Poza ringiem. Amelia i jaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Anna Kasiuk, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Danilo Andjus | Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-61-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Książkę tę dedykuję ludziom, którzy swoim życiem

stoczyli bądź wciąż toczą walkę.

Jankowi Lodzikowi, który nieustępliwie

wpływał na losy moich bohaterów.

ZAWODNICY, KTÓRZY GRAJĄ NIECZYSTO,

ZOSTAJĄ ZDYSKWALIFIKOWANI

Prolog

Często budzę się zlany potem. Serce pompuje krew z ogromną siłą, ciśnienie rozsadza mi głowę i zanim się podniosę, muszę najpierw uspokoić oddech. Miewam koszmary. Dotyczą one wyłącznie mojego życia, a za nie odpowiadam przecież tylko ja sam. Jednak w chwilach, kiedy nie ma obok mnie nikogo i nie towarzyszy mi błysk fleszy, kiedy gasną reflektory, czuję się taki… bezbronny.

Gdyby ci wszyscy ludzie, hieny czyhające na mnie, na każdy mój ruch, znali moją prawdziwą naturę, z pewnością zmieniliby zdanie na mój temat. Ivan niezwyciężony, Ivan pogromca… To ja. Tak mnie nazywali ci, którym zapewniałem zabawę. Nie byłem pogromcą, choć określenie „niezwyciężony” zdecydowanie mi odpowiadało. Byłem mistrzem trzech federacji. Mój cios miał siłę sześciuset kilogramów. Porównywano mnie do Mike’a Tysona, na którym pod pewnymi względami rzeczywiście się wzorowałem. Wcale nie uważałem go jednak za nienaruszalny autorytet. Kierowaliśmy się innymi zasadami. No i ja byłem ostrożniejszy. Szczególnie jeśli chodzi o kobiety. Te małe pijawki potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, na co jestem narażony, nigdy nie dałem się nabrać na deklaracje wielkiej miłości, bo takiej po prostu nie ma! Tego nauczyło mnie życie. Umiesz liczyć, licz na siebie. Słabości zbyt wiele kosztują i bywa, że nie jesteś w stanie się podnieść po kolejnym ciosie. A te w serce bolą tak, jak legendarny lewy prosty Muhammada Alego. Wybacz, Mike, ale tego nie przewidziałeś. Jestem zawodnikiem, mam swój cel i jego osiągnięcie zawsze było dla mnie wartością nadrzędną.

Potrzebę walki wyssałem z mlekiem matki. Nie było nam w życiu łatwo. Gdy byłem małym brzdącem, mama często mi opowiadała, że pchałem się na świat z wręcz niewyobrażalną determinacją. Kiedy dostała pierwszych bóli, stała na ulicy. Jej alfons wysłał ją tam za karę, bo odmówiła przyjęcia jakiegoś wymagającego faceta. Cóż, była w zaawansowanej ciąży, nie w głowie jej było spełnianie kaprysu dzianego klienta, który zapragnął spędzić noc z ciężarną kobietą. Wstawiły się za nią jej koleżanki, ale to nie pomogło. Thomas wysłał ją na ulicę i kazał pracować. Wtedy właśnie postanowiłem przyjść na świat. Była zima, ulice Paryża tonęły w śniegu. Mama ze śmiechem powtarzała później, że nigdy nie potrafiłem wybrać odpowiedniego momentu. Urodziłem się na korytarzu szpitala Salpêtrière. Tamtej nocy na świat przyszło wiele dzieci, ale tylko mnie spieszyło się tak, że lekarze nie zdążyli przewieźć mojej matki na salę porodową. Urodziłem się pośród przechodniów, czym od razu zwróciłem uwagę najbliższego otoczenia. Od początku było jasne, czego będę potrzebował w życiu. Sławy, zainteresowania i pozycji.

Zaczęło się niewinnie. Moja mama mieszkała z koleżankami w suterenie taniego teatru. Była tancerką. Zarabiała kiepsko, często nie dojadała. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nosi mnie pod sercem, dlatego zdecydowała się na dodatkowy zarobek. Zaczęło się od kilku stałych klientów, potem nagle pojawił się Thomas. Obiecał zapewnić im opiekę, co na początku wydawało się bardzo dobrym rozwiązaniem, bo zdarzało się, że zarobione pieniądze nie trafiały do kieszeni dziewczyn. Okradali je klienci, a także inne prostytutki, które rościły sobie do tego prawo, jako że dziewczyny z teatru pracowały na ich terenie. Thomas zrobił porządek i zapewnił im nienaruszalność. W rzeczywistości jednak wszystko wyglądało inaczej, niż obiecywał. Tancerki otrzymały opiekę, ale razem z nią regularne bicie. A nie o to im chodziło. Trafiły na alfonsa, który zawładnął ich życiem, podporządkował je sobie i zagarniał ich pieniądze. Byłem zbyt mały, żeby to rozumieć. Poza tym dziewczyny starały się ukrywać przede mną zajęcie, którym się trudniły. Mnie traktowały jak maskotkę. Poświęcały mi całą swoją uwagę, dbały o mnie i rozpieszczały na miarę ich skromnych możliwości. Właściwie miałem wiele matek, co czyniło mnie szczęściarzem.

