy w Iraku arabistańskim”, a Sprawozdanie statystyczno-naukowe ruchu chorych w oddziale chorób wewnętrznych informuje, że w roku 1883 do Szpitala Świętego Łazarza w Krakowie przyjęto tysiąc trzysta osiem osób. Większość – ośmiuset dwudziestu czterech pacjentów – stanowili mężczyźni. Prawie sześćdziesiąt pięć procent leczonych wróciło do zdrowia. Z chorób największe żniwo zbierała gruźlica, z którą zmagało się blisko dwustu pacjentów szpitala. Nieco mniej chorych trafiło do Świętego Łazarza z powodu nieżytu dróg oddechowych albo pokarmowych. Najgroźniejsze pozostają choroby zakaźne. Jak wciąż niewiele wiedziano o ich naturze, świadczy notka z działu „ogólnolekarskiego”. Stowarzyszenie lekarzy chorób wewnętrznych w Berlinie roztrząsa kwestię powołania komisji do zbadania sprawy przenoszenia chorób zakaźnych przez osoby z otoczenia chorego i przedmioty, z którymi zarażeni się stykali. Wśród informacji bieżących odnotowano natomiast, że doktor Domingos José Freire z Rio de Janeiro zaszczepił przeciwko żółtej febrze tysiąc osób. Z dużym powodzeniem: na ciężką postać choroby nie zapadł nikt, na łagodną zaledwie kilku pacjentów.

W Pradze jest przygotowywana publikacja, która miałaby zbierać „większe prace oryginalne”. W Budapeszcie ogłoszono konkurs na posady czterech inspektorów sanitarnych w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Apteka Jakuba Sumbula w Sarajewie poszukuje magistra farmacji, oferując mu siedemdziesiąt złotych reńskich pensji i zwrot kosztów podróży do Bośni. Z reklam rzuca się w oczy „woda gorzka Franciszka Józefa”, która ma być „jedną z najwyborniej przeczyszczających wód, jakie dostały się do publicznego użytku”.

„Przegląd Lekarski” założył w 1862 roku profesor Józef Dietl. Jako dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego – jedynego na ziemiach polskich, który kształcił medyków przez wszystkie lata braku państwowości – unowocześnił nauczanie, między innymi o chorobach wewnętrznych, i przeprowadził badania polskich wód mineralnych w Krynicy i Szczawnicy. Kiedy został rektorem uczelni, wprowadził polski jako język urzędowy i wykładowy, mimo że władze austriackie oczekiwały dalszej germanizacji. Za starania o repolonizację uniwersytetu i szkół średnich, w duchu galicyjskiej autonomii, władze monarchii ostatecznie pozbawiły go stanowiska rektora. Dietl, od 1866 roku sprawujący urząd prezydenta Krakowa, który po latach wojenno-rewolucyjnych zawieruch stał się miastem prowincjonalnym, na powrót starał się uczynić z niego metropolię. Zdecydował o wyburzeniu średniowiecznych murów obronnych i stworzeniu na ich miejscu Plant – staromiejskiego zieleńca publicznego. Dzięki jego staraniom powstały pierwsze nowoczesne wodociągi i system kanalizacyjny. Stare koryto Wisły, które było wylęgarnią tysięcy komarów roznoszących pierwotniaka wywołującego malarię, doczekało się zasypania. Wreszcie jako lekarz o specjalizacji anatomopatologicznej Dietl krytykował nienaukowe metody powszechnie stosowane przez lekarzy i felczerów: upuszczanie krwi, które miało rzekomo stawiać na nogi chorych na zapalenie płuc, oraz Plica polonica, jak w siedemnastowiecznych drukach Akademii Zamojskiej nazwano kołtun. Specyficznie „polska choroba”, której jeszcze w XVIII wieku poświęcano prace doktorskie, powstawała na skutek braku higieny osobistej i niemycia włosów. Profesor Dietl jako pierwszy zaczął kołtuny obcinać, udowadniając, że nie grozi to – jak wierzono – ani ślepotą, ani uszczerbkiem na zdrowiu, ani śmiercią.

