Majorka w niebieskich migdałachTekst

Z serii: Rok na Majorce #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

MERY KRISTMES!

Dlaczego po czterdziestce życie przyśpiesza i każdy kolejny rok upływa szybciej od poprzedniego, zupełnie jakby startował w konkursie na Najkrótszy Rok Świata?

Przecież dopiero co chowałam na dno szafy zajączki i pisanki, chwilę potem znosiłam do piwnicy wrotki i rowery i ledwo z niej wyszłam, a już spadł śnieg i ani się obejrzę, śnieg sobie stopnieje, a ja znowu będę musiała dekorować dom na Wielkanoc… Ledwo zdążyłam się przyzwyczaić do pisania nowej daty, a już, czyli dokładnie za osiem dni, wszystkie datowniki świata znowu przestawią się o tę jedną głupią cyferkę, nie wyłączając tego w laboratorium analitycznym, w którym wczoraj pobrano mi krew. I gdy na początku stycznia odbiorę wyniki, będę o rok starsza, wcale starsza nie będąc, a laboratoryjny komputer wydrukuje przy moim nazwisku straszliwą liczbę czterdzieści sześć, choć do tych urodzin zostało jeszcze pięć miesięcy.

Czterdzieści sześć! To brzmi jak obraza dobrego imienia i groźba karalna w jednym. Czterdzieści sześć! Jakbym zbliżała się do pięćdziesiątki!!! Czy czterdzieści sześć będzie mogło nadal uchodzić za „około czterdziestki”, jak przed tygodniem, gdy Karol S. spytał, ile mam lat?

– No wie pan… hmmm… tak ogólnie to jestem koło czterdziestki, ale czuję się na dwadzieścia osiem… – wyznałam najprawdziwszą prawdę, odmawiając wejścia na wagę bezczelnie mierzącą poziom tłuszczu i wiek biologiczny.

– W takim razie musi pani zrobić badanie krwi… Lipidy, cukier, ciśnienie, trzeba wszystko sprawdzić, nim zacznie się treningi w tym wieku – oznajmił chłodno.

Jedyne pocieszenie, że chłopaki, niewiele starsze od mojego syna, wciąż potrafią gwizdać na ulicy na mój widok, choć wcale nie są krótkowzroczne. Kiedyś uznałabym to za wulgarne, a teraz, no proszę, całkiem mi się to gwizdanie podoba!

Treningi, cóż… Do tej pory nie ćwiczyłam, a jakbym ćwiczyła! Nie tyłam, nie flaczałam, nie słabłam i nie bolało mnie nic. Kiedy to wszystko się zmieniło? Po prostu któregoś dnia obudziłam się gruba, sflaczała, słaba i obolała. Następnego dnia też i następnego, aż znudzony moim stękaniem mąż podarował mi pięknie zapakowany pakiet treningów personalnych do pobliskiego klubu fitness.

W pakiecie do tego pakietu otrzymałam właśnie Karola S. Poniżej trzydziechy, w czarnym T-shircie, seksownie opinającym jego kaloryfer, i z olimpijskimi dziewięcioma procentami tłuszczu w organizmie, mój trener personalny okazał się nieprzyzwoicie apetycznym ciachem, wręcz onieśmielająco perfekcyjnym stworzeniem, a przy tym mężczyzną, więc z marszu odłożyłam nasz pierwszy trening na czas nieokreślony. Przecież żeby z nim ćwiczyć, musiałam najpierw schudnąć z dziesięć kilo, by wbić się w modne, ale obrzydliwie opięte sportowe legginsy, bo w luźnych dresach już nawet dinozaury na Uralu nie ćwiczą!

Tak sobie rozmyślałam o odpływającym czasie i napływających kilogramach, zapominając, że – jak uczą na kursie mindfulness, niesamowicie w tym sezonie modnym – powinnam być jednak przede wszystkim TU i TERAZ, czyli w supermarkecie dzień przed Wigilią, gdzie kwadrans temu dołączyłam do kolejki wózków z takim nadbagażem, jakby to była odprawa na samolot do Chicago. Czy dwudziesty trzeci grudnia jest zawsze ostatnim dniem przed światową klęską głodu?