Odkąd pamiętam, zawsze towarzyszyły mi nagość i brutalność. Widok splecionych w erotycznym tańcu ciał nie stanowił dla mnie niczego przerażającego ani nadzwyczajnego. Było to coś zupełnie naturalnego, jak jedzenie czy picie. Choć bywało, że częściej widziałem seks niż miskę pełną ciepłej zupy. Mimo wszystko nie miałem najgorszego dzieciństwa. Zrozumiałem to po latach. Byłem dla tych kobiet czymś pięknym. Naturalnym i cennym. Dziecko zawsze kojarzy się kobiecie dobrze i budzi w niej ckliwość, a także czyni ją silniejszą i gotową znieść o wiele więcej, niż jej się wydaje. A wszystko po to, żeby chronić to, co bezbronne, co noszą pod sercem. Wieczory spędzałem, oglądając przedstawienia, w których tańczyły mama i jej przyjaciółki. Za dnia uczyłem się w publicznej szkole. Miałem nawet opłacone zajęcia baletu i dodatkowego języka. A wszystko po to, żebym nigdy nie musiał dokonywać trudnych wyborów. Tak mówiły mama i pozostałe dziewczyny. Tak wyglądało moje dzieciństwo.

Sztuka była dla mnie czymś karykaturalnie wykrzywiającym rzeczywistość. I kochałem ten obraz. Takie przecież było moje życie. Jedyne, jakie znałem i ceniłem. Wczuwałem się w odgrywane role z wręcz niewyobrażalną łatwością. Czasem, kiedy dziewczyny siadały zmęczone przy wspólnym stole w śmierdzącej wilgocią kuchni, z poszarzałymi z wyczerpania twarzami, odgrywałem przed nimi sceny z obejrzanych przedstawień. Nigdy nie zapomnę blasku ich oczu. To było prawdziwe uczucie. Łączyło nas wiele. Poświęcenie i walka o każdy kolejny dzień. To była walka o ich przetrwanie i moją lepszą przyszłość. I to była miłość. Tak na mnie wtedy patrzyły moje matki – z miłością. Nikt nigdy później nie patrzył na mnie tak jak one.

Zapytałem kiedyś moją mamę o ojca. Niewiele o nim mówiła. Z początku wymyślała wciąż nowe historyjki na jego temat. Idealizowała jego postać do czasu, aż zrozumiałem, czemu miał służyć ten zabieg. Moja matka wiedziała, że dziecko potrzebuje obojga rodziców, a nie mogąc mi tego zapewnić, stworzyła wizerunek ojca, z którego byłem dumny. Wiedziałem, kim jest, ale nigdy nie zdobyłem się nawet na próbę nawiązania z nim kontaktu. Był zapracowanym i nieosiągalnym rosyjskim dyplomatą. Bardzo rzadko przyjeżdżał do Paryża, dlatego nie mogłem się z nim spotykać. Dopiero kiedy dorosłem, odważyłem się w końcu zmierzyć z prawdą. Był nikim więcej jak przelotnym kochankiem mojej mamy, który przypadkiem zrobił jej dzieciaka. Nie zależało mu na mnie. I choć uświadomienie sobie tego faktu okazało się bolesne, widząc mojego ojca w telewizji, w dalszym ciągu czułem do niego coś dobrego.