Uczone wywody młodego Cybulskiego na temat pionierskich badań pomiarów prędkości krwi w krwiobiegu ukazały się drukiem zaledwie dwadzieścia kilka lat po antykołtunowej kampanii Dietla. Pismo dla lekarzy redagowane po polsku, powszechnie dostępne, ale o charakterze naukowym, przejawiało ambicje znacznie większe niż jedynie walka z przesądami. „Przegląd Lekarski” miał w przystępny sposób przybliżać nowe terapie i procedury medyczne, donosić o odkryciach naukowych w innych krajach, umożliwiać dyskusję.

*

Artykuł Napoleona Cybulskiego ukazał się w nieprzypadkowym momencie. Począwszy od roku akademickiego 1885/1886, władze Uniwersytetu Jagiellońskiego powierzyły młodemu uczonemu kierownictwo Zakładu Fizjologii, Histologii i Embriologii (z biegiem lat, już za szefowania Cybulskiego, zakład podzieli się na trzy odrębne katedry).

Stanowisko czekało na obsadzenie od 31 grudnia 1884 roku, czyli od śmierci profesora Gustawa Piotrowskiego. Nie był on wybitnym uczonym, choć przygotowanie do pracy naukowej miał znakomite (studiował w Getyndze i Heidelbergu) i jak pisał Adam Schmidt w szkicu wspomnieniowym z dziejów Zakładu Fizjologii, „rzadko kto rokował takie nadzieje”. Funkcjonowanie zakładu, prace swoje i swoich uczniów organizował bez zarzutu, ale do czasu. Przez kilka lat był posłem na Sejm Krajowy, w Wiedniu został członkiem Rady Państwa, a w podkrakowskim Czernichowie kuratorem tamtejszej szkoły rolniczej. Do tego osiem razy z rzędu wybierano go na dziekana Wydziału Lekarskiego i jeszcze w latach 1873–1874 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spowodowało to, że „zaczął zalegać pole”, jak ujął Schmidt stopniowe zaniedbywanie przez Piotrowskiego pracy naukowej.

Najbardziej znaczącym osiągnięciem naukowym Piotrowskiego było opisanie tak zwanej reakcji biuretowej. Dzięki niej stworzono później test, który sprawdza obecność białka we krwi, moczu i innych płynach ustrojowych człowieka i zwierząt, przez co pozwala wykryć uszkodzenia wątroby lub nerek. Z prac profesora ceniono między innymi artykuł O trwaniu i ilości skurczów serca z królika wyjętego, który napisał wspólnie z profesorem Janem Nepomucenem Czermakiem. Piotrowski wykładał zagadnienia fizjologii eksperymentalnej, jednak kiedy zorientował się, że znajomość fizyki wyniesiona z gimnazjum jest u studentów dramatycznie niska, rozpoczął wykłady z fizyki medycznej. Zajęcia były koniecznym uzupełnieniem wiedzy niezbędnej do zrozumienia fizjologii, która w znacznej mierze opiera się na prawach fizyki. Dla studentów, którzy mieli opanowane podstawy przedmiotu, przygotował obszerny program ćwiczeń, a pracownią, w której się odbywały, kierował z takim oddaniem, że słuchacze mogli z niej korzystać przez cały dzień. Pod koniec życia zafascynowała go fizyka molekularna. Po śmierci profesora znaleziono w jego papierach niedokończoną pracę na ten temat.

