Poza ringiem. Amelia i ja

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jesteś aż tak zdeterminowany? – Sophie nie wyglądała na wzruszoną.

– Bardzo chcę się z nią znowu zobaczyć. I nie jestem potworem.

Roześmiała się, wzięła ode mnie serwetkę z numerem telefonu i wsunęła w kieszeń dżinsowej kurtki. Wtedy wyrósł za nią ten sam chłopak, którego spławiła, i spojrzał na mnie, nie kryjąc złości. Rozśmieszyło mnie jego zachowanie, ale zaraz uświadomiłem sobie, że sam również zachowywałem się podobnie. Uniosłem ręce na wysokość twarzy i cofnąłem się kilka kroków.

– Powiedz jej, Sophie. Bardzo cię proszę. I znikam. Wybacz, stary, że zająłem uwagę twojej kobiety – dodałem, patrząc w twarz chłopaka, i wycofałem się. Pozostawało mi mieć nadzieję, że zrobiłem na Sophie dobre wrażenie i uda jej się namówić Amelię na kolejne spotkanie ze mną.

W sobotę miałem walkę. Tym razem trafiłem na silnego rywala. Był nim Abdul Mamalow. Zaciętość w jego spojrzeniu i sztywność ruchów nakazały mi zwiększenie dystansu. Z reguły nie oglądałem walk moich rywali przed starciem. To należało do mojego trenera. Ja tylko słuchałem wskazówek i zapamiętywałem szczegóły, które mi przekazywał. Mamalow miał skłonności sadystyczne, tak zaczął rozmowę Vincent. I to było wszystko, co miało przekonać mnie do wydłużenia dystansu.

– Żadnego klinczu, bo przegrasz. Musisz zachować dystans i obserwować. Zauważyłem, że przed podjęciem wykopu Abdul cofa prawe ramię. Zdążysz zareagować. I pamiętaj o ataku. Kąsaj go jak wąż, a wytrącisz go tym z równowagi. Wyprowadzaj ciosy na korpus i kop w lewe kolano. Miał kontuzję. Ivan, jak sprowadzi cię do parteru, może być ciężko.

– Nie sprowadzi. I nie przegram.

Obserwowałem ruchy mojego przeciwnika zza wysoko uniesionej gardy. Obydwaj ocenialiśmy swoje możliwości. On, kołysząc płynnie ramionami, jakby poczuł rytm i rozkręcał się przed tańcem. Był ciężki i za bardzo skupiał się na pracy ciała, co postanowiłem wykorzystać. Mawia się, że dobry bokser musi być dobrym tancerzem. Wykorzystując pracę nóg, postanowiłem trzymać go w dystansie. Wrodzona lekkość miała mi zapewnić szybkie prowadzenie akcji. Zamierzałem dezorientować Abdula swoją zwinnością, czyniąc ataki nieprzewidywalnymi i utrudniając mu skoncentrowanie się na konkretnej akcji. Kontrola dystansu ułatwiała mi wybieranie odpowiednich momentów do ataku i obrony. Szybka akcja i kontra. Nie mogłem dopuścić go do siebie. Taki był mój plan. Dlatego ślizgałem się nad ziemią i prowokowałem. Akcja i wycofanie. Żadnego przytulania. Wyprowadziłem mocny podbródkowy i obróciłem się, łapiąc równowagę, potem znowu zatańczyłem przed nim jak Van Damme, balansując ramionami, z wysoko uniesioną gardą. Doskonale się bawiłem. Dwa mocne uderzenia na wątrobę i twarz mojego rywala poczerwieniała z bólu i złości. Znowu się wycofałem, zachowując odstęp, i wtedy poczułem potężny cios w żebra. Zaparło mi na chwilę dech w piersiach, a po sali przemknął głośny pomruk niezadowolenia. Gdzieś z wrzawy tłumu wyłowiłem głos Vincenta. Dystans, Ivan!, krzyczał. Potem dostałem dwa bloki na głowę, bo mój rywal, wiedziony małym sukcesem, rozochocił się nieco i postanowił zaatakować bardziej zdecydowanie. Kiedy dostrzegłem, jak pochyla się z zamiarem uderzenia we mnie głową i powalenia na podłogę, odskoczyłem i zafundowałem mu solidne kopnięcie w klatkę piersiową. To go powstrzymało od podobnych pomysłów zaledwie na chwilę. Odsunął się na bezpieczną odległość, łapiąc oddech, ale nie pozwoliłem mu na zbyt długi odpoczynek. Wyprowadziłem lewą stopę do tyłu i uderzając piętą, wyrżnąłem mojego rywala w brodę. Sala zaczęła grzmieć. Ivan, Ivan!, krzyczeli, a ja poczułem smak zbliżającego się zwycięstwa. Podbiegłem do Abdula i chwyciłem go obiema rękami za kark. Pociągnąłem w dół i nadziałem jego głowę na moje kolano. Raz, drugi i trzeci. I wtedy chwycił mnie w stalowym uścisku, pozbawiając oddechu. Runęliśmy na matę, a we mnie eksplodowała złość. Nie na niego, bo okazał się zwinniejszy, mimo że uznałem go za powolnego. Byłem zły na siebie, bo nie przewidziałem tego zagrania. Wściekłe sapanie Abdula działało na mnie mobilizująco. Jego twarz przytulona do mojego torsu znaczyć mogła tylko jedno. Facet nie zamierzał mnie wypuścić. Dla niego to był już koniec walki. Zwycięski koniec. Ale nie zamierzałem na to pozwolić. Odepchnąłem się mocno od ziemi i wykonałem obrót w tył, wywijając się z jego uścisku. Czując, że znowu mogę swobodnie oddychać, natychmiast poderwałem się na nogi. Zrobiłem kilka kroków dla złapania równowagi, nabrałem głęboko powietrza i wyprowadziłem lewy cios w głowę, poprawiając uderzeniem z łokcia. Abdul zachwiał się, a wtedy uderzyłem otwartą stopą w kontuzjowane kolano. Chrzęst łamanej kości sprawił mi ogromną przyjemność. Odsunąłem się, patrząc, jak rywal zwiesza ręce i ląduje na macie, jęcząc z bólu. Zwycięstwo znowu pozostało po stronie mistrza.