Kiedy zacząłem dojrzewać, zmieniłem szkołę i dotarło do mnie, że moi rówieśnicy wiodą zupełnie inne życie. Coraz częściej dostrzegałem, jak bardzo od nich odstaję. Byłem nastolatkiem z przeżyciami, jakich wielu z moich kolegów i koleżanek nie znało. Musiałem ukrywać swoje pochodzenie i status społeczny, musiałem udawać, że jestem kimś innym, niż w gruncie rzeczy byłem. Zaczęło mi to przeszkadzać. Nie czułem się gorszy, a jednak lepiej wychodziłem na tym, że pokazywałem im siebie takiego, jakim chcieli mnie widzieć. Miałem dobre oceny w szkole, lgnęły do mnie piękne dziewczyny, ale wystarczyło, bym odsłonił swoje prawdziwe oblicze wrażliwego chłopaka, by zaczęli mnie odbierać inaczej, niż chciałem. I chyba stąd wziął się mój bunt. Kilka razy trafiłem do aresztu za pobicia. Pojawiły się używki. Nie stroniłem od alkoholu i narkotyków. Jednak nigdy nie zaniedbywałem szkoły. Chyba głównie dlatego, że znałem wartość pracy, jaką w moje wykształcenie wkładały mama i jej koleżanki. Nigdy również nie podniosłem ręki na kobietę. Bez względu na to, jak niewiele dla mnie znaczyła, jak irytującą istotą się okazywała, nigdy nie zdobyłem się na wykorzystanie fizycznej przewagi. Wszystkie kobiety zasługują według mnie na szacunek. Są silniejsze niż mężczyźni, gotowe na zdecydowanie większe poświęcenie i zasługują tym na traktowanie ich w odpowiedni sposób.

Kiedy zaczęliśmy z chłopakami dorastać, a hormony coraz intensywniej buzowały w naszych ciałach, również na kobiety spojrzałem w inny sposób. Dostrzegłem ich piękno i delikatność, nieco wyraźniej niż dotychczas odbierałem na przykład moją mamę. Pamiętam dzień, kiedy z najbliższymi kumplami postanowiliśmy zasmakować rozkoszy. Chcąc uniknąć ośmieszenia, wybraliśmy się na Place Pigalle. Pierre, z którym przyjaźnię się do dziś, wybrał burdel, on już wcześniej przeszedł inicjację i dobrze wiedział, dokąd powinniśmy się udać. A więc w wybranym przez niego miejscu zamierzaliśmy przeżyć swój pierwszy raz. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie spojrzenia tamtejszych dziewczyn. Od razu przypomniałem sobie o swoim pochodzeniu i otępiałym wzroku prostytutek, które znałem, które tak jak moja matka musiały się tym zajmować, bym ja miał szansę zasmakowania lepszego życia. Wtedy jednak nie wystarczyło mi siły, by zawrócić. Dziewczyna, którą wziąłem, miała na imię Monique. Była piękna i bardzo młoda. Niewiele rozmawialiśmy. Ja, zaaferowany nowym przeżyciem, nie potrafiłem opanować drżenia, podczas gdy ona podeszła do mnie rutynowo. Jej gesty nie zdradzały ekscytacji. Wprawdzie nie czułem się ignorowany, jednak czegoś mi w tym stosunku brakowało. Najgorsza jednak okazała się świadomość, że oddaję jej moją niewinność, a dla niej nie znaczy to zupełnie nic. Kiedy było po wszystkim, wzięła pieniądze i wyszła. Nigdy więcej nie poszedłem do łóżka z prostytutką, bo uczucie, że posuwam koleżankę mojej matki, całkowicie odbierało mi chęć uprawiania seksu. Skierowałem swoje zainteresowanie w stronę koleżanek ze szkoły i to okazało się dobrą decyzją. Każda kobieta, z którą byłem, stawała się na chwilę najważniejszą istotą w moim życiu. Nigdy nie pozwalałem im poczuć się wykorzystanymi, co działało zdecydowanie na moją korzyść. Takie podejście do kobiet zapewniało mi ich stałe towarzystwo, ku zazdrości moich kumpli.

 

Pewnego dnia wydarzyło się coś, co okazało się przełomem w moim życiu. Po jednej z kolejnych imprez znowu wdałem się w bójkę. Nawet nie pamiętam, o co poszło. Był on i byłem ja. Coś nas podzieliło i to był impuls. Dopiero kiedy poczułem, jak odciąga mnie od przeciwnika ktoś większy i silniejszy, dowiedziałem się, że chłopak, którego przeciągnąłem po bruku, był młodym zawodnikiem boksu amatorskiego. Rozbawiony wzruszyłem ramionami. Co to za zawodnik, skoro pokonał go chłopak z ulicy, naigrawałem się.

Kilka tygodni później zerwałem z narkotykami, założyłem rękawice i zacząłem brać udział w treningach. Z początku mi się nie podobało. Boksowaniu w ringu brakowało emocji, nie widziałem sensu w biciu kogoś, kogo nie znam, kto nie znaczył dla mnie absolutnie nic. Inaczej sprawa się miała na ulicy, gdzie do walki napędzały mnie złość, nienawiść, a w końcu silna potrzeba pokazania, z kim należy się liczyć. Tak, zależało mi na tym, by udowodnić, że to ja jestem najlepszy, mnie należy się szacunek i posłuch na dzielnicy. A wszystko po to, by ukryć prawdziwe oblicze Ivana.