Tylko spokojnie, tłumaczyłam sobie tym razem w myśl filozofii hygge, absolutnego hitu jesieni. Duński pomysł na to, by nie oszaleć, zaleca koncentrację na drobiazgach i znajdowanie w nich małych przyjemności, i wcale nie chodzi o wpieprzanie hurtem malutkich czekoladek… Nie, hygge dotyczy sfery duchowej! Przymknęłam więc oczy i spróbowałam.

Ommmm… „Majonez wzięłaś? Skoczę jeszcze po chipsy! Gdzie pan znalazł takie piękne pomidory? Za ile te karpie były? Żywe czy mrożone?” – delektowałam się każdą zgłoską wpadającą w moje medytujące hygge-uszy. Ach, jakie to miłe rodzinne pogaduszki! A w tle bożonarodzeniowe dżingle i zapowiedzi o promocjach. Czuć, że idą święta! Życie jest piękne!

– Pan tu nie stał! – ryknął nagle jakiś emeryt klasykiem ze swej młodości i moją duchową hygge szlag trafił.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam, jak zaryknięty elegancki korposzczurek posłusznie odchodzi na koniec kolejki, ściskając w dłoni jedynie ryż do sushi. Zrobiło mi się go żal, więc puściłam do niego oko i poleciałam innym klasykiem z epoki, moim zdaniem, dowcipnie:

– Klient pod krawatem jest mniej awanturujący się!

Ale nikt się nie roześmiał. Cisza. Nie zrozumieli, nie usłyszeli? Może mnie w ogóle nie zauważyli? Czyżbym weszła już w wiek niewidoczny… Jesteś, ale cię nie ma. Kiedyś byłaś ozdobą każdego towarzystwa i duszą każdej, szczególnie dłuższej kolejki. Twoje celne uwagi kwitowano serdecznym śmiechem, a bywało, że zaproszeniem na kawę… Tak czy inaczej pociąg odjechał, nie ma się co oszukiwać, to se ne vrati. Za to święta wracają co roku. Z bombkami, które zawisną na… aha, miałam się nie denerwować, że Marek tradycyjnie nie kupił na czas drzewka, co oznacza perspektywę ohydnego drapaka, ozdobionego świecidełkami jak stara milionerka chora na anoreksję. Hygge!!! Tylko jak tu spokojnie się cieszyć duperelami? Byłam strzępkiem nerwów z niewyspania i zamykania po nocach ostatniego w tym roku projektu, bo klientka uparła się na przeprowadzkę do nowego „penthałzu”, oczywiście przed świętami.

– Ciągle się rusza, niech pani wróci go dobić, bo nie przejdzie na kasie! – Jakaś skrzecząca baba brutalnie wyrwała mnie z mojego wymarzonego, osobistego Raju, czyli z ukochanej Majorki, gdzie właśnie relaksowałam się przy hipotetycznym drinku nad wciąż nieistniejącym basenem w naszym ogrodzie.

– Dzięki – bąknęłam, wracając do działu rybnego, choć przecież mogłam tego cholernego karpia zdzielić torebką lub równie ciężkim laptopem.

Najgorszemu wrogowi nie życzę takiego spacerku. Nim tam dotarłam, byłam już innym człowiekiem, bo w odruchu serca postanowiłam ocalić karpiowi życie, choćby do następnego klienta. Szarpałam się z wierzgającą reklamówką przy plastikowej wannie pełnej innych karpi, gdy mój telefon rozdzwonił się szczekaniem psa. Zawsze szczekał, gdy dzwoniła matka, ale zwykle robił to jakoś dyskretniej. Tym razem prawdziwie ujadał, więc próbowałam go choć wyciszyć, bo rozmowa w sytuacji dramatycznej relokacji karpia była niemożliwa. No i, chlup, zamiast ryby do wanny wpadł mój telefon. Nie pierwszy raz się kąpał, więc na szczęście na stałe ubrany był w wodoodporny pokrowiec. Podwinęłam rękaw i włożyłam łapę aż po łokieć w ławicę ryb. Dzięki Bogu nie ma tradycji jedzenia piranii na Wigilię!

– Co pani wyprawia?! – ryknął ekspedient, aż wszyscy wokół stanęli na baczność.