Kiedy zszedłem do szatni, zastałem tam Baptiste’a. Najpierw okazał swoje zadowolenie i poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu. Zaraz potem jednak oparł dłonie na pasku spodni i przechadzając się po szatni, rozmyślał. Nie rozumiałem jego zachowania, więc spojrzałem na Vincenta, szukając jakiejś wskazówki. On jedynie pokręcił głową i kazał wyjść wszystkim za drzwi.

– Czy ty wiedziałeś, co masz robić? – Menadżer zatrzymał się wreszcie naprzeciwko mnie.

– Tak.

– Co miałeś robić?

– Miałem trzymać dystans.

– A trzymałeś?

– Tak.

– Wydaje mi się, że widziałem coś innego. A może oglądałem inną walkę?

– Trzymałem dystans, ale on wcale nie miał ochoty na takie gierki.

– Wyszczekany jesteś, Ivan. Ale nie za to ci płacę. Masz robić to, co mówi twój trener. A on dał ci jasne wskazówki. Miałeś szczęście. – Wymierzył we mnie palec wskazujący.

– Nie, Baptiste. To nie jest kwestia szczęścia.

– Nie? A czemu zawdzięczasz zwycięstwo, jeśli nie szczęściu?

– Przygotowaniu. Jestem najlepszy i trenuję każdego dnia.

– Byłeś bokserem, Ivan, a tu nie panują takie zasady, do jakich jesteś przyzwyczajony. To Vincent wie, co powinieneś robić. Nie możesz sobie pozwalać na podejmowanie samodzielnych decyzji.

– Przecież wygrałem. O co zatem chodzi? Poprawnie oceniłem mojego przeciwnika i zwyciężyłem, w czym więc tkwi problem?

– Powiem ci w czym, młody człowieku. W twoim nieposłuszeństwie.

– Nie jesteśmy niewolnikami, Baptiste. To zamierzchłe czasy.

– Masz się podporządkować, Ivan. Walczysz i żyjesz za moje pieniądze. Rozumiesz?

– Zarabiam twoje pieniądze, Baptiste! Nie utrzymujesz mnie!

– Panowie!

Vincent postanowił zareagować i byłem mu za to wdzięczny. Wciąż miałem na rękach rękawice, a powoli zaczynałem odczuwać rozdrażnienie.

– Kończymy tę rozmowę. – Baptiste spuścił z tonu, a na koniec uśmiechnął się do mnie jak dawniej. – Gratuluję zwycięstwa, Ivan. Oby więcej takich, a będziemy zadowoleni.

Wyszedł z szatni szybkim krokiem, a ja mogłem wreszcie usiąść i odpocząć.

Niedzielę spędziliśmy w domu. Zaprosiłem chłopaków i grillowaliśmy w ogrodzie razem z mamą i Philippe’em. Całodzienny relaks z rodziną i przyjaciółmi dobrze mi zrobił. Drobiazgi cieszą najbardziej, powtarzała zawsze moja mama, i właśnie w takich momentach zazwyczaj wracały do mnie jej słowa. Pierre przyprowadził swoją żonę z dzieciakami, a Adrien zabrał ze sobą Anette. To były jej ostatnie chwile w ciąży. Adrien bardzo dużo czasu spędzał ostatnio w domu, przygotowywali się do narodzin córki i Anette potrzebowała jego obecności zdecydowanie bardziej niż zwykle. Wiedziałem, że mój przyjaciel boi się nadchodzących zmian i z ulgą opuszczał ich mieszkanie przy bulwarach. Potrzebował wytchnienia od ciągłych narzekań dziewczyny i czasu, by oswoić się z nową sytuacją. Często rozmawialiśmy na ten temat.