Bardzo szybko dotarłem na szczyt. Sława rozniosła się szerokim echem po Francji, a potem poszybowała w świat. Moimi przeciwnikami stali się ci, o których niegdyś jedynie słuchałem w wiadomościach sportowych. Posyłałem na deski kolejnych zawodników, karmiąc w ten sposób ogromne ego, które tętniło w moim coraz bardziej umięśnionym i męskim ciele. Stałem się Ivanem pogromcą, Ivanem niezwyciężonym. Zaczął mi towarzyszyć blask reflektorów, a flesze oświetlały drogę, którą podążałem. Miałem swój cel – stać się najlepszym.

Najciekawsze w tym wszystkim było złudzenie własnej wielkości, któremu zbyt łatwo uległem. To niesamowite. Poznałem swoją wartość, kolejne zwycięstwa tylko ją podbudowywały, a ja w to wszystko bezgranicznie wierzyłem.

Najpierw zabrałem moją matkę z sutereny i wynająłem dla nas mieszkanie. Nieduże, ale na więcej nie było mnie na razie stać. Była bardzo szczęśliwa. W jednym z trzech pokoi, które mieliśmy, wciąż przebywała któraś z jej koleżanek. One zawsze napotykały na swojej wyboistej drodze jakieś problemy. A moja mama im pomagała. Dzięki mnie mogła sobie na to pozwolić. Nie miałem jej tego za złe. Stanowiliśmy w końcu rodzinę. A ja czułem się za te kobiety w jakimś stopniu odpowiedzialny. Boksowałem i w dalszym ciągu imprezowałem. Poznawałem wciąż nowych ludzi. Przestałem odczuwać potrzebę wdzięczności, bo stałem się maszyną do zarabiania pieniędzy dla mojej rodziny, promotorów i sztabu ludzi, którzy ze mną pracowali. Zdarzało się oczywiście, że przesadzałem, i wtedy mój trener przywoływał mnie do porządku. Ale refleksja przychodziła dość późno i trwała krótko. Pewnego razu podczas jednej z imprez po walce urwał mi się film. Obudziłem się następnego dnia w obcym domu, w łóżku z kobietą, o której nie wiedziałem zupełnie nic. Pomyślałem wtedy, że czas zwolnić. Za kilka tygodni miałem odbyć walkę, w której chodziło o rewanż, a trofeum, czyli pas, należało do mnie. Doszedłem do siebie i zabrałem się do przygotowań. Zapomniałem o tamtej imprezie, bo znowu czułem zew rywalizacji.

Niestety stało się inaczej. Podczas badań kontrolnych odkryto w moim płacie czołowym tętniaka. Niedużego, a jednak nie dostałem pozwolenia na najbliższą walkę. Ta wiadomość zachwiała moim poczuciem bezpieczeństwa. Mój trener szalał, a ja wraz z nim. Zaraz potem spadł na mnie kolejny cios. W mojej krwi odkryto śladowe ilości kokainy. Niedługo później nagłówki gazet huczały od plotek. Upadek mistrza boksu. Ivan został pokonany.

Wpadłem w trans. Nie pamiętam, ile czasu piłem. Tydzień, dwa. Chyba wierzyłem, że przetrwam w ten sposób pierwsze zderzenie z porażką. Tak się jednak nie stało. Spadłem na samo dno i odebrano mi nie tylko pas jednej z liczących się federacji. Zostałem zawieszony na sześć lat. Dla mnie oznaczało to koniec kariery.

Rozdział 1

Czy powinienem zostać, czy były znaki, które zignorowałem?

Czy mogę ci pomóc, nie krzywdząc cię już więcej?

Zobaczyliśmy blask, kiedy świat był pogrążony we śnie.

Są rzeczy, które możemy mieć,

Ale których nie możemy zatrzymać.

Linkin Park, One More Light, tł. Julia Dworak

Znowu poderwałem się na łóżku. W uszach wciąż słyszałem, jak sala grzmi echem wykrzykiwanego jednogłośnie imienia.

