Majorka w niebieskich migdałach

Tekst
Z serii: Rok na Majorce #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W OPARACH WIGILII

I znowu mój organizm przechytrzył technikę, pomyślałam, otwierając oczy, bo intuicja podpowiadała mi, że spałam ciut dłużej, niż to planowałam. Ile dłużej, przekonałam się po całkowitym dobudzeniu, znalezieniu okularów i odczytaniu godziny na zegarku. Dochodziło południe, a budzik ukryty w moim telefonie nastawiłam wczoraj na ósmą trzydzieści. Trzy godziny sennego poślizgu? Niewiarygodne! A jeśli tak już po prostu mają „późne czterdziestki”, te czterdzieści pięć plus, te nieszczęsne „zbliżające się pięćdziesiątki”, do jakich oczywiście nie zamierzam się zaliczać? Jeśli już zawsze będę musiała spać trzy godziny dłużej, bez względu na to, o której się położę?

Zza okna wydarły się jakieś zimowe ptaki. Spojrzałam na okładkę Dotyku masażysty, leżącego na nocnym stoliczku. Jak on mówił do tej Teresy? „Ptaszynko”? „Ptaszku”? Zupełnie jak mój ojciec do matki, przypomniałam sobie i nawet bym się roześmiała, gdybym nie usłyszała zza okna wyraźnie:

– Wi-gi-lia! Wi-gi-lia! – krakała jakaś cholerna wrona. – A ty w du-pie! W du-pie!

Poderwałam się z łóżka. Marka już oczywiście przy mnie nie było, tak jak nie było go, gdy się kładłam. Czy w ogóle przy mnie spał? Po diabła mi te jedwabne fatałaszki, w które odziewam się noc w noc, jakbym sama była bohaterką jakiegoś pornosa z akcją w Ciechocinku, skoro nie mają kogo kusić? Zresztą teraz oddałabym je wszystkie, całą szafę, byleby już było po przygotowaniach do Wigilii, co tam, po samej Wigilii, a nawet jeszcze później: byleby już było pojutrze, gdy wsiądziemy do samolotu na Majorkę! Wreszcie sami, tylko Marek, Julka i ja. Z nieba szybko zeszłam na ziemię, przecież nic niegotowe! Błyskawicznie znalazłam się w kuchni.

– Witaj, ranna ptaszynko! – zaśmiał się mój mąż, nie podnosząc nawet głowy znad smartfona, który stał się dla niego drugim, a właściwie pierwszym światem.

– „Ptaszynko”? A może mówił do niej „ptaszku”? – wyrwało mi się z innej bajki.

– Co? – Marek grzebał w jakiejś aplikacji.

– Nic – westchnęłam. – Szkoda, że to nie Święto Dziękczynienia! Rąbnęłoby się na stół wielkiego indyka i po krzyku!

– Chcesz podać indyka? W Wigilię?!

No i właśnie taka z nim rozmowa…

– Nie chodzi o to, co chcę podać, tylko o to, co mogę! Indyk jest na jutro, a na dziś… – Z pasją otwierałam szafkę po szafce, a nawet lodówkę, w poszukiwaniu straconego czasu chyba.

– Przecież zrobiłaś zakupy…

– I nie kupiłam najważniejszego! – Denerwował mnie, mądrala.

– Czego? – Wciąż nie podnosił głowy.

– Kilku małych, jednoosobowych stoliczków! – wycedziłam.

Podniósł łeb i nawet, zdaje się, oprzytomniał.

– Stoliczków?

– A tak, bo jaki sens ma jeden wspólny stół, skoro każdy je co innego? Siądźmy sobie, każde przy osobnym stoliczku, jak w kawiarni dla mizantropów, i już! Uczciwiej będzie i prawdziwiej, w Wigilię się nie kłamie!

– Może jednak za długo spałaś? – Marek uśmiechnął się krzywo, powracając do smartfona.

– W ogóle nie muszę spać, by wiedzieć, że ty bezglutenowo, Michaś nie je ryb, matka kalorii, a Julka tylko makaron! À propos… gdzie ona jest?

