Królowa śnieguTekst

Z serii: Felicja Stefańska #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Królowa śniegu
Królowa śniegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 25,98  20,78 
Królowa śniegu
Królowa śniegu
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
5,99  4,61 
Szczegóły
Królowa śniegu
Audiobook
Czyta Katarzyna Tokarczyk
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Klejzerowicz

Królowa śniegu

Tłumaczyli: Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz.

Saga

Królowa śniegu

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2017, 2020 Anna Klejzerowicz i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726709360

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dedykuję

Mojemu kochanemu

Braciszkowi oraz wszystkim

miłośnikom baśni.

Wszystkie wydarzenia i postaci występujące w tej powieści są fikcyjne, podobnie jak miasteczko oraz gmina, w których grają swoją rolę.

Cytaty pod poszczególnymi częściami powieści pochodzą z książki:

Hans Christian Andersen, Baśnie.

Posłuchajcie! Zaczynamy. Kiedy bajka się skończy, będziemy wiedzieli więcej, niż wiemy teraz, bo to był zły czarownik! Jeden z najgorszych, sam diabeł.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Styczeń, -24°C. Godz. 23.07

Panujące dookoła ciemności, spotęgowane dodatkowo przez las, rozpraszał wyłącznie śnieg, którego w ostatnim tygodniu nasypało co najmniej metr, a zawieje i zamieci śnieżne usypały z niego gdzieniegdzie potężne zaspy. Teraz panował spokój, wiatr się wyszalał, śnieg także już nie padał – było na to zbyt zimno. Mróz trzymał siarczysty. Jednak wracający z pubu mężczyzna, zataczający się opustoszałą – na szczęście – o tej porze nocy boczną szosą, zupełnie tego nie czuł. Był pijany. Nie to, żeby wypił zbyt wiele, no… może ćwiartkę. Tak na rozgrzewkę. Do chałupy już niedaleko, tylko kawałek na przełaj przez ten las, tam czeka zgrzewka piwka, poprawi sobie, noc jeszcze długa. Gdy wtoczył się pomiędzy drzewa, zdawało mu się, że po drugiej stronie ścieżki majaczy jakiś ciemniejszy kształt. Ciemniejszy od otaczającej ciemności. Coś jakby autko. Chyba. Ale co by tutaj robiło, tędy przecież nikt nie jeździ – zauważył w miarę przytomnie. Może to tylko zwidy. W lesie, po nocy, widzi się różne rzeczy. Zanim doszedł do przesieki, kilka razy zapadł się w śnieg, a raz się nawet przewrócił. Wygramolił się jednak, klnąc i otrzepując ubranie, aż zrobiło mu się gorąco. Poczuł się zmęczony, bardzo zmęczony, nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Gorąco, duszno, tylko nos i policzki trochę szczypią. Ale już niedaleko. Za tamtymi drzewami… tam gdzie jaśniej. Tam już wioska. Trzeba się pospieszyć, tyle że sił coraz mniej. Ta słabość, ta słabość, skąd to ciężkie ciało, nie, wcale nie ciężkie – właśnie że lekkie, zbyt lekkie, jakby nie istniało, jakby nie należało do niego… I wzrok się mąci. Czerń i biel, czerń i biel, wszystko się zlewa, rozmywa. Ale zaraz, ktoś tam stoi. Za drzewami. Jakaś postać. Nie, nie stoi, sunie w jego kierunku, płynie! Postać w bieli… Jest blisko, coraz bliżej, na wyciągnięcie ręki. Mógłby jej dotknąć. Gdyby nie to, że ręka nagle taka ciężka, jak z ołowiu. Światło… Dzwonią dzwonki. Postać się uśmiecha, ma piękną białą twarz. Powłóczysta biała peleryna ciągnie się za nią, na głowie… kaptur? Kaptur okolony futerkiem, coś błyszczy, coś się skrzy… korona? Diadem? Tak to się nazywa? Królowa? Czy to królowa? Królowa śniegu?… Jak w tej bajce, co mu matka opowiadała, gdy on był mały, a ona akurat trzeźwa. Sam już nie wie, czy myśli tylko, czy wypowiada te pytania na głos. Królowa uśmiecha się ciepło, pięknie, przyjaźnie. Kiwa głową. Wyciąga dłoń, wciąż z uśmiechem. Mężczyzna też się próbuje uśmiechnąć – jest taka cudowna. Jak lalka z porcelany. I naraz ręka już nie ciąży ani nie jest zbyt lekka, czuje ją, to czary, to królowa, ona to sprawiła! Bierze go za ramię i prowadzi pomiędzy drzewa. Jest tu pięknie, pięknie. Jak w niebie. Siadają w zaspie, ona – królowa – coś mu podaje. Śliczna, prześliczna buteleczka, zielona jak te sosny wokół. Widzi to dobrze, bo od królowej bije blask. Białe światło. Dłoń też ma białą, białą i gładką jak jedwab, otoczoną futrem… Ach tak, to przecież rękawiczka, on też miał rękawiczki, zwyczajne, szare, wełniane, ale jedną zgubił, nic to, wystarczy jedna, już blisko do domu, a rąk i tak nie czuć. Ciepło jest. Królowa podnosi buteleczkę wprost do jego ust, zapach upaja, czuje ciepło, spokój, bezpieczeństwo. Jak wtedy, dawno temu, kiedy tuliła go matka. Jeśli była trzeźwa. Ona – królowa – nadal się uśmiecha, kiwa głową. On zamyka oczy, jest mu dobrze, bardzo dobrze, błogo. Tylko że gorąco, za gorąco. Czuje, jak królowa, śmiejąc się, obsypuje go śniegiem. Dla ochłody. Nie, nie śniegiem. To konfetti. Miękki, srebrny puch. Błyszczy się. Chłodzi, koi. I znów podsuwa mu buteleczkę. Pod same usta. Tak mu dobrze. Ciało gdzieś odpływa, dusza jest w raju. Więc tak wygląda raj? Biel, srebro, dzwonki. Zapach żywicy, lodów śmietankowych i spirytusu. Poddać się temu. Tak. Smakować to. Upajać się. Radować…