Ivan! Ivan! Potrzebowałem tego. To była muzyka dla moich uszu, kiedy wychodziłem na ring. Wiedziałem, że nie jestem sam, że wszyscy, którzy pojawili się tej konkretnej nocy w klubie, przyszli tam dla mnie. Rozgrzany zaczynałem swój taniec. Tak to nazywałem. Kiedy wszystkie oczy zwracały się w moją stronę, a światła spadały na mnie jak Muhammad Ali kończący walkę z George’em Foremanem, rosłem w siłę. Odczuwałem wtedy już tylko spokój i byłem skrajnie skupiony. Po moim ciele przebiegał dreszcz, ramiona cięły powietrze, kiedy zmierzałem pośród tych z moich fanów, którzy zdecydowali się zapłacić duże pieniądze, by trwać przy mnie w drodze po kolejne zwycięstwo. Ivan, Ivan! Tak krzyczeli, a ja napawałem się dźwiękiem tysięcy głosów. Unosiłem ramiona i chowałem twarz za rękawicami, co pozwalało mi na odszukanie pomiędzy lasem rąk tej jednej sylwetki, która już czekała na mnie na macie. Udawałem, że trzymam gardę, a zaraz potem wypuszczałem dwa lewe, które, o czym wiedział cały świat, posłały na deski niejednego twardziela. To był znak dla mojego przeciwnika.

Z początku, zaraz po zawieszeniu, bardzo brakowało mi walki. Nie sądziłem nawet, że tak się przyzwyczaiłem do mojego życia w ringu. Najpierw odczułem brak uwagi mediów, potem odwrócili się ci, którzy uważali się niegdyś za moich przyjaciół. Sięgnąłem dna i tylko nieliczni trwali przy mnie w tym trudnym czasie. Zaledwie kilku starych przyjaciół, z którymi znaliśmy się zdecydowanie dłużej, niż trwała moja kariera. To Pierre, Adrien i Jacques odnajdywali mnie w najpodlejszych spelunach, gdzie robiłem z siebie małpę, boksując za butelkę wódki. Moja matka przezornie nie pozwalała mi wychodzić z domu z pieniędzmi. Nieco uspokajało ją to, że chłopaki prędzej czy później mnie znajdą i przyprowadzą z powrotem do domu. Poza tym nigdy nie było ze mną aż tak źle, żebym sobie nie poradził, gdyby nagle się okazało, że na mojej drodze stoi ktoś, kto zamierza zakończyć mój marny żywot.

– Ivan, powinieneś się pogodzić z tym, co się stało – mówiła. – Nic nie możesz zrobić, synu. Pogódź się.

Patrzyłem na nią w tych chwilach i choć rozpierała mnie nienawiść do świata za to, że się ode mnie odwrócił, nie potrafiłem wylać na tę kobietę całego szamba, w którym siedziałem po uszy. Kładłem się w jej łóżku i wtulałem jak dziecko w jej ramiona. Pijany i śmierdzący rozpaczą. A ona nie mówiła nic, tylko głaskała płowe włosy swojego upadłego syna. Tkwiłem w klatce. Nie potrafiłem się pogodzić ze swoją porażką. Nie rozumiałem powodów, dla których zostałem zepchnięty za liny ukochanego ringu. Tętniak, któremu zupełnie nie poświęcałem uwagi, i upokorzenie, jakiego doznałem, stały się moimi największymi i niepokonanymi przeciwnikami. Wciąż wspominałem czas sławy i popadałem w coraz większe szaleństwo.

Całe dnie i noce tułałem się ulicami Paryża i obserwowałem ludzi. Czasami nawet zapędzałem się do ciemnych zaułków przy Montmartre, gdzie przypatrywałem się toczącemu się tam życiu. Znałem te okolice, to one były niegdyś moim domem. Nie obawiałem się o swoje bezpieczeństwo, bo wciąż byłem niezwyciężony. Przysiadałem na zaniedbanych murkach albo skwerach i patrzyłem. Wspominałem swoje dzieciństwo, co tylko pogłębiało poczucie uwięzienia, od którego nie potrafiłem się uwolnić. Tęskniłem za czasem, kiedy wszystko było dla mnie takie niezrozumiałe. Wtedy nie byłem jeszcze tym, kogo zrobił ze mnie ring. Często podczas tych moich wędrówek napotykałem na swojej drodze ludzi, którzy mnie pamiętali, dlatego kończyłem pijany, opowiadając o towarzyszących walce emocjach. Zdarzało się, że zrywałem z siebie koszulkę i wtedy mnie ponosiło. Znowu odczuwałem to samo podniecenie, po plecach przebiegały dreszcze, a ja walczyłem. Z niewidzialnym przeciwnikiem, którym była moja bezradność. Nie straciłem sprężystości, moje obroty niezmiennie zaskakiwały szybkością, a zaciśnięte pięści okładały korpus zawziętej suki, która za wszelką cenę starała się pogrzebać mnie w rozpaczy. Czasami trafiałem na śmiałków, którzy pijani jak ja stawali naprzeciwko, gotowi zmierzyć się z mistrzem. Wtedy budził się we mnie wojownik. Oczy błyszczały, a ja mogłem przysiąc, że znowu słyszę pomruk dobiegający z widowni: Ivan, Ivan!

