Letnie przesilenie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Letnie przesilenie
Letnie przesilenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Letnie przesilenie
Letnie przesilenie
Audiobook
Czyta Liliana May
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Nie bój się nocy. Jej puchu strzegą

krople kosmosu, tabuny zwierząt;

oczy w nią otwórz, wtedy pod dłonią

uczujesz ptaki i ciche konie,

zrozumiesz kształty, które nie znane

przez ciebie idąc – tobą się staną

– Krzysztof Kamil Baczyński, Kołysanka

Prolog

Czerwiec 1971

Nie lubiłem lasu o tej porze roku. Był wilgotny i ciepły, zupełnie jak krew. A krew mnie przerażała, choć w naszym domu zawsze było jej dużo. Ojciec często przynosił martwą zwierzynę i obrabiał ją na werandzie, ku niezadowoleniu mojej matki. Wchodził do domu upaćkany czerwoną mazią, bardzo z siebie zadowolony. Nie miałem pojęcia, z czego się tak cieszył, ale obiecywał, że pewnego dnia zrozumiem.

Las w upalną czerwcową noc był właśnie taki – ciepły, mokry, duszny. Zachłysnąłem się nim, z trudem łapałem oddech. Ocierałem z czoła krople potu, gdy ojciec kazał mi iść szybciej.

Za każdym razem, kiedy potykałem się o jakiś wystający konar, spoglądał przez ramię i cmokał z niezadowoleniem. Czułem się jak zero. Tym właśnie dla niego byłem – uczniakiem, który nigdy nie miał doścignąć mistrza.

Moje ciało zadrżało, bo nagle powietrze stało się chłodne. Zupełnie jakbyśmy wkroczyli w inną rzeczywistość. A przecież to wciąż był ten sam las. To tutaj niedaleko stała nasza leśniczówka. To tam mieszkałem razem z rodzicami. Mieliśmy nawet gospodynię. Paulina bardzo o mnie dbała.

– Pospiesz się, noc nie będzie trwała wiecznie – ponaglił mnie ojciec, gdy weszliśmy jeszcze głębiej między drzewa.

Światła rodzinnego domu zniknęły mi z oczu i poczułem się nieswojo.

– Dlaczego polujemy na łanie teraz? Przecież sezon zaczyna się dopiero we wrześniu.

Ojciec zaśmiał się, jakbym powiedział coś zabawnego. Wiedziałem, że muszę być twardy. Miałem dziesięć lat, a im bardziej się starałem, tym większym byłem nieudacznikiem w jego oczach. Mówił, że nauczy mnie polować i zrobi ze mnie prawdziwego mężczyznę, ale przecież wiedział, że brzydzę się krwią i boję się ciemności. Mimo to nie odpuszczał. Przyprowadzał mnie tutaj raz na jakiś czas, choć matka była temu przeciwna. A ja żywiłem jakąś dziwną nadzieję, że biorąc udział w polowaniu, zyskam w jego oczach.

– Mama nie była zadowolona, gdy zobaczyła, że wychodzimy. O tej godzinie powinienem już spać – wymamrotałem i wzdrygnąłem się, bo wpadłem w ogromną pajęczynę.

– Twoja matka zaakceptowała wiele rzeczy, ale z niektórymi nigdy się nie pogodzi. – Ton ojca był ostry. – Kobietom trudno jest przyjąć do wiadomości fakt, że ich synowie dorastają i zaczynają żyć po swojemu. Nie przejmuj się nią, trochę powarczy i jej przejdzie.

Ściągnąłem ramiona. Mówił o mojej matce jak o nic niewartym kundlu. A przecież tak bardzo ją kochałem. Wczorajszego wieczora pogładziła mnie po policzku, popatrzyła na mnie smutno i powiedziała: „Nie jestem w stanie uchronić cię przed wszystkim, syneczku. Nawet jeśli masz bardzo dobre serce, będziesz musiał zrobić pewne rzeczy. Nie winię cię za to”.