– Poszły z Oksaną na spacer. – Jeszcze raz, o dziwo, podniósł głowę. – A ty lepsza? Nie jesz mięsa…

– I właśnie dlatego wspólnie możemy tylko się napić wody, i to niegazowanej! – Wzruszyłam ramionami.

– Akurat znalazłem kapitalną, nową wodę spod wulkanów na wyspach Fidżi – ucieszył się. – Alkaliczna, dziewięć koma dwa PH, odkwasza organizm, jednocześnie wzbogacając o…

Nie zamierzałam go słuchać. Powyżej dziurek od nosa mam jego żywieniowych obsesji i dbania o formę! Gdybym choć w jednej dziesiątej tak się pilnowała jak mój mąż, mogłabym się wczoraj w sklepie rozebrać przed moim nowym trenerem. Od razu, natychmiast, do naga i nie bacząc na wezwaną przez kierownictwo policję!

– …więc idę. – Marek wstał z krzesełka.

– Dokąd? – Wciąż wgapiałam się w otwarte szafki i lodówkę, jakby ta Wigilia miała się zrobić sama. – Na Fidżi po wodę?

– Bliżej, do Rossmanna. – Już był w drzwiach.

– A co? Sprzedają tam choinki? Bo jakoś jej nie widzę…

– Choinka? – żachnął się, znał ten mój ton. – No tak, niezbędna, zapomniałem… Kupię ten płyn do kąpieli, a potem pójdę na jakiś placyk…

– Płyn do kąpieli? – zdziwiłam się.

– Oksana prosiła, a skoro muszę iść po choinkę…

Proszę, jak ładnie obrócił wigilijnego kota ogonem! Przed chwilą nie wybierał się po żadną choinkę! Czułam, że robię się zła. Wszystko w proszku, a on najuprzejmiej udaje się po płyn do kąpieli dla opiekunki do dziecka!

– Przecież w jej łazience jest tylko prysznic! Pije ten płyn, czy co?! – usiłowałam żartować. – I nie uważasz, że Oksanka zaczyna nas trochę terroryzować?

Już go nie było… Mechanicznie wyjmując z szafek, co potrzeba do przygotowania kolacji, myślałam o skutkach za dobrego serca. Sposób, w jaki traktowaliśmy Oksanę, był dokładnym przeciwieństwem tego, co przypadkowo podsłuchałam kiedyś na osiedlowym placu zabaw w pewną pamiętną sobotę, gdy Julka wyjątkowo zgodziła się na spacer ze mną ubraną w dres, bo na co dzień chadza tam z elegancką Oksaną. Trzy dziewczyny: Polka i dwie Rosjanki, Ukrainki lub Białorusinki, czort znajet, lecz pewnie dlatego rozmawiały po polsku z ruskim akcentem, by zrozumiała ta trzecia. Opowiadały sobie o traktowaniu ich przez ich pracodawców, a naszych sąsiadów. Jakaś babcia w czterdziestostopniowym upale podała ukochanym wnuczętom po szklance soku, ale umierającej z pragnienia „Ruskiej”, wziętej do sprzątania, już nie zauważyła. „Ja noszę swoje picie i kanapki – wtrąciła się druga – ale gdy kiedyś, po odkurzaniu, stanęłam z butelką i bułką, pani domu przypomniała mi, że nie przyszłam do restauracji”…

Słuchałam tych biednych dziewczyn z obrzydzeniem: zapomniał wół, jak cielęciem był? Czy razem z jakim takim dobrobytem dostaje się w pakiecie pigułkę zapomnienia? Całkiem niedawno, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, same byłyśmy Rosjankami, Ukrainkami czy Białorusinkami w Niemczech, Austrii, Szwecji, wszędzie!

To wtedy, na tej głupiej ławce, poprzysięgłam sobie uroczyście, że nigdy się tak nie zachowam, i równie zawstydzony Marek przyznał mi rację. Lecz żeby teraz biec, i to w Wigilię, po płyn do kąpieli dla Oksany?! Rozumiem, gdyby to był syrop na kaszel, by nas wszystkich nie pozarażała tuż przed wyjazdem na Majorkę, lub płyn przeciw wszawicy, by nas, no, wiadomo co, choć niby gdzie taka elegantka miałaby złapać wszy, ale płyn do kąpieli?!