– Boję się, Ivan – powiedział i tym razem, a potem zamilkł i gapił się przed siebie. Anette leżała na huśtawce parę metrów od nas.

– Wiem, stary. Wiem. Ja sam nie mam pojęcia, jak poradziłbym sobie z małym dzieckiem.

– Chyba do tego nie dorosłem, ale nie mogę o tym przecież rozmawiać z Anette. Strasznie ją to denerwuje. Płacze i krzyczy, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Albo jakby już rodziła! – użalał się Adrien, pociągając łyk piwa.

– Stary, to hormony. Wszystko się w niej zmienia.

– No, ciało też. Jest taka gruba, że mógłbym ją zjadać po kawałku.

– Tego jej nie mów.

– Wiem, wiem.

– Co, już powiedziałeś?

– No tak. I z seksu nici. Wszystko w dobrej wierze, mówiłem, że jest piękna, taka soczysta, a ona na to, że jest gruba i ociężała. Odwróciła się tyłkiem i rozpłakała.

– Masz przejebane.

– No mam. Ale to minie. Wtedy będę miał w domu dwie dziewczyny. – Roześmiał się, a ja razem z nim. Adrien kochał Anette. Byli razem od przedszkola i nie widzieli świata poza sobą.

– Dasz radę – pocieszałem go.

– Dam, ale najpierw muszę jechać z nią urodzić. A tego naprawdę się boję. Nie wiem, czy nie poniosą mnie nerwy, kiedy zobaczę, jak cierpi. Czy nie wysunę lekarzowi w akcie desperacji.

Obydwaj siedzieliśmy na tarasie, patrząc na bujającą się na huśtawce dziewczynę Adriena.

– Ciekawe, czy ktoś miałby ci za złe, gdybyś mu wyjechał? – zacząłem niewinnie i obaj wybuchliśmy gromkim śmiechem.

We wtorek rano dostałem od niego telefon, że zaczęło się i są już w szpitalu. Chodziłem jak struty, bo nie mogłem w żaden sposób pomóc Adrienowi, ale i cieszyłem się jego szczęściem. Cały dzień myślałem o nim i o Amelii. Nie byłem mężczyzną, jakiego pragnęła, zbyt wiele nas różniło, a mimo to wyczekiwałem piątku z niecierpliwością. Dotychczas tylko Jacques i ja byliśmy sami. On był lekkoduchem, a ja nie trafiłem jeszcze na kobietę, dla której byłbym gotów zmienić moje życie. Aż do dnia, gdy poznałem Amelię.

 

Kiedy po treningu przebierałem się w szatni, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Po raz któryś z kolei analizowałem nasze pierwsze spotkanie i wspominałem rozmowę z Sophie. I wtedy dotarło do mnie, że coś jednak o Amelii wiem.

Wziąłem szybko prysznic i podekscytowany pomknąłem moim volvo pod uczelnię. Dochodziła szesnasta. Mogłem jej nie spotkać, jednak nadzieja okazała się silniejsza niż zdrowy rozsądek.

Zaparkowałem po przeciwnej stronie ulicy i wysiadłem z samochodu. Oparty o drzwi, z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej, przyglądałem się wychodzącym. Byłem tak podekscytowany, że nie mogłem długo ustać w miejscu, dlatego co jakiś czas okrążałem auto i opierałem ramiona o dach, nerwowo przeczesując włosy.

To samo robiłem w środę i czwartek. Czekałem na nią pod szkołą. Byłem wytrwały, czasu mi nie brakowało. I moje poświęcenie zostało w końcu wynagrodzone.

W czwartek koło piętnastej ujrzałem ją, jak wychodzi ze szkoły obładowana jakimiś pracami, z wielką teczką pod pachą. Szła prosto w kierunku mojego samochodu. Wyszedłem jej naprzeciw, uśmiechając się z zadowoleniem.

– A ty co tu robisz? – rzuciła na mój widok, czym nieco zbiła mnie z tropu. Nie takiego powitania się spodziewałem. Spojrzała najpierw na mój samochód, a potem obrzuciła mnie wyczekującym spojrzeniem.

– Czekam na ciebie – odparłem zgodnie z prawdą. Pomyślałem nawet, że pochwalę się swoją wytrwałością, więc dodałem od razu: – Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj.

– Wiem. Widziałam cię. – Uniosła bojowo brodę, co niezwykle dodawało jej uroku.