Nie rozumiałem, o co jej chodzi. Pojąłem sens tych słów dopiero dziś, gdy ojciec oznajmił, że zabiera mnie na nocne łowy. Matka nie chciała, bym miał krew na rękach. Kochała wszystko, co żywe. Przygarniała bezdomne koty, a zimą dokarmiała ptaki. Jednak w naszym domu to ojciec o wszystkim decydował, a ja wierzyłem, że jeśli będę mu posłuszny, w końcu mnie pokocha.

– Już niedaleko. Wyczuwam jej strach. Dobry myśliwy ma do tego nosa – oznajmił z dumą, gdy przystanęliśmy na chwilę.

– Czy nie możemy wrócić tutaj jutro, gdy będzie widno? Polowanie po ciemku nie ma sensu. – Starałem się brzmieć rzeczowo i bardzo dorośle.

– Dzisiejsza noc jest wyjątkowa. Niejeden chłopak chciałby być na twoim miejscu.

Wiedziałam, że moje gadanie go denerwuje, więc zamilkłem. Nasłuchiwałem. Wszystkie szmery i chroboty zlały się w jedno. Moje zmysły w ciemnościach wariowały, tymczasem ojciec wydawał się bardzo spokojny.

– Dlaczego musimy polować? Przecież jesteś leśniczym. Powinieneś pomagać zwierzętom.

– Aleczku. – Ukląkł naprzeciw mnie. Przez chwilę sprawiał wrażenie serdecznego i opiekuńczego. – Już ci to tłumaczyłem. Czasami nie mamy wyboru. Musimy poświęcić coś w imię wyższego dobra. Matka natura tak to sobie wymyśliła. Czym jest życie jednej istoty wobec działania całego świata? Robimy to, by zachować równowagę.

Chciałem coś odpowiedzieć, ale ojciec podniósł się nagle i zaśmiał pod nosem.

– Spójrz tam. – Wskazał między drzewa. – Jest.

Zmrużyłem oczy, ale nic nie dostrzegłem. W przeciwieństwie do niego nie bywałem w lesie i nie miałem w nim rozeznania. Choć mieszkaliśmy niedaleko, pod żadnym pozorem nie mogłem opuszczać leśniczówki bez opieki. Ojciec powtarzał mi, że pewnego dnia las stanie się moim drugim domem, ale do tego czasu nie mogłem przebywać w nim zbyt często.

Nie miałem nawet pojęcia, jak wygląda łania. Wiedziałem tylko, że to samica jelenia i że ludzie często mylą ją z sarną. Ojciec nazywał ich ignorantami. Czasami pod naszym domem zjawiały się zające albo dziki. Raz nawet widziałem lisa. Nigdy jednak nie spotkałem łani.

– Przyjrzyj się. – Ojciec zacisnął dłoń na moim ramieniu i dopiero wtedy coś zauważyłem. Było ciemno, więc dostrzegłem tylko niewyraźny kontur.

Znieruchomiałem, bo i ona na nas patrzyła. Nawet z tej odległości widziałem jej duże, przerażone oczy.

– Czy to łania, tatku? – upewniłem się, bo nie byłem przekonany, czy umysł nie spłatał mi figla. W ciemności nawet drzewa przybierały dziwne kształty i sprawiały wrażenie żywych istot. Z całą pewnością zwierzę było duże, choć nie tak wielkie jak jeleń czy niedźwiedź.

– Oczywiście, że to łania.

– Chyba jest wystraszona. Nie róbmy jej krzywdy – spróbowałem ostatni raz.

– Synu, już za kilka lat sam będziesz regularnie polował. I obiecuję, że zacznie ci to sprawiać przyjemność. Po prostu do niektórych spraw trzeba dorosnąć.

Pokiwałem powoli głową. Ojciec popatrzył na mnie zadowolony i bardzo chciałem wierzyć, że jest ze mnie dumny.

– A teraz chodź, zanim zniknie nam z oczu. I nie bój się tego, co zobaczysz. Mówiłem ci, tak to zaplanował dla nas świat. My możemy tylko wykonywać jego wolę.