Zanim jednak zdążyłem się rozkręcić, mój przeciwnik leżał na kamiennej posadzce bez ruchu. Wystarczyło kilka ciosów prostych, by cała euforia ze mnie uleciała, powodując jeszcze większą frustrację. Kiedyś musiałem nawet uciekać, bo okazało się, że mój przeciwnik stracił przytomność, a że byłem częstym gościem baru, w którym doszło do starcia, właściciel postanowił zatrzeć ślady mojego uczestnictwa w tym nieszczęśliwym zdarzeniu. Byłem jak niechciane szczenię. Kopany przez los, upokarzany i odpychany.

Wtedy jednak wydarzyło się coś, co podniosło mnie z klęczek. Tak przynajmniej sądziłem na początku.

Któregoś wieczoru wróciłem późno do domu. Mama jeszcze nie spała, o czym świadczyło zapalone w kuchni światło i przyjemny zapach tartiflette[1] rozpływający się po mieszkaniu. Nie chciałem jednak spędzać z nią wieczoru. Postanowiłem oszczędzić jej towarzystwa zgorzkniałego straceńca, jakim się stałem. Od razu zamknąłem się w swoim pokoju, otworzyłem szeroko okna i wsłuchiwałem się w odgłos paryskich ulic nocą. To była dla mnie namiastka utęsknionego gwaru głosów, który niegdyś mnie otaczał. Kiedy udawało mi się dotrzeć wieczorami do domu o własnych siłach, zawsze siadywałem w fotelu, z nogami opartymi o łóżko i wpatrywałem się w niebo, słuchając ulicznego szmeru.

Nazajutrz, gdy wychodziłem z domu, mama siedziała przy stole, ubrana w przewiewną podomkę. Piła kawę i zagryzała rogalik. Kochałem tę kobietę miłością czystą. Ufałem każdemu jej słowu i chyba dlatego unikałem z nią kontaktu od tamtego dnia, kiedy ogłoszono moje zawieszenie. Wiedziałem, że cierpi, ale znałem siebie. W moim sercu tętniła złość. Nie chciałem ryzykować, że wiedziony poczuciem beznadziei dam się ponieść emocjom i zaleję ją moją frustracją. Moja matka zbyt wiele w życiu przeszła, żebym obciążał ją dodatkowo własnymi problemami. Tak uważałem.

Nie udało mi się jednak przemknąć niepostrzeżenie.

– Ivan, zjedz ze mną śniadanie. – Jej dźwięczny głos zawsze sprawiał, że stawałem się uległy. Wszedłem do kuchni i wyciągnąłem ręce z kieszeni czarnej bluzy.

– Nie jestem głodny, mamo.

– Usiądź, proszę. – Wskazała na krzesło i spojrzała na mnie dopiero wtedy, kiedy zająłem miejsce przy stole. – Porozmawiaj ze mną.

– O czym tu rozmawiać?

– O dzisiejszym dniu. O poranku. O kawie. Napijesz się?

Popatrzyłem na nią wtedy z uwagą. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Moja mama potrafiła panować nad ich okazywaniem. Życie ją tego nauczyło. Skinąłem głową i oparłem ręce na stole. Podniosła się z gracją i nalała do kubka czarnej kawy. Pachniała wyśmienicie, a ja zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatnio piłem kawę. Patrzyłem na podrygującą czarną ciecz i sięgnąłem po croissanta. Nagle poczułem również głód.

 

– Jakie masz plany na dziś, synku? – Znowu ten jej opanowany ton głosu, od którego brzmienia miękłem. Zmarszczyłem czoło. W jednej chwili pomyślałem nawet, że powinienem był zignorować jej prośbę i wyjść. Tak robiłem do tej pory.

– Nie mam planu, mamo. Po prostu wychodzę i będę zabijał czas, snując się ulicami miasta.

– Rozumiem. A ile to już trwa?

Podniosłem na nią wzrok.

– Dwa lata.

– No tak. Dwa lata. Dużo czasu.

Zapadła cisza. Słyszałem, jak przeżuwa kolejny kęs rogala i popija kawę. Patrzyła w okno i pocierała przy tym palcami, co zdradzało podenerwowanie. Zrozumiałem, czemu służył ten zabieg.

– Mamo, co sugerujesz?

Jeszcze chwilę milczała. Jej drobne, smukłe palce spoczęły w końcu na mojej dłoni i poczułem się zupełnie bezwolny. Patrzyłem tylko na polakierowane na czerwono paznokcie i pozwalałem pochłonąć się bezsilności.