– Dlaczego zatem nie podeszłaś do mnie?

– A czego ty ode mnie oczekujesz?

– Mieliśmy się spotkać w następny piątek, pamiętasz?

– Przecież wziąłeś, co chciałeś. Na co jeszcze liczysz?

Oniemiałem.

– To raczej ty wzięłaś, co chciałaś. Ja liczyłem na kolejne spotkanie. Masz mój numer telefonu?

– Tak.

– Sophie przekazała ci, o co prosiłem?

– Ivan, tacy mężczyźni jak ty nie spotykają się z takimi kobietami jak ja.

– A niby dlaczego?

– Jesteśmy z dwóch różnych światów. Zrozum, to nie wyjdzie. – Zmarszczyła zabawnie czoło, a ja gotów byłem porwać ją w ramiona i udowodnić, że się myli.

– Jesteś aż taka zasadnicza? – Tym razem to ja obrzuciłem ją zainteresowanym spojrzeniem, a zaraz potem zatrzymałem wzrok na gmachu budynku, z którego wyszła. – Jesteś artystką, tak? Tu się uczysz? Zawsze mi się wydawało, że artystów cechuje ponadprzeciętna wyobraźnia i nieszablonowe postępowanie. Przesuwacie granice, by wyrazić siebie. A ty mówisz, że różnimy się i nam nie wyjdzie? To takie – szukałem odpowiedniego słowa – przyziemne!

– Nie lubię boksu! – rzuciła, jakby zależało jej, żeby mnie upokorzyć.

– Ja nie lubię jazdy konnej, czy to coś zmienia? Poza tym nie jestem już bokserem!

– Och! Jesteś taki nieznośny!

– Nie, nie jestem. Chcę tylko się z tobą spotkać. Porozmawiać. Chcę cię poznać, pokazać ci, jakim jestem człowiekiem.

– Ale ja gardzę przemocą, a to twoja codzienność.

– Amelio, jesteś w błędzie. Nie stosuję przemocy w życiu. Ja walczę w ringu, a to co innego. To dyscyplina sportowa. Zawodnicy biorą udział w olimpiadach i innych wydarzeniach sportowych. Nie obijają sobie pysków na ulicy.

– No ty raczej na olimpiady nie jeździsz, tylko klepiesz się w klatce, jak jakieś zwierzę! – syczała coraz bardziej wzburzona. – A to nie jest już sport!

– Każdy z nas popełnia błędy, za które przyjdzie kiedyś zapłacić – odparłem spokojnie, choć trudno mi było ukryć zaskoczenie jej brutalnymi uwagami.

Bardzo starałem się zachowywać rozsądnie, podczas gdy ona wciąż fukała i obrzucała mnie niechętnymi spojrzeniami. Nie zrażało mnie to, bo niezupełnie wierzyłem, że nie jest mną zainteresowana. Gdyby tak było, nie stałaby w dalszym ciągu przy moim samochodzie.

– Ivan…

– Amelio… Pozwolisz mi się odwieźć do domu?

– I będziesz wiedział, gdzie mieszkam.

– Mogę się tego dowiedzieć bez odwożenia cię.

– Jasne.

Podszedłem do niej i wyjąłem z jej rąk prace. Pozwoliła mi na to. Otworzyłem drzwi i położyłem je na tylnym siedzeniu. Skinąłem zdecydowanie i otworzyłem drzwi pasażera. Wsiadła. Naburmuszona, unikając mojego wzroku, ale wsiadła.

– Jesteś głodna? Zjemy coś?

Znowu ciężko westchnęła, jakbym wymagał od niej co najmniej wymyślenia rozwiązania problemu efektu cieplarnianego.

– Dobrze, zjem z tobą.

– Wybierzesz miejsce?

– La Felicità na przykład.

– To daleko. Są ograniczenia w ruchu.

– Widzisz?

– Chodźmy gdzieś tutaj na miejscu.

Zaparkowałem samochód i ruszyliśmy przed siebie. Właściwie nie rozmawialiśmy. Amelia szła obok mnie milcząca. Zerkałem na nią z zaciekawieniem. Ręce wcisnęła w kieszenie luźnego, za dużego swetra. Jej szyję szczelnie okrywał bardzo szeroki szal, który zasłaniał też ramiona. Szczupłe nogi skrywały się pod długą zwiewną spódnicą. Nie było jej właściwie widać spod tego stroju.

Wskazałem ręką małą kafejkę. Posłusznie powiodła wzrokiem w tamtym kierunku. Weszliśmy do środka. Wszędzie było mnóstwo kwiatów. Kolorowe poduchy na starych krzesłach dopełniały pstrokatą kolorystykę, a ustawione obok siebie małe stoliki nadawały wnętrzu dość intymny nastrój. Specjalnie wybrałem stolik za dużym drewnianym filarem. Amelia zajęła miejsce pod oknem, ja zaś usiadłem tyłem do wejścia. Jeszcze zanim przyniesiono nam karty, zaczęła:

– Widziałam, jak walczysz w podziemiach.