Rozdział 1

Czerwiec 2021

Bluszcz. To pierwsze, na co zwróciłam uwagę, gdy wysiadłam z taksówki i stanęłam przed domem, w którym miałam spędzić najbliższe trzy miesiące. Kierowca poinformował mnie, że tę posiadłość nazywają Starą Sosną, a Leśniewiczowie mieszkają w niej od pokoleń.

Zmrużyłam oczy i przyjrzałam się budynkowi. Spodziewałam się czegoś innego – jednej z tych wymuskanych nowoczesnych rezydencji z idealnie przystrzyżonym trawnikiem. Tymczasem przede mną stało coś, co wyglądało jak skrzyżowanie starego dworku z ogromną leśniczówką. Spadzisty dach, ściany pokryte deskami i duże strzeliste okna. Przed domem najprawdziwsza weranda, przypominająca trochę tę w domu Muminków. Jedynie dwie marmurowe kolumny nie pasowały do rustykalnego klimatu tego miejsca. Budynek był przedziwny – stanowił mieszaninę czegoś swojskiego i snobistycznego.

Osłoniłam dłonią oczy przed słońcem i spojrzałam w górę. Dom tonął w cieniu ogromnych świerków i sosen. Jedynie przedzierające się przez konary wąskie strużki światła nadawały otoczeniu przyjazny charakter. Bluszcz porastał frontową ścianę leśniczówki, owijał się wokół dwóch kolumn, zaglądał do okien. Panoszył się, jakby to on był panem tego miejsca. Gdy liście rośliny zaczęły delikatnie poruszać się na wietrze, miałam wrażenie, że cały dom trzęsie się i zaprasza mnie do środka. Mimo upału moje ramiona pokryły się gęsią skórką. Budynek był ogromny, a ja czułam się przy nim mała i krucha.

Podeszłam do płotu i przejechałam palcami po cienkich metalowych prętach. Zdziwiło mnie, że posesja nie była osłonięta wysokimi murami, które mogłyby ukryć mieszkańców przed ciekawskim wzrokiem innych ludzi. Tak zazwyczaj odgradzali się od świata bogacze, u których pracowałam. Tymczasem leśniczówkę otaczał jedynie żeliwny płot, przez którego pręty bez trudu można było przecisnąć całą dłoń.

Może nie musieli nic ukrywać? W pobliżu nie było żadnych zabudowań, a więc i ciekawskich sąsiadów. Tylko pole naprzeciwko i las na tyłach. Las, który był tak blisko leśniczówki, jakby lada moment miał ją wchłonąć.

Wcisnęłam nos między pręty płotu i chłonęłam widok. Kolejne zaskoczenie. Byłam pewna, że zastanę tu ogród w stylu tych, które widywałam na bogatych przedmieściach dużych miast – wypielęgnowaną minimalistyczną przestrzeń z drzewami rozmieszczonymi w idealnej symetrii i bez ani jednego zbędnego źdźbła trawy. Tymczasem przede mną rozpościerała się bujna i nieposkromiona zieleń.

Było coś pociągającego w tym ogrodzie – trochę zaniedbanym i mrocznym. Wyglądało to tak, jakby natura przejęła władzę nad budynkiem, owijając go zaborczo swoimi mackami. Trawa bezczelnie wpychała się między pręty płotu i próbowała wydostać na zewnątrz. Ogród zdobiły niewielkie polany fiołków i stokrotek, nad którymi leniwie fruwały bąki. Byłam oczarowana. Tak przecież wyglądało moje dzieciństwo spędzone na wsi w domu babci, w czasach, kiedy nikt z nas nie słyszał o projektowaniu zieleni ani feng shui.

– Różnie o nich we wsi gadają. U nas w Międzyrzeczu Leśniewicz często bywa, w końcu tam prowadzi interesy. Ale jest małomówny i nie afiszuje się z bogactwem, podobnie jak reszta rodziny – poinformował mnie taksówkarz, gdy dotarliśmy na miejsce. Jakby z góry założył, że jestem złakniona lokalnych ploteczek. – Ponoć to trochę dziwacy. Odludki, co to lubią dusić się we własnym sosie. Pewnie czują się lepsi od innych.