– Ivan, musisz zrobić porządek w swoim życiu. To, co dzieje się teraz, niczemu nie służy. Pogrążasz się. A jesteś młodym i silnym człowiekiem. Osiągnąłeś w swoim życiu bardzo wiele, nie pozwól, by ci to odebrano.

– Już mi to odebrano, mamo. Mam dwadzieścia osiem lat i jeszcze cztery lata zawieszenia przed sobą. Ja już jestem skończony.

– Jeśli przez cały ten czas będziesz rozpaczał tak jak przez ostatnie dwa lata, to rzeczywiście już jesteś skończony. Ivan, najwyższa pora podnieść się z klęczek.

– Mamo…

– Synku – znowu dotknęła mojej ręki – wszystko, co osiągnąłeś, jest wyłącznie twoją zasługą. Ci, którzy pomogli ci wypłynąć, ukształtowali to, co już miałeś. Wykorzystali potencjał i oszlifowali kryształ. A to ty nim byłeś!

– Czasami myślę, że jestem nieistotny. Nikt się ze mną nie liczył, stałem tylko obok znaczących coś ludzi. Byłem ich zabawką, zapewniałem show.

– Nie. To nie tak. To ty dawałeś im pracę i zarabiałeś pieniądze. To ty płaciłeś tu najwyższą cenę! Ty byłeś w tym wszystkim najistotniejszy, Ivan.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. Ja, wstrząśnięty tym, co powiedziała, a ona z kamienną twarzą i oczami pełnymi miłości. Tylko one, oczy, zdradzały prawdziwą naturę mojej matki. Wreszcie wstałem i wyszedłem z mieszkania.

Tamtego dnia coś się jednak zmieniło. Nie skierowałem się do żadnego ze znanych mi lokali. Nie uległem zaproszeniom kumpli. Moja matka zdarła zasłonę oddzielającą mnie od pragnień, którymi kiedyś się kierowałem. Zawstydziła mnie, bo przypomniałem sobie, jak wiele wyrzeczeń kosztowało ją dotarcie do miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Razem. Na dobre i na złe. Ta krótka rozmowa coś we mnie poruszyła. Towarzyszące jej emocje porównałem do zgrzytu, jaki wydaje stara, zardzewiała maszyna, o której nagle ktoś sobie przypomniał i zapragnął na nowo wsłuchać się w odgłosy jej pracy. Nie miałem absolutnie żadnego pomysłu na zmianę mojej sytuacji, ale jednego byłem pewien – nie chciałem dłużej tkwić w martwym punkcie.

Kilka dni zajęło mi zapanowanie nad przyzwyczajeniami z ostatnich dwóch lat. Przestałem wychodzić rano, nie włóczyłem się bez celu ulicami miasta. Zamiast tego znalazłem niewielki klub bokserski w okolicy i wróciłem do treningów. Codziennie pokonywałem odległość od naszego mieszkania do klubu, biegnąc. Doskwierał mi brak kondycji, co zauważyłem z dezaprobatą, ale z każdym dniem nabierałem przekonania, że zdołam przemóc tę słabość. Czasami zdarzało mi się zmienić trasę, wtedy wybierałem Quai i biegałem nad Sekwaną. Zapominałem wtedy o wciąż tkwiącym we mnie uczuciu upokorzenia i po prostu biegłem, wyobrażając sobie, że nic się nie wydarzyło. To nie było proste. Często przychodziły chwile zwątpienia. Nawet podczas porannego joggingu, kiedy zatrzymywałem się i zdezorientowany rozglądałem dookoła, chłonąc słodki zapach Sekwany i ocierając z twarzy roztaczającą się nad rzeką wilgoć. Zawsze chwilę mi zajmowało, zanim znowu znalazłem w sobie siłę i chęć do walki z marazmem, jaki mnie ogarnął. Wracałem pamięcią do czasów, kiedy byłem szczęśliwy, przywoływałem w wyobraźni dźwięki otaczające mnie na salach treningowych i gwar panujący podczas walk. Byłem wielki, byłem mistrzem. Nie pozwalałem sobie zapomnieć o tym, kim byłem, dawałem się ponieść próżności i wciąż królowałem w ringu. Rosło we mnie coś wspaniałego i pławiłem się w przekonaniu, że znowu stanę na szczycie schodów z widokiem na wieżę Eiffla, z ramionami uniesionymi w geście zwycięstwa! Tak, potrzebowałem do życia uwagi i zainteresowania, a z każdym kolejnym dniem czułem, że przybliżam się do momentu, kiedy znowu znajdę się na szczycie.