Właśnie, co wyprawiałam? I co ja tu w ogóle robię? Mogłam przecież wysłać Oksanę, ona i tak nie zajmuje się tym, czym powinna, choć nieźle jej za to płacę. Jak będę miała trochę czasu, to się tym niezajmowaniem zajmę… Na razie udało mi się odłowić telefon, ścisnęłam go w ociekającej rybną zupą ręce i uciekłam od nieprzyjemnej sytuacji w alejkę wędlin i kiełbas.

Komórka działała, bo znów rozległ się dzwonek, tym razem neutralny. Oksana! O wilku mowa, choć ten wilk tkwił w skórze przestylizowanego kociaka. Chyba zmienię jej sygnał na miauczenie.

– Pani Magda, pani kupi toaleticzeskij papier – zaszczebiotała po swojemu.

I kto tu był „panią”, a kto „panią do pomocy”?!

Papierem toaletowym XXL, jak zatopioną w plastiku białą tarczą, utorowałam sobie drogę do kas. Przedarłam się jakoś do swojego wózka. Cholera, esemes!

JESZCIO PŁYN NA KOMPIELU – napisała, ba, rozkazała, caryca Oksanica…

No nie! I telefon, znowu ona, upierdliwa jak najgorsza pracodawczyni!

– A, i pani kupi orientalni zapach, mienia takoje podobajutsja… I krem dla intymnoj depilacju, dobrze?

Zatkało mnie ruskie kakało, jak by powiedział Michaś, który nie wiadomo skąd to wziął. Coś tam odmamrotałam i rozłączyłam się. No też! Powiem jej potem, że płynu nie było, a kremu tym bardziej, czy zresztą muszę się tłumaczyć? Tymczasem baba-żaba z kolejki już wyparowała, mój wózek ktoś życzliwy odstawił na bok, a ludzi do ogonka przybyło dwa razy tyle… Hygge! Gdzie moje wewnętrzna broń, hygge?

Uspokoiłam się dopiero na myśl, że jutro pierwszy raz od wojen krymskich nie pójdę do roboty, tylko wyśpię się do luksusowej ósmej trzydzieści, w sam raz, by zdążyć na wartę przy wigilijnych garach. Wbrew pozorom była to znacznie lepsza perspektywa niż ponowny widok mojej klientki, zawodowo Pani Dyrektor, prywatnie Panny Nikt, która dzięki Bogu łaskawie podpisała mi dziś odbiór „wykonania zaaranżowania i wykończenia apartamentu” w Miasteczku Wilanów. Gdybym wiedziała, ile czasu spędzę na przekonywaniu jej, że Ziemia nie jest płaska, a wanna na lwich nóżkach niekoniecznie pasuje do ultranowoczesnej łazienki, zamieniłabym chętnie to zlecenie na tydzień darmowej pracy w garkuchni, zwłaszcza że kiedyś bardzo lubiłam gotować.

Kiedyś znaczy dawno, zanim mój późny, zesłany mi w czterdziestej pierwszej wiośnie życia stan błogosławiony przemienił mnie w leżącego hipopotama z cukrzycą ciążową i zagrażającym poronieniem. W przedporodowym peaku miałam dwadzieścia pięć kilo na plusie i gdyby mi ktoś wtedy przypomniał, że w tym samym życiu piekłam torty makowe, prowadząc kawiarnię na Majorce, umarłabym w ataku mdłości! Tak czy siak, nieludzkie poświęcenie zostało uwieńczone sukcesem w postaci nadpobudliwego niemowlęcia, które wkrótce zamieniło się w dziecko ze stwierdzonym ADHD. I nic mnie nie przekona, że takiej jednostki chorobowej podobno nie ma. Jest i nazywa się Julia, lat cztery i pół, odczuwalne trzynaście. Tak, tylko mnie mogło się zdarzyć posiadanie potomstwa w wiecznym wieku emocjonalnego dojrzewania, choć Michaś studiuje, a Jula chodzi do przedszkola, na tyle niechętnie, że bez Oksany trudno byłoby mi ją upilnować… Może więc jednak wrócę po ten krem do „intymnoj depilacju”?