– Tak, podpisałem kontrakt i stoczyłem już kilka pierwszych pojedynków.

– Wygrałeś?

– Oczywiście.

– No tak, oczywiście – zadrwiła. – Niezwyciężony Ivan Papillon… Człowiek ringu…

– To ja. A jednak śledziłaś moją karierę.

– Jak większość dziewczyn.

– Jestem popularny wśród dziewcząt?

– Czyżbyś był zdziwiony?

– Amelio, zakończmy to przedstawienie. Bardzo chciałbym poznać cię bliżej. Kiedy cię zobaczyłem w przestrzeni techno…

– Poczułeś to coś?

– Coś w tym rodzaju – zacząłem ostrożnie, domyślając się, że nadchodzi kolejny atak niezadowolenia.

Kelnerka podała nam zamówione napoje. Amelia upiła łyk soku. Była bardzo swobodna. Zsunęła z ramion sweter i odwinęła szal. Moim oczom ukazały się zaznaczające pod sukienką szczupłe ramiona i malutkie piersi. Przełknąłem natychmiast ślinę i sięgnąłem po swoją wodę.

– Ja byłam zaskoczona, że cię widzę. Nie wierzyłam, że ktoś taki może pojawić się w dyskotece. Poza tym zwróciłeś na mnie uwagę, co dodatkowo sprawiło mi przyjemność. I postanowiłam spróbować cię uwieść. Taka potrzeba chwili. Byłam ciekawa, czy mężczyzna twojego pokroju, o twojej sławie zdecyduje się na szybki seks z obcą dziewczyną. Udało się! Ale takich jak ja masz pewnie na pęczki.

Czar prysł. Naprawdę myślałem, że chciała podjąć rozmowę. Zapędzony w kozi róg opuściłem głowę. Cokolwiek bym powiedział, brzmiałoby idiotycznie. Onieśmielony uciekłem od niej wzrokiem. W jednym miała rację – człowiek mojego pokroju nie musi pozwalać sobie na takie traktowanie. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem pieniądze. Rzuciłem zmięty banknot na stół i podniosłem się. Krzesło z hukiem przewróciło się na podłogę. Goście kafejki spojrzeli w naszą stronę.

– Przepraszam. Masz rację, zrobiłem z siebie idiotę.

Nie zwracając na nią uwagi, wyszedłem z kafejki i ruszyłem do samochodu. Kiedy chwilę później przejeżdżałem tamtędy, ujrzałem stojącą przed drzwiami dziewczynę. Machała do mnie. Ale nie, nie miałem zamiaru się zatrzymywać.

[1] Tartiflette – francuska zapiekanka z ziemniaków, sera i boczku. Jeżeli nie podano inaczej, przypisy pochodzą od autorki.

[2] Omelette du fromage – popularny we Francji omlet z szynką, serem, kozim serem i figami, łososiem, fetą i chorizo.

[3] Soupe à l’oignon – zupa cebulowa.

[4] Boeuf bourguignon – wołowina po burgundzku.

[5] Kir royal – „przygotowany według kanonicznej receptury składa się z szampana i Crème de cassis. Zamiast szampana, bazę koktajlu może stanowić też wytrawny Cremant dobrej jakości”. https://www.facetikuchnia.com.pl/kir-royal-doskonaly-francuski-aperitif/ [dostęp online: 11.04.2020].

[6] Slow motion – ang. spowolnione tempo.

[7] ENSBA – École nationale supérieure des beaux-arts de Paris, Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Pięknych w Paryżu.

Rozdział 2

Jeśli powiedzą

Kogo obchodzi, że zgaśnie kolejne światło?

Na niebie miliona gwiazd

Ono migocze, migocze.

Kogo obchodzi, że czyjś czas się skończy?

Jeśli wszystko, czym jesteśmy, to chwila

Albo nawet krócej, krócej.

Kogo obchodzi, że zgaśnie kolejne światło?

Cóż, mnie tak.

Linkin Park, One More Light, tłum. Julia Dworak

Czułem się podle. Zdeptany i niechciany. To uzmysłowiło mi, że choć miałem tak wiele, w dalszym ciągu byłem sam. Tym razem nie udało mi się ukryć prawdziwego oblicza Ivana Papillona. Odarty ze złudzeń, jechałem przed siebie, rozmyślając. Postanowiłem dać sobie spokój z kobietami. Choć w głębi duszy wierzyłem, że kiedyś spotkam odpowiednią osobę i gotów będę się z nią związać, postanowiłem nie poświęcać im zbyt wiele czasu. Na tym etapie życia nie potrzebowałem scen, jakich namiastkę pokazała ona. Tego byłem pewien.