To Piotrowski przeniósł w 1866 roku Zakład Fizjologii z ulicy Wiślnej na ulicę Świętej Anny. Do trzypiętrowego budynku, który co prawda lata świetności miał dawno za sobą i nie posiadał piwnic ani fundamentów, ale zapewniał badaczom nieporównanie więcej miejsca niż trzy pokoje z kilkoma mniejszymi pomieszczeniami, którymi dysponowali w poprzedniej siedzibie. To dzięki staraniom Piotrowskiego pracownia Zakładu Fizjologii otrzymała stałą dotację w wysokości trzystu złotych reńskich, co nie tylko poprawiło jej bieżące funkcjonowanie, ale pozwoliło też nieco odnowić wyposażenie. Wreszcie to właśnie za kadencji profesora, począwszy od roku akademickiego 1860/1861, wykładowcy w Zakładzie Fizjologii mogli porzucić język niemiecki, by na powrót prowadzić zajęcia po polsku.

Nie była to, rzecz jasna, osobista zasługa Piotrowskiego ani władz uniwersyteckich. W 1860 roku zaczęto realizować postanowienia, które miały uczynić z Galicji autonomiczną prowincję monarchii Habsburgów. Na podstawie negocjowanej przez kilka lat ugody austriacko-polskiej – zawartej między rządem w Wiedniu a przedstawicielami polskiej szlachty z Galicji – autonomia została zatwierdzona w 1867 roku. Dzięki niej język polski stał się językiem urzędowym w administracji i sądach, na uczelniach i w szkołach, zaczęto przeprowadzać wybory reprezentantów do Sejmu Krajowego, którego siedziba znalazła się we Lwowie, podobnie jak siedziba namiestnika Galicji. W Wiedniu powołano urząd Ministra do spraw Galicji. Odzyskanie praw politycznych, które przełożyło się na możliwość samostanowienia, sprawiło, że Kraków zaczął powoli odzyskiwać dawną świetność. Uniwersytet Jagielloński nie mógł konkurować z ośrodkami naukowymi w Berlinie, Paryżu, Petersburgu czy Wiedniu, z solidniej wyposażonymi laboratoriami czy pracowniami z kosztowną aparaturą. W krakowskiej placówce nie było takich jak tam wyszkolonych asystentów ani innych sił pomocniczych. Budżet na naukę też pozostawał w Krakowie ograniczony. Uniwersytet Jagielloński był za to uczelnią, gdzie możliwe stało się prowadzenie zajęć w języku polskim. I życie w polskim otoczeniu. Dla wielu „wagantów bez ojczyzny”, jak Marceli Nencki nazywał siebie i tych polskich uczonych, którzy budowali naukę na zagranicznych uniwersytetach, miało to niebagatelne znaczenie.

Nim zapytano Cybulskiego, który nie miał jeszcze wówczas nawet tytułu doktora, czy byłby zainteresowany objęciem stanowiska kierownika Zakładu Fizjologii, usiłowano ściągnąć do Krakowa Marcelego Nenckiego, Henryka Fryderyka Hoyera, Feliksa Nawrockiego i Jana Dogiela.

Marceli Nencki był dawnym studentem Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, dokąd dotarł, uciekając przed represjami po udziale w powstaniu styczniowym. Po studiach w Jenie i Berlinie, gdzie obronił rozprawę doktorską pod tytułem Utlenianie związków aromatycznych w ciele zwierzęcym, rozpoczął samodzielne badania naukowe w pracowni chemii fizjologicznej Instytutu Patologii na Uniwersytecie w Bernie. Kiedy w 1885 roku padła propozycja objęcia stanowiska w Krakowie, Nencki miał trzydzieści osiem lat. Od dwunastu był profesorem w Bernie, od roku dziekanem tamtejszego Wydziału Lekarskiego. Na jego wykłady przyjeżdżali słuchacze z całej Europy. W pracy naukowej zajmował się między innymi związkami azotowymi i kwasem moczowym oraz ich pochodnymi. Opracował podstawy nauki o hemoglobinie, czerwonym barwniku krwi, wskazał zależność pomiędzy niedoborem żelaza a niedokrwistością i opracował recepturę salolu – pochodnej kwasu salicylowego, nowego środka o działaniu bakteriobójczym. Z krakowskiej propozycji nie skorzystał. W 1891 roku opuścił jednak Berno i przeniósł się do Petersburga, gdzie kilka miesięcy wcześniej na mocy rozporządzenia cara Aleksandra III powołano Imperatorski Instytut Medycyny Doświadczalnej. Placówka otrzymała działkę pod budowę, sowitą dotację i wyposażenie pracowni. Jednym z organizatorów instytutu był Iwan Pietrowicz Pawłow, badacz ośrodkowego układu nerwowego oraz systemu odruchów warunkowych (wyuczonych) i bezwarunkowych (wrodzonych), który najprawdopodobniej był pomysłodawcą sprowadzenia znanego polskiego uczonego z Berna nad Newę.