 

Nie wdawałam się z nim w dyskusję – zapłaciłam, pożegnałam się i ruszyłam w stronę domu, taszcząc ciężką walizkę.

A teraz stałam tutaj, oczarowana okolicą. Żar lał się z nieba, a letnia sukienka przyklejała się do moich pleców. Marzyłam o odpoczynku i chłodnym prysznicu, ale zdawałam sobie sprawę, że najpierw czeka mnie rozmowa z panią domu. W końcu to ona mnie zatrudniła.

O Matyldzie Leśniewicz nie wiedziałam nic poza tym, że była żoną Aleksandra Leśniewicza – biznesmena, który dorobił się na sprzedaży antyków. Wyobrażałam ją sobie jako typową przedstawicielkę wyższych sfer – przysłowiową żonę ze Stepford, która umilała sobie czas zakupami w drogich butikach i wybieraniem dodatków do swojego idealnego domu.

W końcu zebrałam się na odwagę i wcisnęłam przycisk dzwonka. W głośniku nie rozbrzmiał żaden głos, ale furtka zabrzęczała cicho i po chwili drgnęła pod naciskiem mojej dłoni. Weszłam na krętą, wyłożoną kamieniami ścieżkę prowadzącą wprost na werandę. Wtaszczyłam walizkę po schodach i odetchnęłam z ulgą, bo w końcu znalazłam się w cieniu.

Nim zdążyłam zapukać, drzwi do domu się otworzyły. Liczyłam, że w progu zobaczę Matyldę Leśniewicz, tymczasem gdy podniosłam wzrok, napotkałam parę ciemnych oczu i równie ciemne, mocno zmarszczone brwi. Nie zdążyłam przyjrzeć się dokładniej wysokiej, barczystej postaci, bo drzwi zamknęły się przede mną z trzaskiem.

Stałam tak w osłupieniu przez kilka sekund. Poczułam się jak nieproszony gość i kretynka zarazem. Kimkolwiek był ten człowiek, widocznie nie nauczono go dobrych manier.

Na szczęście po chwili drzwi znów się otworzyły. Kobieta, na oko sześćdziesięcioletnia, chwyciła się pod boki i zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Jestem… – Wyciągnęłam dłoń, by się przywitać.

– Wiem, kim jesteś. Wejdź – mruknęła, po czym odwróciła się szybko i zniknęła we wnętrzu domu, jakby w ogóle nie była zainteresowana tym, czy podążę za nią.

Westchnęłam, bo spodziewałam się trochę cieplejszego powitania. Szarpnęłam za walizkę, która ociężale ruszyła za mną na piszczących kółkach.

Gdy zamknęłam za sobą drzwi, otoczyła mnie niemal całkowita ciemność. Korytarz był długi, wąski i jedynie znajdujące się na jego drugim końcu małe witrażowe okno wpuszczało do pomieszczenia snopy światła, w których wirował kurz. Rozejrzałam się oszołomiona, wdychając przedziwny zapach tego miejsca – mieszaninę suszonych ziół, drewna i zwierzęcego futra. Gdy ruszyłam przed siebie, deski na podłodze zaskrzypiały. Choć w środku panował spokój, słyszałam ciche trzaśnięcia i szmery, docierające do moich uszu jakby z wnętrza ścian. Miałam wrażenie, że ten budynek żył. Zdawałam sobie sprawę, że dom tuż przy lesie może być pełen myszy i robaków wielkości mojego kciuka, a jednak to, co mnie otaczało – zapachy i dźwięki – tak bardzo różniło się od tego, do czego przywykłam, mieszkając z rodzicami w bloku, że czułam się wręcz nieswojo.

Otworzyłam szeroko usta, ale na szczęście nie krzyknęłam, gdy na ścianach korytarza zauważyłam rzędy przyglądających mi się pustych martwych oczu. Głowy zwierząt – począwszy od tych niewielkich, a skończywszy na dużych drapieżnikach, patrzyły na mnie z powagą. To miejsce zaczynało mnie przerażać. I fascynować.