Gdy w końcu zmusza się, by jeszcze raz unieść ciężkie powieki, jej już nie ma. Królowa zniknęła, tylko w powietrzu wciąż unosi się jeszcze perlisty śmiech, a może to gra muzyka? Tak, muzyka. Niebiańska muzyka. Jakiś głuchy warkot przez chwilę burzy piękne dźwięki, coś jakby burza. Albo samochód w oddali. Ale tylko przez chwilę. Już. Zanika. Znów jest cisza. Biały spokój. Mężczyzna z powrotem zamyka oczy. I gdy zapada się w czarną czeluść – jest mu dobrze…

CZĘŚĆ I

[…] zrobił bowiem lustro, które posiadało tę właściwość, że wszystko dobre i ładne, co się w nim odbijało, rozpływało się na nic, a to, co nie miało żadnej wartości, i było brzydkie, występowało wyraźnie i stawało się jeszcze brzydsze. Najpiękniejsze krajobrazy wyglądały w tym lustrze jak gotowany szpinak, najlepsi ludzie byli szkaradni albo stali na głowach bez tułowia. Twarze w tym lustrze były tak wykrzywione, że nie można ich było rozpoznać […]

Kryszewo, styczeń

Greta Pazik, radna gminy Kryszewo, energicznie postukując wysokimi obcasami, wspinała się po schodach na poddasze domu, w którym Felicja Stefańska – nowa redaktorka gminnej gazety – tymczasowo wynajmowała biuro z aneksem mieszkalnym. Greta sama wyszukała jej to lokum, opłacane zresztą niemal w całości przez gminę. Niecierpliwie zastukała do drzwi, naciskając klamkę. Były jednak zamknięte na klucz, choć Felicja musiała przecież słyszeć, że ktoś wchodzi na górę. Zastukała jeszcze raz, tym razem kantem oczka dużego srebrnego sygnetu, by było lepiej słychać. A raczej, by zademonstrować swoje zniecierpliwienie, z czego sama dobrze zdawała sobie sprawę. Upłynęła dłuższa chwila, zanim po drugiej stronie dało się słyszeć leniwe kroki. Wreszcie drzwi się uchyliły. Felicja jak zwykle miała włosy ciasno spięte w koński ogon, a na sobie obcisłe legginsy i długi czarny sweter. Zero makijażu, co dla Grety było zjawiskiem kompletnie niezrozumiałym. Jak można być tak atrakcyjną dziewczyną i kompletnie tego faktu nie doceniać?! – zastanawiała się nie raz, wiercąc o to dziurę w brzuchu przyjaciółce, na co ta reagowała całkowitą obojętnością. Greta była jej dokładnym przeciwieństwem: mimo przekroczonej pięćdziesiątki ciągle uchodziła za najatrakcyjniejszą kobietę w miasteczku. Prawdziwa dama. Postawna blondyna, zawsze elegancka, perfekcyjnie zadbana, z nieskazitelnym makijażem. Zresztą nikt nigdy nie odgadłby jej wieku. Wyglądała jak trzydziestolatka. Felicja miała lat trzydzieści dziewięć, a za sobą gówniany związek. Twierdziła, że ma w dupie swój wygląd i nikomu nie musi się podobać, czego Greta zrozumieć nie potrafiła, wiedziała jednak, że dziennikarka mówi to absolutnie szczerze. Mimo tych wszystkich różnic, które je z pozoru dzieliły, przyjaźniły się od lat i znały na wylot.

– Pali się? Nie mogłaś najpierw, cholera, zadzwonić? – mruknęła Felicja, krzywiąc się, lecz przepuszczając ją w drzwiach. – Pracuję teraz!

Greta wzruszyła ramionami, zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku. Następnie z ulgą zrzuciła kozaki na wysokiej szpilce.

– No i o to chodzi – odparła. – Że pracujesz. O tym chciałam pogadać. Właśnie wracam z narady. Nie miałam czasu wydzwaniać, zdecydowałam, że od razu wpadnę, skoro mam po drodze. Zimno jest jak diabli, kawy daj, bo zamarzłam. I padam z nóg!

– Nie mam.

– Co nie masz? Kawy nie masz?

– Nie mam. Zapomniałam kupić. Mogę zrobić herbatę.

– Zrób, byle mocną i gorącą. – Greta westchnęła zrezygnowana, idąc boso za Felicją do kuchni, a raczej wnęki kuchennej połączonej z niewielkim pokojem służącym do pracy, dość ciemnym mimo dwóch okien dachowych umieszczonych w skosach i kolejnych dwóch – szczytowych. Powyżej, na niewielkiej antresoli, znajdowało się miejsce do spania, prywatny rewir Felicji, gdzie panował wieczny nieład, na który Greta nie mogła patrzeć. Na szczęście nie musiała. Przyjaciółka zajęła się zaparzaniem herbaty, a Greta rozsiadła się na krześle, przysuwając sobie taboret pod nogi.

– Uff… po prostu konam. – Westchnęła, poruszając palcami stóp w jedwabnych pończochach, by je rozgrzać.

– Ciepło tu masz od tej kozy.

– No.

– Dobrze ci się mieszka?

– Wiesz, ja tu głównie pracuję i śpię. Mnie tam wszędzie dobrze – odparła Felicja, stawiając parujące kubki na blacie. – Chcesz do tego trochę orzechówki? Dostałam od gospodyni.

 

Greta uniosła dłonie.

– Żadnego alkoholu! Dobrze wiesz, że mam traumę przez buca.

Bucem nazywała byłego męża, starego pijaka, jak twierdziła. Rozwiodła się z nim parę lat temu, czego dorosła córka z tego związku do tej pory nie mogła jej darować. Dziewczyna studiowała medycynę w Stanach i praktycznie nie odzywały się do siebie. Greta ponownie wyszła za mąż, tym razem za przyzwoitego faceta, biznesmena, i z jego wsparciem pięła się po szczeblach kariery.

– Okej, to sama sobie chlapnę. – Felicja wzruszyła ramionami, siadając na drugim krześle. – No więc? O co chodzi? Wal.

– A widzisz, dobry wstęp z tym alkoholem. Bo akurat ma to związek. Nie domyślasz się jeszcze?