 

Nie wróciłam, bo w tym momencie jakiś kretyn wjechał w mój wózek i moja osobista wieża z produktów spożywczych, w tym gigantyczne opakowanie jajek ekologicznych, runęła niczym chiński apartamentowiec po trzęsieniu ziemi.

– Bardzo panią przepraszam – bąknął sprawca wypadku, schylając się po ociekające rozbitymi jajkami pudełko z ptasim mleczkiem, które kupuję tylko na czarną godzinę, czyli ostatnio co drugi dzień.

Spojrzałam w dół na szerokie plecy, a potem odwracającą się ku mnie twarz… Karola S.!!!

– To dla mojej mamy, ona jest… eee… strasznym łasuchem – usprawiedliwiałam się przed moim przyszłym niedoszłym trenerem i dietetykiem, nieudolnie obciągając płaszcz na wstydliwie za dużym tyłku.

– Ach, dla mamy… Rozumiem – odparł uprzejmie Karol S.

Czyżby na solaryjnie ozłoconej twarzy pojawiła się ironia? W każdym razie w wózku miał dwie chude piersi z kurczaka i włoszczyznę.

– Postne coś te święta u pana – zażartowałam, by pokryć zażenowanie.

– Trzeba myśleć zawsze trochę do przodu – odparł po żołniersku. – Jesteśmy umówieni na połowę stycznia, do zobaczenia! – pożegnał się i zniknął w antydietetycznym tłumie.

Myśleć do przodu? Zawsze? Chyba nigdy! Myśleć o tym, co za rok, dwa, trzy, gdy będę już najpóźniejszą czterdziestką na świecie? I dumać o tym, co będzie za kolejne pięć, dziesięć kilo? Przeleciałam wzrokiem po stojaku z prasą. „Moje odchudzanie”, „Fit”, „Dieta świętej Hildegardy”, „40 dni postu”, „Skuteczna głodówka sokowa”… Masakra! Wybrałam „Superformę”, bo pomagała „szybko zrzucić oponkę po świętach”. Jeśli natychmiast się za siebie nie wezmę, moja oponka będzie niedługo pasowała do tira, i żegnaj, zgrabna figuro tirówki!

Wrzuciłam gazetkę do wózka, choć cena była podwójna, bo do specjalnego wydania dołączono jakiś bestseller o masażu. Przeczytam i schudnę. Masaż i zero słodyczy! Od jutra… A w ogóle, jakie to niesprawiedliwe, by musieć się odchudzać i ćwiczyć, skoro nosi się, znaczy my nosimy, czyli kobiety, czyli również ja, tony kilogramów cholernych zakupów! Gdzie moja talia osy? – pytałam retorycznie, ćwicząc brzuch przy wyjmowaniu z wózka i wrzucaniu do auta tych cholernych ton.

Bo to naprawdę są tony! Wyliczyłam kiedyś, że sto kilogramów razy pięćdziesiąt tygodni przez dziesiątki lat, to sto pięćdziesiąt ton lekko! Że trzeba wychować sobie facetów, mężów, synów, to będą nosili? Zapomnijcie, sielanka zakupowa istnieje tylko w serialach. A skoro tyle noszę, gdzie są moje muskuły?!

Obrażona na ciężkie życie kobiety, porzuciłam pod furtką samochód wyładowany po dach, nie zabierając nic prócz siebie samej, jak jakaś Wielka Pani! W końcu od roku mieszkamy po „wielkopańsku” (cytat z folderu dewelopera) w, jak by nie było, Królewskich Ogrodach, w okolicy tak zielonej, że Michaś, chyba z obawy przed zatruciem tlenem, od razu zamieszkał z kolegami w Śródmieściu. Daleko tu od modnych knajpek typu Charlotte i daleko od szosy, żabek i innych biedronek, choć psy, owszem, są i dupami szczekają. Miejsce wybierał Marek, chcąc, żeby dziecko miało piaskownicę z ogródkiem, a gdy Julka dorośnie, to sobie chyba pomidory pod folią będziemy hodować w tym naszym królewskim ogrodzie. Na keczup, którym moje dzieci polewałyby wszystko, włącznie z zupą pomidorową.