Na podłodze w holu leżał duży kolorowy dywan w indyjskim stylu, który kontrastował z ponurymi ścianami i zawieszonymi na nich głowami martwych zwierząt. Było coś groteskowego w tym budynku – wewnątrz i z zewnątrz. Coś, co sprawiało, że chciało ci się śmiać, a zaraz potem uciekać z przerażeniem. Gdybym nie wiedziała, kto tutaj mieszka, uznałabym, że to jakaś zdziwaczała staruszka, która w dzień szydełkuje, a nocami rzuca magiczne zaklęcia nad ogromnym kotłem.

– Piękny dom – odezwałam się, bo chciałam jakoś zagaić rozmowę.

Nieśmiało zajrzałam do kuchni. To tam weszła kobieta, która mnie „przywitała” i dopiero teraz odwróciła się w moją stronę.

– Tak, leśniczówka ma duszę. Paulina jestem. Gospodyni państwa Leśniewicz. – Kobieta stanęła przede mną, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Oliwia Olszewska, ale to już pewnie pani wie.

– Paulina. Nie jestem żadną panią – poprawiła mnie trochę zbyt ostro.

Kiwnęłam głową i nic nie odpowiedziałam. Znałam ją dopiero od kilku minut, ale już czułam wobec niej respekt.

– Najpierw drzwi otworzył mi jakiś chłopak… On też tutaj pracuje?

– Zadajesz za dużo pytań. – Kobieta łypnęła na mnie złowrogo. – Zapamiętaj jedno: państwo zatrudniają osoby, które potrafią trzymać język za zębami. I to samo tyczy się ciebie.

– Przepraszam. Po prostu trochę mnie to zaskoczyło i…

– Otworzył ci ich syn. Skaranie boskie z nimi! Jak nie jeden, to drugi!

– Jeden i drugi? Miałam opiekować się pięciolatką. Nie wiedziałam, że Leśniewiczowie mają starsze dzieci.

– Państwo Leśniewiczowie. – Paulina zganiła mnie wzrokiem. – Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. A teraz siadaj, dam ci coś zimnego do picia.

Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami, ale wykonałam polecenie. Podała mi szklankę wody, po czym usiadła przy drewnianym stole. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Choć było ogromne i zapewne wyposażone w drogie sprzęty, sprawiało wrażenie przytulnego. Nie wiedziałam nic o siedzącej naprzeciw mnie kobiecie, ale można było wyczuć, że to ona rządziła tym miejscem. Przyjrzałam się jej. Była wysoka i dobrze zbudowana. Ubrana w długą kwiecistą suknię, z włosami upiętymi w niedbały kok wyglądała jak połączenie cyganki i znachorki.

– Długo tutaj pracujesz? – zaryzykowałam i zadałam kolejne pytanie.

– Ciekawska jesteś. Państwo Leśniewiczowie źle wybrali. – Uśmiechnęła się krzywo. – Ile to już będzie? Ze dwadzieścia pięć lat. Nie mieszkam u państwa, ale przychodzę codziennie. Urodziłam się w Pnączach i właściwie nie znam innego świata.

– Muszę w wolnej chwili przejść się po okolicy. Nigdy nie słyszałam o tej miejscowości…

– Nie ma tutaj nic ciekawego do oglądania. – Paulina ostro weszła mi w słowo. – Pnącza są małe i mają niewielu mieszkańców. Ot, kilka domów, jeden sklep, bar i kościół.

Pokiwałam głową i zanurzyłam usta w chłodnej wodzie. Od tego upału były całkiem spierzchnięte.

– Wychowałam się tutaj, tak jak moja matka i babka. Ale odkąd zaczęłam pracować w Starej Sośnie, ludzie ze wsi się ode nie odwrócili. Traktują mnie jak trędowatą. I to jest właśnie to, o czym mówiłam na początku: trzeba trzymać język za zębami.