Nie wiedziałam, w co mam włożyć ręce. I w sumie niezbyt wiedziałam, w co je wkładam, doświadczenie to jednak rzecz bezcenna. Ileż Wigilii już przygotowywałam! No tak, jedną, dziesięć lat temu na Majorce, i nikt w rodzinie jakoś jej chętnie nie wspomina, z tym, że każdy z innego powodu. Tak jak i wtedy, dzisiejsza grzybowa już gotowała się sama i barszczyk czerwony też raczej sam. Kartoniki, z których przelałam zupki do garnków, złożyłam w kosteczkę i schowałam na dnie śmietnika. Do grzybowej chlusnę koniaku, do barszczu czerwonego wina i nikt się nie zorientuje, że kupne. Kluski z makiem to na osobny stoliczek dla Julki, wielbicielki wszelkich klusek, też nie problem, bo najbardziej lubi je jako makaron z keczupem. Jednak pierogi już nie chciały się zrobić same, bo najgorzej, gdy czegoś nie ma na miejscu, a w rogu szuflady, gdzie zawsze była, foremki do sklejania pierogów nie było za cholerę. Może ktoś wyniósł na Halloween, w końcu to wygląda jak szczęka Indianina, bo z czerwonego plastiku, wyrwana mu z gęby w chwili, gdy próbował cię oskalpować. A może raczej jak kawałek zombie, w końcu Halloween to nie western z Indianami… W każdym razie właśnie zabrałam się za klejenie ręczne, dość skonfundowana. No, jak byście się czuli, pisząc maila ręcznie, co?

Tak właśnie się czułam, gdy do domu wróciły łaskawie obie damy. Damy, bo jak inaczej nazwać Julkę w granatowym świątecznym płaszczyku, z torebeczką w cenie samochodu, którą Marek jej nabył drogą kupna w pijanotatusiowym widzie? Co powiedzieć o Oksanie, przepraszam, pani Oksanie, pani, kurwa, baronowej Oksanie w eleganckiej kurtce z syberyjskich lisów, o jej wysokości Wielkiej Księżnej Oksanie na obcasach długości opakowania spaghetti? Zazgrzytałam zębami, cholerny pierożek rozleciał mi się w ręku. Jedyną prawdziwą podkuchenną byłam teraz ja!

– Mamusiu, nie masz pojęcia, jak ślicznie jest na placyku, ile światełek, jak kololowo!

Oksana fachowo zdejmowała jej płaszczyk i buty, ale i tak uważałam, że za dobrze jej się powodzi, a już z pewnością dziś. Gdy Julka pobiegła do swego pokoju, baronowa O. też próbowała dać drapaka. Ale nie ze mną te numery, nie w tej chwili.

– Oksana? – Pac! Na podłogę pacnął mi drugi, cholernie, ręcznie wydziergany pierożek. – Zdaje się, że będę potrzebowała twojej pomocy… – orzekłam dyplomatycznie całkiem niedyplomatycznym, jednak zdecydowanie za ostrym tonem.

– Ale ja… – Grzecznie stanęła w kuchni.

– Chyba nie zamierzałaś się teraz kąpać? – zaćwierkałam.

– Kąpać? Ależ skąd, ja tylko… – Rozejrzała się po bajzlu w kuchni, jakby to był wojskowy burdel.

– W oczekiwaniu na swój płyn ulepisz resztę pierogów, a potem, gdybyś była tak uprzejma i skroiła cebulkę do śledzi…

– Eto diełajetsa kilka dniej nazad, sztoby cebula wgryzła się w olej i zmiękła – prychnęła koneserka światowej kuchni, po prostu Magda Gessler w programie Tefałenu, gdyby ten odcinek kręcono na Podolu.