Kiedy Henryk Fryderyk Hoyer odrzucał propozycję kierowania Zakładem Fizjologii w Krakowie, miał pięćdziesiąt jeden lat. Był wykładowcą Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, który utworzono w 1869 roku w miejsce rozwiązanej w ramach represji po powstaniu styczniowym Szkoły Głównej Warszawskiej. Jako że zajęcia na uczelni prowadzono wyłącznie po rosyjsku, profesor Hoyer, autor wydanego w 1862 roku pierwszego polskiego podręcznika do nauki o budowie, rozwoju i funkcjach tkanek Histologia ciała ludzkiego, musiał jak inni wykładowcy ponownie przeprowadzić przewód doktorski i nauczać w języku zaborcy. Język polski na uniwersytecie był wykluczony także z rozmów prywatnych, co wymuszano pod rygorem wyrzucenia z uczelni za naruszenie zakazu. Uczony trafił do Warszawy w 1859 roku po studiach we Wrocławiu i w Berlinie, gdzie chodził na wykłady Rudolfa Virchowa i Johannesa Müllera. Kilkanaście lat później opisał bezpośrednie zespolenia tętniczo-żylne – dziś nazywane kłębkami Hoyera – które umożliwiają przepływ krwi z pominięciem naczyń włosowatych. Założył pierwszą na ziemiach polskich hodowlę bakterii chorobotwórczych, opisał przebieg włókien nerwowych w rogówce ssaków, był pionierem nauczania teorii ewolucji. Ale do Krakowa przenieść się nie chciał.

 

Podobnie jak jego kolega z Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego profesor Feliks Nawrocki, czterdziestoośmioletni wykładowca fizjologii na Wydziale Lekarskim i Przyrodniczym. Pracę naukową rozpoczął we Wrocławiu. W 1863 roku, kiedy Hoyer i inni lekarze ze Szkoły Głównej na prośbę naczelnika Warszawy organizowali pomoc lekarską dla powstańców styczniowych, Nawrocki wyjechał do Paryża, by kształcić się pod kierunkiem Claude’a Bernarda. Stamtąd przeniósł się do Groningen w Holandii, a ostatecznie wrócił do Wrocławia, gdzie samodzielnie badał przemianę materii w mięśniach. Pracę w Warszawie rozpoczął od wprowadzenia do działalności naukowej zasady, że o prawdziwości stawianych teorii powinny przesądzać przeprowadzone eksperymenty. Objąwszy po jakimś czasie Katedrę Fizjologii, pracownię wyposażył za własne pieniądze. Od 1883 roku prowadził wykłady dla lekarzy, dokształcając ich w tematyce najnowszych osiągnięć medycznych. W ciągu dekady stworzył z laboratorium na warszawskiej uczelni prężny ośrodek skupiający jej najchłonniejsze umysły. Jego badania, między innymi nad ośrodkami psychomotorycznymi kory mózgowej, doprowadziły do poznania czynności intelektualnych od strony procesów fizjologicznych. A dociekania nad unerwieniem serca wykazały, że pracę tego organu przyspiesza podwyższone ciśnienie. Nawrocki zidentyfikował też istnienie w rdzeniu kręgowym włókien nerwowych, które wywołują odruchowy skurcz naczyń krwionośnych. Udowodnił, że gruczoły potowe intensyfikują działalność pod wpływem stresu. Zbudowanej od podstaw pozycji zawodowej nie chciał porzucać dla nowych wyzwań prawdopodobnie także dlatego, że od początku lat osiemdziesiątych miał coraz poważniejsze problemy ze zdrowiem.