Weszłam więc do domu tylko z torebką, elegancko, jak dama, i rzuciłam w drzwiach, niby od niechcenia, tonem Anny Wintour, łamane przez Margaret Thatcher:

– Oksana, rozładuj, proszę, zakupy, są w bagażniku!

Odpowiedział mi tylko jazgot od strony salonu. Stanęłam w progu i poczułam się jak ostatnia kuchta, niewolnica z filmu o strasznej doli czarnoskórych na plantacjach bawełny! W telewizorze, zapewne na jakiejś ukraińskiej stacji, dział się lokalny Supertalent czy Idol. Ale to jeszcze nic. Przed ekranem siedzieli sobie w najlepsze: moja pomoc domowa Oksana, w ponętnie kusym szlafroczku, mój małżonek Marek, w trochę dłuższym, rozchełstanym, a pomiędzy nimi, w słodkiej, różowej pidżamce, zachwycona córeczka-Juleczka… Normalnie święta rodzina z eleganckich świątecznych kartek, których nikt już nie wysyła, albo świecka, z reklam, których nikt nie ogląda, do wyboru!

Ja też miałam wybór: uciec i nie wracać albo zaprowadzić tu porządek. Problem w tym, że Oksana trafiła do nas jako dziesiąta woda po kisielu jakiegoś Markowego pociotka z Charkowa, więc trudno mi było zachować zimne, absolutnie służbowe stosunki. A jednak przecież była, i to przede wszystkim, naszą, sowicie opłacaną, gosposią i nianią.

– Usiądź z nami! – łaskawie zaproponował Marek, który wreszcie dostrzegł moją obecność. – Śmieszny ten ukraiński pop, u nich jeden kawałek trwa dwa razy dłużej niż u nas!

Poczułam się lekko dziwnie, patrząc na nich w tych szlafrokach… I to „usiądź z nami”, jak gdyby byli jacyś Oni sobie i ja sobie, czy nie byliśmy raczej My i ona, Oksana, sobie?! I od kiedy to Marek, może nie meloman, lecz jednak obdarzony niezłym gustem, interesuje się ukraińskim popem? Przypomniała mi się Ewa, moja koleżanka, rozwodząca się od miesięcy właśnie przez opiekunkę do dziecka… Na dodatek Julka tuliła się właśnie do Oksany niczym do rodzonej matki, wcale na mnie nie zwracając uwagi…

– Marek, ja przerzuciłam sto pięćdziesiąt ton i jest jeszcze mnóstwo roboty! – westchnęłam, a może i warknęłam.

– Zawsze musisz przesadzać? Nie możesz mówić normalnie? – oburzył się mój mąż, kompletnie bez związku z sytuacją, nie mówiąc o jakimkolwiek pocieszeniu.

– Nie będę już więcej niczego targać, mam tego dość! – krzyknęłam. – Może tak Oksana przyniosłaby zakupy z samochodu?

– Mama, nie krzycz, bo Wasyl śpiewa! – zaszczebiotała nieodrodna córeczka tatusia.

– Chcę tylko, by Oksana pomogła…

Pomoc domowa, łamane przez opiekunkę do dziecka, spojrzała na mnie, jakbym urwała się z choinki, której oczywiście wciąż nie było.

– Nie widzisz, że jest w szlafroku, a na dworze zima? – zdziwił się mój mąż. – Ja przyniosę, ale później.

– Później, później – przedrzeźniałam łaskawcę. – Wszystko później! A ja… – nie skończyłam, bo zdębiałam.

Dopiero teraz dostrzegłam, że Madame Oksana, z akcentem na ostatnie „a”, miała włożone waciki pomiędzy palce u stóp, które udrapowała zalotnie na pufie… Malowała sobie paznokcie, a ja miałam kupić jej płyn do kąpieli i targać całą wigilię z auta do kuchni?!

– Przypominam, że nie ma choinki, a zakupy zaraz się zepsują w bagażniku – oznajmiłam, po czym westchnęłam ostentacyjnie głośno, na znak, że skoro chcą, to niech się zatrują salmonellą, byle mi dziecka nie otruli, ale ja na dzisiaj pracę skończyłam.