Coś skurczyło mi się w żołądku, choć ciekawe co, skoro od wstania nic nie zjadłam, może wwąchane zapachy wigilijnych cudowności z odurzającymi suszonymi grzybkami na czele, z którymi zmieszały się właśnie za słodkie perfumy mojej baronowej? Czy ona naprawdę myśli, że nie wiem, że cebulę wkrawa się do śledzi „kilka dniej nazad”?! Zapomniałam, no zapomniałam, nie ja pierwsza, nie ostatnia! Matka zapomniała kiedyś o śledziach, no nie kupiła ich, i podała olej z samą cebulą, a jakże, doskonale przez kilka dni przemacerowaną!

 

– Bywa czasem, że człowiek nie pamięta – syknęłam, miłosiernie rzucając w nią fartuchem, by nie upaprała sobie sukieneczki ze złotą lamówką, nadającej się najmarniej na sylwestrowy jubel. – To są pierogi. – Wskazałam rozwałkowane ciasto i miseczkę z farszem, przypominającym obiadek dla koprofaga. – A to… cebula! – Chwyciłam w garść kilka cebul i zamachnęłam się jak Anita Włodarczyk na olimpiadzie w Rio.

Nieszczęsne warzywa rozsypały się po blacie, a ja, też rozsypana, nerwowo, odwróciłam się na pięcie, opuszczając kuchnię. Nie musiałam patrzeć na Oksanę, by wyobrazić sobie, jak teraz przewraca swoimi wymalowanymi oczami.

– Julka! – krzyknęłam w przedpokoju, jakbym we własnym domu musiała dodawać sobie odwagi. – Chodź, kochanie, będziemy nakrywać stół!

I ucieszyłam się, że ostatecznie to będzie tylko jeden stół, nakrywanie kilku osobnych byłoby jednak Męką Pańską, z przeproszeniem i za Mękę, i za Pańską, a zresztą to przecież nie te święta. Julka wybiegła ze swego pokoju jak oparzona, zachwycona egzotyczną propozycją, a gdy po chwili owinęła się w świąteczny biały obrus i krzyczała, że idzie do ślubu, rozbroiła mnie: oto, co czasem mamy fajnego za udrękę wychowywania, bo to zawsze po części jest udręka i właściwie trochę nie wiadomo, czy bardziej udręczony jest wychowujący, czy wychowywany.

– A z kim do tego ślubu? – Roześmiałam się wreszcie absolutnie szczerze.

I absolutnie szczerze skamieniałam.

– Ze mną! – podjął Marek w progu, wchodząc do domu z czymś dwumetrowym, przypominającym żywą kostuchę: za długie, za chude, żylaste, nieforemne i ogólnie obleśne babsko w czerni, bo nawet daltonista nie uznałby tej upiornej choinki za ciemnozieloną.

– Znalazłeś to na cmentarzu czy na śmietniku? – wysapałam, podczas gdy moja córka usiłowała rozłożyć obrus w poprzek stołu po jego długości, jakby prezentowała gigantyczną rolkę papieru toaletowego.

– No coś ty? Dwie stówy kosztowało! – Wyprostował rękę, by pokazać nam kostuchę w pełnej krasie.

– Chcesz powiedzieć, że jeszcze za to zapłaciłeś?! – Aż przysiadłam na stole.

– Mamo, oblus! – pisnęła Julka.

Miałam gdzieś ten obrus. I to, że z kieszeni kurtki mężulka wystawał w najlepsze płyn do kąpieli dla Oksany… Przecież pod tym czymś nawet prezenty będą wyglądać jak nagrobki!

– Tu ją postawimy, Juleczko?

Marek wiedział, że lepiej się w tej chwili do mnie nie odzywać, choć to ja odpowiedziałam:

– Piwnica? Garaż? Taras? Wybierajcie, bo na pewno nie w moim salonie!

– Nie chcę w piwnicy! – Julka zaczęła chlipać, gdy z kuchni dobiegł nas niemiłosierny wrzask, jakby Oksanę skalpował ten Indianin od zaginionej czerwonej szczęki, którą miałam sklejać pierogi.

– Mamusia tylko żartuje – powiedział Marek, rzucając drapaka na podłogę w przedpokoju, a siebie rzucając do kuchni w celach, jak się domyśliłam, ratunkowych.