Wróciłem do domu osowiały i wściekły. Amelia była wyjątkowa, co do tego miałem pewność.

Zamknąłem się w pokoju i rzuciłem na łóżko. Gdzieś na stoliku zaczął dzwonić mój telefon, jednak zamiast się podnieść i odebrać, czekałem, aż przestanie. Zasnąłem. Potrzebowałem czasu, by ochłonąć. Nie będę chodził do dyskoteki techno w podziemiach. Już nigdy więcej.

Obudziła mnie mama. Widząc ją stojącą nade mną z gałęzią jakiegoś krzewu w dłoni, zerwałem się na równe nogi.

– Co robisz, mamo?

Popatrzyła na krzew i znowu na mnie, po czym roześmiała się głośno i szczerze. Od razu poczułem się uleczony i wrócił mi dobry nastrój. Uwielbiałem jej śmiech, może dlatego, że nie było go słychać w naszym domu zbyt często?

– Ivan… – zaczęła konspiracyjnie, co zaskoczyło mnie chyba jeszcze bardziej niż sam jej widok, pochylającej się nade mną z gałęzią w dłoni.

– Zachowujesz się jakoś inaczej, mamo. – Obszedłem łóżko i oparłem się o ścianę. Trzymanie dystansu mam we krwi, przemknęło mi przez myśl.

– Ivan, nie odbierasz telefonu. Bardzo tego nie lubię. – Mama podeszła do mnie.

– Przecież jestem w domu, mamo…

– Ale są tacy, którzy cię szukają i się denerwują.

– Naprawdę? – Wreszcie zaczęło do mnie docierać, skąd to jej dziwne zachowanie.

– Tak. Na dole w ogrodzie siedzi Amelia.

– Co?

Odsunąłem mamę od siebie i podszedłem do okna. Rzeczywiście ujrzałem Amelię. W ręku trzymała szklankę i rozglądała się dookoła.

– No nie wierzę…

Mama podeszła do mnie i obydwoje przyglądaliśmy się siedzącej na huśtawce dziewczynie, jakby była czymś zjawiskowym. Zerknąłem w stronę mamy. Uśmiechała się zadowolona.

– Z czego się śmiejesz?

– Uśmiecham się. Bo to pierwsza kobieta, która przyszła do twojego domu. W ogóle pierwsza.

– I co o niej sądzisz?

– A powinnam coś sądzić?

Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem okazywać nadmiernej ekscytacji, tym bardziej że nie wiedziałem, co sprowadziło Amelię aż tutaj.

– Wiesz, nie wygląda na wyrafinowaną, żądną twoich pieniędzy pannicę.

– Nie? A jak wygląda?

– Na spokojną dziewczynę z dobrego domu. Musi mieć jakieś artystyczne zamiłowania. Spójrz na jej strój. W tych czasach nie świecić golizną to jak upośledzenie.

– Mamo, takie stwierdzenia w twoich ustach?

Tym razem ona wzruszyła ramionami, ale po jej ustach błąkał się niewinny uśmiech. To bardzo przyjemny widok. Odkąd pojawił się Philippe, moja mama odżyła. Właściwie dopiero zaczęła cieszyć się życiem.

 

– Chyba do niej pójdę.

– Czyżbyś miał jakieś obawy, synu? – Odwróciła się do mnie i zmarszczyła z powagą czoło.

– Chyba zaczęło mi zależeć. A ona jest taka uparta – rzuciłem.

Mama znowu popatrzyła w okno i położyła mi rękę na ramieniu.

– Tym bardziej uważam, że powinieneś spróbować.

Poklepała mnie po ramieniu i wyszła. Zaraz za nią opuściłem pokój i ja. Opłukałem twarz wodą i umyłem zęby, myśląc o powodach, dla których Amelia postanowiła się pojawić w moim domu. Zanim przed nią stanąłem, w mojej głowie narodziło się jeszcze jedno pytanie: skąd wiedziała, gdzie mieszkam?

– Co cię do mnie sprowadza? – zacząłem dość oschle. Dziewczyna odpychała się nogą od ziemi. Zupełnie nie wyglądała na onieśmieloną. Spojrzałem na szklankę, którą trzymała w dłoniach. Ściskała ją tak, że knykcie jej szczupłych palców prześwitywały przez skórę. Jednak była podenerwowana. Wsunąłem ręce w kieszenie dżinsów i podrzuciłem ramionami, naciągając w ten sposób bluzę, bo wieczorny chłód dawał o sobie znać.