Odwróciłam się dumnie na pięcie i poszłam na górę. Zamknęłam się w łazience i odruchowo odkręciłam wodę do wanny. Na jej brzegu położyłam zafoliowaną „Superformę”, którą w sklepie wsunęłam do torebki. Na razie tylko ją poczytam, ale czyż odchudzanie nie zaczyna się w głowie? A książkę o masażu dam matce, będzie superkombo z voucherem na majowy turnus w Ciechocinku. Ucieszy się, bo twierdzi, że nigdzie tak dobrze nie wypoczywa jak tam. Odkąd pamiętam, co roku wracała z sanatorium jakby szczęśliwsza, młodsza, jaśniejsza…

Mnie musi wystarczyć wanna i świąteczne golenie nóg, użalałam się nad sobą, trochę jednak niesłusznie, bo przecież miałam w niedalekiej perspektywie wyjazd niejako do siebie, do mojego majorkańskiego domu. Lecz teraz byłam wykończona, a państwo siedziało sobie w najlepsze w salonie, wielkie państwo, z którego pani Oksana myśli, że Majorka to wyspa orientalna, jak zapach jej ulubionego płynu do kąpieli. I o co jej chodziło, skoro jest jeszcze prawie cała butelka?

Wlałam trochę tego płynu do burej wiślanej wody. Otuliło mnie cudowne ciepło migdałowej piany, która mózg cudownie zmienia w marcepan… Karpie, Oksana, Karol S., Panna Nikt i sto pięćdziesiąt ton spłynęły ze mnie szybciutko w kierunku kanalizacji. Zakupy też niech sobie popłyną, najwyżej zjemy na Wigilię bezglutenową pizzę. Bye, bye, upiory ostatnich godzin! Teraz ja. I jestem tego warta! Będę cieszyć się każdą moją własną, osobistą hygge-chwilą!

Rozerwałam celofan „Superformy”, więc kieszonkowo wydana książeczka omal nie wpadła do wody. Cóż tam piszą na okładce? Bestseller jesieni? Nie słyszałam, nie mam czasu nawet na czytanie maili od straży miejskiej… Na połowę strony wywalony cytat z Teletygodnia, który u nas czyta tylko Oksana, i to od deski do deski: „Nektar młodości dla bardzo dojrzałych kobiet zgrabnie wpisuje się w modny nurt powieści erotycznych”.

Olaboga! To nie o masażu ten Dotyk masażysty niejakiej Kaliny Chwost? Chwost, nie słyszałam. Zdjęcia autorki brak. Czyżby była facetem? Bezrobotnym intelektualistą, zarabiającym pokątnie na chlebek, a może nawet gejem? Nikt tak nie rozumie kobiet jak geje, mówi się często, choć akurat mego brata Piotrusia to się na pewno nie tyczy. Gej trzystuprocentowy, a rozumie mnie, jakbym mówiła do niego po chińsku. Tak czy owak ktoś trafił w target, bo „dwieście tysięcy czytelniczek nie może się mylić”. Czyżby?

Otworzyłam losowo na stronie trzysta czterdziestej piątej.

Teresa zawsze umawiała się na masaż jako ostatnia w grafiku Mariusza. Pragnęła być ostatnią kobietą na łóżku do masażu, ale za to pierwszą w niebiańskim łożu ich miłości, usłanym kwitnącymi pąkami magnolii w srebrnym świetle księżyca w pełni. Będzie się dziś w nocy na nim wić, zmysłowo jak wąż na meksykańskiej skale, i mruczeć jak drapieżny kociaczek łaszący się do swojego pana. Mrrr… Mrrrr…

Klasa tej prozy, godna Antynobla, zatkała mnie! Ominęłam długi opis potencjalnych kocich godów w pąkach czy pękach magnolii i czytałam dalej od następnej strony.

Teresa nigdy przedtem nie przeżyła tylu orgazmów, spazmów i jęków rozkoszy, co w jego szerokich, barczystych ramionach. Mariusz był smagły jak Cygan spod tężni, męski i przystojny jak aktor z amerykańskiego serialu. Tak bardzo rozbudził w niej drzemiącą chuć, że po obiedzie odwiedziła studio fryzur intymnych, gdzie jednak odradzono jej wariant brazylijski, polecając klasyczne francuskie bikini jako bardziej twarzowe w jej wieku. Rozpromieniła się, to słysząc, bo pomyślała o twarzy Mariusza, którego język tańczył w niej od połowy turnusu niczym baletmistrz z Teatru Bolszoj.