Wreszcie Jan Dogiel – farmakolog, związany od 1877 roku z Instytutem Weterynaryjnym uniwersytetu w Kazaniu. Miał pięćdziesiąt pięć lat, kiedy próbowano ściągnąć go do Krakowa. Urodzony na Litwie, studia medyczne ukończył w Moskwie. W pracy naukowej wiele miejsca poświęcał zagadnieniom leczenia zwierząt, między innymi w 1879 roku opublikował ważne ustalenia na temat patogenezy księgosuszu. Ta szczególnie zaraźliwa choroba wirusowa krów, bawołów, owiec i dziko żyjących przeżuwaczy prowadziła do martwicy błon śluzowych i w ponad dziewięćdziesięciu procentach przypadków kończyła się śmiercią. Jak poważnym była wówczas problemem, świadczy jej druga nazwa – pomór bydła – oraz to, że w znalezienie antidotum angażowali się najwybitniejsi uczeni. Od 1895 roku przyjeżdżał do Kazania z Petersburga profesor Marceli Nencki, który znalazłszy we krwi zarażonych zwierząt przeciwciała broniące przed wirusem księgosuszu, rozpoczął szczepienia zwierząt otrzymaną z niej surowicą. Szczepionki ratowały życie osobnikom zarówno zdrowym, jak i już zarażonym. W tym samym czasie równie skutecznie walczył z księgosuszem Robert Koch. Jan Dogiel nie mógł się pochwalić osiągnięciami na taką skalę. A że podobnie jak Nencki, Hoyer i Nawrocki stawiał, jak ujmują to badacze dokumentów uniwersyteckich, „trudne do spełnienia warunki”, ostatecznie nie został kierownikiem krakowskiego Zakładu Fizjologii.

Przed podjęciem decyzji o powierzeniu stanowiska Cybulskiemu o przesłanie opinii na temat kandydata poproszono Nestora Dmitrijewicza Monastyrskiego, znakomitego chirurga ze Szpitala Pietropawłowskiego w Petersburgu, którego osiągnięcia porównywano z dorobkiem Jana Mikulicza-Radeckiego i Theodora Billrotha. Monastyrski porozmawiał z Iwanem Tarchanowem, promotorem pracy doktorskiej Cybulskiego, oraz Iwanem Michajłowiczem Sieczenowem, innym wybitnym petersburskim fizjologiem, który wielokrotnie prowadził z Tarchanowem krytyczne dyskusje. W liście do profesorów z Krakowa Monastyrski przekazał, że „Tarchanow charakteryzuje doktora Cybulskiego jako wybitnie utalentowanego, ambitnego, pracowitego osobnika, w stosunkach towarzyskich szczególnie miłego i delikatnego. Z naciskiem podkreśla jego umiłowanie prawdy i uczciwość, uważając go za właściwego kierownika pracy doświadczalnej w laboratorium instytutu fizjologicznego”. Z kolei Sieczenow stwierdził, że młody uczony „jest bardzo utalentowanym badaczem, jego dotychczas opublikowane prace rokują nadzieje, że dokona on jeszcze czegoś wielkiego w przyszłości”. Jeżeli i przyjaciel, i potencjalny oponent Cybulskiego mieli o nim tak samo dobre zdanie, nie było się nad czym zastanawiać.

W szesnastym numerze rosyjskiego pisma „Lekarz” z 1885 roku napisano, że młody naukowiec po prezentacji tez doktoratu „zszedł z katedry przy burzliwych i głośnych oklaskach”. Jego promotor profesor Tarchanow „wyraził się w najbardziej pochlebnych słowach nie tylko o dysertacji, lecz w ogóle o całej działalności Cybulskiego”. Poinformował też, że jego wychowanka wybrano właśnie na stanowisko profesora fizjologii w Krakowie – jednogłośnie. Według Tarchanowa ta decyzja świadczyła o tym, że „w Europie nauczono się cenić uczniów rosyjskich pracowni”.