– Chciałam cię przeprosić za moje zachowanie dziś przed szkołą. Nie chcę, żebyś pomyślał, że chodzę do łóżka z każdym napotkanym mężczyzną. W klubie trochę wypiłam, resztę zrobiły wyobraźnia i twoja osoba. W normalnych okolicznościach nie posunęłabym się tak daleko. Byłam przekonana, że tak właśnie o mnie myślisz, dlatego postanowiłam zniknąć z twojego życia. Nie chodziłam do klubu i zabroniłam Sophie podawać ci mój numer telefonu. A ty stałeś pod moją szkołą przez trzy dni…

– I postanowiłaś przyjechać i mnie przeprosić? Tak po prostu?

– Tak.

– A jak tu trafiłaś?

– Ja też mam znajomych.

– Wejdziesz?

– Dziękuję, ale rano mam zajęcia.

– Odwieźć cię do domu?

– Czy mógłbyś?

Oczywiście, że mogłem. Z chwilą, kiedy pojawiła się w moim ogrodzie, zapomniałem o całym nieporozumieniu i znowu czułem lekkość. Dotarło do mnie niezwykle wyraźnie, że gotów jestem zrobić dla niej wszystko. Dopiero w samochodzie się zorientowałem, że na tylnym siedzeniu wciąż leżą jej prace. Przypomniałem sobie scenę z kawiarni. Wątpliwości dały o sobie znać, ale pocałunek na dobranoc, który dostałem, zamknął mi skutecznie usta.

Następnego dnia nie pojawiłem się w katakumbach. Adrien odebrał ze szpitala Anette z dzieckiem, dlatego pojechałem do nich z wizytą. Mała zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Bardzo ładnie pachniała i miała takie miękkie ciałko. Co prawda nie starczyło mi odwagi, żeby wziąć ją na ręce, wystarczył mi widok mojego przyjaciela, który nieporadnie radził sobie z tym zadaniem. Miał podkrążone oczy i ogólnie wyglądał na zmęczonego, ale i przejętego. Co chwilę pytał Anette, czy czegoś nie potrzebuje, i to on zmieniał córce pieluchy. Adrien zmienił się nie do poznania. Dzieci potrafią wpłynąć na człowieka, pomyślałem i od razu przypomniałem sobie moją mamę i jej przyjaciółki. Wróciły wspomnienia, a dzięki nim dotarło do mnie, że życie, mimo wszystkich niespodzianek, które nam robi, jest piękne. Kiedy Adrien odprowadzał mnie do drzwi, zatrzymaliśmy się na chwilę i dopiero wtedy odetchnął swobodnie.

– Stary, to był jakiś koszmar.

– Wydawało mi się, że jesteś zadowolony.

– Jestem, bo mam to już za sobą. Anette darła się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Ale była megadzielna. Mówię ci, nawet ty byś sobie nie poradził. Urodzenie dzieciaka to dopiero wyczyn. Pomyślałem, że ona musi być naprawdę duża, skoro wypchnięcie jej na świat jest tak bolesne i trudne, a kiedy ją wreszcie ujrzałem, taką maleńką i płaczącą, nie mogłem się nadziwić, że przez taką kruszynę trzeba tyle wycierpieć. Jestem z nich dumny, Ivan.

Już miałem wychodzić, gdy do przedpokoju zajrzała Anette. Powiedziała do męża zmęczonym głosem:

– Jeśli chcesz wyjść z kolegami, Adrien, to idź. Dam radę sama się zająć dzieckiem.

– Wiem, że dasz radę. Po tym, co pokazałaś na porodówce, jestem pewien, że ze wszystkim sobie poradzisz. Ale nie, dziś zostanę w domu. Może jutro się umówimy i skoczymy na piwo.

– Jak chcesz.

Cmoknął ją w czoło i odprowadził wzrokiem, gdy wracała do pokoju.

– Kocham ją. Obie je kocham. Wezmę sobie trochę wolnego, bo chciałbym posiedzieć z nimi w domu. Nacieszyć się.

– To świetny pomysł.

– Może ty zastąpiłbyś mnie na treningach, co? Widziałeś, co robię, dzieciaki będą szczęśliwe, że trenuje je mistrz świata w boksie.

– Sam nie wiem. Nie pracowałem nigdy z dzieciakami. – Próbowałem się wymigać, bo takie zajęcia musiały stanowić nie lada wyzwanie.

– Byłeś u mnie nieraz, wiesz, co robić, stary. Ja potrzebuję jakiegoś tygodnia. Zrób to dla mnie.

– Adrien, nie wiem, czy to dobry pomysł. Czy ja dam radę?

– Bardzo dobry! I tak nie masz żadnej walki w najbliższym czasie, więc jesteś wolny. Po ostatnim występie musisz odpocząć.

– Od kiedy miałbym zacząć?

– Od poniedziałku. Klub otwieram o dziesiątej, bo mam stałych bywalców, a dzieci zaczynają przychodzić od trzynastej. Dwie grupy, każda trenuje po sześćdziesiąt minut. Do piątku. No, Ivan, pomyśl o tym.