Chłonęłam każde słowo Pauliny. Ta kobieta mnie fascynowała. Biła od niej niesamowita siła i pewność siebie. Sprawiała wrażenie sumiennej i jednocześnie twardej osoby. Takiej, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Byłam przekonana, że tylko ktoś taki jak ona może poradzić sobie z ogarnianiem domu ekscentrycznych bogaczy i jednocześnie nie zwariować.

– To dlatego nie lubią cię we wsi? Bo strzeżesz tajemnic tego domu?

– Tajemnic? Ja po prostu zachowuję dyskrecję, tak jak sobie życzy większość ludzi zatrudniających gosposię. Nikt nie chce, by rozsiewano o nim plotki. Bogaczy łatwo ocenić i zrobić z ich życia sensację. A ludzie? Zazdroszczą po prostu. Sama jestem jak palec, dzieci się nie doczekałam, a u państwa mam wszystko, czego mi trzeba. Przede mną zatrudniali dwie gosposie i każda miała długi jęzor. Dopiero ja okazałam się lojalna. I tobie też to radzę. Ale chyba nie zabawisz tutaj za długo, prawda?

– Nie. To praca tymczasowa. Chociaż…

– Chociaż co?

– Niedawno wróciłam z zagranicy i jeśli Leśniewiczowie… To znaczy, jeśli państwo Leśniewiczowie byliby ze mnie zadowoleni, zostałabym tutaj na dłużej. Zatrudnili mnie na czerwiec i całe wakacje, a rok akademicki zaczyna się dopiero w październiku.

– Nie wiesz nawet, czy wytrzymasz tutaj miesiąc, a już snujesz plany? – Paulina uśmiechnęła się z politowaniem.

– Jak to nie wytrzymam? To tutaj jest aż tak źle? – Spojrzałam na nią zaskoczona. Pracowałam już w takich miejscach. Bogaci ludzie bywali trudni, a ich dzieci rozkapryszone, ale zawsze dawałam sobie radę.

– Nie, nie. – Pokręciła ze śmiechem głową. – Chodzi mi raczej o to, że nie wiem, czy spodobasz się pani Matyldzie. Jest wymagająca.

W tym samym momencie w korytarzu rozległ się dźwięk szybkich kroków i do kuchni wparował ciemnowłosy chłopak. Ten, który otworzył drzwi, by potem zatrzasnąć mi je przed nosem. Nie zdążyłam mu się wtedy dokładnie przyjrzeć, ale udało mi się omieść wzrokiem jego sylwetkę. Takiego widoku się nie zapomina.

Przygryzłam nerwowo wargę i zastanawiałam się, jak powinnam zareagować. Chłopak całkowicie mnie zignorował, odwrócił się do mnie plecami i nalał wody do szklanki. Postanowiłam zachować się, jak należy, więc wstałam i wyciągnęłam dłoń w jego kierunku.

– Oliwia Olszewska. Będę tutaj pracować.

Jezu, jak to kretyńsko zabrzmiało! A jednak to już się wydarzyło – pierwszy dzień pracy i pierwsza kompromitacja.

Chłopak odwrócił się powoli i dopiero teraz mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Był wysoki, a ponieważ staliśmy blisko siebie, musiałam zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. Miał ciemne włosy, dość długie, przez co wpadały mu do oczu. Były jak bluszcz porastający ten dom – zupełnie wymknęły się spod kontroli i żyły własnym życiem. Ale to nie one przykuły moją uwagę. Przenikliwe zielone oczy w połączeniu z bladą cerą dawały porażający efekt. Ten chłopak nie musiał się odzywać, by budzić respekt, choć przecież nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Na jego widok odruchowo przełknęłam ślinę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tkwię tak przed nim z wciąż wyciągnięta dłonią, której najwyraźniej nie miał ochoty uścisnąć.

Nieznajomy omiótł mnie leniwie wzrokiem, a ja zwróciłam uwagę na jego gęste ciemne rzęsy. Potem uśmiechnął się drwiąco i napił się wody, bezczelnie patrząc mi przy tym w oczy. Poczułam, że się czerwienię. To było zaskakujące. Nieczęsto ktoś potrafił wprawić mnie w zakłopotanie.