Matkobosko! Przecież bohaterka jest emerytką! Oczywiście, sama przeglądałam w jakiejś gazecie reportaż o seksie w wieku starszym, że zawsze istniał, a teraz tylko przełamuje się medialne tabu, ale ten świńsko-słodki styl był jednak obrzydliwy!

W momencie, w którym zobaczyła Mariusza, jej ciało zadecydowało za nią. To ono, odczuwszy zew zagotowanej krwi, podszepnęło: „Tereso, tobie też się coś od życia należy, w tobie krew wciąż gorąca, a to, co czujesz, to najczystsze pożądanie, najprawdziwsza dzika żądza rasowego kociaka”. Musiała ciału przyznać rację. Tak, chciała go całą sobą!

„Zew zagotowanej krwi”! Mogłam, za przeproszeniem, rzygnąć w migdałową pianę albo się roześmiać. Wybrałam to drugie.

– Przyniosłem zakupy! Co tak chichoczesz? – usłyszałam za drzwiami odprężony już głos Marka.

– Czytam Ulissesa! – zaćwierkałam.

– Konkurs piosenki wygrał Wasyl – poinformował mnie, zadowolony.

Wasyl! Nie wiem czemu, ale miałam wrażenie, że Marek ostatnio głupiał, choć wciąż potrafił wytłumaczyć ten nagły spadek intelektualnego poziomu przepracowaniem i wiekiem. Cholera! A może głupota jest zaraźliwa? Czy Oksana – Kapłanka Mądrości – była dla niego odpowiednim towarzystwem? Śniadania też jedli razem, bo ja wstawałam ciut później… Nie zamierzałam się wywyższać, Oksana miała swój rozum i wdzięk, nie powiem, i nie każdy musi być Einsteinem, ojej, sama też nie jestem, po prostu wciąż gdzieś podprogowo tkwił mi w głowie obrazek sprzed godziny, z nimi, siedzącymi w tych szlafroczkach jakoś tak za blisko… Lecz jeśli zgłupieję do imentu, to nie przez Oksanę, a przez lekturę Dotyku masażysty!

Przede wszystkim postanowiłam jednak, że pomysł, by dać to matce, był najgorszy z możliwych. Może dam Oksanie, żeby znalazła sobie masażystę i przestała kokietować wszystkich, łącznie z moim homoseksualnym bratem, a nawet… mężem? Bo o czym on sobie mógł myśleć, zerkając na to ciałko w za kusym szlafroczku? Nie, nie zamierzałam rozwijać tematu i psuć sobie znów humoru. Hygge, zapomniałaś? I niczym masochistka zajrzałam na jeszcze jedną, otwartą na ślepo stronę. Przynajmniej się pośmieję!

Teresa nie gustowała w dojrzałej męskości. Wolała ciała młode i umięśnione, prącia sprężyste i niezawodne, a jądra zawieszone wysoko. Lubiła młode wilczki. Od lat co roku jeździła do wód „ładować akumulatory”, jak dla niepoznaki nazywała swoje pozamałżeńskie przygody. Czasami, gdy chciała poczuć się bardzo niegrzeczną dziewczynką, krzyczała podniecona podczas stosunku.

 

– Ładuj, no ładuj w ten mój akumulator! – A prężyła się przy tym jak najbardziej rasowa, perska kocica na gorącym, blaszanym bębenku.

– Kiedy, ptaszynko, wrócisz do domu? – dopytywał w międzyczasie przez telefon stęskniony mąż, dzwoniąc do niej z Warszawy.

– Jak tylko naładuję akumulatory do pełna – szczebiotała, już spełniona i ociekająca sokami miłości po odmłodzonych kąpielami w solance udach.

„Ptaszynko”? Śmieszne, podobno w czasach narzeczeństwa mój ojciec zwracał się do matki, wtedy jeszcze z domu Dziubak, pieszczotliwie „moja ptaszynko”. A może „ptaszku”? Jakoś tak…