– Ja tępa jestem. – Felicja nawet nie mrugnęła, wpatrując się w nią wyczekująco.

Greta przewróciła oczami.

– Tego nie musisz mi mówić. A tak serio… No dobra, prosto z mostu. Chodzi o to, żebyś wywaliła z numeru ten tekst o zamarznięciach pijaczków w naszej gminie. Rozumiesz, nie mamy się czym chwalić.

– No ale to przecież fakt, co nie?

Greta wyprostowała się, sięgając po kubek z herbatą. Na jej urodziwej twarzy pojawiło się zniecierpliwienie.

– Owszem, fakt, ale po cholerę to wywlekać? – odparła ostrzej. – Żeby trójmiejska prasa załapała, a potem może jeszcze ogólnopolska? Gmina, w której zamarza najwięcej pijaków w Polsce? Pomyśl, dziewczyno! Jak to o nas świadczy?

– Chcesz to ukryć? Nie da się! – parsknęła dziennikarka.

– Nie ukryć, kretynko, tylko nie eksponować. Zresztą… no, zdarzyło się. Zima ostra, pech. Ale w końcu nie jesteśmy gminą samych meneli, to porządna miejscowość! Chcesz, żebyśmy stracili potencjalnych inwestorów, turystów…

– Turyści to raczej latem przyjeżdżają, nie?

– A właśnie że nie tylko! – uniosła się Greta. – Doskonale wiesz, że budujemy tor saneczkowy i wyciąg narciarski. Mamy tu piękne tereny do uprawiania narciarstwa. A ty wyjeżdżasz z pijaczkami. Do cholery, jesteś nie tylko redaktorką naszej gazety i strony internetowej, ale także rzecznikiem prasowym gminy! Masz dbać o jej wizerunek, a nie go psuć!

Felicja wysączyła resztkę nalewki i odstawiła kieliszek, nie spuszczając z niej zblazowanego wzroku. Tylko lekko zmrużyła oczy. Dopiero po chwili odezwała się z ironicznym uśmieszkiem:

– Od grudnia mieliśmy cztery przypadki zamarznięć, tydzień temu piąty. Coś jest na rzeczy, trudno zaprzeczyć. Jeden trup tygodniowo, takie są fakty. Mam udawać, że tego nie było? Tylko narty, saneczki, inwestycje, sielanka? Nie, nie, kochana. Chyba się nie rozumiemy. Nikomu nigdy nie obiecywałam, że będę tańczyć, jak mi kto zagra. Jestem dziennikarką. Moim zasranym obowiązkiem jest rzetelne informowanie społeczeństwa, nawet jeśli nie podoba się to władcom tego świata. A raczej światka, w tym wypadku – dokończyła zgryźliwie.

– Informowanie, a nie szukanie taniej sensacji! – zdenerwowała się Greta. – Zapominasz chyba, że to ja cię tutaj ściągnęłam! Chcesz, żebym teraz miała przez ciebie na pieńku ze wszystkimi?

Felicja parsknęła śmiechem.

– Nie graj mi tu na uczuciach, nie cierpię szantażu emocjonalnego – powiedziała, zapalając papierosa. – Chcecie, to możecie mnie od razu zwolnić. Nie wpraszałam się tutaj, to ty mnie zaprosiłaś.

Greta zamachała dłonią, by odpędzić od siebie dym.

– Czyli odmawiasz? – spytała z niedowierzaniem. Dziennikarka pokręciła głową litościwie.

– O co wam chodzi, tak naprawdę? – zapytała. – Macie jakieś kompleksy? A może ty masz, co?

– Puknij się. Jakie kompleksy? – Greta się zmieszała.

– To, że mój były pił, nie znaczy, że mi na tym punkcie odbiło. Już o nim prawie zapomniałam. Poza tym on nie zamarzł, niestety. Daj spokój, lepiej wróćmy do rzeczy. Proszę. Nie mówię przecież, że masz to przemilczeć, tylko, rozumiesz… nieco inaczej to ująć, stonować… Przestań wreszcie stroić fochy i grać mi na nerwach, zmień tylko trochę swój tekst, dobrze?