I pomyśleć, że kiedy w 1881 roku, po złożeniu egzaminów lekarskich, Cybulski wybrał jako specjalizację fizjologię, jego koledzy byli co najmniej zdziwieni. O wiele bardziej opłacało się zdecydować na przedmioty kliniczne, które pozwalały ubiegać się o posadę lekarza w najlepszych szpitalach oraz otworzyć praktykę w prywatnym gabinecie. Wybór fizjologii prowadził wyłącznie do pracy naukowej. A gdzie w Cesarstwie Rosyjskim Polak mógł otrzymać samodzielne stanowisko z tytułem profesorskim? Raczej nigdzie.

Krwawo stłumione powstanie styczniowe z 1863 roku, które położyło kres istnieniu Królestwa Polskiego, niecałe dwadzieścia lat później było wciąż bolesnym wspomnieniem. Konsekwencje represji trwały. Królestwo, podzielone na dziesięć guberni bezpośrednio podporządkowanych władzom Cesarstwa Rosyjskiego, nieoficjalnie zaczęto nazywać Krajem Nadwiślańskim.

Napoleon Nikodem Cybulski urodził się dziewięć lat przed wybuchem powstania – 13 września 1854 roku w Krzywonosach. Nim Polska zniknęła z map po trzecim rozbiorze państwa w 1795 roku, były to tereny Wielkiego Księstwa Litewskiego. Obecnie należą one do Białorusi. W latach osiemdziesiątych XIX wieku autorzy czwartego tomu Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich piszą o dwóch miejscowościach o tej nazwie. Pierwsza jest zaściankiem w powiecie święciańskim (gubernia wileńska), gdzie doliczono się dwóch domów i piętnastu katolickich mieszkańców. Druga to wieś i folwark położone w powiecie bobrujskim nad rzeką Dokołką, dopływem Ptyczy. Miał to być „3. okr[ęg] polic[yjny] hłuski” i „dziedzictwo Bułhaków”. Ponieważ mieszkańcy wsi w dużej części byli wyznania prawosławnego albo unickiego, w Krzywonosach znajdowała się cerkiew. „Osad włócznych 26; folwark ma obszaru przeszło 69 włók w glebie lekkiej, łąki dobre”. Blisko miejscowości miał biec „gościniec słucko-hłuski; od Hłuska 19 wiorst”. Współczesne mapy lokują dawny folwark Krzywonosy w gminie Kobylnik – obwód miński, rejon miadzielski, północna Białoruś. Biografowie mówią, że Cybulski przyszedł na świat w powiecie święciańskim, ale czy na pewno, skoro we wsi stały podobno jedynie chaty, a Cybulski pochodził z rodziny szlacheckiej?

Naukowiec nigdy nie opisał szczegółowo swojego życia. Nie wydał wspomnień, nie podsumował własnej drogi do świata nauki. Trudno dociec, jaką cenę jego rodzina zapłaciła za udział w powstaniu lub pomoc jego uczestnikom. Jeśli w ogóle zapłaciła – ale nie można tego wykluczyć. O ile bowiem w walkach powstańczych zginęło około dwudziestu tysięcy żołnierzy, o tyle za sprzyjanie powstańcom zesłano na Sybir blisko czterdzieści tysięcy mieszkańców Królestwa Polskiego i Litwy. Miastom odbierano prawa miejskie, a klasztory karano kasatą. Na Litwie skonfiskowano grubo ponad półtora tysiąca majątków ziemiańskich, które następnie zlicytowano albo osadzono w nich rosyjskich oficerów. Nowy generał-gubernator wileński Michaił Nikołajewicz Murawjow, który osobiście wprowadzał prawa wydziedziczające miejscową szlachtę, tak często orzekał karę śmierci przez powieszenie, że zaczęto nazywać go Wieszatiel.

Inne książki tego autora