Pomyślałem. I tak oto zmieniłem harmonogram swoich treningów i zacząłem prowadzić biznes mojego przyjaciela. Miałem zacząć od zajęć z najmłodszą grupą. Na początku czułem tremę. Mistrzem świata jest się w jednej dziedzinie, zajmowanie się czymś innym może przysporzyć człowiekowi trudności. Choć o boksie wiedziałem naprawdę wiele, okiełznanie podekscytowanej bandy dzieciaków, błagających o pokazywanie im chwytów i ciosów, którymi położyłem tego albo innego zawodnika, było niezwykle trudne. Traktowały mnie jak cyrkowe zwierzątko, które ma za zadanie pokazywać sztuczki i wzbudzać ich zachwyt. Już pierwszego dnia zdałem sobie sprawę, że nie będzie łatwo sprawić, by skupiły na czymś uwagę na dłużej. Moje pojawienie się w klubie było dla nich dużym wydarzeniem, dlatego się ekscytowały, przekrzykiwały i biegały. Ale z czasem poradziłem sobie i z tym. Wyznaczyłem im czas na trening, a potem, jeśli zrobiliśmy dobrze to, co zaplanowaliśmy, mogliśmy pozwolić sobie na zabawę. I choć w gruncie rzeczy to też było coś w rodzaju ćwiczeń, dzieci były szczęśliwe, że mają dodatkową rozrywkę. Ja też byłem zadowolony.

Największym problemem okazał się brak dyscypliny w najstarszej wiekowo grupie. Adrien podjął się pracy z dzieciakami z ubogiej dzielnicy, a starsze z nich miały już wyrobione pojęcie o życiu. To do nich było mi najbliżej. Rozumiałem ich niechęć i brak wiary, które tylko w niewielkim stopniu zagłuszała perspektywa rozwoju dawana przez treningi. Nad charakterem tych nastolatków trzeba było jeszcze popracować. Dlatego kiedy któregoś dnia zauważyłem, że chłopaki tłuką się przed drzwiami klubu, zabroniłem im wejścia do sali. Moja decyzja bardzo ich zaskoczyła, ale okazała się skuteczna. W tych dzieciakach siedziały diabły, twory rzeczywistości, w jakiej przyszło im żyć. Doskonale to znałem. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by stać się posiadaczem czyjegoś samochodu, telefonu czy portfela. Paryż bez względu na porę roku roił się od turystów, którzy widzieli w naszym mieście pachnącą bagietkami idylliczną krainę, pełną snujących się uliczkami artystów. Niestety z powodu ogromnej liczby imigrantów to nie było już to samo miasto. Trzeba było jakoś sobie radzić, dlatego dzieciaki szybko musiały się nauczyć brutalnych zasad panujących na ulicy. Wszystko przychodziło łatwo, a w miejskim tłumie obcokrajowców i wyrzutków nietrudno było się ukryć. Jedyną dobrą rzeczą, która spotkała tę młodzież, były właśnie organizowane przez Adriena treningi. Na sali dzieci zachowywały się inaczej. Były zainteresowane i słuchały, co do nich mówię, ale wystarczyło, że wyszły z budynku, aby ich życiem zaczęła rządzić potrzeba przetrwania i zaistnienia. Długo się zastanawiałem, co zrobić, żeby im pokazać, że są na prostej drodze do upadku. Nie chciałem, żeby trafiły do więzienia, bo tam straciłyby resztki człowieczeństwa. Stałyby się zwykłymi przestępcami, bez perspektyw, bez szans na normalne życie. Nad tym ubolewałem najbardziej. Pomyślałem, że czasem już w chwili narodzin cała nasza przyszłość jest przesądzona. Stajemy się więźniami świata i życia, jakie musimy wieść.

W końcu wymyśliłem, jak mogę jeszcze bardziej się przyczynić do tego, by wyszły na prostą.

Już we wtorek spotkałem się z księgowym i omówiłem z nim mój pomysł. Nie chciałem sam podejmować decyzji o wdrożeniu w życie mojego planu, bo nie czułem się na siłach, dlatego najpierw przedyskutowałem go z Adrienem. Jego klub miał nam posłużyć za siedzibę organizacji, którą postanowiłem założyć. To miało być coś wyjątkowego. Zamierzałem finansować projekt wraz ze sponsorami, którym nie jest obojętny los dzieciaków z paryskich ubogich dzielnic. Miałem swoje znajomości i postanowiłem spróbować. Liczyłem, że nowa działalność pozytywnie wpłynie na moją nadwątloną reputację. Oprócz tego oczywiście zależało mi, by ci młodzi nie powtórzyli moich błędów. Dlatego bardzo poważnie podszedłem do realizacji planu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?