Felicja uśmiechnęła się z zadowoleniem. Czuła, że zwyciężyła. Nie zamierzała jednak pognębiać przeciwnika.

– Dobrze. – Zatrzepotała słodko rzęsami, co w połączeniu z jej ascetyczną twarzą i ciemnymi włosami ściągniętymi surowo nad karkiem wydało się Grecie zamierzoną cyniczną groteską. Którą zresztą zapewne było. O Felicji można było różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest słodka. – Lubię tę waszą gminę, nie zamierzam jej szkodzić. Jednak całkiem ukryć prawdy się nie da, ludzie plotkują. A policja…

Radna machnęła ręką lekceważąco.

– A tam, policja! Mówili, że to nieszczęśliwe wypadki, i już. Zdarza się.

– Oby mieli rację. To co, na pewno odmawiasz naleweczki? Bo ja sobie chyba jeszcze strzelę za wasze zdrowie…

FELICJA

Z Gretą poznałyśmy się jakieś sto lat temu. Dokładnie mówiąc, ze dwanaście. Na kursie prawa jazdy, który – gwoli ścisłości – ona zdała bez problemu za pierwszym razem, ja z kolei podchodziłam do egzaminu jeszcze trzykrotnie, zanim w końcu zdobyłam upragniony papierek. Ponieważ była tam jedyną osobą, do której w ogóle miałam ochotę się odezwać, od razu się zakumplowałyśmy. Zaraz po pierwszym wykładzie poszłyśmy razem na piwo i tak… od słowa do słowa, okazało się, że obie tkwimy w kretyńskich układach tak zwanych sercowych. Ona w małżeństwie z alkoholikiem, a ja w toksycznym związku z pewnym bałwanem, który robił ze mną, co chciał, zdradzając mnie na prawo i lewo z kim popadnie. Nieważne, stara dupa czy młoda dupa, wszystkie musiały być jego, a ja – zakochana kretynka – udawałam ślepotę w nadziei, że on się zmieni. No tak, taka sztampa. Nie zmienił się do dziś, za to dzięki Grecie miesiąc później wykopałam go z mojego mieszkania dosłownie i w przenośni. Natomiast ona sama borykała się ze swoim debilem jeszcze przez kilka lat. Cóż, mieli dziecko. Teraz to „dziecko” daje się we znaki mamusi, nie doceniając, ile z jego powodu przeszła. Do dziś pamiętam tamten wieczór: opuściłyśmy knajpę nad ranem, nieco wstawione, za to silniejsze. Jednak czasem każdy potrzebuje wsparcia. Greta miała wtedy około czterdziestki, choć myślałam, że jest w moim wieku. Nadal tak wygląda. Jak ja wyglądam – nie wiem. Nawet w lustro nie patrzę, bo po co. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Greta wróciła do swojej wsi, bo samo Kryszewo to administracyjnie wciąż niby wieś, nie miasteczko, choć ma miejski charakter i faktycznie z prawdziwą wsią nie ma już od dawna nic wspólnego. To po prostu duża, rozwojowa miejscowość gminna, położona nieopodal Gdańska, majętna, malownicza i cywilizowana, bardziej turystyczna niż rolnicza. Sorry, w ogóle nie rolnicza. Rolnika tu nie uświadczysz, jedynie jakieś niedobitki dawnego systemu, za to biznesmenów jest multum. Niemal wszyscy napływowi, bo Kryszewo stało się z biegiem lat czymś w rodzaju mieszkalnego zaplecza Trójmiasta – dla bogatych, bo grunty tu drogie. Jeden z nich został z czasem nowym mężem Grety, a ona, wspierana przez niego finansowo oraz moralnie, wykazała się talentem politycznym i – po wstąpieniu w szeregi lokalnego liberalnego stronnictwa – została ulubioną radną miejscowych. Zarówno „autochtonów”, jak i „miastowych”, ponieważ niejako łączy obie grupy. Wybierają ją od tamtej pory za każdym razem, wcale nie ze względu na urodę, a przynajmniej nie tylko. Jest naprawdę świetną radną, skuteczną we wszystkim, do czego się zabierze. Co do mnie, zostałam w mieście, uparcie próbując swych sił w dziennikarstwie. Raz na wozie, raz pod wozem. Podobnie w życiu osobistym. Kretynizm nie mija automatycznie wraz z wiekiem, więc wpadłam jak śliwka w kompot w kolejny toksyczny związek. Chłop tym razem się nie łajdaczył, za to okazał się niezaradnym życiowo niebieskim ptakiem, wieszającym się jak bluszcz na babie. Utrzymywałam obiboka ze swojej dziennikarskiej pensji przez ładnych parę lat, aż w końcu rozum mi wrócił i postawiłam mu ultimatum: praca (jakakolwiek!) albo won, niech spierdala w podskokach. Oczywiście gnojek wybrał to drugie, zwiał w podskokach, tym bardziej że ja właśnie straciłam swoją robotę i nie miał go już kto utrzymać. Z tego, co mi wiadomo, przykleił się jak kleszcz do innej idiotki, oby szybko przejrzała na oczy… Wracając do rzeczy, wyleciałam z posady za politykę, gdy konfiguracja uległa zmianie. Dobrej zmianie, podobno. I znów z pomocą przyszła mi Greta, bo tak się składało, że przez cały ten czas utrzymywałyśmy ze sobą regularny kontakt. Mianowicie zwerbowała mnie tutaj w charakterze redaktorki gminnej gazety, portalu oraz rzeczniczki prasowej urzędu gminy. Nie powiem, że byłam zachwycona. W życiu nie mieszkałam w takiej pipidówie, nie miałam pojęcia, co mnie tam czeka. Dość długo musiała mnie namawiać, a namawiała usilnie, bo akurat zwolnili poprzedniego rzecznika, który był podobno totalnym analfabetą. Chyba prawda, sądząc po dokonaniach. Cóż, ostatecznie zgodziłam się, bo Greta skusiła mnie warunkami, zresztą wybór miałam niewielki, w Trójmieście byłam spalona. Zgodziłam się ostatecznie na rok, na próbę. Muszę przyznać, że nawet mi się spodobało. Ta cała przyroda dookoła, dla mnie coś całkiem nowego. No i przede wszystkim święty spokój. Odpukać, bo wygląda na to, że do czasu…