– Nie żartuję – warknęłam, kładąc obrus jak należy. Sama, bo Julka też już jednym susem była w kuchni.

Najspokojniej w świecie rozłożyłam sztućce, które wcześniej przyniosłam do pokoju, i przyglądałam się uroczystym, pamiątkowym nożom: Ciekawe, jakim ją w tej kuchni oskalpował? Po talerze jednak musiałam udać się w paszczę lwa. Oksana siedziała na taborecie w pozie omdlewającej łabędzicy, a przy niej niemal klęczała moja najbliższa rodzina. Julka trzymała ją za lewą rękę, a Marek za prawą, robiąc opatrunek.

– Co to się stało?

– No, ja palec odcięła przy cebuli – jęknęła Oksana, zapłakana, jak mniemam, podwójnie, od palca i od samej cebuli.

– To co jej zawijasz, kochanie? – syknęłam do męża.

– No, palec – wyjaśniła zaskoczona Julka.

– Jaki palec, skoro go sobie odcięła? – mój głos też musiał brzmieć jak nóż.

– Nie odcięła, jest tylko mała ranka – westchnął Marek, kończąc zabieg.

– Trzeba uważać! – palnęłam, będąc nieodrodną córką własnej matki, która zatruła mi całą młodość, gdacząc przy każdej okazji swoje: „Trzeba uważać!”. Albo: „Trzeba było uważać!”. Całkiem jakby człowiek nie wiedział…

Poczułam na sobie trzy wrogie spojrzenia, błysk sześciu nienawistnych gałek ocznych, więc odwróciłam się w stronę blatu, czas uciekał, kolacja była niegotowa, goły drapak leżał w przedpokoju, a my trzęśliśmy się nad nieobciętym palcem guwernantki, choć ja akurat trzęsłam się najmniej.

Z sześciu cebul pokrojona była…

– Oksana, zdążyłaś pokroić jedną cebulę?!

Zadałam tylko niewinne pytanie, zresztą znając odpowiedź, a tu, proszę: Oksana znowu w szloch, mój mąż nagle jakoś mocno ściska ją za rękę, a Julka, biedne dziecko niemogące wytrzymać grozy wiszącej w powietrzu, demonstracyjnie zatyka uszy i wybiega z kuchni w siną dal…

– Ja nie magu kraic cebulu, u mienia oczi delikatnyje… – odezwała się wreszcie ofiara krojenia, może raczej kat całej Wigilii? Bo jeszcze moment, a na pewno nie zdążymy.

Zapadła cisza. Nie na długo. Ledwie chwyciłam za nóż, by wziąć się do nieszczęsnego krojenia, z głębi domu rozległ się dziki ryk Julki. Jezu, tam też jacyś Indianie? Popędziłam w jej stronę z nożem w ręku, bo komu jak komu, ale za krzywdę zrobioną Julce ucięłabym delikwentowi wszystko, co mu wystaje, a nawet więcej.

Moja córka siedziała w uchylonych drzwiach nieswojej garderoby na stercie ślicznie zapakowanych prezentów, które równie malowniczo wysypały się na podłogę ze schowka, uchylonego najpewniej przez Marka, gdy wyciągał dawno nienoszoną, tak zwaną gorszą kurtkę, by lepszych nie pobrudzić przydźwiganą choinką…

– Słoneczko! – Podbiegłam do niej z otwartymi ramionami.

– Nie ma żadnego Mikołaja!!! – ryknęła mi w twarz. – To ściemka, wasza ściemka!!!

W innych okolicznościach ubawiłabym się tą „ściemką”, całkiem nową w jej słowniku, ciekawe skąd przyniesioną, ponieważ nie mamy w repertuarze ściemki ani ściemy. Lecz Julka wywinęła mi się z ramion i z prędkością światła pognała do kuchni. Dotarłam tam za nią po chwili, by ujrzeć, jak wtula się w Oksanę, czemu z jakimś dziwnym, melancholijnym uśmiechem przygląda się mój mąż! A może tylko mi się zdawało? Najważniejsze, by dziecku nie zepsuć świąt!