Wróciłem do domu zmęczony. Zrzuciłem przepocone dresy i wziąłem prysznic. Kiedy owinięty tylko ręcznikiem szedłem do siebie, zauważyłem wychodzącego z pokoju mamy mężczyznę. Wciąż przepełniony mobilizującymi myślami obiecałem sobie, że przyjdzie taki dzień, kiedy nie będzie już musiała przyjmować klientów. Poczułem ukłucie żalu, że ten moment jeszcze nie nastąpił, wszedłem do pokoju i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Temat powrócił dopiero podczas kolacji.

– Natknąłem się dziś w naszym korytarzu na faceta. Przepraszam, musiałem go wystraszyć.

– Wiem. Wspomniał o twojej posturze, a nawet odniosłam wrażenie, że zazdrości ci wyglądu. Sama patrzę na ciebie z dumą. Jesteś bardzo atrakcyjnym mężczyzną.

– Mamo, myślałem, że to się już skończyło. Nie pracujesz…

Uśmiechnęła się do mnie ciepło i wróciła do jedzenia.

– Doceniam twoją troskę, synu, ale powinieneś wiedzieć, że nic się nie zmieniło. Nie pracuję, odkąd ty stałeś się osobą medialną i otworzyliśmy sklep. Wystarczy mi to, co tam zarobię. Poza tym mamy oszczędności.

– Zawsze wierzyłaś, że na sztuce można zarobić.

– Sprzedawanie baletek i tutu nie jest jeszcze sztuką, ale tak, zawsze marzyłam o swoim małym sklepiku z asortymentem związanym ze sztuką. Tak to nazwijmy.

– Kim zatem jest mężczyzna, którego widziałem?

– To Philippe. Spotykamy się od jakiegoś czasu.

– Nie zauważyłem. – Zmieszany opuściłem głowę.

– Bo byłeś pogrążony w rozpaczy. Na wiele rzeczy nie zwracałeś uwagi.

– Czy to coś poważnego? – Zaintrygowany pociągnąłem temat.

Mama najwyraźniej zastanawiała się, jak wiele może mi powiedzieć. Rozgrzebywała przy tym swój omelette du fromage[2]. Zdecydowanie unikała mojego wzroku.

– Nie wiem. Właściwie lubię jego towarzystwo. Jest bardzo rozmowny i delikatny. Zupełnie inny. – Znowu się zamyśliła.

– To czego nie wiesz?

– Nie wiem, czy będę potrafiła przyzwyczaić się do takiego życia. Philippe jest po rozwodzie. Nie ma dzieci i kilka lat spędził w więzieniu.

– A za co siedział? – Nie byłem zaskoczony. Obcowanie z ludźmi z marginesu nie było dla mnie nowym doświadczeniem. To dawało mi przewagę w kontaktach. Zawsze umiałem porozumieć się z każdym, bez względu na jego pochodzenie i status społeczny.

– Był policjantem. Udowodniono mu nadużycia i stosowanie przemocy.

– Czy to zatem odpowiedni mężczyzna dla ciebie, mamo?

– Ludzie się zmieniają.

A my jesteśmy tego doskonałym przykładem, pomyślałem.

– W takim razie cieszę się, że nie jesteś sama.

– Może zechcesz zjeść z nami kolację któregoś dnia? Przedstawię was sobie.

– Sądzisz, że to dobry moment?

– Ty podejmij decyzję.

I tak oto poznałem mężczyznę mojej matki.

Philippe okazał się bardzo spokojnym człowiekiem. Traktował moją mamę z szacunkiem i starał się ją we wszystkim wyręczać. Byłem zaskoczony, ale tak pozytywnie. Nigdy wcześniej nie widziałem, by jakikolwiek mężczyzna podawał do stołu w naszym domu. Spodobało mi się również, że wiele wiedział na temat sportu i boksu. Był zorientowany i nie ukrywał fascynacji mną i moją karierą. Od razu przypadł mi do gustu. Mama podała nam soupe à l’oignon[3] i boeuf bourguignon[4]. Nic wykwintnego, ale ona zawsze potrafiła ze zwykłych potraw stworzyć kulinarne arcydzieło. Przy stole panowała bardzo przyjazna atmosfera. Wszyscy dźwigaliśmy bagaż doświadczeń, o którym woleliśmy nie mówić, i wydaje mi się, że to nasze przeżycia nauczyły nas cieszyć się małymi rzeczami. Dlatego od razu poczuliśmy się swobodnie w swoim towarzystwie. Byłem szczęśliwy, bo moja mama sprawiała wrażenie zadowolonej. Nieczęsto widziałem ją uśmiechniętą i taką swobodną.