Kilka miesięcy przepracowałam bez zgrzytów, gdy wylazła sprawa tych pijaczków. I niech mi nikt nie wmawia, że to normalne. W ciągu jednego miesiąca odnotowano tu więcej ofiar zamarznięć niż w pozostałych gminach województwa razem wziętych! Wszystkie te osoby były w chwili śmierci pod wpływem, żadna natomiast – z wyjątkiem jednej starej kloszardki nocującej na działkach pracowniczych leśnictwa – nie była bezdomna. A oni chcą to zamieść pod dywan. Tak jakby przemilczenie faktów było jakimś zaklęciem, które sprawia, że tych faktów nie ma. Temat i bez mojej pomocy podchwyciły już gazety regionalne, wkrótce rozniesie się to na całą Polskę. A tymczasem Greta – moja przyjaciółka, cholerna lokalna patriotka – żąda ode mnie, żebym udawała ślepą, głuchą i upośledzoną umysłowo. No to się zaczęło. Niby to nie polityka, ale coś w tym rodzaju. Ja chyba nigdy nigdzie nie zagrzeję miejsca, mam bowiem jedną przypadłość, z którą nie potrafię walczyć: lubię nie mieć sobie nic do zarzucenia, a swój zawód traktuję poważnie, nawet jeśli na co dzień zajmuję się decyzjami gminy co do odśnieżania wiejskiej drogi czy zagospodarowania placyku przed urzędem na lodowisko dla dzieci. Wydawało mi się do tej pory, że Greta to rozumie. Że mnie zna. Jednak mnie zaskoczyła. I co ja mam teraz robić, pytam się. Udawać, że to normalne, że w bogatej i szanowanej gminie zamarza jeden gość tygodniowo? Zgodzić się na ich warunki? Pisać i gadać pod dyktando? Czy użerać się i ryzykować, że stracę kolejną fuchę?…