– Słoneczko! – słodziłam w kierunku jej plecków. – Mikołaj jest! Istnieje, przysięgam! – W takich okolicznościach krzywoprzysięstwo wydało mi się absolutnie uzasadnione. – Po prostu, nooo, eeee… w tym roku zrobił sobie u nas magazyn prezentów i śpieszył się, bo jeszcze tyle dzieci ma do obdarowania, ale wróci. – Spiorunowałam wzrokiem Marka, mając nadzieję, że chociaż Mikołajową czapkę i płaszcz schował głęboko. – Wróci!

Niestety, moje słowa zadziałały niczym płachta na byka, dziecko rozryczało się na amen, tak jak tylko dziecko umie, bez możliwości zatrzymania ryku.

– Widzisz, co robisz? – odezwał się mój mąż. – Atmosfera nie do wytrzymania! Przez ciebie, wszystko przez ciebie! – Podniósł się wreszcie z klęczek. – Bogu ducha winną choinkę chciałaś postawić w piwnicy? To masz! Zobacz, jakie są tego efekty!

Oniemiałam. Czy on kompletnie oszalał?! Tyle dobrego, że po rozum do głowy poszła chociaż Oksana, wstając i zabierając Julkę z kuchni, a przy okazji i siebie.

– Dziewczyny! – huknął do nich Marek. – Musimy postawić i ubrać choinkę! W sa-lo-nie! – Spojrzał na mnie, jakbym zaraz zamierzała na salon spuścić bombę, i wyszedł za nimi.

Stałam wciąż z nożem w ręce, gotowa pokroić wszystko, co akurat nawinie mi się pod tę rękę. Wszystko prócz serca, pokrojonego już jak salami, w najcieńsze plasterki. Najchętniej skroiłabym cały ten dzień do zera, włącznie z wieczorem, który się jeszcze nie zaczął. I jutrzejszy. Byle już znaleźć się na Majorce! Lecz cóż było robić? Paweł ani pisnął, poszedł do domu i czapkę nacisnął… – uczono mnie z Elementarza Falskiego w bajce o Pawle i Gawle. Nie musiałam nigdzie iść, w domu już byłam i nie miałam szans, by z niego uciec, mogłam tylko bez piszczenia i innego roztkliwiania się nad sobą pokroić pięć pozostałych cebul i wrzucić do śledzi, ułożywszy je w szklanej miseczce, a potem przygotować jeszcze to i tamto, już jakkolwiek, byle na czas.

Przede wszystkim powinnam była jednak przygotować samą siebie, czyli najpierw się uspokoić. Jedna z moich dalekich kuzynek mawiała: „Żeby się scalić, musisz najpierw ostatecznie pęknąć!”. I nim wreszcie pękła raz na zawsze, doprowadzając się do stu trzydziestu kilogramów, które zabiły ją w minutę nad pustą tacą po czekoladowym torcie, doprowadzała się z byle powodu do spazmów, wyciskających hektolitry łez, po których osiągała iście stoicki spokój. Za zimna herbata? Spazmy! Piesek chcący nieplanowo wyjść po spacerze, bo mu się znów zachciało? Spazmy! Sąsiadka dzwoniąca do drzwi, jakby się paliło? Spazmy! Nagle przepalona żarówka w łazience? Spazmy! Ja sobie teraz płakałam po cichutku, postnie, jak na Wigilię przystało, niby z powodu krojenia złośliwej cebuli, ale tak naprawdę chlipałabym i bez niej. A także bez herbaty, pieska, sąsiadki i przepalonej żarówki.

Bliżej mi z tym było do własnej matki, oby tylko nie przyszła dziś przed czasem, jak ma w zwyczaju, ani o umówionej porze, może jakimś bożonarodzeniowym cudem jednak trochę się spóźni? W każdym razie to matka uprawiała „obieranie cebuli”, gdy nie mogła dogadać się z tatą, ze mną, bo wywijałam jakiś numer, czy też w ogóle z nagle przytłaczającą ją rzeczywistością. I wtedy mówiła: „Muszę obrać cebulę” – kierując się do kuchni. Skąd wiedzieliśmy, że nie należy jej przeszkadzać, bo jeśli się nie wypłacze, będzie nie do życia, a my oberwiemy za niewinność? Tak czy owak przez jakąś godzinę nikt jej wtedy nie przeszkadzał, a nazajutrz na obiad była francuska zupa cebulowa, francuska tylko z nazwy, dobry prowansalski kucharz przewróciłby się z przerażenia, zaglądając do garnka, bo to było coś w rodzaju gulaszu z przepaloną i przegotowaną cebulą, tyle że bez żadnego mięsa.