Nie mogłam dłużej znieść jego spojrzenia, więc skupiłam wzrok na drgającym na jego szyi jabłku Adama. Nie pomogło. Przeciwnie – zrobiło mi się dziwnie gorąco, a sukienka gryzła mnie w plecy. Nie wiem, co takiego miał w sobie ten mężczyzna, ale wywoływał we mnie dyskomfort i sprawiał, że nie czułam się bezpiecznie. Drgnęłam zaskoczona, gdy niespodziewanie odstawił z hukiem szklankę na blat. W kuchni panowała wymowna cisza, a ja nadal nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.

Obserwowałam jego dłoń, która powędrowała do kieszeni czarnej bluzy i wyciągnęła jaskrawoczerwoną zapalniczkę. Zwinne palce zapalały i gasiły płomień coraz szybciej i szybciej. To było dziwne, a jednak nie mogłam przestać mu się przyglądać. Zniknęły kuchnia, Paulina i wszystko dookoła. Pstryknięcia zapalniczki działały na mnie hipnotyzująco.

Gdy ponownie podniosłam wzrok, napotkałam przeszywające spojrzenie. Tak nie patrzy człowiek, który ma dobre zamiary.

Pstryk, pstryk.

Pstryk, pstryk.

Płomień zgasł, a zapalniczka zniknęła we wnętrzu dużej dłoni. Nim zdążyłam ponownie podnieść głowę i spojrzeć chłopakowi w oczy, poruszył się, wyminął mnie zgrabnie i wyszedł z kuchni. Do mojego nosa dotarł aromat pieprzu i skóry. Kolejny raz poczułam uderzenie gorąca. Stałam nieruchomo jeszcze przez chwilę i wsłuchiwałam się w dźwięk oddalających się kroków. Dopiero głos Pauliny wyrwał mnie z odrętwienia.

– Przywykniesz. Olgierd jest trochę zdystansowany.

Olgierd?! Dlaczego, do cholery, ten koleś ma imię jak jakiś średniowieczny władca?

– Zdystansowany?! Raczej niegrzeczny! Zresztą, co ja mówię! Kawał chama! – uniosłam się i przez chwilę zapomniałam, gdzie jestem i jak wypada się zachowywać. To chyba była reakcja na to, co zaszło przed chwilą, musiałam dać upust swoim emocjom.

– Spuść z tonu, skarbie. Ściany w tym domu mają uszy, a chyba zależy ci na tej pracy, prawda? – Paulina uśmiechnęła się do mnie dobrodusznie i włożyła szklankę do zmywarki.

Przygryzłam wnętrze policzka, by stłumić złość, a potem usiadłam. Miała rację. Nie mogłam strzelać fochów tylko dlatego, że ktoś potraktował mnie jak powietrze. To nie była moja pierwsza praca w tym charakterze. Bywałam w różnych domach i poznałam różne rodziny. Ludzie miewali swoje humory, a ja miałam tylko zajmować się ich dziećmi i wykonywać polecenia.

 

Oferta Leśniewiczów wydawała się idealna – dom w spokojnej okolicy, wysokie zarobki i pięciolatka, która podobno nie sprawiała problemów. Pół roku pracowałam w Lille jako au pair i czułam się zaprawiona w bojach. Choć opieka nad dość wymagającym trzyletnim Pascalem dała mi w kość, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Tym razem w Polsce. Skoro dałam sobie radę z tym małym pyskatym Francuzem, to dlaczego miałabym nie poradzić sobie tutaj?

Liczyłam, że Matylda Leśniewicz będzie ze mnie zadowolona i wystawi mi dobre referencje. Oczyma wyobraźni widziałam siebie na tarasie leśniczówki podczas zabawy z grzeczną i bezproblemową dziewczynką. Praca i odpoczynek w jednym. I choć ten dziwny dom budził we mnie sprzeczne uczucia, chciałam spróbować. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by zostać w Starej Sośnie jak najdłużej.