Obie – ja teraz, matka wtedy – płakałyśmy ze zwyczajnej ludzkiej bezsilności… Przecież człowiek zawsze chce jak najlepiej, no chyba że jest jakimś podłym zwyrodnialcem, chce, by wszystko było cacy, a najbliżsi serdeczni i zadowoleni. Takie proste! I niekiedy takie krzywe. Łzy kapały mi na blat: jaka ja jestem biedna, kap, jak mnie nikt nie rozumie, kap, kap, ani mąż, ani córka, kap, kap, kap, nie mówiąc o tej zakale Oksanie i tych, którzy niebawem zasiądą do wigilijnego stołu, kap, kap, kap, kap, i innych, tak, nie mówiąc o całym świecie! Kap!

Zza ściany usłyszałam… Co to było za bzyczenie? Całkiem jakby jakiś podły zwyrodnialec… dentysta, tak, dentysta, borował zęby Julce, tylko dlaczego w takim razie nie drze się jak szalona? Przetarłam oczy, czyli zrobiłam to, czego nie wolno przy cebuli robić, i zakradłam się do przedpokoju. Na środku salonu klęczał Marek, nie, na szczęście już nie przy Oksanie, klęczał przy drapaku i robił z niego całkiem zgrabną choinkę, wiercąc wiertarką w pieńku dziury, w które Julka z Oksaną wsuwały wycięte z góry gałęzie. Drzewko wyglądało prawie jak należy, dzięki wstawkom poszerzając się teraz ku dołowi. I chyba tylko magia świąt, bo przecież nie wieloletnia małżeńska więź, sprawiła, że mój mąż nagle odwrócił się w bok, zauważył mnie i się uśmiechnął.

– Teraz ci się spodoba! – mruknął w moim kierunku i chyba nawet puścił do mnie oczko.

Kiwnęłam głową na zgodę i uciekłam do kuchni, bo ja – zapuchnięta i rozmazana – podobać się teraz nie mogłam. Została mi do pokrojenia ostatnia cebula i jeszcze parę łez do uronienia, gdyż z człowieka ulewa się powoli.

Cebulowy zapach i cholerny, śledziowy odór śledzi były nie do zniesienia. Ale pojutrze będę już przecież na Majorce, wśród innych smaków i zapachów, pojutrze znów będziemy naprawdę szczęśliwi! Życie na Majorce to przecież było zupełnie inne życie! Nie zawsze sielanka, no pewnie, czasem dramat i kabaret w jednym, ale coś takiego jest tam w powietrzu, dosłownie i w przenośni, że stajemy się lepsi, szczęśliwsi… Każde wakacje w wymarzonym, wreszcie wyremontowanym domu, który Marek łaskawie przepisał na mnie, sprawiają, że staję się kimś innym, kimś, kim naprawdę chcę być, z kim mi do twarzy.

I nie wiem, kiedy, tkwiąc tu nad śmierdzącym kuchennym blatem, byłam już TAM, gdzie nawet morze nie pachnie rybą, a jeżeli już, to świeżo złowioną doradą, a nie jakimś marynowanym w cebuli śledziem. TAM, gdzie zostało moje serce i, co tu dużo gadać, niezły kawałek wątroby. Od razu pomyślałam o tej znajomo pękatej butelce schowanej za słoikami z radioaktywnymi przetworami, które Oksana zwozi od swoich dziadków spod Doniecka.

Na jej dnie powinny być jeszcze dwa łyki Angel d’Or, cudownego leku na wszystkie smutki, mojego ulubionego pomarańczowego likieru z Majorki.